menu

Modrzejewska Joanna – Krzyk, który mnie uratował

Modrzejewska Joanna – Krzyk, który mnie uratował

Modrzejewska Joanna, urodzona w 1936 roku, podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkała wraz z matką Zofią Grankowską z d. Konopnicką przy ul. Wspólnej 17. W swoich wspomnieniach przekazanych Muzeum Dulag 121 w 2018 roku wspomina wzruszenie, którego doświadczano w pierwszych dniach Powstania na widok biało-czerwonych flag, a także późniejsze dramatyczne przeżycia – zasypanie wraz z innymi mieszkańcami w gruzach zbombardowanej kamienicy oraz wypędzenie wraz z matką do obozu przejściowego w Pruszkowie. Podczas brutalnej selekcji uniknęły rozdzielenia, a następnie zostały wysłane transportem w nieznanym sobie kierunku, z którego – w Kielcach – udało im się uciec.

Joanna Modrzejewska. Podwórko kamiennicy przy ul. Wspólnej 17, Warszawa, ok. 1943 rok. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Sierpień pamiętnego 1944 roku był upalny i słoneczny. Jest połowa miesiąca, od dwóch tygodni na kamienicach Śródmieścia powiewają dumnie biało-czerwone flagi, po raz pierwszy od 5 lat. I tak zostanie już do końca Powstania, do dnia podpisania kapitulacji, gdyż Niemcom nigdy nie udało się zdobyć Śródmieścia. Tutaj teraz była „mała Polska”. Nasz pan dozorca również wydobył z ukrycia ten symbol polskości i umocował flagę na bramie naszej kamienicy przy ul. Wspólnej 17. Te flagi niosą ludziom radość i nadzieję. Patrzymy na nie z otuchą i wzruszeniem, a niejednemu łza kręci się w oku.

W kilka dni po wybuchu Powstania Niemcy ustawiają na Dworcu Gdańskim, na platformie specjalnego pociągu potężne działo nazywane „gruba berta”. Z tego działa rozpoczynają systematyczny, precyzyjny ostrzał Śródmieścia. Olbrzymie pociski o ogromnej mocy burzącej zaczynają spadać  w regularnych odstępach czasu na kamienice położone na planie kwadratu. Kwadrat po kwadracie przestają istnieć śródmiejskie domy. Powtarza się to każdego dnia rano. Nikt z nas nie wie na jakiej ulicy i które kamienice zostały tego dnia „skazane na śmierć”. Mieszkałyśmy z mamą w dużym pięknym mieszkaniu, na trzecim piętrze, w samym „sercu” Warszawy. Dzisiaj stoi tam „Grand Hotel”. Kiedy pociski „grubej berty” zaczęły padać coraz bliżej naszego domu, mama poprosiła sąsiadkę mieszkającą na parterze aby pozwoliła mi nocować u niej. Uważała że będę tam bezpieczniejsza. Tego dnia, 15 sierpnia, mama jak co dzień zeszła na dół aby mnie uczesać. I w tym momencie potworny huk wstrząsnął kamienicą a po chwili w mieszkaniu zapanowała kompletna ciemność. Gruz walącej się kamienicy zasypał okno. Z trudem wydostałyśmy się na klatkę schodową gdyż drzwi mieszkania były częściowo zasypane gruzem. Zbiegłyśmy do piwnicy gdzie już kilkunastu lokatorów schroniło się przed nami. Każdy miał tam naszykowany tzw. „żelazny zapas” czyli trochę sucharów, wodę do picia i karbidówkę, która dawała namiastkę światła w ciemnej piwnicy, ale śmierdziała obrzydliwie. Tak mija dzień i noc, nadchodzi kolejny dzień. Skromne zapasy się kończą, karbid również. Wydostać się na podwórko nie można gdyż drzwi wyjściowe z klatki schodowej są całkowicie zasypane. Zapada decyzja, że wieczorem wdrapiemy się po częściowo zasypanych schodach na resztki pierwszego piętra i stamtąd będziemy skakać na ulicę. To jedyne wyjście. I wtedy przychodzi najgorsze – nalot bombowy. Jedna z bomb trafia w resztki naszego domu. Huk, smród sadzy i… zostajemy pogrzebani żywcem.

Teraz nie ma już żadnych możliwości wydostania się z piwnicy-pułapki. Dorośli wiedzą co to oznacza. Wszyscy płaczą i modlą się bo tylko to nam zostało. Ja nabieram otuchy patrząc na moją mamę. Uśmiecha się do mnie, choć ma łzy w oczach i powtarza, że wszystko będzie dobrze, że wkrótce stąd wyjdziemy. Mówi tak choć sama w to nie wierzy, ale mówi tak spokojnie i przekonująco, że nawet siedząca obok nasza sąsiadka przestaje płakać. Znów mija kolejny dzień i noc. Kończą się suchary, kończy się woda do picia i kończy się karbid do karbidówek. Kończy się nadzieja. Aż nagle słyszymy silne, miarowe uderzenia w ścianę piwnicy dobiegające z sąsiedniej kamienicy. Zrywamy się na równe nogi, walimy w tę ścianę czym się da, krzyczymy. Niech tamci wiedzą, że żyjemy, że czekamy na pomoc. Wydaje się nam, że to trwa wieki. Nareszcie w ścianie powstaje otwór, teraz
powiększający się bardzo szybko. Kiedy jest już dostatecznie duży pojawia się w nim, choć bardzo brudna, ale wesoło uśmiechnięta twarz młodziutkiego powstańca. Jeszcze chwila i przeciska się on do naszej piwnicy. A za nim, ku jeszcze większej radości mamusi i mojej, zjawia się mój kuzyn Sławek Konopnicki, również żołnierz AK. To właśnie On zorganizował tą akcję ratunkową dzięki której ocalił życie nam i wszystkim uwięzionym pod gruzami. Lokujemy się w mieszkaniach życzliwych ludzi w kamienicy do której przedostaliśmy się piwnicami z naszej pułapki. Sławek postanawia przyjść po nas późnym wieczorem i pod osłoną nocy przeprowadzić mamę i mnie do mieszkania naszej krewnej. W normalnych warunkach szło by się do niej 15 minut spacerkiem. Nasza droga trwała ponad dwie godziny. Niemcy nie przerywali nalotów bombowych nawet w nocy. Ponadto co chwilę trzeba było chować się w bramy domów aby przeczekać atak pikujących w dół myśliwców. Z pokładów tych samolotów Niemcy ostrzeliwują z broni maszynowej wszystko, co porusza się w zasięgu ich wzroku. Pewien odcinek drogi jesteśmy zmuszeni przejść kanałami. Do dziś czuję smród ścieków zanieczyszczonych fekaliami. Ośmioletniej, niezbyt wysokiej dziewczynce to paskudztwo sięga powyżej pasa. Obrzydliwość ! Nareszcie docieramy do mieszkania ciotki Heleny. Możemy się umyć i wysuszyć. W mieszkaniu ciotki spędzamy pozostałe 6 tygodni Powstania.

Nadchodzi październik, a z nim koniec bohaterskiej walki i koniec Powstania. Niemcy zaczynają wyprowadzać z Warszawy ludność cywilną. Robi się zimno i deszczowo, a my z mamą ciągle nosimy nasze letnie sandałki i sukienki, które miałyśmy na sobie w dniu zburzenia naszego domu. Mama dostaje od ciotki Heleny jakieś półbuty i żakiet. Mnie ubiera w gruby sweter ciotki, ale ciągle paraduję w zniszczonych sandałkach. Mama jest załamana. Wtedy ciotka podpowiada mamie, że dozorczyni domu mieszkająca na parterze, ma syna w mniej więcej moim wieku. Może więc ma jakieś jego stare buty, które może mi podarować. Przecież i tak nie weźmie ich ze sobą bo każdemu wolno jest mieć tylko jeden pakunek. Dozorczyni nie jest chętna do pomocy. W końcu, widząc łzy w oczach mojej mamy, przynosi z komórki stare, zniszczone cholewiaki syna, z których on już wyrósł, ale żąda zapłaty. Mama tłumaczy jej, że nie ma pieniędzy, że wszystko straciłyśmy w zburzonym mieszkaniu na Wspólnej. Dozorczyni pozostaje niewzruszona. I wtedy jej wzrok pada na rękę mamy, na której połyskuje piękna ciężka złota bransoleta, którą dostałam na chrzcie od mojego bogatego ojca chrzestnego. Jedyna cenna rzecz, która nam ocalała. Mama waha się przez chwilę, ale dozorczyni nie ustępuje. Mama odpina bransoletkę i płaci nią za stare, zniszczone buciory. Ludzie potrafią być bezwzględni, nawet w obliczu całej gehenny Powstania, przez którą przeszliśmy. A swoją drogą chciałabym wiedzieć czy moja pamiątkowa (ojciec chrzestny zginął w Powstaniu) bransoletka przyniosła tej wyrachowanej kobiecie szczęście.

Niemcy ewakuują ludność cywilną ze Śródmieścia, które do końca, do kapitulacji pozostało w polskich rękach. Do końca też, na nielicznych ocalałych kamienicach powiewały biało-czerwone flagi. Prowadzą nas kolumnami na Dworzec Zachodni. Ładują nas do wagonów towarowych tzw. węglarek i wiozą do Pruszkowa, do obozu przejściowego o nazwie „Dulag 121”. Obóz mieści się na terenie byłych Kolejowych Zakładów Naprawczych.

Trafiamy z mamą do hali Nr.1. Po koszmarze 63 dni bombardowań, strzałów, przekradania się kanałami, siedzenia w piwnicach, teraz znajdujemy się na samym dnie piekła! Olbrzymia hala wypełniona ludźmi. Z trudem znajdujemy jakieś miejsce żeby usiąść. Betonowa podłoga pokryta błotem, brudnymi szmatami, zużytymi opatrunkami, ekskrementami. Potworny odór kału, potu, zgnilizny wprost nie do wytrzymania! Po kilku dniach tej gehenny Niemcy wyprowadzają nas na plac przed halą, na którym esesmani przeprowadzają selekcję. Stoimy w długim szeregu innych wypędzonych z Warszawy. Trójka esesmanów, dwóch mężczyzn i kobieta, rozdzielają [więźniów] na dwie kolumny. Osoby wyglądające na zdolne do pracy kierowane są na lewą stronę. Pojadą do pracy przymusowej do Rzeszy. Na prawo zaś kierowani są starcy, kaleki, kobiety w ciąży lub z niemowlętami. Starsze dzieci, takie mniej więcej w moim wieku (miałam wówczas 8 lat), odbierane są matkom i również kierowane na prawą stronę. Ich matki pojadą na roboty do Niemiec. Dzieci płaczą, matki błagają o litość. Nic nie pomaga. Esesmani są nieubłagani. Przychodzi nasza kolej i wówczas następuje coś czego nikt ani moja mama, ani esesmani nie spodziewał się. Trzymając się kurczowo mamy zaczynam krzyczeć. To był wrzask tak przerażający, tak nieludzki, że nawet ta esesmanka zamarła i przestała uderzać się szpicrutą po cholewie wypolerowanych oficerek. Jej towarzysze też z lekka zbaranieli i po chwili obie z mamą zostałyśmy skierowane na prawą stronę.

Upchnięto nas jak śledzie do otwartych wagonów towarowych. Po trzech dniach wleczenia się strugach deszczu pociąg zatrzymał się w Kielcach celem uzupełnienia wody w lokomotywie. Mamie ze mną i jeszcze kilku osobom udało się uciec z wagonu. Pędziłyśmy co sił, słysząc za sobą strzały. Schroniłyśmy się w mijanej bramie i tam pomogli nam dobrzy ludzie. Ale to już zupełnie inna historia. Dokąd nas wieźli nigdy nie dowiedziałyśmy się. Tak jak nigdy moja kochana mama nie mogła zrozumieć jak to było możliwe, aby chuda, wygłodzona i po ciężkiej zakaźnej chorobie dziewczynka mogła wydobyć z siebie tak porażający wrzask, który nawet pokonał bezlitosnych esesmanów.

Zofia Grankowska, ok. 1943 rok. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

 

 

 

Powiązane hasła

”None