menu

Galewska Alina z d. Cydzik – rozmowa

Galewska Alina z d. Cydzik – rozmowa

Alina Wanda Galewska urodziła się w 1925 roku w Warszawie jako drugie dziecko Marii i Marcina Cydzików. We wrześniu roku 1939 państwo Cydzikowie z dziećmi – czternastoletnią Aliną oraz jej starszym bratem Jackiem – zostali ewakuowani na wschód, jednak w 1940 roku powrócili do okupowanej stolicy. Tam Alina Galewska ukończyła Żeńską Szkołę Architektury im. Nałkowskiego, a następnie uczęszczała na tajne zajęcia na Politechnice Warszawskiej. Oboje z bratem byli zaangażowani byli w działalność konspiracyjną. W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego rodzina mieszkała na Żoliborzu przy ul. Towiańskiego (dziś Wieniawskiego). Rodzeństwo brało czynny udział w Powstaniu – Alina Galewska pomagała jako sanitariuszka, jej brat walczył na Mokotowie.  Alina Galewska trafiła do obozu Dulag 121 wraz z rodzicami i dziadkami. Aby ustrzec się przed wywózką na roboty do III Rzeszy, zaczęła pracować w obozie w służbie sanitarnej. Pełniła tę funkcję do końca działania obozu – niosąc pomoc rannym i chorym oraz uczestnicząc w nielegalnym wyprowadzaniu więźniów. Tam też poznała swojego przyszłego męża, Wiesława Galewskiego, pomagającego w obozie w charakterze tłumacza. Wywiad z Panią Aliną Galewską został przeprowadzony w Muzeum Dulag 121 w 2015 roku.

Nazywam się Alina Galewska. Urodziłam się w 1925 roku. Pamiętam, że kiedy miałam cztery lata, rodzice przenieśli się na Żoliborz, na tzw. kolonię urzędniczą. Mieszkaliśmy tam aż do wygnania z Warszawy. Po wojnie nie mogliśmy tam wrócić – mieszkanie zostało zajęte. Udało nam się znaleźć lokum przy ul. Asfaltowej.

Gdy wybuchła wojna, miałam czternaście lat. Mój tatuś dostał polecenie ewakuacji, ponieważ był naczelnikiem wydziału jednego z wyższych urzędów w Polsce. W ten sposób ledwie po kilku dniach wojny dostał rozkaz opuszczenia Warszawy i zgodę zabrania rodziny. Wtedy rodzice – tata Marcin, mama Maria, brat Jacek i ja – musieliśmy się zgłosić na stację, o ile pamiętam, na Dworzec Wschodni. W każdym razie – dostać do pociągu, którym mieliśmy wyruszyć z Warszawy gdzieś na wschód. Pewnie tatuś wiedział więcej, ale my nie. Pamiętam, że droga do dworca była trudna. Nad Warszawą unosiły się zeppeliny, poza tym odzywały się ogłoszenia nalotów, te przeraźliwe, wtedy jeszcze, syreny. Potem się trochę do nich przywykło.

Rodzice rozumieli sytuację, ale ja jako czternastolatka, chowana właściwie pod kloszem, w ogóle nie zdawałam sobie sprawy z tego, co nas jeszcze czeka. A czekało niestety wiele.

Jeszcze nocą pociąg z dworca wreszcie wyruszył. Dojechaliśmy tuż za Bug, mijając chyba Brześć. Nazwy miejscowości, w której się zatrzymaliśmy, niestety nie pamiętam. Na stacji stał wojskowy polski pociąg. Nadlecieli Niemcy i zaczęli bombardowanie. Niestety, na nasz pociąg też spadły pociski, więc się zaczęła potworna ucieczka. Udało nam się wysiąść i uciec. Niemcy po zrzuceniu bomb wrócili, siekąc z kulomiotów po okolicy. Latali na tyle nisko, że pewnie widzieli, jak ludzie uciekają w zagajnik. Gdy to ucichło, wróciliśmy do pociągu i właściwie nie było wiadomo, co dalej robić. Dziękowałyśmy Bogu – najpierw mama, a potem ja – żeśmy stosunkowo daleko odbiegli, dzięki czemu zostaliśmy żywi. To było moje pierwsze spotkanie z zabitymi.

Pociąg był na tyle zniszczony, że nie mógł dalej jechać. Byliśmy jakoś tam spakowani, rodzice przed ewakuacją przygotowali się, coś z sobą zabrali. Musieliśmy się udać w poszukiwaniu jakichś kwater po wsiach. Samoloty niemieckie wciąż krążyły, więc właściwie poruszaliśmy się tylko po zmroku, nocą. Wolnych kwater nie było. Dotarliśmy do pewnej wsi. Niestety przy kościele ksiądz nie mógł nas przyjąć, ugościł nas za to pop ze swoją rodziną – z żoną i młodszym synem, bo starszy chyba był wezwany do wojska (obowiązywała już wtedy mobilizacja). Zostaliśmy przez nich bardzo serdecznie przyjęci, ale pobyliśmy tam trochę i koniecznie trzeba nam było dalej przedostać się na wschód.

Wszędzie pożary, ludzie uciekający w różnych kierunkach, całkowicie zagubieni. Cywile przeważnie wozami. Gdzieniegdzie przemykające oddziały wojska. Jeden wielki chaos. Wiem, że tatuś nie mógł znaleźć nikogo, kto mógłby udzielić jakichś informacji potrzebnych mu jako urzędnikowi państwowemu w sprawie rozkazu ewakuacji. W takich warunkach, część drogi pokonując wozami, dotarliśmy do Pińska. W Pińsku gościny udzieliła nam jakaś żydowska rodzina. Rodzice uznali, że musimy próbować po prostu przetrwać ten okres wojenny. Dostali propozycję ulokowania się w leśniczówce na Pińszczyźnie. Do tej leśniczówki przeprowadził nas jakiś przewodnik, po raz pierwszy szłam po grobli, która się ruszała pod nogami. To były przecież pińskie błota.

Jak długo byli tam Państwo?

Nie byliśmy długo, powiedziałabym nawet, że krótko. Ile to trwało, nie wiem. Leśniczyna z mamusią doszły do wniosku, że trzeba pójść do Pińska po żywność i informacje. Niestety, oprócz jakiejś tam aprowizacji, przyniosły smutną i niepokojącą wiadomość, że wojska radzieckie stoją na granicy. To chyba właśnie ta rodzina żydowska powiedziała, że jest pewna, że wojska radzieckie przekroczą polską granicę. No i z taką wiadomością wróciły do leśniczówki. Nie wiem, czy czekaliśmy długo. Siedemnastego rankiem leśniczówka została zaatakowana przez jakichś gruntownie zrusyfikowanych chłopów, wymachujących czerwonymi płachtami.

Leśniczy chciał się bronić i chyba padły jakieś strzały. Motłoch jednak wtargnął do leśniczówki i nas wszystkich wygnał. Pamiętam, że rodzice usiłowali coś wytłumaczyć któremuś z tych, jak nam się wydawało, miejscowych chłopów. Znali język rosyjski z poprzedniej wojny, próbowali więc się porozumieć, ale to było trudne. Trudne, bo pamiętam, że chłopi krzyczeli na ojca, że strzelał. Ojciec rzeczywiście miał broń. Rodzice postanowili ją oddać, ale to nie zmieniło nastawienia napastników. Jeden z tych chłopów złapał nóż i przystawił go do gardła taty. Inny jakoś go powstrzymał, tłumacząc, że my nie jesteśmy stąd, że znaleźliśmy się tu przypadkowo. Do jednego dotarło, oddzielił napastnika od taty.

Rodzice oddali tę broń i jeden z chłopów – nie wiem, może to był ich przywódca – uznał nas za więźniów, zaprowadził do jakiejś chaty, połączonej niby ze szkołą, w której właściwie nic nie było, tylko słoma jakaś taka leżała na podłodze. Tam nam kazali czekać. Nie pozwolili nigdzie wychodzić. Razem z nami uwięziony był jeszcze jakiś mężczyzna, zupełnie nam nieznany. Co jakiś czas gospodyni izby nas wołała i podawała nam jedzenie – kartofle przeważnie gotowane i chyba trochę mleka. Jedliśmy ze wspólnej miski.

Dochodziły do nas informacje o tym jaki los okoliczni chłopi gotują miejscowej „inteligencji”. Pilnujący nas z jakąś niesamowitą perfidią opowiadali o kolejnych aresztowaniach lokalnych władz, urzędników państwowych, policjantów – wszystkich, którzy pełnili jakiekolwiek funkcje, także obywateli ziemskich. Mówili o mordach i wyrafinowanych torturach. Tak chłopi mścili się nad tymi, którzy mieli więcej, czy sprawowali jakąś władzę. Wyroki zapadały bez żadnego sądu, po prostu. Przez okienko w tej chacie było widać, jak prowadzą uwięzionych na stracenie. Naszą rodzinę to po prostu przerażało.

A przecież ci ludzie wcześniej im pomagali. Do dziś pamiętam nazwisko Skirmuntówna, choć nigdy nie znaliśmy tej pani. Słyszałam, że zawsze bardzo starała się nieść pomoc biednej ludności wiejskiej, bo na pańszczyźnie była bieda. Natknęłam się tam, nawet i później, na kurne chaty, ludzie ani pisać, ani czytać nie umieli, i ona uchodziła za osobę, która właśnie próbowała uczyć i coś oddać, jak tylko mogła, na rzecz tej ubogiej ludności.

W izbie, w której żeśmy byli, też była nędza, bieda, spanie na słomie potwornie zapchlonej, co też się dawało we znaki. Głód. Dzieciom bez skrępowania żadnego w wolnych chwilach gospodyni próbowała oczyścić głowy. To były dla mnie wtedy szokujące widoki, bo w tych swoich kilkunastu latach życia nie spodziewałam, że coś takiego istnieje, że w Polsce jest aż taka nędza.

Oczekiwaliśmy z niepokojem, co z nami zrobią. Wreszcie nam zapowiedzieli, że wojsko sowieckie się zbliża, więc będziemy ich triumfalnie przyjmować. Zaczęli stawiać bramę powitalną. Przybyło wojsko. Jak oni wyglądali! Bardzo nędznie. Byli biedni, broń mieli na postronkach. Między nimi znalazł się jakiś wyższy rangą i wtedy tata poprosił go o rozmowę, na którą się zgodził. Ojciec wyjaśnił, że chcemy się stamtąd wydostać. Dokąd? Nie było już innego wyjścia, tylko kierować się do Wilna. Dowódca wypisał przepustkę i znowu zaczęła się droga – część trasy pokonaliśmy jakimiś pociągami, część wozami, bo to spora odległość.

Wreszcie dotarliśmy do Wilna. Były tam wtedy już resztki władz, ale miasto jako tako jeszcze funkcjonowało. Rodzice znaleźli kwaterę dla nas, przy ul. Piekiełko, o zatrudnieniu nie było jednak mowy. Trzeba było jakoś żyć. Mama nawiązywała kontakty – m.in. z jakimś klasztorem. Zaczęłam chodzić do szkoły i uczyłam się litewskiego. Nawet długi czas pamiętałam parę wierszyków.

Pamiętam jak prymitywnie bawiło się wojsko radzieckie – żołnierze całą noc potrafili dzwonić do furty klasztornej, ponieważ po każdym takim dzwonku pojawiała się w okienku siostra zakonna. Bawiło ich to.

Władz już nie było, z tych osób, które mogły cokolwiek zdziałać czy pomóc, też już nikogo nie było, więc staliśmy się bezdomnymi uciekinierami. W tej sytuacji zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobić, żeby wrócić do Warszawy. W Warszawie zostali przecież bliscy – babcia, dziadek z drugiej strony, krótko mówiąc: rodzina i dom. Należało wrócić.

Tylko jak się przedostać do Warszawy? Docierały do nas różne wiadomości. Znajomi i nieznajomi przekazywali sobie informacje, co można zrobić, żeby się stamtąd wydostać, zwłaszcza że władze rosyjskie zaczęły już na tyle działać, że nawet takim osobom – nie wiadomo, skąd przybyłym – groziło po prostu wywiezienie na Syberię. Zapamiętałam rozmowy rodziców. Od słowa do słowa w końcu zapadła decyzja, że musimy się przedostać przez granicę do Suwałk. Ale jaką drogą? Nastała już zima, mróz 40-stopniowy, śnieżyce, na drogach ogromne ilości śniegu, przez które przekopywaliśmy tunele. Ludzie, jeden drugiemu, nos masłem rozcierali. Z Warszawy mieliśmy coś ciepłego, resztę ludzie dali.

Wreszcie rodzice się zdecydowali i wynaleźli jakąś drogę do Suwałk przez Kowno. Oczywiście poświęcili na to wszystko, co mieli drogocennego, choć niewiele tego było. Jakiś przewodnik doprowadził nas nocą do pewnego miejsca. Pokazał maleńkie światełko gdzieś po drugiej stronie granicy, gdzie oczywiście byli już Niemcy: „Na to światełko macie się kierować, patroli nie powinno teraz być” – powiedział. Ten pas przygraniczny wydawał się – zresztą może i był – wielokilometrowy. Pamiętam, że rodzice kazali mi iść przed sobą. Co jakiś czas śnieg zapadał się i grzęźliśmy w nim po pas. Wydostawaliśmy się z niego i znów parę kroków. Jak mi się udało pierwszej stanąć, nie zapadł się śnieg, to rękami pokazywałam, żeby w to miejsce stąpnęli moi bliscy. Koszmar. Wreszcie dotarliśmy. Okazało się, że są dwa światełka w dwóch sąsiadujących z sobą chatynkach. Jedna jakaś taka biedna była, kurna chata, rodzice zastukali do niej. Gospodarze przyjęli nas, dali coś do jedzenia, porozumieli się z rodzicami i powiedzieli, że przed świtem nas wywiozą. Jednocześnie się dowiedzieliśmy, że w sąsiedniej chacie Niemcy, ci pograniczni strażnicy, piją wódkę. Na szczęście w dobre drzwi zastukaliśmy. Gospodarz zaprzągł konie do furmanki i wywiózł nas stamtąd. Tak trafiliśmy do Suwałk.

W Suwałkach rodzice mieli już adres do osoby, która miała nam w jakikolwiek sposób pomóc, pokierować. Rzeczywiście tak było. Z pomocą pewnej pani znaleźliśmy kwaterę. Bardzo życzliwa okazała się ta osoba, później w Warszawie z mamusią się zaprzyjaźniła.

Czy pamięta Pani jej nazwisko?

Nie za bardzo, może sobie przypomnę. Ona później nazwisko zmieniła i nawet już w Warszawie nam pomagała. Tymczasem, w oczekiwaniu na informacje, jak dalej jechać, zamieszkaliśmy w domu pani doktorowej Szczęsnowiczowej, wdowy po lekarzu. Nie było łatwo, Suwałki to Suwałki, wszystko pod presją niemiecką, to nie była Gubernia. Jak się okazało, mieliśmy czekać na zgodę jakiegoś urzędu. Tata musiał się do niego zgłaszać. Wiadomości przychodziły najróżniejsze, bo przecież nie my jedni czekaliśmy na zgodę. Zbliżały się święta Wielkanocy. Pamiętam, że próbowaliśmy z tą bardzo miłą, sympatyczną panią doktorową jakoś te święta uczcić. Była nas trójka dzieci. Z najmłodszą córką pani doktorowej tośmy się w drugi dzień świąt wielkanocnych, jak to młodzi, polewali wodą. Ten śmigus nas rozbawił. Młodość zawsze miała swoje prawa. Próbowaliśmy jednocześnie żyć, ale to nie odbierało przerażenia.

Tatuś na podstawie wszystkich zasłyszanych informacji przykazał nam, by przy staraniach o pozwolenie na wyjazd do Warszawy w ogóle nie wspominać, że byliśmy w Pińsku i tamtą drogą dotarliśmy do Suwałk. Uczył więc nas jakiejś właściwej wersji, która miała być lepsza w oczach władz niemieckich. Długo to trwało. Docierały do nas wiadomości, że nie my jedni tą drogą przez zieloną granicę przyszliśmy. W Suwałkach przebywało więcej takich osób. Wiadomo było, że musimy czekać na rozmowę z jakimś esesmanem w Landraturze. Któregoś dnia, chyba o poranku, pani doktorowa powiedziała: „Do państwa, z gestapo”. Mamusia na to: „Och, jak dobrze!”, i w tym momencie wszyscyśmy zamarli, bo za panią doktorową stał esesman i ten gest radości musiał zauważyć. A my przecież się cieszyliśmy nie na widok tego Niemca, tylko że sprawa ruszyła. Ale co będzie, co on zrobi? A on zaczął rozmawiać z tatą, oczywiście po niemiecku, miał z sobą tłumacza i po paru słowach powiedział, że on ten wywiad przeprowadzi od razu. No i tak się stało. Tatuś dostał rozkaz, że następnego dnia ma się stawić pod landraturą i wtedy dostanie decyzję, co z nami. Pismo, które dostał, nakazywało nam, tego samego dnia wsiąść do pociągu i wyjechać w kierunku Warszawy. Do dziś nie wiem, jak to się udało, być może ten gest mamy, czy coś innego, ruszyło sumienie esesmana. Wreszcie dotarliśmy do Warszawy, do naszego mieszkania na Żoliborzu.

Był to już 1940 rok, lato czy wiosna?

Musiało już być po Wielkanocy. Dotarliśmy do Warszawy i zastaliśmy babcię, która jeszcze żyła, siostrę mamusi, dziadków. Zaczęły się czasy okupacji. Trzeba było na gwałt kończyć szkołę, bo jak wojna wybuchła, byłam po drugiej klasie gimnazjalnej, a w tym czasie było ich cztery, do tego dwie klasy licealne. Brat tak samo, choć on był już bliższy matury. Był pięć lat ode mnie starszy. Musieliśmy szybko znaleźć jakąś pracę, która w miarę by zabezpieczała przed wywiezieniem. Ale nigdy nie było się pewnym, czy zadowoli Niemców choćby w jakiejś łapance, których pełno było co chwila. Poza tym wszyscy kolejno zaczęli się do konspiracji zgłaszać, pracować. Nasz dom na Żoliborzu stał się „wulkanem”.

Przy jakiej ulicy mieszkali Państwo na Żoliborzu?

Wtedy ta ulica nazywała się Towiańskiego, kilka lat po wojnie została zmieniona i do dziś nazywa się Wieniawskiego. Mieszkaliśmy pod numerem 5, mieszkania 8. Była to, jak wspomniałam, kolonia urzędnicza.  Szeregowe domki z wejściem od ulicy, ogródkiem. Żyliśmy tam wiele lat, więc znaliśmy dobrze sąsiadów – wiedziało się, kto kim jest i co robi.

Postanowiłam przyspieszyć naukę, więc douczałam się na kompletach, żeby jak najszybciej zdobyć maturę i pójść do liceum, do Żeńskiej Szkoły Architektury. Architekturę jeszcze w czasie okupacji zaczął mój brat, ja też miałam wielką ochotę zostać architektem. Nie pamiętam od którego roku szkoła była już pod inną nazwą, ale się zgłosiłam i maturę zdobyłam w szkole zawodowej, która wtedy nazywała się Żeńską Szkołą Architektury im. Nałkowskiego. Prowadził ją znajomy pan dyrektor. To nie była szkoła, która powstała w czasie wojny, ona istniała już wcześniej i mieściła się początkowo w budynku, który z jednej strony miał wejście od Hożej, z drugiej od Wspólnej, chyba 82 (po prawej stronie od wejścia był Ogród Pomologiczny). Szkoła musiała się jednak stamtąd wynieść i zaczęła błądzić, część znalazła się chyba w gmachu gimnazjum im. Górskiego, później gdzieś jeszcze. Jakiś czas była przy Chmielnej, pod którym numerem nie pamiętam.

Gdzie w czasie wojny odbywały się zajęcia?

Najpierw trafiłam do Górskiego, potem właśnie na tę Chmielną. Był to dziwny lokal – na parterze mieścił się dom schadzek, czyli publiczny. O dziwo, pomimo że byłyśmy młode i jak to dziewczyny w miarę starałyśmy się ładnie wyglądać, nigdy nie słyszałam, żeby którakolwiek z dziewcząt została zaczepiona. Później zajęcia gdzieś się przeniosły – na Szpitalną chyba, ale muszę przyznać, że się już zagubiłam. W każdym razie zaczęłam rok szkolny nie od początku, ale koleżanki były życzliwe i pomogły nadrobić zaległości z tego okresu, kiedy jeszcze nie chodziłam. Od razu wrosłam w tę grupę. Wszystkie egzaminy zdawałam i zdobyłam dyplom technika architektury. Dokument był wypisany po polsku i po niemiecku, później uprawniał mnie do starania się na wydział architektury. Złapałam kontakt i po złożeniu przysięgi zostałam studentką tajnych wykładów Politechniki Warszawskiej wydziału architektury na Koszykowej.

Czyli rozumiem, że ta szkoła architektoniczna, to technikum, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, dla kobiet, ono było oficjalne? Z dyplomem w języku niemieckim i polskim. Te zajęcia odbywały się niekonspiracyjnie.

Nie, niekonspiracyjnie. Z tym że każda z nas coś innego tam robiła, aktywnie działała na terenie szkoły, ale o tym się nie mówiło. Była nawet klasa dziewcząt starszych, które już wstąpiły do tej szkoły, mając maturę.

Czyli chodziło o to, żeby pokazać…

Żeby się uczyć. Tak samo funkcjonowała szkoła Wawelberga na rogu Warbuta (w tej chwili to jest chyba Wołoska).

Co robili w tym czasie Pani rodzice i brat?

Wszyscy starali się pracować, ja też musiałam. Póki byłam uczennicą, to dokument szkolny chronił, ale później trzeba było natychmiast podjąć jakąś pracę. Znalazłam zatrudnienie między innymi pomocy tej pani z Suwałk, która przyjechała do Warszawy. Ona się związała z panem, który się nazywał Jerzy Sztangiel. Pan Sztangiel zajmował się projektowaniem i prowadził warsztaty stolarskie mebli. Jego legitymacja dawała mu jakie takie bezpieczeństwo. Ta legitymacja także mi służyła jako zabezpieczenie, że jestem zatrudniona. Najpierw pracowałam w biurze przy ul. Moniuszki, ale w pewnym momencie szef i te osoby, które tam były zatrudnione, uznali, że przekwaterują mnie do warsztatów stolarskich. Umiałam kreślić, projektować, przerysowywałam w biurze projekty mebli do wykonania. A ponieważ szło mi dobrze, to mnie skierowali na Grzybowską do warsztatów stolarskich pod tą samą nazwą. Mało tego – miałam zostać kierownikiem sporej grupy wykwalifikowanych polskich stolarzy.

Trudne zadanie dla młodej osoby.

Ale nie miałam właściwie żadnego wyjścia, nikt mnie nie pytał, czy chcę, czy nie chcę. Muszę przyznać, że byłam przerażona. Mały taki kantorek, kolega jakiś miał być tam magazynierem, a ja kierowniczką warsztatu. Oni byli fachowcami i gdyby nie pomoc wspaniałego ich szefa, stolarza, rozsądnego człowieka, oni by mnie tam zjedli, zapędzili w kozi róg, bo przecież ja się bezpośrednio na stolarce nie znałam, rysunek to nie to samo. On mnie rzeczywiście ochraniał, co nie zmienia faktu, że robotnicy w widoczny sposób mnie lubili. Często namawiali: „Pani kierowniczko, proszę się z nami napić, bo my mamy dzisiaj jakąś okazję”. Jak odmówić? Jak nie chcieć? Byłam czasem w kłopotliwej sytuacji, ale właśnie ten majster, który miał u nich posłuch, chronił mnie, jak mógł, żeby nie zmuszali mnie do przekroczenia możliwości mojej głowy, bo przecież nie mogłam sobie pozwolić na żadne ekscesy.

Czy Pani albo Pani rodzina mieliście jakieś kontakty konspiracyjne?

Nasz dom bardzo szybko stał się beczką prochu. Mój brat zaangażował się w konspirację. Jacek kończył gimnazjum Poniatowskiego, gdzie zrobił maturę, wielu jego kolegów było synami oficerów. Byli to koledzy zaprzyjaźnieni, bywali w naszym domu. Wraz z trzema przyjaciółmi zaczęli organizować „Basztę”. W domu ciągle były zebrania, gazetki, łącznicy. Bardzo często zacierałam ślady. Wszyscy byliśmy coraz bardziej zaangażowani w konspirację,  odwiedzali nawzajem w różnych miejscach i przy okazji żeśmy się zaprzyjaźniali.

Brat czasem znikał, bo przecież gdzieś musiał się uczyć władać bronią i broń zdobywać. Jak to w konspiracji, kontaktów było mnóstwo. Niekiedy po zebraniu zasłanialiśmy szczelnie okna, żeby nie było żadnych prześwitów po godzinie policyjnej, nakręcaliśmy patefon i próbowaliśmy tańczyć. Któregoś razu tatuś aż złapał się za głowę, bo wszedł do kuchni i w kotle od bielizny odkrył całą masę broni. „Pozbądź się tego jak najszybciej” – nakazał bratu.

Pewnego dnia Niemcy obstawili całą dzielnicę. Na placu Inwalidów odbywały się segregacje. Legitymowali, zaczęli chodzić po mieszkaniach. Do naszego też przyszli. Niemcy stanęli w drzwiach. Mamusia wpuściła ich do środka, weszło dwóch. Brat przedostał się do znajomego na sąsiednią ulicę, do jakiegoś przygotowanego schowka.

Mieliśmy różnych zaprzyjaźnionych sąsiadów. W sąsiednim mieszkaniu znajdowała się tajna radiostacja. Przez czas okupacji mieliśmy prawie codzienny dostęp do wiadomości z Londynu – wiedzieliśmy co się dzieje, co powiedział Churchill…

Byli Państwo na bieżąco.

Tak. Niestety, jak doszło do obrony klasztoru Zmartwychwstanek, sąsiad całkowicie zlikwidował tę radiostację, dołączył do walki o klasztor i zginął.

Wie Pani, jak się nazywał?

Pamiętam nazwisko, Stanisław Niedenthal. Ku mojej rozpaczy stwierdziłam nie tak dawno temu, bo się tam wybrałam z synem, że do dzisiejszego dnia nie ma na tym budynku  w ogóle żadnego upamiętnienia. Jedna tablica pamiątkowa znajduje się naprzeciwko, tam gdzie mieszkali państwo Makowieccy. Ale nie ma na niej wzmianki o radiostacji.

Czy spodziewali się Państwo wybuchu powstania?

Oczywiście! Przecież brat był zaangażowany w konspirację i u nas wszyscy wiedzieli i czekali na pamiętną godzinę „W” , żeby już nareszcie nadeszła.

Gdzie Pani znajdowała się w tym czasie?

Miałam się dostać z powrotem na Żoliborz, w te moje rodzinne strony. Ponieważ w czasie okupacji szykowałam się tak jak brat, który był zaangażowany po prostu do walki, skończyłam kurs sanitarny z praktyką w Szpitalu Wojskowym na Koszykowej i zostałam sanitariuszką. W dniu wybuchu powstania byłam w pracy, potem poszłam pożegnać kilku kolegów z „Baszty” i starałam się dostać na wyznaczoną godzinę „W” na Żoliborz. Niestety na wiadukcie, jak wiadomo, strzelanina zaczęła się wcześniej i Niemcy nie chcieli pozwolić przejść. Rada nierada, postanowiłam próbować się przedostać wzdłuż torów Dworca Gdańskiego. Niestety, pierwszy żołnierz nie chciał mnie przepuścić, bo tam stały straże niemieckie. Ale wreszcie mi udało się, kolejny wartownik nie był pewien sytuacji i pozwolił mnie przepuścić. Było to już pod samymi Powązkami. Następnie kierowałam się wzdłuż alei Wojska Polskiego. Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, że w alei Wojska Polskiego, obok ulicy Nieboleskiego, która biegła od placu Inwalidów chyba na północ, były baraki dla bezdomnych i między tymi barakami przedostałam się aż na swoją ulicę i wróciłam do domu.

Zaczęłam działanie jako sanitariuszka. Ale na tym terenie walki bezpośredniej właściwie nie było. Tragiczny był natomiast ostrzał i wystrzeliwane przez Niemców tzw. szafy, które przelatywały nad naszą dzielnicą i gdzieś tam się w oddali rozwalały się na Żoliborzu, ale już poza nami. Zgrzyt tych szaf to był koszmar, coś straszliwego. Baliśmy się, że jednak na nas też mogą spaść. Rannych nie było tak dużo, natomiast trzeba było szykować, co się da, przekazywać tam, gdzie były walki. Kto miał więc czas, darł prześcieradła i robił szarpie, które się oddawało potrzebującym. Wiedzieliśmy, co się dzieje, jak się dzieje, z początku bardziej dokładnie, bo jeszcze istniała ta radiostacja, więc byliśmy na bieżąco. Słyszeliśmy, jak upadają kolejne dzielnice Warszawy. Ale widok palącej się Warszawy, zwłaszcza Starówki, to był jeden wielki koszmar. Przyszła w końcu myśl, że Niemcy coraz to nową dzielnicę opanowują, że się wreszcie i my „doczekamy”. Byłam wtedy w piwnicy naszego mieszkania. Wczesnym rankiem rozległy się krzyki, wrzaski, tupot żołnierskich butów. Kazali nam  wychodzić.

Była Pani wtedy z całą rodziną oprócz brata?

Wtedy tak. Brat walczył na Mokotowie. Kazali wychodzić. O dziwo, wrzeszczeli po rusku. Po chwili zorientowałam się, że to są ludzie w niemieckich mundurach, tylko krzyczą po rosyjsku. Spychali nas w środek alei Wojska Polskiego, później zaczęli nas pędzić. Z prawej strony mijaliśmy instytut (nie pamiętam, czym się zajmował). Był to taki duży, wyróżniający się budynek, a zaraz za nim były pola. W tym czasie Żoliborz kończył się na placu Henkla i Wyspiańskiego, potem było pole, budynek zmartwychwstanek i znów pole, na którym za moich szkolnych czasów ćwiczyło wojsko. Gnali nas, oczywiście ludzi przybywało coraz więcej. Babcia, słaba staruszka, rodzice troszkę silniejsi, a wszyscy, ze mną na czele, wygłodniali potwornie. Dotarliśmy do kościoła św. Wojciecha na Woli. Tam znów Niemcy i znów, strach, czy nas rozdzielą, czy nie rozdzielą. Pamiętam, że jakaś pani dała mamie kostkę cukru, ale mama mnie ją oddała.

Popędzili nas dalej. Powoli szliśmy z tłumem. Właściwie w tych grupach żołnierzy akowskich nie było. Oni w większości po złożeniu broni wychodzili jako jeńcy wojenni.

Ale dopiero po…

…po kapitulacji. Pamiętam, że Niemcy pozwalali czasem stanąć, choć strażnicy pilnowali, aby gdzieś nie zboczyć czy nie rozmawiać. Rodzice mnie chronili przed żołnierzami, którzy wyłapywali z tłumu młode dziewczęta i je gwałcili. Pognali nas do Pruszkowa.

Czyli nie jechała Pani koleją do Pruszkowa tylko na piechotę?

Raczej szłam pieszo, z trudem prowadziliśmy babcię. Zupełnie nie wiem, cośmy dźwigali. Dokumenty związane z AK czy opaskę z czerwonym krzyżem, którą nosiłam jako sanitariuszka, zagrzebałam gdzieś po drodze, bo postanowiłam iść z ludnością cywilną. Do Pruszkowa dotarliśmy niesamowicie głodni. Pani pytała o pociąg, pamiętam tylko tyle, że zeskoczyłam na jakieś tory kolejowe, wzdłuż których żeśmy szli. Zbierałam i podawałam pogniecione pomidory, które widocznie jakiś transport pogubił. Brudne, z piachem, pogniecione, ale dały się jeść.

Tak żeśmy dotarli do Pruszkowa, zapędzili nas na wielką halę numer  pięć. Tam dziewczęta i chłopcy z opaskami biało-czerwonymi mówili: „Tu się rozkładajcie”. Dowiedzieliśmy się, że będzie następny podział, że znów Niemcy będą rozdzielać – młodych do Rzeszy, starych do Generalnej Guberni. Tragiczna niepewność. Zaczęli rozdawać jedzenie. Okazało się, że nie wszyscy mają w co tę zupę wziąć. Siedzieliśmy przerażeni, czekając, co będzie dalej. W pewnym momencie naszą uwagę zwrócił mój kolega z wydziału tajnej architektury. Stwierdził, że z trudem mnie poznał. To był właśnie Wiesław Galewski. On z Mokotowem trafił na czwórkę. Ponieważ bardzo dobrze znał niemiecki, zgłosił się do pracującej w obozie doktor Bieleckiej i został tłumaczem. Od razu dostał opaskę. Przywilejem tych osób, które dostały pracę w obozie, była możliwość przechodzenia między zasiekami z jednej hali do drugiej. W ten sposób, gdy się dowiedział, że przyszli ludzie z Żoliborza, przeszedł z czwórki i zaczął mnie poszukiwać, może innych też. W każdym razie był już na tyle zorientowany, że wiedział, iż będą dzielić, że starzy ludzie mogą się dostać do Generalnej Guberni, natomiast z młodymi mogło być kiepsko.

Bo pojadą na roboty.

Po rozmowie z rodzicami przyszło mu do głowy, by zwrócić się do doktor Bieleckiej, czy zgodzi się mnie zatrudnić w swoim punkcie, przy ambulatorium, bośmy tak nazywali tę klitkę, w której urzędowała doktor. Doktor się zgodziła. Problemem stało się, jak mam się dostać z piątki na czwórkę. Rodzice byli przerażeni, ale wiedzieli, że mam minimalne szanse niewywiezienia do Niemiec na roboty. Próba była więc warta zachodu. Wiesław Galewski podszedł do jakiegoś niemieckiego strażnika, który stał pomiędzy tymi otoczonymi drutami barakami, i po niemiecku długo z nim rozmawiał. Przekonywał go, że przecież to nic takiego, że jak mam jechać do Niemiec, to szybciej pojadę z tej czwórki niż z piątki. Ja przesunęłam się jeszcze bliżej wyjścia, w nadziei, że może się uda. Niemiec się odwrócił, oddalił trochę, a ja wtedy przemknęłam. Dostałam się pod skrzydła doktor Bieleckiej, otrzymałam opaskę i zaczęliśmy działać.

Proszę mi powiedzieć, co pani doktor Bielecka organizowała w tym obozie, jak działała?

Jak przychodził transport, to Niemcy najpierw pozwalali ludziom wejść na halę, mówię o czwórce, ale na piątce było podobnie. Były i inne hale, o których później się dowiedziałam. Najgorszy postrach wzbudzał u wszystkich zielony wóz [miejsce urzędowania niemieckich służb bezpieczeństwa i Gestapo – przyp. red.]. Doktor Bielecka miała prawo zbadać i zakwalifikować tych, których można zwolnić.

Albo odesłać do szpitala.

Albo wmówić prawdziwą lub nieprawdziwą chorobę. Doktor starała się jak najwięcej ludzi obdarzyć chorobą, której Niemcy u siebie, w Niemczech, nie lubili – gruźlica, jakieś choroby weneryczne i zakaźne, niepełnosprawność… Uczyliśmy więźniów, na co mają się skarżyć – pani doktor objaśniła nam, jak nas będzie pytał Niemiec, na co narzekać. Mój późniejszy mąż tłumaczył rozmowy między Niemcami a polskim personelem oraz więźniami. Nie wszystkich się udawało nam się skierować do szpitala. Żeby udało się osobę uratować, Niemiec musiał potwierdzić chorobę i dać zgodę na transport do szpitala. To była już ostateczna dola albo niedola.

Rannych transportowano do Tworek [W zależności od okresu więźniowie obozu trafiali również do innych pruszkowskich szpitali, m.in. do szpitali na Wrzesinie, przy ul. Pięknej, czy prowizorycznego szpitala przy ul. Szkolnej – przyp. red.]. Pamiętałam nazwisko, jak mówiliśmy, wuja Steffena, który był ordynatorem [szpitala przy ul Pięknej – przyp. red.]. Był on krewnym mojej bratowej, bo w czasie okupacji mój brat się ożenił. W Podkowie Leśnej mieszkała rodzina bratowej, co się nam pod koniec pracy w obozie przydało, bośmy do Podkowy w pewnym momencie dotarli.

Wracając do obozu – ambulatorium miało do dyspozycji trochę środków opatrunkowych, a z leków gencjanę i walerianę. Właściwie żadnych innych medykamentów nie było. Jak już zaczęłam pracować, to tę walerianę jako wspaniały lek, oczywiście w niewielkich ilościach, udało mi się chyba dwa razy na piątkę przenieść i podać mojej babci, która była już u schyłku życia. Zresztą, sprawdził się. Na zasadzie sugestii i uśmiechu na pożegnanie. Powiedzieliśmy babci, że to wspaniały lek, że jej pomoże, że będzie lepiej, uspokoi ją i ułatwi oddychanie.  Wkrótce ją oddzielili od rodziców i wywieźli. Rodzice mówili, że do Jędrzejowa, do jakiegoś zakładu dla starych osób. Wkrótce tam umarła i bezimiennie właściwie została pochowana w jednym z dwóch grobów na miejscowym cmentarzu, ale nikt nie wiedział, w którym i nie udało się nikomu – ani mamie, ani siostrze mamusi, ani mnie, pomimo bytności tam – tego wyjaśnić.  Wiem tylko, że bardzo szybko poszła do ziemi. Wszyscy byli tam chowani bez trumien, dobrze, jeżeli w jakimś okryciu z prześcieradeł. To już zupełnie tragiczna informacja, o której się dowiedzieliśmy dużo później, bo wtedy zdawało się i rodzicom, i mnie, że babcia w jakimś domu, który opiekuje się starymi ludźmi, babcia znajdzie schronienie.

Natomiast rodzice zostali wywiezieni do Generalnej Guberni, w stronę Krakowa, do Woli Zachariaszowskiej. Tam się osiedlili, ale tego też się dowiedziałam dopiero po tak zwanym „wyzwoleniu”, kiedy ludzie razem wracali do Warszawy i szukali się nawzajem. Ja tymczasem zostałam w Pruszkowie, w obozie.

Czyli była Pani osobą pomagającą więźniom w zespole doktor Bieleckiej.

Pomagającą w najrozmaitszy sposób. Przy segregacji, przy ewentualnym wyprowadzeniu kogoś, kto miał możność wydostania się na podstawie jakiejś choroby. Musieliśmy pracować. Rano chleb trzeba było kroić, jak największą ilość. Było to twarde, wstrętne pieczywo, ale należało je na części podzielić. Na dłoniach mieliśmy pęcherze. Podobnie z kawą czy zupą. Nie wszyscy mieli naczynia, ale jakoś się jadło. Ludzie się wymieniali – zostawali w obozie góra jeden, dwa dni. Jednych wywożono, drugich przypędzano. Był to obóz przejściowy.

Czy Pani zdawała sobie sprawę z liczby tych ludzi?

Nie, nie potrafiłabym określić ich liczby. Czasem mijali mnie jacyś znajomi, byli ludzie, którzy wołali: „pomóż!”. Wymyślaliśmy wszystkie możliwe sposoby, żeby tym ludziom jak najbardziej pomóc i objaśnić, co Niemcy z nimi zrobią, bo przecież ci, co przychodzili z Warszawy, to niewiele wiedzieli.

Bardzo pomocne w tym wszystkim było to, że z tym moim kolegą  myśmy się wspierali, zaufaliśmy sobie nawzajem. Ponieważ ja nie znałam języka, jak na mnie Niemiec  wrzeszczał – oni nie mówili, tylko krzyczeli – to truchlałam, bo nie wiedziałam, czego on ode mnie chce. Niemiec mógł ze mną zrobić wszystko. A Wiesiek, który był w pobliżu, rozumiał język i natychmiast informował mnie, czego on ode mnie żąda.

Kiedyś sama trafiłam na taką bardzo starszą osobę. Dźwigała jakieś dziwne rzeczy i małego pieseczka, coś do niego mówiła. Powtarzała ciągle: „Muszynka, marchewki chociaż”. Nie wiem, dlaczego to zapamiętałam. Okazało się, że ten jej pieseczek marchewkę lubił, i ona błagała, żeby ją zdobyć dla tego pieska. Jak kiedyś przyszedł jakiś wygnaniec z Warszawy z dużym psem, to tego psa Niemiec mu zabrał, ale to był taki wilczur. Zastanawiałam się więc, co zrobią z tą psiną. Wydaje mi się, o ile dobrze pamiętam, że tę marchewkę jakoś z kuchni przyniosłam. Ale czy ta pani z pieskiem się wydostała, czy tego psa jej zabrali, nie pamiętam. Chyba z tą swoją Muszynką ukochaną wyszła z hali, ale w jakim kierunku pojechała? Chyba do Generalnej Guberni, bo to już była starsza osoba, z takimi było łatwiej. Ale jak mężczyzna wyglądał silnie i zdrowo, to wcale się wiekiem Niemcy nie kierowali, tylko przydatnością do takich czy innych robót w Niemczech.

Pamiętam też jak wyprowadzaliśmy jakąś młodą dziewczynę, która udawała, że zaraz będzie rodzić. Dostała zgodę, myśmy ją wynieśli, oczywiście na noszach, odpowiednio pogrubioną, czymś przykrytą, krzyczącą, że zaraz będzie rodzić. I się udało. Muszę przyznać, że nie mogę sobie przypomnieć, czy ona gdzieś później wstała i po prostu dalej zadbała już o siebie, czy myśmy ją donieśli do szpitala. Naszym obowiązkiem było koniecznie wrócić, bo przecież inne dokumenty były już nieważne.

Pani była w tym personelu, który nie wychodził na noc z obozu?

Nie. Z obozu nam wychodzić nie było wolno, wolno nam było tylko chodzić z hali do hali…

Roznosić informacje, szukać pewno…

…czasem się chodziło np. na piątkę, gdzie pracowała Kazimiera Drescherowa, coś załatwić, może po opatrunki. Pamiętam, że była dość surowa, ale sprawy starała się załatwić. Można się więc było domyślić, że sprzyja.

Czy pamięta Pani jeszcze jakieś nazwiska oprócz doktor Bieleckiej i pana Galewskiego, który został później Pani mężem? Kogo tam jeszcze pani poznała?

Muszę przyznać, że myśmy o nazwiska w ogóle się nie pytali. Te osoby, które się zgłosiły do pomocy, należały do konspiracji, ale na początku nic o nich nie wiedzieliśmy, bo akurat żadnego z kolegów, z którymi miałam kontakty jeszcze w czasie okupacji, tam nie znalazłam. Oprócz Wiesława. My, którzy tam pracowaliśmy, niewiele o sobie wiedzieliśmy, skąd się tam znaleźliśmy, jakim sposobem tam się dostaliśmy.

Nie tyle tragiczne, ile mrożące krew w żyłach były codzienne meldunki w zielonym wozie, gdzie siedziała Niemka zwana Schwester Helene i gestapowiec esesman. Obie te osoby wrzeszczały po niemiecku, człowiek raczej nie rozumiał, a musiał codziennie dostać stempelek.

Przepustka obozowa Aliny Galewskiej. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121
Przepustka Wiesława Galewskiego. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121
Tył przepustki Wiesław Galewskiego. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Co ten stempelek załatwiał? Możliwość pozostania i pracy?

Tak, pracy w obozie. Jak się zdarzyło kiedyś, że było zbyt dużo zwolnień, to Niemcy się wściekli i wygarnęli wszystkich – i tych, co już byli zwolnieni, i innych chorych, i nawet paru spośród nas, pracujących. Nam się udało z tej hali czwórki przez okno wydostać, bośmy nie z tłumem tylko w przeciwnym kierunku ruszyli. Na zewnątrz znowu się mogliśmy w tłum wmieszać. Jak wróciliśmy do tej swojej hali, żywego ducha nie było. Takie mieliśmy przeżycia.

Pewnego dnia kazali nam czasem iść do jakiegoś innego baraku, gdzie np. trzeba było opatrzyć jakiegoś starszego mężczyznę, który odłamkami miał całkowicie poszatkowane pośladki. Same ranki, na całych pośladkach, a ja tylko z gencjaną. Nawet trudno było to zabandażować. Najgorsze to było, jak trzeba było jakiegoś rannego akowca, który wychodził niekoniecznie jako akowiec, opatrzyć. Jeśli mieliśmy taki bardzo nieciekawy opatrunek, i trzeba było zabandażować dużo wcześniej opatrzoną ranę. To była jedna wielka ropiejąca rana, cuchnąca, okropna. Ale takich ran tośmy mieli w obozie więcej niż krwawych. Jeżeli przychodzili ranni, to przeważnie mieli już takie opatrunki pospiesznie zakładane, nawet nie mówię że nieprawidłowo.

Jak wtedy się chroniliście przed zakażeniem?

Ja się nigdy nad tym nie zastanawiałam, że mnie coś takiego grozi.

Jak ratowaliście tych ludzi?

W ambulatorium jeszcze można było ten opatrunek jakoś zdezynfekować i zabandażować z powrotem. Ale to było tragiczne. Jeden przypadek szczególnie utkwił mi w pamięci, dlatego że się tej wstrętniej woni długo nie mogliśmy pozbyć. Nie tylko sami, ale z całego pomieszczenia. Ale cóż, tak było.

Wróćmy teraz do Pani pobytu w obozie. Jak wyglądała taka zwykła, codzienna rzeczywistość? Powiedziała Pani, że rano zaczynała od przygotowywania porcji chleba, od krojenia, od karmienia, ale jak pani funkcjonowała w tym obozie, gdzie spaliście, jak to było zorganizowane? Czy można się było umyć?

Proszę pani, miałam menażkę, pewnie przyniesioną z domu. Właśnie się zastanawiam, jak ja się myłam. Krany jakieś prawdopodobnie były, na pewno wyłącznie z zimną wodą. Były też prowizoryczne latryny, ale nie mogę sobie przypomnieć w którym miejscu. Chyba w jakimś zakątku hali. Załatwianie potrzeb fizjologicznych było bardzo skomplikowane. Trzeba było naprawdę być młodym i zręcznym, żeby dać sobie radę z tymi dechami latryny – to był jakiś taki rów, deska i coś pod plecy, to wszystko się ruszało, chwiało. Było pełno robactwa, strącało się z ud insekty. Tak się na szczęście uchowałam w obozie, że nie nabawiłam się wszy, bo niektórym koleżankom się zdarzyło złapać, szczególnie te ubraniowe. Wszystkie sprawy załatwiało się na widoku, nie było żadnych przegródek, jak nam się akurat trafiło dwie, to nie można było mieć jakichkolwiek obiekcji, że się jedna drugiej wstydzi.

Takie pozbawienie godności.

Okropne. Wracając do pytania o spanie, nam przysługiwały te same maty na hali albo beton. Kiedyś, nawet nie od razu, natrafiliśmy pod ścianą na taką jakby przewróconą szafę i postanowiliśmy na niej spać, bo deski to już nie ten beton. I tak żeśmy na tę szafę włazili i spali, ale którejś nocy jakiś Niemiec ściągnął mnie z niej. Na ratunek pospieszył mi mój towarzysz niedoli. Poderwał się oczywiście i temu Niemcowi coś zaczął tłumaczyć po niemiecku. Wtedy zawiązały się między nami przyjaźń i zaufanie. Nigdy nie chciał mi powiedzieć, co on mu powiedział. Nie wiem, pewnie wymyślił jakieś okropne rzeczy na mój temat, być może powiedział, że jestem zakaźnie chora. Do śmierci mi nie zdradził tematu tamtej rozmowy.

Czy Pani wiedziała w tym czasie, będąc w obozie, gdzie są rodzice?

Nie, wtedy nie.

Czy wie Pani, w którym momencie zostali wywiezieni?

Chyba nie dłużej jak po dwóch dniach. Najpierw zabrali babcię do wagonu, a potem rodziców, już przed wywiezieniem rodzicom udało się dowiedzieć, że mają transport do Generalnej Guberni. Myśmy wtedy zupełnie stracili kontakt. Jeśli chodzi o kogoś swojego, to został mi tylko Sławek, bo tak był nazywany jako kolega i tak żeśmy do siebie mówili.

Zdarzało się, że dostawaliśmy polecenia, niekiedy nawet na piśmie, zgłoszenia się do pomocy, bo przyjeżdżał transport chorych. Jak Warszawa zaczęła pustoszeć i coraz mniej transportów docierało do obozu, zabrali się do wywożenia starych osób do Piastowa. Niemcy posyłali nas do przeniesienia transportu. Oczywiście gonili nas pod eskortą, myśmy musieli to robić. Ci starzy więźniowie bardzo często sami nie mogli się poruszać, bo część z nich musiała być niesiona na noszach, dlatego ich właśnie wywożono.

W Piastowie była jakaś taka hala, chyba piętrowa, i kiedyś z jednego wagonu wynieśliśmy starszą osobę, bardzo zniszczoną. Swym mętnym wzrokiem zbolała staruszka spojrzała na mnie i powiedziała: „Marylka”. Mnie za gardło ścisnęło. „Marylka” to było imię mojej mamusi, a to była moja cioteczna babcia, w tragicznym stanie. Ona po prostu skojarzyła moją osobę z moją mamusią. To były ostatnie słowa, które ktokolwiek od niej z rodziny usłyszał. Zanieśliśmy ją na jakieś legowisko w Piastowie, tam były miejscowe pielęgniarki, tak mi się przynajmniej wydawało, które miały zostać, bo my po  przeniesieniu wszystkich chorych musieliśmy natychmiast wracać do Pruszkowa. Błagałam więc jakąś sanitariuszkę: „Zaopiekuj się, to moja babcia, my pewnie znów jutro tu będziemy, zrób coś dla niej”. Przygnali nas tam następnego dnia, ale jej nie znalazłam, zresztą już później się dowiedziałam, że tego samego dnia zmarła.

Jak się nazywała cioteczna babcia?

Babcia się nazywała… Tomaszewska Jadwiga. Miała wielkie mieszkanie na rogu Marszałkowskiej i Hożej. Odkąd pamiętam, była osobą leżącą. Została uratowana przez lekarza po jakimś pewnie zawale – tak długo ją reanimował, że odzyskała bicie serca i oddech, ale bała się wstawać. W domu miała opiekę, przyjmowała gości, wszyscy ją odwiedzali. Lubiła dobrą czarną kawkę, ale w maleńkich filiżaneczkach. Wspomnienie tej babci było mi bliskie. Mieszkała z córką – chyba również Jadwigą, bo mówiliśmy na nią Wisia – która oczywiście należała do AK, została aresztowana i skończyła życie w Oświęcimiu. Pamiętam takie rozmaite ciekawostki w tym mieszkaniu, choć w czasie wojny odwiedzałam ją coraz rzadziej.

Proszę mi powiedzieć, jak to było, w którym momencie Pani wyszła z obozu? W jakich okolicznościach?

Trwało to wszystko długo, o czym świadczą wspomniane stempelki. W pewnym momencie tej pracy mój późniejszy mąż dostał czerwonki i to zaczęło go zupełnie rujnować. Położyli go w lazarecie i trafił pod opiekę jakiegoś Niemca. W którym to było baraku, nie wiem. O dziwo, Niemiec, lekarz pewnie, dawał mu jakieś lekarstwo. Ale nic nie pomagało. Ja tam być nie mogłam, ale dochodziłam, jak tylko pozwalały warunki i nie miałam akurat niczego do zrobienia na bieżąco. Bo myśmy własnego czasu nie mieli. Niestety Wiesiek słabł, już mu się w głowie kręciło. Nie wiedziałam, co mam robić. Dowiedziałam się, że Rosjanie mają wśród jeńców lekarzy. Ktoś ich zawiadomił i pewnej nocy radziecki lekarz przedostał się do Wieśka po kryjomu z zastrzykiem. Pomogło.

Czy pan Wiesław Galewski wyzdrowiał, czy doszedł trochę do siebie w obozie?

Tak, doszedł do siebie, ale to już było pod koniec działania obozu. Zaczęły wtedy chodzić słuchy, że można prosić w zielonym wozie o pozwolenie na wychodzenie z obozu i powrót do obozu do pracy. Myśmy wtedy postanowili się zwrócić z tą prośbą i sprawdzić, co się dzieje poza obozem, zobaczyć, jak jest, ewentualnie dotrzeć do Podkowy Leśnej, gdzie w czasie okupacji mieszkała zaprzyjaźniona rodzina.

 Jak Pani do nich dotarła i co było dalej?

W czasie okupacji jeździliśmy kolejką do Podkowy Leśnej, tam była willa w ogrodzie. Ciocia i wujek, bo tak się do nich zwracałam, Lankowie, mieli dwoje dzieci. Oczywiście młodzi poszli do powstania, Zbyszek zginął, Halina przeżyła. Ale w ogóle wszyscy w tej rodzinie byli gdzieś zaangażowani. Cioteczny brat w „Parasolu”.

A powroty to osobny rozdział, bo byli tacy w rodzinie, którzy po prostu nie ryzykowali powrotu do Polski, a np. mój brat cioteczny, pomimo że miał twarz przestrzeloną na wylot, co było bardzo widoczne, po przybyciu do Warszawy został aresztowany, skazany na piętnaście lat Rakowieckiej. Zwolniony został chyba po pięciu, bo pan Bierut raczył amnestię ogłosić. Było wielu innych kolegów, znajomych, którzy też tam trafili. Niektórzy z nich zostali straceni.

Proszę mi powiedzieć, wyszliście z przepustką otrzymaną w zielonym wozie, oboje…

Oboje. Przeżyliśmy zdumienie, że ktoś normalnie idzie ulicą, w jakimś sklepiku czy kiosku coś sprzedają. Nie wiem, czy za pieniądze, czy za darmo zostaliśmy obdarzeni bochenkiem chleba, który był świeży. Ten chleb był miękki i pamiętam, że myśmy go po prostu darli i jedli. Kiedy wyszliśmy z obozu po raz pierwszy byliśmy bardzo zaskoczeni, że poza obozem jednak wszystko wygląda inaczej, tak bardziej normalnie, nie tak ponuro.

Dotarliśmy do Podkowy, było tam oczywiście wujostwo w swoim domu i wiele innych osób, które się pojawiały stopniowo, nas też przygarnięto. Warunki dobre, willa to willa. Nie wiem, skąd się wzięły stosy przypominające pościel, poduszki, kołdry. Jak przyszła pierwsza noc, to każdy brał sobie coś do przykrycia i spał, a potem należało sobie jakoś tam radzić. Pościel po nocy się kładło jedną na drugą. Następnej nocy nikt nie szukał tej, na której spał poprzedniej nocy. Rano wracaliśmy do obozu pracować.

Na terenie Podkowy i całego Pruszkowa, przez które musieliśmy przecież przejść, też były łapanki, ale mieliśmy dokumenty potwierdzające, że pracujemy w obozie. Wpadło nam do głowy, że warto dawać się złapać. Żołnierze niemieccy przecież mieli ileś tam osób co dzień doprowadzić do obozu, więc myśmy się zaczęli podstawiać, żeby dzięki temu o dwóch przechodniów mniej zostało zatrzymanych. Tak czy inaczej, Podkowa Leśna dała nam schronienie…

Można się było wyspać, odreagować, trochę najeść.

I umyć. Byłam tak szczęśliwa, że ubraniowych wszy do wujostwa nie zaniosłam, ale tam z kolei złapałam wszy we włosach. Nie obeszło się bez tego, bo uciekinierzy z obozu przychodzili w takim stanie, w jakim mogli przyjść.

Tak do końca obozu wędrowaliśmy tam i z powrotem.

Do 16 stycznia?

W jakimś momencie przestano nam stawiać pieczątki. Obóz zlikwidowany. Wobec tego co z sobą robić? Chodząc po baliśmy się, że nas wywiozą na roboty do Niemiec.

Wreszcie zaczęły docierać wiadomości potwierdzające szukanie siebie nawzajem rodzin i w pewnym momencie pojawiła się moja mamusia. Dotarła do Podkowy. Ludzie wtedy powtarzali sobie wszystko. Wszędzie powywieszane były kartki z informacjami typu „jestem tu”, „dotarłam tu”. Szukały się rodziny i jedni drugim pomagali. Mamusia dotarła, częściowo pewnie pieszo, częściowo jakimś wozem, do wujostwa i nas odnalazła. Sławek wiedział, że jego rodzice mieli być wywiezieni gdzieś pod Częstochowę. Postanowił więc udać się w te tereny i tam szukać swoich rodziców. A mamusia zdecydowała, że musi mnie zabrać na tę wieś, no i tak się stało, że tam dotarłam do Woli Zachariaszowskiej.

I znowu się czekało – przyjdzie ten front wreszcie czy nie przyjdzie? Kiedy zajmą Kraków czy Generalną Gubernię? Mieliśmy przecież już doświadczenie z Rosjanami. Podczas powstania stanęli na Wiśle, nie przekroczyli rzeki, mieliśmy nadzieję, że pomogą, ale nie pomogli. Doświadczenie było raczej ponure.. Front się jednak zbliżał i wreszcie do tej wioski dotarła wiadomość, że Rosjanie wkroczyli do Krakowa i wobec tego można próbować się wybrać do miasta.

Mamusia już wcześniej próbowała, bo zauważyła, ku swojemu przerażeniu i z nieufności do mnie, że nie miałam normalnych miesiączek. A to wszystko chyba przez nerwy, organizmy dziewcząt niedożywione i niejedna miała taki problem. Mama była więc zaniepokojona podwójnie, czy to zdrowie, czy może ja jednak jestem w ciąży, bo przecież miałam koło siebie młodego chłopaka. Wiem, że poszła nawet do Krakowa, a może pod Krakowem z jakimś lekarzem polowym rozmawiała, że nie jest pewna. On jej tłumaczył, że nie może żadnej pomocy bez badania udzielić. „Ale niech ją pani karmi”, „Ale czym?”, „Niech jej pani wmusza i trze pół kilo marchwi, najlepiej ze trzy razy dziennie”. Mamusia zupełnie na tym punkcie się zafiksowała, męczyła mnie tą marchwią, aż mi uszami wychodziła. Ale siedziała i kazała mi to gryźć i łykać. Nieprędko, ale jednak pomogło. Po prostu to był skutek nerwów i braku pożywienia, bo przecież to, co nam dawali w obozie, nie miało właściwie żadnej wartości.

Jak doszły wieści, że Kraków został przez wojska radzieckie zajęty i strzały ucichły, rodzice postanowili się wydostać z tej wioski i iść do Krakowa budować jakieś dalsze losy, bo nie mogliśmy siedzieć przecież z założonymi rękami w chałupce przyjaznych nam ludzi, chociażby nam tę marchewkę dawali.

Wejście do Krakowa pamiętam doskonale, bo na Rynku usłyszeliśmy „Warszawiankę”. Łzy nam popłynęły z oczu, ale krakowiacy – teraz się podobno mówi „krakowianie” – takich jak my mieli mnóstwo i wcale nie byli radzi, bo Kraków był oblężony tymi ludźmi. Wszędzie nas, warszawiaków, było pełno, a oni nie znając naszego losu lub nie mogąc w niego uwierzyć, mówili: „Co wy tu narzekacie, nam na Zielenieckiej wszystkie szyby z okien powylatywały”. Muszę przyznać, że warszawiakom się wnętrzności przewracały: „Z czym oni porównują, wyleciały szyby, jak nam się domy waliły!”. Pomimo, że byłam w stosunkowo bezpiecznym miejscu w czasie powstania, to jednak się wiedziało, co się dzieje, bo te wiadomości dziwnym jakimś trafem błyskawicznie przenikały. Wszyscy przekazywali sobie informacje, choć przecież już wtedy radiostacje właściwie przestały istnieć. Mówić wszyscy potrafili i sobie ufali.

W którym momencie wróciliście do Warszawy?

Nie było to od razu. W Krakowie rodzice i ja odnaleźliśmy różne osoby z Warszawy. Zaczęło się nawiązywanie kontaktów.  Dowiedzieliśmy się, że jacyś znajomi gdzieś w Michałowicach pod Krakowem się ulokowali. Wreszcie zapadła decyzja, że trzeba wracać do domu, bo w tym Krakowie ani się dobrze czujemy, ani miejscowi nas nie lubią, a my chcemy do domu.

Jeszcze w Krakowie RGO nam pomogło. Jechaliśmy jakąś drogą, na pewno nie na piechotę. Pamiętam, że parę ciuchów zdobyłam, które w walizeczce przeniosłam do Warszawy. Docierały do nas ogólne informacje o tym, co nas czeka albo nie czeka w zburzonej Warszawie. Rodzice postanowili wracać do domu na Żoliborz, ja też, ale spotkało nas wielkie rozczarowanie.

Całe to nasze mieszkanie, które częściowo mieściło się na parterze (pokój i kuchnia z taką dużą wnęką, tzw. służbową, z okienkiem), częściowo na piętrze (dwa pokoje), było zajęte. W każdym pokoju jakaś inna rodzina. Co to za ludzie byli, nie wiadomo. W każdym razie uważali, że mieszkają. Szybkośmy się zorientowali, przede wszystkim tatuś, że to w większości są mieszkańcy tych baraków dla bezdomnych. Oni sobie nie tylko nasze mieszkanie, lecz i całą tę ulicę zajęli jako swój dom. Ale poziom był tragiczny. Przede wszystkim, jak żeśmy przyjechali, to drzwi były na przestrzał otwarte, podłoga drewniana zdarta, do żywego zdeptana. W ogródku gołębniki już stały i nowi rządzili po swojemu: „My tu mieszkamy i ruszyć się stąd nie damy”. Jeden pokój zajęła ze swoją rodziną młoda dziewczyna, która w czasie okupacji czasem przychodziła pomóc mamusi w jakichś pracach domowych. Uznała, że jeden pokój trzeba jednak dla nas, jak wrócimy, zostawić, ale jak mój tata podszedł do szafki, która po nas została (mieszkanie nie było wszak wypalone, tylko opuszczone), to chłopaczek podbiegł do niego i krzyknął: „Czego ty grzebiesz w rzeczach mojego taty?!”. To jeszcze nic. Ponieważ kanalizacja nie była czynna, to nie tylko sedes był nie do użytku, bo po prostu zatkany, przepełniony, lecz również wanna posłużyła jako zbiornik. Trudno było jakkolwiek z tymi ludźmi walczyć, więc rodzice zrezygnowali, dla mnie też wtedy walka o to nie była na pierwszym planie, bo chciałam wrócić do nauki, skończyć studia. Poza tym,  jak żeśmy się rozstawali z Wiesławem, tośmy zaczęli snuć jakieś plany na przyszłość, bośmy po prostu wyczuli siebie, że nam razem będzie dobrze.

Umówiliśmy się, że kto pierwszy do Warszawy dotrze, to sprawdzi, co zostało z tego, powiedzmy, najcenniejszego czy najbardziej pamiątkowego. Nie wszystko się udało odzyskać. W każdym razie Wiesław dotarł wcześniej i jakoś gdzieś po drodze znalazłam wiadomość, że obraz Matki Boskiej, który miałam od rodziców obiecany jako prezent ślubny (był przez mamusię w spadku otrzymany) przepadł. Ale jak myśmy wrócili, to na resztkach konsoli z blatem alabastrowym – takie zabytkowe tremo mieliśmy – stało całe lustro. Rama i deska spod lustra były u sąsiadów, do niczego właściwie nie służyły, ale na tej płycie moim oczom ukazał się oparty o ścianę poszukiwany obraz. Jednak dla tych ludziach kradzież obrazu przedstawiającego Matkę Boską była uznana za świętokradztwo. Ocalał, mam go. Ale z kolei inne rzeczy, które miał brat, poznikały. Wiele rzeczy poznikało, ale odnaleźliśmy się nawzajem.

Brat też się odnalazł?

Nieprędko. Dlatego, że brat dostał się do niewoli i wrócił dopiero z generałem Maczkiem. Był zresztą ranny. Nawet w międzyczasie do rodziców przyszła wiadomość, że nie żyje, bo był ktoś z tym samym imieniem i nazwiskiem, kto zginął. I najpierw dotarła ta informacja, a dopiero potem ta, że żyje. Bratowa też wróciła do Podkowy. Zaczęły się powroty i normalna praca. Zgłosiłam się do pracy przy odbudowie stolicy, do komórki profesora Zachwatowicza, który się wtedy zabytkami zajmował. Wspaniały człowiek. Musieliśmy na gwałt zwrócić się do Politechniki, żeby dalej studiować. Chcieliśmy z Wiesławem się pobrać i  założyć rodzinę. Próbowaliśmy jak najszybciej zdobyć jakieś mieszkanie.

Udało się dostać mieszkanie przy Asfaltowej 5, w domu, który był rozszabrowany z mebli, ale niewypalony. Te przydziały rozdzielano tak, jak się naszym władzom podobało. Jak byłeś inteligentem, to musiałeś mieszkać z jakimś skrajnym prostakiem. Do każdego pokoju kwaterowano kogoś innego. Doszły wiadomości, że dziadek nie żyje, babcia nie żyje, więc zostało nas troje. Tatuś zgodził się oddać jeden pokój do sąsiedniej kawalerki, żeby tylko nie mieszkać z jakąś obcą rodziną.

Pobraliśmy się z Wiesławem w listopadzie 1945 roku. Matka męża zmarła w maju, a myśmy pomimo to dosyć szybko się wzięli ślub. Zajęliśmy jeden pokój, w drugim zamieszkali rodzice. Staraliśmy się o jakieś mieszkanie, ale zawsze dostawaliśmy je z jakimś jeszcze lokatorem. Tata nie wrócił do pracy w swoim urzędzie z zasadniczych powodów – nie będzie sobą w tej pracy – więc się zatrudnił w SBB, właśnie w wydziale mieszkań. A że dla mojego taty białe to białe, a czarne to czarne, dla rodziny nie było żadnych przywilejów. Więc jak dostawałam jakąś propozycję mieszkania, to zawsze z jakimś lokatorem. Często słyszał: „Jak pan zabierze tych swoich, to my damy pana córce”. I tak to się kręciło przez wiele lat. Woleliśmy więc mieszkać z rodzicami niż z jakąś obcą rodziną, bo w każdym mieszkaniu przy Asfaltowej, w każdym pokoju była inna rodzina o bardzo różnym poziomie. Niezgody więc najrozmaitsze, od nieporozumień o kuchnię, o dostęp, o wszystko, o łazienkę, o brudy. Ciągłe awantury. Byli ludzie, którzy naprawdę potracili mieszkania. Mieszkała tam pani, która miała pałacyk w Alejach Ujazdowskich i też została zakwaterowana z jakąś inną rodziną. Potem udało jej się wyprowadzić do sutereny. Inteligencja nie była na pierwszym planie, tę raczej trzeba było zgnębić. Tak czy inaczej mieszkaliśmy szczęśliwie, studiowaliśmy, pracowaliśmy w BOS-ie. Pełni zapału i dobrych chęci, które nie zawsze dało się spełnić. Bo jednak władze robiły to, co robiły, bo nie było wesoło czekać pięć lat na powrót z Rakowieckiej mojego ciotecznego brata. Pod tą bramą staraliśmy się w odpowiednim czasie czegoś dowiedzieć, przekazać paczki, pomóc. Słodko nie było.

Zaczęły się starania o w miarę normalne życie. Spotkaliśmy kolegów z wydziału, bo wszyscy chcieli te studia pokończyć. Ale myśmy się szybko zorientowali, że mnie idzie to za wolno, zwłaszcza że zaszłam w ciążę i pod koniec 1946 roku przyszedł na świat mój najstarszy syn. Nie było odpowiednich przepisów, więc przestałam pracować. Naukę przerwałam, uzyskując właściwie tylko pół dyplomu, a mąż pracował i zarabiał na nas, kończąc studia.

Alina Galewska po latach pod kamienicą przy ul. Wieniawskiego (dawniej Towiańskiego). Fot z pryw. arch.

Powiązane hasła

”None