menu

Bójska Halina z d. Kubiak – rozmowa

Bójska Halina z d. Kubiak – rozmowa

Halina Bójska z d. Kubiak, ur. w 1938 roku w Warszawie, podczas wybuchu Powstania Warszawskiego przebywała wraz z rodzicami – Henryką oraz Leopoldem Kubiak w Międzylesiu. Rodzina przeniosła się tam z nadzieją, że na terenach podwarszawskich będzie bezpieczniej niż w centrum stolicy. Nie udało się jednak ustrzec przed wygnaniem – na początku sierpnia zostali wypędzeni z domu i pognani do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stamtąd zostali wywiezieni transportem jadącym prawdopodobnie na tereny Generalnego Gubernatorstwa, z którego uciekli w Milanówku i przedostali się do rodziny w Piastowie. To jednak nie był koniec trudnych wydarzeń. 15 listopada Leopold Kubiak został aresztowany i przewieziony na komendę Gestapo w Pruszkowie, skąd miał zostać wywieziony na roboty do III Rzeszy, jednak i  tym razem – m.in. dzięki pomocy jego sześcioletniej córki – udało mu się uciec. Po wojnie rodzina osiedliła się w Piasecznie. Rozmowa z Panią Haliną Bójską została przeprowadzona w 2018 roku.

 

Nazywam się Halina Bójska, z domu Kubiak. Urodziłam się  w Warszawie w 1938 roku. Niedawno stuknęła mi osiemdziesiątka.

Czy zapamiętała Pani czas okupacji niemieckiej? Była Pani wtedy małą dziewczynką.

Mieszkałam z rodzicami przy ul. Wilczej, nie wiem pod jakim numerem. Pamiętam, że była pralnia w tym domu, ale on już nie stoi – to wszystko zostało zburzone. Moi rodzice mieli syna, który zmarł jeszcze przed wojną. Obydwoje bardzo rozpaczali i potem moja mamusia długo nie chciała mieć w ogóle dzieci. Jakoś pewno się bała, że może się to powtórzyć.

Tatuś mój był księgowym i pracował na Starym Mieście w jakimś niemiecki instytucie, którego nazwy nie pamiętam. Wiem, że tam było bardzo dużo zatrudnionych Polaków. Tato mógł tam pracować, gdyż biegle znał język niemiecki, rosyjski zresztą też znał – jako dwunastoletni chłopiec razem z kolegami, chyba trzech ich było, wyjechał do Rosji. Nie wiem w jakich okolicznościach, ale to prawdopodobnie nie była ucieczka, czy zryw młodych chłopaków, bo tato był raczej spokojnym człowiekiem. Jego mama, jak się dowiedziała, ruszyła w pościg. Niestety most, przez który przejeżdżała, został wysadzony – i zginęła. Nie było mowy, żeby ciało odzyskać i pochować. Tatuś tam w Rosji skończył szkołę.

Pamiętam, jak nieraz z mamą podchodziłyśmy tam, gdzie tata pracował, potem gdzieś sobie chodziłyśmy po Warszawie. Pamiętam godzinę policyjną – po 22.00 nie można było po ulicach się przemieszczać… Jak trochę się spóźniałyśmy z mamą, to mama drżała. Pamiętam też ciągłe marsze uzbrojonych Niemców. Ale takich drastycznych wspomnień nie mam.

Gdzie zastał Panią wybuch Powstania Warszawskiego?

Kiedy zaczęło się czuć, że w Warszawie coś się będzie działo, rodzice postanowili się przeprowadzić. A ponieważ mieli daczę – jak to się teraz mówi – w Międzylesiu, to myśmy tam wyjechali. Tam się schowaliśmy. Oczywiście nie tylko my, w te okolice wyjeżdżali też inni warszawiacy. Pamiętam, że taki budynek – jeszcze niewykończony – dosyć duży, miał bardzo głębokie pomieszczenie – nie wiem, czy na garaż, czy coś innego – służył nam za schron. I jakieś trzy czy cztery rodziny, jak już było przewidziane, że będą naloty, tam się chowały. Między innymi my.

Pamiętam, że często byłam przerażona. Jak trwały naloty na Warszawę, to rodzice mówili, że to są ćwiczenia, żebym się tak nie bała. Ale bałam się mimo wszystko.

Któregoś pięknego dnia – to chyba był początek sierpnia, bo wiem, że było jeszcze bardzo ciepło – przyszli po nas Niemcy. To było rano. Nawet rodzice mnie chyba budzili, mówili że trzeba wstawać. Taki popłoch się zrobił. W tym zamęcie – bo tam nie było światła, tylko świeczki paliliśmy na noc, żeby rozłożyć jakieś legowisko, a potem je gasiliśmy – pięć minut nam dali na wyjście i rodzice ani ja nie mogliśmy znaleźć moich sandałów. Wyszłam więc boso, miałam tylko jakiś płaszczyk i coś jeszcze. Ale moja mamusia, jak już nas wyprowadzili, to się do Niemca zwróciła, że zapomniała Kenkarty czy czegoś. Ona mówiła trochę po niemiecku, trochę po polsku i on się zgodził, żeby na chwilę wróciła. Mama chwyciła wtedy podręczną apteczkę, a że cały czas robiła jakieś przetwory w słoikach, to zabrała jeszcze takie mięso. Wszystko to zgarnęła, dodatkowo jakiś koc chyba i poduszkę złapała i wyszła taka obładowana. Tatuś się denerwował, bał się, że mama się nie zmieści w tych pięciu minutach. Dla Niemców to nie było przeszkodą – nie wychodzi, więc pach, pach – strzelali i nie było człowieka. Ale mama na szczęście wyszła i tak z tymi tobołkami wyszliśmy w stronę Warszawy.  Doszliśmy do ulicy Wolskiej.

Czy zatrzymywali się Państwo w kościele św. Wojciecha?

Nie w samym kościele, tylko obok. I tam taki okropny chleb dostaliśmy. Znaczy, ja tak go odebrałam. Pamiętam, jak kiedyś pojechałam do takiej cioci – to już byłam starsza dziewczyna – to ona kurom taki dawała.  To mi przypomniało tamten chleb, który dostaliśmy przy tym kościele.

Pamięta Pani, kto rozdawał ten chleb?

Raczej Polacy. Niemcy to zajmowali się paleniem papierosów i patrzeniem.

Pamiętam taki moment… Jakaś kobieta miała maleńkie dzieciątko i chciała je nakarmić, ale te przerwy nie były tak długie. A dzieciak, jak to dzieciak – jeden szybciej się naje, drugi wolniej. Na jakiś czas odeszła więc z tej kolumny, by małe karmić. Niemiec przyszedł do niej i krzyczy, żeby weszła z nim z powrotem. Do tej pory słyszę ten krzyk. Ona mówiła, że chce nakarmić, a on wyrwał jej to dziecko. Mój tatuś – on bardzo kochał dzieci – pewno gdyby mamusia go nie powstrzymała, toby podbiegł. A Niemiec złapał to dziecko i rozdarł. Tak jak kociaka. Rzucił je, a kiedy ta matka zaczęła płakać to wyjął pistolet i ją zabił. I właściwie do dziś słyszę płacz tej kobiety i ten strzał, i widzę tatusia, jak prawie leci tam, ale na szczęście mama go jakoś przytrzymuje. No, ale co by zrobił? Tak samo by zginął jak ta kobieta, a chciał ją po prostu ochronić… Niemcy byli okropni.

Potem tatuś znalazł w jakiejś bramie wózek – nie taki dziecięcy, tylko taki jak nieraz na wsiach wożą marchewki czy kartofle na targ, z takim jakby dyszlem. Przydał się, bo tych bagaży mieliśmy sporo. Jeszcze ja i jakichś dwoje dzieciaków koło mnie siedziało. Chłopak chyba był starszy ode mnie, a dziewczynka była młodsza. To pewnie były dzieci kogoś z otoczenia, kto razem szedł…

Do obozu przejściowego w Pruszkowie…

Tak. Rodzice potem opowiadali, że zaraz jak tam przyszliśmy udało im się zorganizować mi buty. Bo ja przecież cały czas na boso byłam. W tym obozie byli więźniowie, którzy pletli ze słomy ochraniacze na buty dla Niemców, żeby im było cieplej i żeby się nie ślizgali. Takie dwie ogromne góry leżały tak na powietrzu. Mój tatuś przerzucił ze trzy takie ogromne góry tych kapci, żeby znaleźć jak najmniejsze. Trudne to było, bo wiadomo, że były robione na męski but, jeszcze wojskowy, ale jakoś się udało. Pourywał czy spruł z jakiegoś worka sznurki i z nich zrobił mi wiązania. Później, już w normalnych czasach, jak weszła moda na takie koturny na słomie, to ja mówiłam: „Hu, hu! Ja już w takich chodziłam jak miałam sześć lat”.

Gdy Państwo przyszli do obozu, to zostali Państwo skierowani do której z hal?

Tak, do hali, w której remontowali jakieś żelastwo. To był rodzaj warsztatów. Tam nie było okien. I zawsze na noc rodzice mnie kładli mnie w tym kanale. Mieli nadzieję, że w razie jakby bomba spadła czy się coś zawaliło, to może chociaż ja ocaleję. Narwali trawy, która rosła dokoła baraku i, chyba wykorzystując jakieś worki, zrobili mi tam posłanie. Wiem, że miałam jasiek i czymś tam przykryta spałam. A rodzice na wierzchu. Sami nie mieli specjalnie niczego do okrywania, bo było wciąż ciepło. Wiadomo, że dziecko to się kładzie jakoś lepiej, a samemu się człowiek przekima byle gdzie.  I zasuwali na mnie – bo to było w miejscu, gdzie remontują samochody – takie żelastwo. Zawsze, jak się budziłam, to już było odsłonięte i od razu widziałam mamę, tatę i oni mnie wyciągali. Kiedyś chyba się trochę wcześniej obudziłam, zobaczyłam takie dziurki i się trochę przeraziłam. Poczułam się, jakbym w jakiejś trumnie była.  Zaczęłam wołać: „Mamusiu, tatusiu”, i momentalnie odsunęli i mnie wyjęli stamtąd.

Czy w hali, w której Pani przebywała było tłoczno?

Tak, dużo było ludzi. I takich właśnie chorych i słabych, i jakieś kobiety ciężarne. Tam moja mama nawet podeszła do jednej z pań, pomagała, bo ona już chyba zaczęła rodzić. Ktoś inny płakał, bo mu bliskich zabili, w ogóle stracił wszystko.

Pamiętam, jak przyjeżdżała kuchnia z zupą. Mój Boże, trzy razy zawsze biegłam z menażką, żeby były trzy kartofle – dla mnie, dla taty i dla mamy. Udawało się. Ale był jeden taki pan – nie wiem, może miał córkę w moim wieku, może wnuczkę, trudno jest mi powiedzieć – który zaczął mi taką  wielką łychą gdzieś od spodu zagarniać, tam gdzie było gęste. I tak się potem uśmiechał. To było fajne. Wtedy już nie musiałam drugi raz biec, bo starczało i dla rodziców.

Był taki moment w obozie, że kiedyś tak sobie chodziłam po tym placu przed halą, i zbliżyłam do drutów kolczastych, a za nimi szedł jakiś pan. Pomyślałam, że kolejarz, bo był w takim ciemnym trochę ubraniu i z walizeczką, jaką kiedyś nosili lekarze, może miał w niej narzędzia. Zawołał mnie: „Chodź, dziewczynko, chodź. Dam ci bułkę, tylko ją schowaj”. I wyjął z tej torby-walizki, taką świeżą paryską bagietkę, jakby ją teraz nazwać. Poradził mi, żebym tę bułkę schowała pod sweterek. Niemcy byli strasznie źli, jak ktoś coś dostał. Często łamali, wyrzucali, pluli. Pamiętam też taką scenę z już późniejszego okresu – kiedy byliśmy wywożeni z obozu, ludzie rzucali nam do pociągu jedzenie i papierosy. A kiedy ktoś nie trafił w okno, a dary spadały na ziemię, to Szwab potrafił podejść i butem je zmiażdżyć. Żeby tylko nie trafiło do potrzebujących. Schowałam więc bułkę i przyniosłam ją rodzicom, a potem mamusia kroiła nam takie cieniutkie plasterki, jakby to ciasto było. Teraz moje dzieci potrafią powiedzieć: „Mamo! Ciasto się nie udało”, a wtedy ta bagietka to był rarytas, naprawdę, to było coś wspaniałego. Każdy okruszek z taką precyzją zjadłam trzymając na ręku, talerzyka nie było.

Czy w obozie przebywała Pani cały czas z rodzicami?

Na początku tak. Ale potem nas rozdzielono – kobiety, dziewczyny i dzieci w moim wieku umieszczono po jednej stronie siatki, starszych chłopców z mężczyznami po drugiej. Od tej pory tylko przez siatkę można się było porozumiewać.

Aż zdarzył się taki incydent. Panowie, którzy nie mieli nic do roboty, grali w karty – nie wiem, czy to był „tysiąc”, czy coś innego, a mój tatuś i inni mężczyźni kibicowali. Potem tatuś opowiadał, że w pewnej chwili coś go jakby odciągnęło od tej grupy. Nie miał powodu, żeby odchodzić, miał przy sobie papierosy, takie z papieru, nie potrzebował też iść za potrzebą, ale odszedł na drugi koniec tego placu… I wtedy przeleciał samolot i zrzucił bombę w sam środek tych grających. Wszyscy biorący udział w tej grze i ci kibicujący zostali zabici albo poranieni. A tatuś jakoś nie. Nigdy nie dowiedzieliśmy się – nas przecież nikt nie informował – kto zrzucił tę bombę. Ciągle mówię, że każdy ma swoje przeznaczenie.

 Po tym właśnie incydencie z bombą, kobiety, które miały tam mężów, synów, zaczęły strasznie krzyczeć i napierać na tę bramę, przy której stało dwóch czy trzech Niemców. I oni – nie wiem, czy się przerazili, czy nie mieli rozkazu bezpośredniego strzelania – jakby zdezerterowali. Potem się wszyscy jakoś połączyli z sobą.

Kobiety rozerwały drut?

Nie, tam była taka brama, przy której stali Niemcy. Kobiety zaczęły krzyczeć i biec w kierunku tej bramy. Zrobił się tam tłum. Moja mama też biegła, bo przecież nie wiedziała jeszcze, czy jej mąż zginął tam, czy nie. Słyszałam płacz  którejś z pań, której być może zginął  syn, czy mąż. Potem jakoś się wszyscy wymieszali i już byliśmy wszyscy razem i za jakiś czas, może to były dwa dni, skierowano nas do transportu podobno jadącego do Guberni, do polskich gospodarzy. Niemniej tatuś postanowił w tym pociągu, że jak się uda, to uciekamy, bo to nigdy nie wiadomo, gdzie nas wiozą. Moja mama też była odważna. Była tam taka pani, znajoma rodziców, która stwierdziła, że ona się boi i że nie wyskoczy. Bardzo rodzice ją przekonywali, ale ona widocznie się bała, czy nie czuła się jakoś na siłach. Pociąg zatrzymał się w Milanówku, gdzie uciekliśmy. Chodziły takie pogłoski, że to Polacy, którzy tym kierowali, spowodowali jego zatrzymanie, że maszynista specjalnie jakąś awarię spowodował. Dzięki temu więcej osób zdołało uciec. Kiedy wyskoczyliśmy z wagonu Niemcy krzyczeli, a jak ktoś się nie zatrzymał czy nie wrócił, to strzelali. Jednak do nas jakoś nie strzelili. Rodzice potem powtarzali, że mieliśmy wielkie szczęście. Pamiętam, że był tam taki dosyć spory mur, który trzeba było przeskoczyć. Moja mamusia później, jak kiedyś jechaliśmy, zastanawiała się: „Boże, jak ja ten mur pokonałam w tym Milanówku?!”. Wiadomo, tatuś przeskoczył, mama podała mnie, a sama się musiała wdrapywać. I potem biegiem, biegiem z tego Milanówka do Piastowa, bo w Piastowie mamy brat miał swój dom. Zastaliśmy tam część ciotek, sióstr i innych krewnych, którzy przyjechali do Piastowa z nadzieją, że tam jakoś łatwiej będzie przetrwać. I tak się znaleźliśmy w Piastowie.

Przebywali Państwo w Piastowie do momentu wyzwolenia?

W Piastowie żyliśmy w miarę spokojnie do listopada. 15 listopada były imieniny i urodziny mojego taty. Tatuś miał aparat fotograficzny, jakiś taki trójkątny i powiedział do mamusi: „Wiesz, pójdę gdzieś na targ, sprzedam ten aparat i kupię wędlinę, może nawet jakąś wódeczkę niewielką, żeby cała rodzina się spotkała, bo nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy”. I tak poszliśmy wszyscy w trójkę. Tatuś poszedł z tym aparatem, a my z mamą weszłyśmy do apteki. Mamusia zawsze kupowała krople walerianowe, bo ją jakoś ciągle kłuło w sercu. Do dziś pamiętam jak wołała: „Halusia, podaj kropelki pipetką na cukier”. Jakoś jej to pomagało. I my wchodzimy do tej apteki, a zaraz za nami wpada jakaś pani i mówi, że jest łapanka na targu. O Boże, znów to samo. Wychodzimy z apteki, a już te budy stoją. Było ich dosyć dużo, ustawili się dookoła jak karuzela. I pakowali mężczyzn i takich starszych chłopców do tych bud. My z mamą latamy od budy do budy i mama się pyta, czy jest tam Kubiak. I w którejś tej budzie słyszymy: „Tu jestem”. „A gdzie was wiozą?”. Tatuś mówi, że nie wie. Po prostu wiozą i tyle. Ale jakiś pan, nie wiem, kim on był, miał coś z tymi Niemcami wspólnego i powiedział mamie, że wiozą ich do Pruszkowa na komendę policji.

Poczekałyśmy, aż te wozy odjechały, i z mamą wróciłyśmy do wujka, do tego domu. Mama mówi: „To ja teraz biorę Halinę i idziemy do Pruszkowa”. A wszyscy na to: „Zobacz: noc, ciemno. Też cię może spotkać coś złego, bo Niemcy mogą tędy iść”. Ale moja mama była twarda. Oni mieli z ojcem taką dewizę: jak zginiemy, to wszyscy razem – mamusia, tatuś i ja. Żeby nie było, że jedno zostaje. No i pamiętam, włożyłam jakieś ciuchy, jakieś kalosze, ciotka dała, jakiś taki płaszcz nieprzemakalny, bo wiadomo, listopad, poza tym noc się zrobiła. Pamiętam, że jak szłyśmy z mamusią, to się bardzo bałam. Bo cała ta droga do Pruszkowa – nie wiem, czy teraz tak jest – była wysadzona takimi ogromnymi topolami. Tak się jakoś ich bałam. Niby byłam z mamą, ale nikogo oprócz nas nie było, nie miałyśmy żadnej latarki, nic się nie świeciło, latarni w ogóle nie było, tylko te ogromne drzewa i taki wiatr jeszcze duży. Ale jakoś dobrnęłyśmy na miejsce. I mam może miłe z tego wszystkiego wspomnienie, bo jak doszłyśmy do tej komendy mamusia zapukała w jakieś drzwi i otworzył nam pan w cywilu, w dodatku Polak. I znów miałyśmy trochę szczęścia. Pewno spojrzał na mnie jak na córkę czy wnuczkę i powiedział: „O Boże, jak to dziecko zmokło. Szybciutko, niech je pani rozbierze”. Spojrzałam na biurko i tak mnie zafascynowało, bo tam był czerwony telefon i zapalniczka do papierosów, też czerwona. I tak mi się to podobało, że od tego czasu to mam jakąś obsesję tego koloru [śmiech]. Mówiłam o tym kiedyś mojej wnuczce i kupiła mi na urodziny, te 80., portfel czerwony. To mnie urzekło.

Przespałyśmy się na kanapie, przykryte elegancko jakimś kocem. Rano mamusia wychodząc do toalety, spotkała męża swojej koleżanki, który, jak się okazało, był tłumaczem u Niemców. Opowiedziała mu naszą historię i on stwierdził, że trzeba coś wykombinować. Wymyślił, żeby mnie jakoś przeszwarcować do celi taty i żeby on, opuszczając ją, wychodził ostatni do samochodu, który będzie podstawiony.

A więc już wiadomo było, że gdzieś będą Pani tatę wywodzić?

Tak, gdzieś mieli ich wieźć do Niemiec na roboty. Tatuś był wtedy jeszcze młody, silny, ale miał powiedzieć, że żona zginęła w czasie powstania w Warszawie i że jest z dzieckiem. Bo może niechętnie wezmą takiego, bo co z dzieciakiem robić? On miał jakąś taką siłę przekonywania. Jak już tatuś podchodził ze mną, to ten znajomy mamy tłumaczył po niemiecku, że tu matka zginęła, że ojciec z dzieckiem. I ten Niemiec jakoś tak przystał na to, że może on nie. I  machnął ręką, a tatuś szybko złapał mnie i pobiegliśmy za ten samochód, a potem przykucnęliśmy w jakiś krzakach i powiedział: „Tylko nic nie mów Halusia, tak cichutko siedzimy”. I te samochody zaczęły odjeżdżać. Potem my z tatusiem weszliśmy na taką jakąś ulicę, gdzie koło bramy stał jakiś mężczyzna. Tatuś się spytał: „Czy są tu może Niemcy?”, a ten pan odpowiedział, że nie ma. Zapukaliśmy do pierwszych drzwi  otworzyła jakaś pani, już pewnie była mniej więcej zorientowana, o co chodzi, wiedziała, że Niemcy mogą nas jeszcze szukać i mówi: „Rozbierajcie się szybko, ubrania nie do szafy tylko pod jakieś łóżko”. Rozłożyła trzy talerze. Usiedliśmy przy stole na krzesłach, a ona jakieś ziemniaki gotowała dla kur, jeszcze były w obierkach.

I znów na nieszczęście ten samochód zatrzymał na vis-à-vis naszego okna. Pamiętam, że mój tatuś miał pot na czole, a ja nie bardzo byłam zorientowana, o co w tym chodzi – samochód, to samochód. Okazało się, że on miał jakąś awarię, i nikt nie przyszedł po nas, ale tatuś tak to odebrał pewno. Ta pani była wspaniała. Pamiętam te dymiące te ziemniaki. Posiedzieliśmy, potem, gdy samochód odjechał, tatuś jej powiedział, o co chodzi, a ona mówi: „Wiem, wiem, przecież słyszę i widzę”. Ludzie kiedyś sobie pomagali…

Poznała Pani nazwisko tej kobiety?

Nie. Może tatuś tak, ale myślę, że też chyba nie, bo to nie trwało aż tak długo. Zaraz się zebraliśmy i z powrotem do Piastowa, gdzie przebywała mama. Ona nie wiedziała, co się z nami dzieje, ponieważ w momencie naszej ucieczki musiała się skryć, żeby nie wzbudzać podejrzenia. Opowiadała mi potem, że zapytała się napotkanego Polaka, czy widział mężczyznę z dziewczynką sześcioletnią, a on jej odpowiedział, że „tak,  jeszcze pomagałem im wsiąść do tego samochodu”. Jak to usłyszała, to już się zupełnie załamała. Próbowała jeszcze podpytać inne osoby, ale nikt nic nie wiedział. I zaczęła taka biedna, smutna iść do domu. Ale na drogę wyszedł jej brat, bo mówi: „No i co? Straciłaś i męża, i córkę”. Ale tak jakoś to powiedział, że wtedy trochę jej ulżyło, bo pomyślała „skąd on to może wiedzieć?”.

Jak już się znaleźliśmy, tatuś powiedział: „Wyjeżdżamy stąd, gdzie nas oczy poniosą”. I wyjechaliśmy gdzieś na Mazury do takiej małej mieściny, która chyba nazywała się Żelechlinek. Drogi nie pamiętam dokładnie. Tam był taki górzysty dosyć teren, krajobraz jak na pejzażach, małe chatki. Tamci ludzie nie wiedzieli, że było coś takiego jak Powstanie, że tu w ogóle coś się takiego wydarzyło. Dopiero jak czołgi wjechały rosyjskie, to zrozumieli, że coś się dzieje. Myśmy się zatrzymali w takim wiejskim domku, za którym rosły malwy. Na ścianie wisiał obraz – Pan Jezus płynący na łodzi i jakieś aniołki.

Pamiętam, jak jeden czołg wjechał w rów wykopany przy naszym domu (na wsiach były rowy przy domach). Jego lufa była wycelowana prosto w nasze okna. Nie pamiętam, czy sama  się tego bałam, czy nie, ale córka tych państwa u których się zatrzymaliśmy, która miała maleńkie dziecko w kolebce, tak się przeraziła, że od razu uklękła przed tym obrazem i zaczęła się modlić. Więc ja uklękłam przy niej i też zaczęłam coś mówić. Na szczęście to byli Rosjanie. Przyszli później i pytali o jedzenie, bo byli głodni, a tam im się gąsienica zepsuła czy coś i trochę miała potrwać ta naprawa. Jeden z nich nauczył mnie spadochrony z nitek robić. Młoda gospodyni zrobiła im jakieś picie, żeby się rozgrzali. Tacy byli mili w sumie. Tylko jeść im się chciało. Potem przyszła ta starsza gospodyni, dała im słoniny, bo w takim przedsionku za materiałową zasłoną wisiały jakieś kiełbasy, słonina, coś takiego wędzonego, więc im to pokroiła. Tak dziękowali, dziękowali, naprawili czołg i odjechali.

Boże Narodzenie spędziliśmy w Żelechlinku. Był tam kościół, chyba straż i coś jeszcze, ale to takie małe miasteczko. Właśnie w tym kościele Boże Narodzenie było naprawdę takie podniosłe, może z takim uczuciem księża odprawiali msze, bo wiedzieli, że oprócz ludzi, którzy już tam mieszkali, są i tacy, którzy przyjechali, żeby się schronić. To wszystko było więc takie miłe. Były nawet prezenty. Pamiętam, dostałam prezent z papieru kolorowego. Ktoś się natrudził, i takie paseczki i taki worek sklejony zrobił, a do niego jakieś cukierki czekoladowe włożył, których nie widziałam nie wiem odkąd. I był Mikołaj.

Byliśmy tam chyba do wiosny. Tatuś pierwszy pojechał zobaczyć, czy mamy dokąd wracać do Warszawy. Oczywiście dom, w którym mieszkaliśmy, był zburzony.

Jakieś rzeczy z tego domu się zachowały?

Nie, nic. Jedyna rzecz uratowana z Międzylesia, jak wychodziliśmy, to takie srebrne sztućce, które tatuś złapał i zawinął w jakiś materiał i zakopał koło  krzewu bzu. To jedyne, co ocalało. Chcę jeszcze powiedzieć, że tatuś, jak tam przyjechał – wiadomo, pociągi różnie chodziły – była już prawie noc i szedł, proszę sobie wyobrazić, przez pole, które całe było zaminowane. Nie wiedział o tym. Oczywiście nasz dom cały rozwalony. Z tego budynku, w którym się chroniliśmy właściwie też zostały tylko fundamenty, reszta zburzona. Nieopodal stała niezburzona chatka państwa Parandowskich, ojciec tam zapukał. Oni od razu zaczęli pytać „a gdzie pani Kubiakowa, a gdzie Halusia?”. Ojciec mówi: „Są, żyją, tylko ja przyjechałem zobaczyć, czy mamy do czego tutaj wracać”. I ona na to: „Jak pan panie Kubiak przyjechał? Jak pan szedł?”. A tatuś mówi: „Jak zawsze, przy tej Miłosnej i tutaj”. To ona: „To ja panu jutro coś pokażę”. Tatuś zawsze mówił, że jak ta pani poszła z nim i on zobaczył te patyczki i te wstążeczki, że to do rozminowania, to normalnie pot mu spłynął po twarzy ze strachu. Widocznie nie miał zginąć.

Tata od razu zaczął się starać o nowe lokum, wynajął jakieś mieszkanie, wiem, że na pierwszym piętrze.

W Warszawie?

W Międzylesiu. Bo w Warszawie to same gruzy zostały. Z kolei w Piastowie ta część rodziny, co miała poburzone mieszkania, już tam została. Poza tym, tam była wujka tego córka z mężem i dziecko. A w sumie cztery jakieś niewielkie pokoje. Byłoby za ciasno dla wszystkich. Parę dni można byłoby wytrzymać, ale żeby tak na dłużej, to nie.

Pamiętam była tam taka duża kuchnia, duży pokój. Rodzice od razu poszli do pracy do takich zakładów przetwórstwa mięsnego pod Warszawą. Tam było dobrze, bo co tydzień płacili jakąś dniówkę, poza tym był prowiant i pamiętam, jak stamtąd rodzice przynosili, nie parówki, tylko serdelki. Jak mamusia robiła je na gorąco, to aż się zapach rozchodził. I do tego dawała czy musztardę, czy coś. To było pycha. I jakąś wędlinę. Tam masę ludzi, że tak powiem różnych profesji, szło do tej pracy, bo było i co zjeść, i jakieś pieniążki były.  Potem moja mama spotkała swoją koleżankę – panią Marię Żakową – która mieszkała przy Młynarskiej w Piasecznie. Teraz ta ulica jest nie do poznania, bo tam są duże bloki, a wtedy to była dzielnica willowa. Pani Maria zaproponowała mojej mamie lokum. Ona miała fajny domek, a że jej dzieci wyjechały za granicę, było tam sporo miejsca. Trzy takie duże pokoje, kuchnia, weranda i ogród dookoła. Więc przenieśliśmy się do Piaseczna i stamtąd zaczęłam chodzić do pierwszej klasy na Świętojańską, gdzie dziś chodzą moje wnuczki.

A więc Pani całe późniejsze życie spędziła w Piastowie?

Tak, aż do teraz. Tatuś przywiózł nas i zamieszkaliśmy u tej cioci Żakowej. Latem była balia z wodą albo z deszczówką. Miałam basen, mogłam się kąpać. Dużą rozrywką było, że zawsze o 12.00 leciał taki motorek, nie ciuchcia, tylko motorek, z jednym wagonem. Tam były szyny i on jechał do Wilanowa. Wiózł wycieczki, niektórzy ludzie tam mieszkali. O 12.00 zawsze biegłam do końca tego ogrodu, wchodziłam na bramę po szczeblach, patrzyłam i machałam, a tam ktoś mi odmachiwał z tego pociągu. Taka atrakcja była. Nie było wtedy telewizji, radio też tak różnie działało, a to była dla mnie frajda. A poza tym agrest był, porzeczki były, tak że tylko na wyciągnięcie ręki. Kolacje, obiady latem jedliśmy na tej pięknej werandzie, która była obrośnięta winogronem. Naprawdę fajnie było. Tylko potem znów miałam problem – poszłam do szkoły. Pierwsze dni to mama mnie odprowadzała. Potem do jakiejś pracy się zatrudniła, więc już szłam sama. Ale na tej głównej ulicy w Piasecznie – Kościuszki – był zakład, pan, który robił trumny. Do niego w taką sionkę się wchodziło, a jego reklamą było wieko, które stawiał na schodkach. Jak ja się tego bałam! Boże! Zawsze przechodziłam na drugą stronę i nie patrzyłam. Trumna była z takich białych desek, krzyż na wierzchu. Musiałam jednak przejść. Nie zawsze stała ta trumna, ale była raczej częściej niż rzadziej. Bardzo się tego bałam. Potem i tatuś zaczął pracować – jako księgowy dostał pracę w urzędzie miasta. Bardzo ją lubił.

Wie Pani, wielu ludzi mówi, że nie ma przeznaczenia, ale to aż nieprawdopodobne, że tata tyle przeżył – jak spadła bomba w obozie to coś go jakby odciągało, chociaż nie miał potrzeby odejścia, a potem to pole zaminowane po którym przeszedł…

Niektórych rzeczy nie sposób wytłumaczyć.

Nie sposób wytłumaczyć, właśnie o to chodzi.

Halina Bójska (stoi czwarta z prawej) z kolegami trzeciej klasy szkoły podstawowej, Piaseczno. Fot. z pryw. arch

Powiązane hasła

”None