menu

Płuciennik Alicja – „Nie da się wspominać bez emocji”

Płuciennik Alicja – „Nie da się wspominać bez emocji”

Alicja Płuciennik z d. Białobrzeska urodziła się w 1934 roku. Powstanie Warszawskie przeżyła wraz z matką, wpierw, po utracie dachu nad głową, tułając się po walczącym Śródmieściu, następnie przebywając u krewnych na Powiślu. Stamtąd wygnano je do obozu Dulag 121 i skierowano do hali dla osób przeznaczonych do wyjazdu na przymusowe roboty. Dzięki pomocy niemieckiego żołnierza, udało im się przedostać do sąsiedniej hali, skąd zostały wysłane w okolice Sławna. Rozmowa z Panią Alicją Płuciennik, dziś mieszkanką Pruszkowa, została przeprowadzona w 2020 roku.

Nazywam się Alicja Płuciennik z domu Białobrzeska. Urodziłam się 24 marca 1934 roku w Warszawie. Wszystko, co chcę Państwu opowiedzieć, dotyczy Warszawy. W Pruszkowie jestem od bardzo krótkiego czasu. Całe życie mieszkałam w Warszawie.

W jakiej rodzinie się Pani urodziła? Proszę opowiedzieć o swoich rodzicach.

Mój tata, Mieczysław, był tramwajarzem w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych w Warszawie przy ulicy Młynarskiej 2. Pracował na noce jako ślusarz i wtedy, kiedy tramwaje zjeżdżały do zajezdni, był w grupie poprawiającej usterki, które w ciągu dnia się pojawiały. Mama, Zofia z d. Bednarczyk, nigdy nie pracowała. Zajmowała się domem.

Czy miała Pani rodzeństwo?

Nie.

Jak zapamiętała Pani wybuch wojny?

Po powołaniu ojca do wojska zostałyśmy z mamą same i żeby było nam raźniej, przeniosłyśmy się do jej rodziców. Babcia i dziadek mieszkali przy ulicy Elektoralnej 19, naprzeciwko Szpitala św. Ducha [Nieistniejący już szpital w Warszawie przy ulicy Elektoralnej 12, zbombardowany 25 IX 1939 r. – przyp. red.]. Pamiętam jeszcze, jak ojciec szedł do wojska przed rozpoczęciem wojny w 1939 roku. Byłam w domu z mamą, kiedy przyszło zawiadomienie, że miał się on zgłosić do wojska i my z tym zawiadomieniem pospieszyłyśmy do niego do pracy. Wcześniej ojciec miał taki sen, że szedł chodnikiem, a ulicą maszerowała grupa jakichś wojskowych. Jakiś oficer do niego podszedł, wziął go za kark i wepchnął do szeregu. Tata powiedział, że on do nich nie należy i nie ma munduru. Usłyszał odpowiedź, że dostanie. W tym momencie się obudził. I rzeczywiście następnego dnia dostał takie zawiadomienie.

Jakby coś przeczuwał.

Tak. Jak już wspomniałam, w czasie nalotów w 1939 roku przebywałyśmy na ulicy Elektoralnej 19 naprzeciwko Szpitala św. Ducha. Ten szpital był strasznie bombardowany. Wokół wszystko się paliło. Ten budynek, w którym mieszkali moi dziadkowie, miał dwa podwórka – jak się wchodziło na podwórko, to z tego podwórka była jeszcze brama i z tej bramy wychodziło się na drugie podwórko. W tej bramie prowadzącej na drugie podwórko, było wejście na klatkę schodową, która znajdowała się już w tej drugiej oficynie. Jak już wszystko dookoła się paliło, to mój dziadek powiedział: „Nie damy rady wyjść”, i poszedł na półpiętro. Na półpiętrze było okratowane okno. Dziadek złapał jakiś łom czy młot i powyrywał te kraty, żeby przez to okno można było przejść na drugą posesję, bo wszystko dookoła już się paliło. Wszędzie był ogień. Żeby przejść na drugą posesję – a to było na pierwszym piętrze lub półpiętrze – dziadek przyniósł drabinę. Był taki niepokój, że ta drewniana drabina może się zapalić. Moja babcia wyciągnęła jakiś koc i zanurzyła w beczce z wodą, która stała razem ze skrzynią z piaskiem na podwórku. Ten mokry koc narzuciła na mnie i moją mamę, żebyśmy się żywcem nie spaliły i stamtąd wyszłyśmy. Po tej drabinie zeszliśmy na drugą posesję. To było już w okolicach Hali Mirowskiej.

W tym drugim budynku był stolarz, który trumny robił. Nazywał się Majnik. On miał trzech lub czterech synów i jedną 15-letnią córkę. I ta 15-letnia dziewczyna, jak wszystko się dookoła paliło, weszła na dach i taką zapalającą się bombę własnymi rękami zrzuciła. Ta bomba upadła na to drugie podwórko. Tam powstał ogromny lej, ale nikomu nic się nie stało. Wszyscy byli pełni uznania, że choć było tylu starszych chłopaków, to ona, taka młoda dziewczyna, się tego podjęła. Nic jej się nie stało, zdaje się, że tylko rękę miała trochę poparzoną.

Jak zapamiętała Pani czasy okupacji niemieckiej? Czy chodziła Pani wtedy do szkoły?

W czasie okupacji nie chodziłam do szkoły, ale na Krakowskim Przedmieściu było liceum pani Chmielewskiej [Prywatne Gimnazjum i Liceum Żeńskie im. Sabiny Tegazzo-Chmielewskiej – przyp. red.]. W tym liceum jej córka była sekretarką i ona mnie po prostu uczyła. Przychodziłam do niej na lekcje, takie jakby prywatne. To było dokładnie Krakowskie Przedmieście 6, naprzeciwko kościoła św. Krzyża. To było liceum dla starszych dziewcząt, dlatego ona prosiła zawsze którąś z tych młodych pań, które jechały w tę samą stronę, żeby mnie przywoziła z powrotem do domu. Sama też jeździłam, przesiadałam się w „dziewiątkę” na placu Teatralnym. Później było już coraz trudniej i mój tata postanowił załatwić mi normalną szkołę. Tą normalną szkołą była szkola przy Ogrodowej 17, którą prowadziły siostry zakonne, a dyrektorem była siostra Starecka. Ale tam się dostać też nie można było. Żeby mnie tam przyjęli, trzeba było złożyć podanie w języku niemieckim, a mój tata nie znał niemieckiego. Chodził specjalnie do tłumacza, żeby napisać to podanie. W końcu mnie przyjęli. Najpierw więc uczyłam się na Krakowskim Przedmieściu, potem tata mnie przeniósł do szkoły na Ogrodową. Tam chodziłam aż do wybuchu Powstania Warszawskiego. Skończyłam chyba cztery klasy.

Czy pamięta Pani, jak się żyło w czasie okupacji? Jakie warunki były w domu?

Trudno powiedzieć. Mój tata pracował na noce. Nie mogliśmy się utrzymać z tej jednej pensji, dlatego też jeździł na tzw. szmugiel na wieś. Miał szeroki poprzeszywany pas z takimi kieszeniami. W te kieszenie wsypywał mąkę. On przywoził tę mąkę. Potem dostarczał ją do jakiejś cukierni.

Pamiętam takie zdarzenie. Mój tata bardzo często zamieniał mieszkania. Zamiany się odbywały przez takich pośredników. Kiedy zgłaszało się im, że chce się zmienić lokal, oni przychodzili i przedstawiali swoje propozycje mieszkań. Raz przyszła kobieta, która – jak się później okazało – była volksdeutschką, ale w którymś momencie została zatrzymana i wsadzili ją gdzieś do aresztu. Miała przy sobie ten notatnik z adresami. Niemcy sprawdzili notatki i znaleźli m.in. adres mojego taty. Tatę zabrali i aresztowali. Znalazł się na Daniłowiczowskiej [Pod nr. 7 w czasie okupacji funkcjonowało więzienie sądowe, w którym przetrzymywano osoby podejrzane o przestępstwa o charakterze innym niż polityczne – przyp. red.]. Siedział w więzieniu. Ciocia Mariola – siostra mojego taty – w czasie okupacji pracowała w magistracie. Magistrat mieścił się naprzeciwko Teatru Wielkiego. Ona w jakiejś tam konspiracji była. Pracowała w biurze ewidencji ludności. Miała takie zadanie, żeby dokumenty po ludziach, którzy odeszli, przekazać tym, którzy mogą przeżyć, żeby ułatwić im czy to transport, czy zwykłe funkcjonowanie. Ponieważ moja ciotka pracowała wtedy w magistracie i miała rozmaite kontakty, załatwiając różnego rodzaju dokumenty, to dostała adres do osoby, do której można było iść i opłacić zwolnienie taty. Ona poszła do tego Niemca i on powiedział, że zwolnienie będzie kosztować tyle i tyle. Ciocia zebrała tyle pieniędzy, ile mogła, i poszła. Jak ponownie się zobaczyła z tym Niemcem, to usłyszała: „Tyle to kosztowało wczoraj, dziś to kosztuje dwa razy więcej”. Pytała się, czy jeśli zapłaci dwa razy tyle, to brat zostanie zwolniony. Usłyszała: „Tak, zostanie zwolniony”. Jak uzbierała pieniądze, to znów poszła, a tamten Niemiec to samo mówi: „To wczoraj tyle kosztowało, a dziś kosztuje dwa razy tyle”. Moja ciotka wtedy się zdenerwowała, a była dosyć stanowczą kobietą, i powiedziała tak: „Zostawiam tyle, ile miałam zapłacić. Jeżeli mój brat dziś wieczorem nie będzie w domu, to ja to inaczej załatwię”. Trzasnęła drzwiami i wyszła. Mój ojciec wieczorem był w domu.

Czy w rodzinie mówiło się o możliwości wybuchu Powstania? Czy był wyczuwalny rodzaj jakiegoś napięcia?

Tak, mój tata mówił o możliwości Powstania, od czasu do czasu wspominał, że na coś się zanosi, ale dziecku nie sposób było przekazać tego rodzaju informacji. W każdym razie on miał świadomość tego, że Powstanie wybuchnie, ale że będzie ono trwało najwyżej trzy dni. W związku z tym taki niepokój wokół był.

Mieszkaliśmy na Wroniej 52 mieszkania 42, z którego jedno okno wychodziło na wielki komin Haberbuscha [Haberbusch i Schiele – istniejąca w latach 1846–1948 spółka prowadząca zakład produkcji piwa, który mieścił się przy ul. Krochmalnej 59 – przyp. red.], a reszta – na podwórko. To było takie podwórko studnia. Tata pojechał gdzieś na Mokotów, na wieś, przywieźć trochę kartofli. Myślał, że jak będzie przez trzy dni niepokój w mieście, to lepiej, żeby w domu były te kartofle. Przyjechał na rowerze, z workiem z kartoflami przewieszonym na ramie. Zobaczyli to sąsiedzi i powiedzieli: „Panie Białobrzeski, niech pan nam odstąpi trochę tych kartofli. Pan sobie jeszcze przywiezie”. Tata powiedział: „Pewnie, a co ja będę ludziom kartofli żałował”. I odstąpił. Nie wiem, czy oddał, czy sprzedał im te kartofle. Pojechał przywieźć sobie i już nie wrócił.

Co się stało?

Powstanie wybuchło. Gdzieś go na Mokotowie zastało. Szczegółów nie znam.

Mówiła Pani o tych trzech dniach. Tata liczył na szybkie zwycięstwo czy obawiał się klęski?

Nie wiem. Ja tylko słyszałam rozmowy dorosłych. Mówił, że to będzie trwało tylko trzy dni.

Pani została w domu, z mamą. Jak zapamiętała Pani te dni Powstania.

Tak. Te dni Powstania były o tyle okropne, że strach było wyjść na podwórko, dlatego że na dachu siedział snajper. Kto wyszedł, to praktycznie został załatwiony. W mieszkaniu na parterze była przebita ściana, żeby się dostać do następnej części budynku. W ten sposób ludzie się poruszali w tym czasie. Wiem, że z mamą mieszkałyśmy wtedy na czwartym piętrze i miałyśmy zagospodarowaną maleńką piwnicę. Myśmy w tej piwnicy spały cały czas.

Same czy z pozostałymi mieszkańcami budynku?

Wszyscy siedzieli w piwnicy, ale myśmy akurat w tej swojej komórce spały. Nasz dom 8 sierpnia został spalony.

Była Pani tego świadkiem?

Uciekłyśmy stamtąd. W jakiejś piwnicy byłyśmy. Dostałyśmy tylko wiadomość, że budynek został spalony. Wszystko było zniszczone, również to nasze mieszkanie przy Wroniej. Z ulicy Wroniej razem z mamą i innymi mieszkańcami przez poprzebijane otwory w ścianach sąsiednich budynków dostaliśmy się – z miejsca na miejsce – gdzieś w okolicę ulicy Ceglanej, tam gdzie stała fabryka win i wódek. Nie wiem, dlaczego, ale miałam taką słabość, że często przysypiałam. Moja mama trzymała mnie za rękę, a ja tam, gdzie stałam, to kucałam i zasypiałam. Moja mama mówiła: „Słuchaj, musimy przejść na drugą stronę, bo tu nas zabiją. Uciekamy!”, a ja w kucki i spałam. Pewne rzeczy umiem odtworzyć i nawet niektóre adresy pamiętam, ale nie wszystkie.

Czy ta przypadłość zaczęła się w czasie Powstania?

Tak, to zaczęło się w czasie Powstania. Nigdy wcześniej nie miałam takiej przypadłości.

Być może była to reakcja na stres?

Prawdopodobnie tak. Nie wiem, jak myśmy się dostały na tę ulicę Ceglaną. Na ulicach były barykady. Bardzo możliwe, że pod osłoną tej barykady przeszłyśmy. Ceglana była po drugiej stronie i trzeba było przez jezdnię się dostać. Tam był schron, który miał dwa piętra w dół. Gdy do tego schronu się dostałyśmy, tam było już coś zorganizowane – dla tej ogromnej liczby ludzi gotowali jakieś posiłki. Ktoś gdzieś znalazł różne dżemy, konfitury i z tego była zupa owocowa. To chyba było za Haberbuschem.

Czy to były posiłki dla ludności cywilnej czy dla Powstańców?

Dla cywilów. Tam nie było dużo Powstańców. Nie pamiętam, żeby tam jakieś specjalne ruchy powstańcze były. Zresztą jak miałam dziesięć lat, to mnie mama jakoś chroniła przed tymi rzeczami.

Docierały tam do nas informacje, co się dzieje w mieście – gdzie są Niemcy, a gdzie Polacy, dokąd można się bezpiecznie dostać. I ludzie wędrowali z jednego miejsca na drugie. Myśmy z mamą przedostały się z ulicy Ceglanej na ulicę Elektoralną. Nie pamiętam jakimi drogami. W każdym razie dotarłyśmy tam. Moja mama chciała tak zorganizować sprawy, aby się udać na Powiśle. Dlaczego? Dlatego że na Powiślu mieszkał brat mojego taty. Stamtąd dochodziły wieści, że jest tam jeszcze zupełnie spokojnie, że nie ma walk ani takiego ruchu wojennego. Jakbyśmy się dostały tam, gdzie mieszkał brat taty, mogłybyśmy się tam zatrzymać. Już przecież nie miałyśmy swojego mieszkania.

Jak już dotarłyśmy na ulicę Elektoralną, stamtąd dostałyśmy się przez otwory wybite w ścianach na plac Bankowy. Tam myślałyśmy, jak się dostać na Powiśle. Jedyna droga, którą można było się przedzierać, prowadziła przez ulicę Senatorską, ale najpierw trzeba było się przedostać przez plac Bankowy, który był ogromny. To się tak od razu nie udało. Nie było barykad na tym placu. Sytuacja była taka, że jak ktoś chciał od strony ulicy Elektoralnej dostać się na drugą stronę, ustawiała się kolejka ludzi i tak co 10–15 minut ktoś przebiegał na ulicę Senatorską. Na rogu ulicy Marszałkowskiej i obecnej alei Solidarności stał bunkier. W tym bunkrze zawsze był jakiś Niemiec i miał wystawione karabiny z otworów. Jak człowiek przebiegał, to on strzelał. Ktoś miał szczęście, jak wartownik nie zauważył, ale jak wartownik kogoś spostrzegł, to nie miał szans dobiec na drugą stronę. Myśmy właśnie doszły do tego momentu i myśmy przebiegły. Nam nic się nie stało. Z ulicy Senatorskiej jakoś dotarłyśmy się do placu Teatralnego. Na placu Teatralnym mam przerwę w życiorysie i nie pamiętam, co było dalej. Wiem, ale to już tylko z opowiadań, że przedostałyśmy się jakąś małą uliczką, która odchodzi od placu Teatralnego do Krakowskiego Przedmieścia. Tą małą uliczką przedostałyśmy się z mamą prawdopodobnie do ulicy Bednarskiej, Bednarską zeszłyśmy na dół na Powiśle. Tam były jakieś barykady, ale nie pamiętam ich. Doszłyśmy do tego miejsca, gdzie mieszkał wujek, czyli na ulicę Dobrą. Tam z mamą byłyśmy jakiś dłuższy czas, ale ile to dokładnie było, to nie powiem. To był dłuższy okres. Ja tam jeszcze ciężko chorowałam. Miałam zapalenie gardła. Mama mi znalazła jakiegoś lekarza, który mi przyniósł pomoc. Z tego okresu na ulicy Dobrej pamiętam jedną niebezpieczną rzecz – od strony Solca był wiadukt kolejowy, na nim stał pociąg pancerny, z którego strzelano do ludzi. Jak tylko ktokolwiek pojawił się na ulicy, to natychmiast był likwidowany. Ale poza tym tam było zupełnie inne życie. Do tego stopnia inne, że jeszcze na tym Powiślu byłam na ślubie w kościele św. Teresy na ulicy Tamka.

Czy to był ślub kogoś z rodziny?

Nie, to był ślub Powstańców. Byli w takich drelichowych spodniach i bluzach z opaskami biało-czerwonymi i brali w czasie Powstania ślub.

Pamięta Pani atmosferę w kościele na tym ślubie?

Nie, tylko tyle… Potem mnie już odsuwano od wszelkich drastycznych informacji, tym bardziej że ciągle tak przysypiałam… Może żebym za dużo nie przeżywała i jeszcze gorzej się nie rozchorowała. Trudno mi powiedzieć, bo mówię to teraz też pod wpływem ogromnych emocji. Nie da się wspominać bez emocji. Pamiętam, że wzmógł się ruch Niemców, którzy zajmowali dookoła te tereny, i było niebezpiecznie. Wiadomo było, że Niemcy zbombardują, zniszczą lub rozstrzelają, i w związku z tym myśmy się poddali i razem z innymi wyszłyśmy z białymi flagami.

Pamięta Pani, jaki to był dzień?

Nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że – o ile mnie pamięć nie myli – dostaliśmy się z białymi flagami stamtąd w okolice Kopernika i ulicy Foksal, która przed wojną nosiła nazwę Pierackiego.

Czy Pani wtedy była z mamą i wujkiem?

Nie, tylko z mamą byłam. Wujek był gdzie indziej. To była cała grupa, tłum ludzi. I ja byłam w tym tłumie z tobołkami na plecach.

Czy cokolwiek udało się Paniom wynieść z domu?

Moja mama nigdy nie pracowała, dlatego nigdy nie przywiązywała żadnej wagi do takich materialnych rzeczy, dla niej najważniejsze było, żeby tylko przeżyć. Wszystko inne było nieważne. Wyszliśmy gdzieś w okolicach Kopernika i ulicy Foksal. Stamtąd to już wielki tłum gnali. W tym tłumie ludzie byli z tobołkami, to było kilkaset osób. Szli jedni za drugimi. W ten sposób Niemcy prowadzili nas prawie przez całą Warszawę, pokazywali najgorsze zniszczenia. Pamiętam, że pokazali nam kościół, do którego chodziłam. Wówczas to był magazyn broni.

Jak Niemcy traktowali ludność cywilną podczas tej drogi?

Okropnie. Pędzili tłum ludzi. Jak ktoś się zatrzymał i nie mógł dalej iść, to wiadomo, co się z nim działo. Przez całą Warszawę nas gnali, aż do kościoła św. Wojciecha na Woli. Po to, żeby pokazać ogrom zniszczeń. Jak nas prowadzili po różnych terenach, to zaprowadzili nas też na Zieleniak w Warszawie. Było strasznie. Dużo trupów wszędzie leżało. Było mnóstwo ludzi zabitych, a zwłoki nie były sprzątnięte. Na mnie to zrobiło ogromne wrażenie. Tam – zdaje się – były takie specjalne grupy, które się znęcały nad ludźmi. Jak kobieta miała złote kolczyki, to podchodził taki i urywał z ucha, jak miała złoty łańcuszek, to zrywał z szyi. Tego typu rzeczy się działy. Z tego Zieleniaka wyprowadzili tych, którzy mogli wyjść, i zaprowadzili do Dworca Zachodniego.

Czy w kościele św. Wojciecha był postój?

Tak, w kościele św. Wojciecha był postój. Nawet dawali nam wodę. Tylko tyle, że wody można było się napić, bo nic innego nie było. Tam się odbyła jakaś segregacja, ale nie powiem, jak ona wyglądała. Być może już wtedy oddzielono ludzi, którzy mieli jechać do Niemiec, i tych, którzy trafili do Pruszkowa. Jednak to nie zostało w mojej pamięci. W każdym razie z Dworca Zachodniego przywieźli nas tu, do Pruszkowa, koleją w bydlęcych wagonach. Tutaj nas wypuścili. Pamiętam, że z torów kolejowych wchodziło się na ogromny teren, przeznaczony na obóz. Tam stały bloki, ogromne hale fabryczne, w których byli trzymani ludzie.

Czy zapamiętała Pani moment przekroczenia bram obozu w Pruszkowie? Czy była jakaś selekcja przy bramie wejściowej?

Nie, wszystkich pędzili jednakowo. Moją uwagę zwróciło to, że na wszystkich ścianach były karteczki z informacjami typu: „Jestem tu od tego dnia”. Ludzie sobie przekazywali takie informacje.

Te karteczki wisiały na ścianach hal?

Tak, na budynkach. Bardzo blisko wejścia i torów kolejowych była „jedynka”. To był blok dla starców i matek z dziećmi. Jak przyjechaliśmy, była taka selekcja, że rodziny tramwajarzy kierowano do jednego bloku, a kolejarzy do drugiego. Jedni szli do „trójki”, a drudzy do „czwórki”. Nie wiem, czy byłam w „trójce”, czy w „czwórce”, ale byłam rodziną tramwajarza. Spaliśmy na betonie, na poskładanych kartonach. W bloku panowała krwawa dezynteria. Coś potwornego, co tutaj się działo.

Każdy z tych bloków był ogrodzony drutem kolczastym, a dookoła chodził wartownik. Pojawiła się jakaś inspekcja czy jakaś kontrola, nie pamiętam. Wiem, że to był niemiecki oficer i że mnie jako dziewczynce podobał się jego mundur. Jak on przyszedł, to jakoś dziwnie się zatrzymał w miejscu, gdzie byłam z mamą. Miałam kręcone włosy, takie loki. On podszedł do mnie, wytargał mnie za nie i sobie poszedł. Mnie się to nie podobało, ale bałam się cokolwiek powiedzieć. Innym razem, jak przyszedł – bo to trwało kilka dni – to przyniósł jakąś menażkę z zupą. Dał mojej mamie, ale to była zupa dla mnie. Pamiętam, że to była pomidorowa. I co przychodził, to mi te włosy tak targał. On jeszcze coś mi przynosił, ale nie pamiętam, czy to były jakieś wafelki, czy czekolada. W każdym razie coś tam dawał mojej mamie. Ludzie, którzy byli obok, bardzo źle na to patrzyli. Jak to od wroga można było wziąć cokolwiek? Bardzo to było źle odbierane. Któregoś dnia przyszedł do mojej mamy i łamaną polszczyzną kazał wyjść na zewnątrz. Ponieważ to i tak wszystko było na ogrodzonym terenie, to moja mama wyszła z nim. On powiedział wtedy tak: „Tutaj wszyscy z trzeciego i czwartego bloku jadą do Niemiec” i, żeby, jak wartownik będzie chodził po drugiej stronie, wyjść z baraku i przebiec do „jedynki” ponieważ  wszyscy z „jedynki” pojadą na teren Generalnej Guberni. Moja mama, która nigdy nie pracowała i w ogóle była osobą raczej taką zalęknioną, nie wiedziała, co zrobić. Czy go posłuchać, czy nie, bo tu z jednej strony ludzie na nas krzyczeli, a z drugiej on najwyraźniej chciał pomóc. Potem powiedział jeszcze taką rzecz, że on też ma żonę i córkę, ale nie wie, gdzie są, i może jakiś Polak im pomoże… I zniknął.  Moja mama na drugi dzień postanowiła przedostać się do tej „jedynki”. Przebiegłyśmy. Nigdy więcej nie widziałam już tego oficera.

Co się działo w hali numer jeden?

Gdy byłyśmy w tej hali, to podjeżdżały wagony i do nich ładowali wszystkich, którzy tutaj byli, i rozwozili po różnych miejscowościach i wsiach. Mnie się wydaje, że myśmy z mamą trafiły w okolice Sławna. Na tę stację przyjechali chłopi ze wsi wozami z końmi, żeby nas, tzw. wysiedlonych, zabrać do siebie. I mnie z mamą też zabrali.

Trafiłyśmy do jakiejś bardzo nieprzyjemnej rodziny. Była taka wnęka w mieszkaniu, w tej wnęce rozsypali na podłodze słomę, jakąś derkę rzucili i tam miałyśmy spać. Byłam urodzona i wychowana w Warszawie, dlatego jak na wsi zobaczyłam krowę, to się jej bałam. A oni mi kazali te krowy paść. Był upał, gorąco, nie było gdzie się schować, a ja na tym polu sama byłam. Mówili, że jak krowa da dużo mleka, to dostanę szklankę, a jak nie da dużo mleka, to nie dostanę.

Czy mama też tam pracowała?

Nie, moja mama zawsze mówiła, że jest chora i nie może pracować. Nie pamiętam, żeby się leczyła, ale zawsze tak mówiła, że się źle czuje, i tak to zostało już do końca.

Moja mama stwierdziła, że to są warunki nie do przyjęcia, bo traktowali nas jak zwierzęta. Przyszła następna niedziela i poszłyśmy pieszo do kościoła. Buty się za sznurowadła wiązało i niosło na ramieniu, żeby na bosaka tylko chodzić, i dopiero pod kościołem się je zakładało. Jak wyszłyśmy z tego kościoła, to okazało się, że nowy transport ludzi przyjechał i znów był podział. Wieśniacy z tymi z furmankami zabierali poszczególne osoby do swoich gospodarstw. Zobaczyłyśmy wtedy naszą sąsiadkę z Wroniej, panią Dołęgowską. Ona dopiero przyjechała nowym transportem. Dogadała się z moją mamą, żebyśmy razem z nią były. Mama powiedziała, że my już tutaj jesteśmy u jakiegoś gospodarza, a ona na to tak: „A czy ktoś tutaj prowadzi jakąś rejestrację? Niech pani udaje, że ze mną razem przyjechała. Idziemy razem. Jak nas zabiorą do tej samej grupy, to przynajmniej razem będziemy na jednej wsi. Ja umiem szyć i potrafię wiele rzeczy, we dwie damy sobie jakoś łatwiej radę”. Mama na to powiedziała: „No tak, ale nasze rzeczy tam zostały”, a ona na to: „No to niech zostaną. Za dwa czy trzy dni pójdzie pani tam i zabierze swoje rzeczy”. I tak było. Pojechałyśmy na inną wieś, a tam trafiłyśmy na anioły. Nie ludzie, tylko anioły to były. Pamiętam, że państwo nazywali się Grzybowie. Ciężko im było, bo mieli dużo dzieci: Janinę, Marię, Teresę, syna Janka i jeszcze kogoś, było ich pięcioro albo sześcioro. Oni spali pod takimi pasiakami robionymi z wełny. Wszystko, co najlepsze, to nam dali. Codziennie rano gotowali zalewajkę i tak elegancka była ta pani Grzybowa, że najpierw nam przygotowywała – znalazła jakiś stołeczek i na tym stołeczku nam osobno stawiała mleko i tę zupę – a potem dzieliła członkom swojej rodziny. Spałyśmy co prawda na podłodze, ale była jedna izba, więc nie można było inaczej. To byli niezwykli ludzie, bardzo dobrzy.

Tam byłyśmy przez jakiś czas. Bardzo o nas dbała ta pani gospodyni. Jej syn zrobił mi nawet rękawiczki na takim szydełku drewnianym. Wszyscy chcieli nam pomagać. Co było charakterystyczne, że była to taka wieś, w której nie było wody. Na skraju wsi była studnia i kobiety nosiły na takich nosiłkach drewnianych przyczepione wiadra wody. Chodziły tam do tej studni i tę wodę dźwigały. Bardzo trudne warunki były, ale mimo to można było być człowiekiem.

Przez cały okres Powstania nie było wieści o Pani ojcu?

W ogóle nie było, do samego końca. Wojna się skończyła i nie było od ojca żadnej wiadomości.

My postanowiłyśmy przedostać się do rodziny. Moja babcia miała rodzoną siostrę pod Warszawą w Bożej Woli, gdzieś za Błoniem, z tych terenów ona pochodziła. Mama napisała do niej. Okazało się, że babcia była tam z jedyną siostrą mojej mamy, Marysią, która też nigdzie nie pracowała, raczej nie nadawała się do pracy i była pod opieką swojej mamy. One jeszcze przed wybuchem Powstania miały świadomość, że w Warszawie może być niebezpiecznie i na wszelki wypadek babcia pojechała do siostry. Tam się zatrzymała i została. Babcia napisała do nas, żeby przyjechać. Jak przyjechać? Za co przyjechać? Mama poszła do księdza, powiedziała o swojej sytuacji i ksiądz zebrał pieniądze. Nie poszła kraść, nie poszła nikogo ograbić, tylko poszła prosić. Ksiądz uzbierał te pieniądze i dał jej na podróż. Nie wiem, z jakiego miejsca żeśmy odjeżdżały. W każdym razie trzeba było jechać przez Kutno lub Łowicz. Musiałyśmy dojechać do Grodziska, bo stamtąd to już dałybyśmy sobie radę. Czekałyśmy na ten pociąg, mama już wykupiła bilety i szykowała coś do zjedzenia. Położyła bilety obok tego jedzenia i ktoś ukradł jeden bilet. Jak się zorientowała, to powiedziała: „To ja kupię nowe bilety”. Widocznie musiała mieć jakąś nadwyżkę. Ale już nie chciała kupić na tę samą trasę. Już nie pamiętam, czy to było przez Łowicz, czy Kutno. I kupiła te bilety. Przyjechałyśmy do Grodziska. W Grodzisku cały dworzec dookoła był obstawiony żandarmerią, wszędzie stały budy niemieckie. Zgarniali wszystkich do Niemiec. Niemcy z karabinami rozkazywali, żeby tu i tu stanąć, popychali. Segregowali na młodszych i starszych. Moja mama była z 1911 roku, więc w tym 1944 roku miała 33 lata. Wreszcie padła taka komenda: „Starsi na przód, a młodsi do tyłu”. Moja mama chustkę jakąś założyła na głowę, żeby wyglądać na taką staruszkę, wzięła mnie za rękę i wyszłyśmy na przód. I się uratowałyśmy. Zaczął deszcz padać i robiło się ciemno w tym Grodzisku. W pobliżu stały takie domki, baraki – nie wiem, jak to można nazwać – gdzie się czasem kryli bezdomni. Mama mówiła, że już jest zbyt późno, żeby nawet na piechotę iść, więc skryłyśmy się do takiego pomieszczenia. Ja na jakimś stole się położyłam i spałam. I tak dotrwałyśmy do rana. Rano żeśmy wyszły stamtąd, ale już żadną ulicą ani drogą tylko tak przez pola na przełaj się przedostawałyśmy, żeby dotrzeć do miejscowości, gdzie była babcia. Babcia była w tej Bożej Woli, ale jeszcze za Lesznem była wieś Powązki. I tam brat mojej babci był sołtysem. Tam mieszkał i miał całe gospodarstwo. Dlatego na te Powązki próbowałyśmy się kierować. Jakoś dotarłyśmy do rodziny.

Tam było nas cztery: babcia, ciocia, czyli siostra mojej mamy, moja mama i ja. Doszłyśmy do wniosku, że przecież trzeba coś zrobić, bo kto nas będzie utrzymywał, kto da nam jeść? Trzeba było się wziąć do roboty. Przedostałyśmy się chyba do Błonia i tam wynajęłyśmy mieszkanie. Moja babcia – nie wiem, czy pożyczyła, czy skąd wzięła te pieniądze – kupiła cukierki. Kupowała je na kilogramy i sprzedawała na sztuki. Dzieciaki po nie przychodziły. Myśmy dzięki tym cukiereczkom się utrzymywały. Okazało się, że moja mama i ciotka miały jakieś wartościowe pierścionki, które sprzedały, żeby wynająć mieszkanie. Moja ciocia codziennie rano wynosiła na rynek krzesełko, na które kładła deskę a na niej kładła cukierki i sprzedawała a to miętowe, a to krówki, a to jeszcze inne. Tak cały dzień przy tych cukierkach siedziały na zmianę.

Któregoś razu ktoś podszedł i powiedział: „Marysiu, a co ty tu robisz?”. To był mój tata. Tata szukał po rodzinie mamy, dowiadywał się gdzie ewentualnie mogłybyśmy być. Dostał takie informacje, żeby dotrzeć do Błonia. Dzięki temu się spotkaliśmy. Tata przyjechał z ręką na drucianym temblaku. Okazało się, że jak wracał, zdobył motocykl. Niemiec, jak to zobaczył, to mu go zabrał i go jeszcze poturbował. W takim stanie przyjechał. Dziękować Bogu, że przyjechał.

Zamieszkał z Państwem w Błoniu?

Nie, jak tylko Warszawa zaczęła funkcjonować, to on chciał wracać. On był warszawiakiem i trzydzieści parę lat pracował w tramwajach. Powiedział, że tramwaje zaraz zaczną jeździć, ludzie się wezmą do pracy, zaraz będzie się tam coś działo. I tak przyjechaliśmy do Warszawy.

Państwa dom był spalony.

Nasz tak, ale mieszkanie babci mieściło się na piątym piętrze na ulicy Krajowej Rady Narodowej. To dawniej była ulica Twarda. Pod tym adresem mogliśmy się zatrzymać. To było ostatnie piętro, więc pod parasolem się spało, bo dach był zerwany i deszcz się lał do środka. Tak się zaczęło. Potem ojciec zgłosił się do Miejskich Zakładów Komunikacyjnych. Do śmierci pracował w MZK. Tramwaje to było jego życie.

Czy tata opowiadał o tym, co się z nim działo przez te miesiące?

Na pewno opowiadał, ale o wielu rzeczach nie chciał wspominać. Z tego, co wiem, podczas Powstania był na Mokotowie i stamtąd gdzieś został zabrany. Potem jakoś się do Rumunii dostał. Tam był jakiś czas.

Czy po wojnie rozmawiało się w rodzinie o doświadczeniach wojennych?

Jak rozmawiali, to nie ze mną.

A czy teraz jakoś wracają wspomnienia?

Czasem wracają, mimo iż było to 70 lat temu wciąż odżywają emocje.

Mała Alicja wraz z tatą, Mieczysławem Białobrzeskim, przy ulicy Stalowej w Warszawie. Ze zbiorów prywatnych
Zofia Białobrzeska (na górze), z matką Marcjanna Bednarczyk oraz siostrą Marią Bednarczyk. Ze zbiorów prywatnych
Alicja Białobrzeska, 1946 rok. Ze zbiorów prywatnych

Powiązane hasła

”None