menu

Timofiejew-Dziembowska Helena – „To były straszne czasy”

Timofiejew-Dziembowska Helena – „To były straszne czasy”

Helena Timofiejew-Dziembowska urodziła się w 1936 roku w Warszawie. W czasie Powstania Warszawskiego została wypędzona z rodzicami, Stefanią i Józefem Zych, radiotelegrafistą AK oraz bratem Jerzym z domu przy ul. Willowej na Mokotowie, wygnana do obozu Dulag 121, a następnie wysiedlona na tereny Generalnego Gubernatorstwa. Wraz z końcem wojny nie skończyły się cierpienia rodziny – w 1952 roku Józef Zych został zamordowany przez UB, a jego bliscy – poddani inwigilacji. Pani Helena nie poddała się. W latach 80. działała w Prymasowskim Komitecie Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Przez całe życie miała wiele pasji – była członkiem PTTK, zajmowała się fotografią – robiła m.in. zdjęcia na pogrzebie księdza Popiełuszki. Dziś mieszka na Mokotowie ze swoim mężem, byłym żołnierzem AK. Rozmowa z Panią Heleną Timofiejew-Dziembowską została nagrana w 2019 roku.

 

Nazywam się Tymofiejew-Dziembowska. Z domu Zych.

W którym roku się pani urodziła?

W 1936. U mnie to się zaczęło na ulicy Willowej, pod siódmym mieszkałam.

Co pani zapamiętała z okresu okupacji?

To były straszne czasy. Moje dzieciństwo toczyło się wśród Niemców – stacjonowali po tej stronie, gdzie jest kościół kalwiński. Pod trzynastym była wacha. Przywozili tam ludzi z łapanek. Po Powstaniu wylądowałam właśnie pod tym trzynastym, bo ojciec powiedział, że do czyjegoś mieszkania nie wejdzie. Administratorem tego domu był Majewski z Pruszkowa. To była luksusowa willa, po wojnie gorzej ją wyremontowali. A od Puławskiej, w piwnicach,  Akowcy mieli swoje pomieszczenia. W piwnicy naszego domu robili broń. Przed wojną, tu gdzie dziś jest wysoki supersam, miało stanąć Polskie Radio. Jak w 1939 przerwano prace [budowlane], zrobiło się jeziorko. Mój tato i jego koledzy, którzy pracowali w podziemiu, dla upozorowania mieli działki nad tym stawem. Tu byli Polacy, a tam Niemcy.

Pamiętam, że pewnego dnia moja mama z moją chrzestną – bo w naszym domu mieszkała też chrzestna z synem i córką, młodszymi ode mnie – dowiedziały się, że na dworcu w wagonach są dzieci, nie wiem skąd wywiezione – czy to te zza Warszawy, z Zamościa, czy z getta. I poszły, aby któreś wziąć, uratować. Pamiętam jak płakały, kiedy wróciły, bo te dzieci były zamarznięte na śmierć, nie dostały ich.

To bardzo smutna historia. Zarazem, to szlachetne, że rodzina chciała pomóc.

Polacy sobie pomagali.

Z kim pani jeszcze mieszkała, z rodzicami, z rodzeństwem?

Starszy brat, mama i tatuś. Brat o dwa lata ode mnie starszy, niecałe. Myśmy byli dziećmi.

Czy zapamiętała Pani dzień wybuchu Powstania?

Tak. Ponieważ mój ojciec pracował w Polskim Radiu i był w AK. Jak Powstanie wybuchło, to ja byłam na Willowej i ktoś ze znajomych rodziców dał papierosy dla mamusi, przecież w czasie okupacji wszystko było problemem. I jak zaczęła się strzelanina, to ja te papierosy wyrzuciłam z nerwów w krzaki.

Pamiętam, że z taką wielką banią chodziło się na nad staw. Jak się szło z działki, na Puławskiej, tam gdzie teraz jest ten wielki wieżowiec, mijało się taką wielką czarną halę, starą remizę. Zostały z niej tylko mury, bo zaczęli już budować nową zajezdnię. Kiedyś zapędzili tam Polaków z łapanki i rzucili granaty. Moi rodzice poszli tam, a na ścianach – cząstki ludzi. Musiało to być silne przeżycie.

Pani słyszała te wybuchy?

Huku nie. Po Powstaniu, jak wróciliśmy, to dziewczynka z mojej klasy wzięła mnie tam. Z tyłu na ścianie, na murze były nazwiska tych, którzy zginęli. Potem nas wyrzucili z tego domu.

Działo się to w trakcie Powstania czy po kapitulacji? Czy pamięta pani konkretną datę?

Nie, to jakoś wcześniej było.

Pamięta Pani porę roku? Było ciepło?

Ciepło, bo lato wtedy było. W sandałkach tylko byłam. Ustawili nas po drugiej stronie pod domem do rozstrzelania. Zapamiętałam Niemca – niski, potężny i miał taką siekierę, toporek za pasem – i ja się tak wpatrywałam w niego i zastanawiałam się, czy on nas będzie tym toporkiem zabijał. Ale mieszkał w tym domu pod siódmym pan Krężlewicz, który znał dobrze niemiecki i wyprosił, żeby nas tu nie rozwalali. I nas popędzili na Belwederską na dół. Tu mam takie zdjęcie przedwojenne [Pani Helena pokazuje fotografię], tu teraz jest ambasada rosyjska, a za tym domem skręcała ulica Spacerowa i tam byliśmy pędzeni.

Stefania Zych z d. Ziemba z synem Jerzym na tle kamienicy przy ul. Spacerowej. Fot. z pryw. arch.

Na Dworkowej Niemcy mieli ustawiony czołg, armatę na dachu i jak pędzili ludzi z Warszawy dołem, Belwederską, to strzelali. Później, jak nas przepędzili tam, do Belwederskiej, widziałam te stosy trupów. Na rogu Belwederskiej i Spacerowej stał dom i dobrzy ludzie z tego domu nas zatrzymali, żeby nas uratować. Zginął tylko 16-letni Darek, syn tego pana, który nas na górze uratował, do przodu się wychylił i został zabity.

Zatrzymali, czyli wzięli do swojej bramy, do swojego mieszkania?

Tak. Część ludzi przeleciała na jedną stronę ulicy, część gdzieś na drugą. Myśmy tu z mamą się znaleźli. Nie wiem, ile czasu tam byliśmy, ileś jeszcze trwało to Powstanie. Był straszny głód, człowiek przy człowieku. Chyba jak Czerniaków padł, to oni wtedy taką armatę nastawili i strzelali w ten dom. Myśmy byli na pierwszym piętrze. Schody się rozpadły i wtedy – tylko to pamiętam – ludzie otwierali okna, rzucali materace, kołdry, wszystko i na to skakali. Mnie jakiś pan wziął pod pachę i ze mną wyskoczył, z pierwszego piętra. Na ulicy było dużo ludzi i ci własowcy na czarno ubrani już stali. Wtedy, jak nas wszystkich zgarnęli, popędzili nas Chocimską. Przez Plac Unii, kojarzy pani? Tam były takie kozły z drutami, a na kozłach Niemcy z karabinami. Jeden kozioł był pewnie otwarty i pognali nas alejami Szucha tam, gdzie jest dziś Ministerstwo Oświaty. Na jego dziedzińcu są kolumny. Kobiety postawili z dziećmi i spędzili z prawej strony za kolumnę, a mężczyzn pozostawili na dziedzińcu. Tego dnia, po jakimś czasie, przyjechały ciężarowe samochody i wszystkich do nich upchnęli. Pamiętam, jak mężczyźni stawiali opór, żeby nas nie pognietli. Nie pamiętam momentu, kiedy się przesiadaliśmy, ale później znaleźliśmy się w tym elektrycznym pociągu, który jeździł do Pruszkowa.

Rozumiem, że jechała Pani kolejką EKD, która zatrzymała się w Tworkach?

Nie, dojechaliśmy do samego obozu. Z tego pociągu, kiedy się zatrzymywał, ludzie wyskakiwali, ale mama się bała – dwoje małych dzieci, jak któreś nie wyskoczy, coś się stanie… I została. Stąd znaleźliśmy się tam, w Pruszkowie. Hala taka ogromna, gdzieś przy tych słupach ludzie… Ile tam byliśmy, nie wiem, chyba niezbyt długo, ale byliśmy. Stało się w kolejce po czarną kawę.

Co pani z tego pobytu zapamiętała?

Zapamiętałam tą czarną kawę.

Czy rozdawano jakieś jedzenie?

Nie, nic nie pamiętam.  Gdzieś pod tym słupem się spało. Później, jak już byłam dorosła, mama opowiadała mi, że wtedy zachorowała na krwawą dezynterię. Dostała opiekę od Czerwonego Krzyża, dali mamie lekarstwa. Podziemie AK wszystko załatwiało, leczyło i pomagało. Gdyby mama się Niemcom przyznała, to kula w łeb.

Pamiętam, że przyszedł dzień, taki słoneczny dzień, kiedy siedzieliśmy na placu przed pociągami. Chrzestna, jej dwójka dzieci, moja mama i ja z bratem. Dość długo żeśmy czekali. Potem stało się w kolejce do wagonów, a ci Niemcy tak rozszarpywali – do obozu, do pracy. Była z nami też młoda kobieta, taka dwudziestoparoletnia, która mieszkała u mojej chrzestnej. Nie pamiętam, jak miała na imię. Ona nie miała dziecka, więc moja mama dała jej mojego brata. Pamiętam, jak zawinęła chustką włosy, nachyliła się, przytuliła Jurka i przeszła. Nie wyrwali go jej. Nie pojechała do obozu, bo nie poznali się, że to młody człowiek. Ale ryzykowała, i dziecko też mogło być stracone.

Pani ojca nie było wtedy z rodziną?

Nie. Tata to jest oddzielny rozdział. W każdym razie [załadowali nas] do tego wagonu bydlęcego i gdzieś nas wieźli. Potem był następny obóz, gdzie na sianie, gdzieś na górze, żeśmy siedzieli.

Wie pani, gdzie to było?

Nie wiem. Później do chłopów.

Ale na terenie Generalnego Gubernatorstwa czy Niemiec?

Wydaje mi się, że na Mazowszu, w Lipcach Reymontowskich. Później na wycieczki jeździłam do Reymonta. U gospodarzy Mieszkaliśmy w oborze, w stodole. Gospodyni nienawidziła warszawiaków, pamiętam jak ona wołała: „Chciało im się Powstania, niech by tam zginęli!”. Ponieważ moja mama pochodziła ze wsi, z Lubelszczyzny – nie wiem czy umiała, czy nie umiała, bo jako dziecko odeszła stamtąd – ale coś w polu robiła. Kto poszedł i coś w polu robił to dostawał coś do jedzenia, a tak to nic. Także mama coś z tego pola przyniosła. Ale wyszliśmy w sandałkach, w letniej sukience, a zaczął się pierwszy śnieg. Mama już nie wytrzymała. Wiem, że prowadziła nas za rękę przed siebie przez wieś i nie śmiała nikogo poprosić. Ale z ostatniej chałupy w tej wsi wyszła kobieta i nas przygarnęła. Chociaż już ich tam było kilkunastu, dzieci sporo, bieda.  Do zakończenia Powstania tam byliśmy i tam nas znalazł tatuś.

Jakie były losy Pani ojca?

Jak byliśmy w Warszawie, jeszcze zanim Powstanie wybuchło, mój tata był na dole w piwnicach kiedy gestapo weszło. Na końcu Puławskiej była furteczka i jak oni weszli z jednej strony, mój tata, nią wyszedł.  Puławska jest taka szeroka jak przed wojną, tylko na Placu Unii był Pomnik Lotnika, który jest teraz na Wawelskiej. Z tej strony, gdzie jest dzisiaj SKOK był przystanek tramwajowy i stał tramwaj. Powstańcy wrzucili w niego granaty, ten tramwaj stanął w płomieniach, ci Niemcy zwrócili wzrok w jego stronę i mój ojciec zdążył przeskoczyć na drugą stronę.

Pamiętam, że potem w Szpitalu Ujazdowskim operowali tacie wyrostek robaczkowy. To musiało być przed Powstaniem, bo myśmy jeszcze ojca odwiedzili w tym szpitalu. W środkowym rzędzie leżał. Jak Powstanie wybuchło i [Niemcy] nakazali opuścić szpital – dali trzy godziny, od 9:00 do 12:00 – to mój tata był już po operacji, chodził. Później ten szpital bombardowali razem z chorymi. To już wiem od pana Kochanowskiego, historyka, który oprowadzał po Warszawie wycieczki. Wiem, że ewakuowani ze szpitala szli wzdłuż Skarpy Wiślanej. Mieli dojść aż na Mokotów, Dolną do Chełmskiej, bo na tej Chełmskiej, mięli się zatrzymać w budynku domu dziecka, którego wychowankowie wyjechali na wakacje. Doszli tam, gdzie się kończy skarpa, są schodki i szkoła i w tej szkole zrobili przystanek. Z tej właśnie szkoły przyszedł mały chłopak – tak działała poczta polowa – i przyniósł mamie karteczkę od ojca, że żyje. Pamiętam, jak mama to czytała i płakała. Już później nic nie wiedzieliśmy o ojcu. Jakoś trafił do Konstancina.

Czy przechodził przez Pruszków?

Nie. Przez Pruszków nie. Kiedy Warszawa była wolna, tata z Konstancina nas szukał przez Czerwony Krzyż i znalazł nas na wsi.

Oczywiście wracać nie chcieliśmy nigdzie indziej, tylko [do Warszawy] w te gruzy. Ponieważ nasz dom był spalony, a na dole, w suterenie były mieszkania, tatuś zajął któreś z nich. Ale kiedy pojechał po nas, włamali się do niego, więc wylądowaliśmy gruzach.

Pamięta, że zaraz po Powstaniu na Placu Zbawiciela była msza ich intencji pomordowanych. Tylu ludzi wymordowali… Dziś jak jestem na Placu Unii to nie mogę uwierzyć, że mogę przejść przez tą ulicę. Chociaż w Odznace Krajoznawczej [PTTK] jest obowiązek, aby zaliczyć muzeum w Alejach Szucha, ja nawet na drugą stronę przechodzę, jak muszę tamtędy iść, nie jestem w stanie. Po drugiej stronie było krematorium. Sześć samochodów ciężarowych prochu w trumnach z niego wywieźli.

Czy Tata opowiadał, jak przebiegała ewakuacja Szpitala Ujazdowskiego?

Nie, nic. Wszystko było dla nas ściśle tajne, bo na moim ojcu w 1952 roku w Polskim Radiu, przy Kazimierzowskiej, ubowcy wykonali wyrok. Wyrzucili go z trzeciego piętra. Tego dnia, co ojca zamordowali, przyszli jacyś panowie, wynieśli z piwnicy takie książki w czerwonej skórze, chyba Piłsudskiego – tata był piłsudczykiem – i takie szabelki jakieś przedwojenne. Ja to gdzieś przez szparę musiałam zobaczyć. Nie wiem nic więcej, nie mam żadnych dokumentów. W czasie „Solidarności” ubowcy wszystkie spalili.

Co działo się w tym czasie w domu?

Moją mamę jeszcze przez rok UB ciągało na przesłuchania. Była drobna, mała, nerwy, dwoje dzieci. Na trzy miesiące na tle nerwowym przestała mówić. Mama pracowała w Ministerstwie Przemysłu Maszynowego, w kancelarii. Jakiś człowiek mamę obronił, bo już nie mógł patrzeć, jak się znęcają nad nią, powiedział, żeby więcej nie przychodziła na przesłuchania, „niech do domu przyjdą, a pani ich ze szczotą przywita”. On był nawet podobno z KC i miał ją obserwować, ale już nie mógł na to patrzeć. Trzy miesiące mama nie mówiła, gubiła się, była nieprzytomna. Ludzie z pracy ojca pomogli, pochowali go, opiekowali się nami.

Po maturze podjęłam pracę w 1954 roku i w 1956 czy 57 wyjechałam z jedną z koleżanek z mojego działu w Tatry, do Zakopanego. Raz, kiedy poszłyśmy w góry, zabłądziłyśmy. O mało nie zostałyśmy w tych górach na noc, bo przepuściłam szlak. Zapadł wieczór, więc zeszłyśmy do schroniska w Szczyrku. Mówili, że schronisko jest do likwidacji, ale przyjęli nas, wzięli od nas dowody osobiste i na takiej werandzie, gdzie były łóżka, mogłyśmy się położyć. Raniutko przyszła pani i mówi, że pan kierownik prosi mnie. Poszłam. Okazało się, że to był przyjaciel mojego ojca. „Uratowałem się, bo się w górach schowałem”, powiedział. Dużo opowiadał, ale to był dla mnie taki szok, że ja nic nie pamiętam.

Czy opowie Pani trochę więcej o swoim ojcu?

Nazywał się Józef Zych, pochodził z Płocka. Babcia była z rodziny Więcławskich, bogatych złotników, popełniła mezalians, bo wyszła za dziadka, który był tylko maszynistą na statku. Ale wychowywał go arcybiskup Nowowiejski, bo dziadek z babcią w przeciągu roku zmarli i zostawili ośmioro dzieci. Mój tata poszedł wtedy do takiego sierocińca i jak miał 5 lat to arcybiskup Nowowiejski wziął go na wychowanie. Także mój tata był człowiekiem z kościoła. Maturę miał, ukończył szkołę w Płocku, „Małachowiankę”, podobno była na bardzo wysokim poziomie. Jego starszy brat miał wtedy 18 lat i wzięła go najstarsza siostra babci, która sama miała jednego syna. Chłopcy razem się uczyli. W dwudziestym roku, jak bolszewicy szli to oni obaj, w obronie mostu w Płocku, zostali przez kozaków szablami pocięci na kawałki. Są na liście bohaterów z Płocka przy pomniku Piłsudzkiego. Tadzio Zych, młodszy brat ojca, zginął w sierpniu, kiedy była zdobyta PAST-a, jak nasi wyprowadzali Niemców. Rzucił w niego granatem jakiś schowany na podwórku Niemiec. Stryjek Zych miał 30 lat. Potem ojca zabiło UB, co tu mówić…

Jak przyszła „Solidarność”, to ja byłam pierwsza. Byłam sekretarzem komisji w „Zjednoczeniu”  zaraz mnie wyrzucili, nie było pracy dla mnie, po dwóch, trzech latach poszłam do Komitetu Prymasowskiego [Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom – społeczno-kościelna instytucja charytatywna, działająca w okresie 1981-1983 na rzecz internowanych w okresie stanu wojennego – przyp. red.]. Po dwóch latach komitet się rozwiązał i przekształcił w Towarzystwo Charytatywne św. Marcina. Przez 31 lat byłam wolontariuszem – najpierw w Komitecie, potem w Towarzystwie. Pracując, zaliczyłam takie studia dwuletnie, finansowanie, bo w pracy prowadziłam inwestycje.

Moją pasją były zdjęcia. Miałam ciemnię w pracy jednej, drugiej, w domu. Fotografowałam ludzi z podziemia, z Komitetu. Robiłam zdjęcia Wałęsie, na pogrzebie księdza Popiełuszki, zrobiłam też taką katyńską książkę. W sumie trzy i pół tysiąca zdjęć. Pamiętam, że po studiach, kiedy dostałam nakaz pracy na Żeraniu, poszłam do profesora Chojera z uniwersytetu, który uczył nas prawa i powiedziałam, że ja tam nie mogę jeździć, że moja mama będzie się bardzo martwić. To był 54 rok, dwa lata po śmierci ojca. I on mi dał nakaz pracy w Centralnym Zarządzie Biur Projektu Budownictwa Komunalnego na Chocimskiej. To była instytucja, gdzie byli ludzie tacy troszeczkę przeciwko bolszewikom, tacy swoi. Był tam pan, z zawodu lotnik, który robił zdjęcia. I tak się to zaczęło. Miałam własną ciemnię w łazience w domu. W sąsiednim domu u kolegi to potem już się nawet zdjęcia w kolorze się wywoływało. Później trafiłam na zajęcia do Dederki, tego fotografika i tak te zdjęcia już przyrosły do mnie. Wie pani, to mnie uratowało. Trafiłam też do PTTK-u, w 55. zapisałam się po raz pierwszy na jakąś szkółkę kajakową na Mazury. Później myśmy z moim mężem łódź budowali u niego na Sadybie. Najlepszą sukienkę sprzedałam, żeby tylko kupić klej. I popłynęliśmy.

Helena i Jerzy. Fot z pryw. arch.
Helena Timofiejew-Dziembowska z d. Zych, 1947 rok. Fot. z pryw. arch.
Stefania Zych. Fot. z pryw. arch.
Józef Zych, zdjęcie powojenne. Fot. z pryw. arch.

 

Powiązane hasła

”None