menu

Antoszewska Janina – Wygnana z Kobyłki

Antoszewska Janina – Wygnana z Kobyłki

Antoszewska Janina, ur. w 1926 roku, w czasie okupacji mieszkała w Kobyłce pod Warszawą. Tam też spędziła okres Powstania Warszawskiego, chroniąc się wraz z matką, Franciszką Czarnak, w piwnicy przed bombardowaniami i pożarami – Kobyłka znalazła się bowiem na linii niemiecko-rosyjskiego frontu. Po upadku powstania została pognana pieszo w Warszawy, a następnie przewieziona do obozu Dulag 121, skąd wysłano ją do obozu pracy na terenie III Rzeszy. Po wojnie osiedliła się wraz z mężem w Wielkiej Brytanii. Z matką, z którą została rozdzielona w pruszkowskim obozie, mogła spotkać się po raz pierwszy dopiero na początku lat sześćdziesiątych. Rozmowa z panią Janiną została przeprowadzona w Muzeum Dulag 121 w 2015 roku.

Nazywam się Janina Antoszewska. W obozie byłam pod nazwiskiem Janina Czarnak. Urodziłam się w 1926 roku.

Gdzie pani mieszkała przed wybuchem powstania?

W Kobyłce pod Warszawą. Przy ulicy Kościelnej, ale już nie pamiętam numeru.

Czy pani w tym czasie już gdzieś pracowała, czy uczyła się?

Pracowałam. W czasie letnim Niemcy nas trochę ciągali do torfiarni w Zielonce.

To była ta torfiarnia obok torów kolejowych?

Torów nie pamiętam. Tam lasy były, Zielonka to przecież pagórki, lasy. Maszyny przerabiały ten torf, a myśmy go potem znosiły na  taki olbrzymi plac. To była ciężka praca, ale to mnie jednocześnie chronił przed wywiezieniem do Niemiec, bo w okresie okupacji młodych mężczyzn, młodych ludzi, wywozili do pracy. Przychodzili nieraz w nocy, „raus!”, 10 minut. Oni to nazywali łapanką. Nieraz z koleżankami, kolegami, uciekaliśmy przed Niemcami. Jak, w jakiś sposób, ktoś się dowiedział, że Niemcy mają przyjść, zbieraliśmy się u wójta i grupą uciekaliśmy do sąsiedniej wioski na noc. Gdziekolwiek było zgromadzenie ludzi, to Niemcy się pojawiali. Nieraz z kościoła się wychodziło i oni zajeżdżali tymi wielkimi ciężarówkami wojskowymi i młodych wyłapywali i wywozili. Nawet nie powiedzieli rodzinie, co i jak. Strach było się nam, młodym, gromadzić się, gdzieś pójść. To był straszny okres.

Czy coś się w Kobyłce zmieniło, kiedy w Warszawie wybuchło powstanie?

Paliło się naokoło, domy zrywały pociski. Tam przecież Rosjanie się zbliżali, Niemcy się usuwali, myśmy byli w środku. My żeśmy spali w podziemiach kościoła przez cały miesiąc jak powstanie było, bo domy płonęły. Byłam z mamą. Nieraz, jak trochę ucichło i nie było słychać strzałów, leciałam do sklepu kupić chleb – nie wiem jak się udało piekarzowi jeszcze wtedy chleb piec – dom jeszcze stał, więc jakiejś zupy ugotowałam, brałam ją i dla mamy niosłam. Były takie momenty, kiedy szłam z tym i słyszę, świszczy kula nade mną, wtedy się położyłam na ziemi, a kula coś tam rozerwała. Potem przestało, wstałam i poszłam. Także przez miesiąc było takie życie.

A jak powstanie upadło, to Niemcy nas wypędzili spod kościoła, było nas tam dużo, i popędzili nas pieszo do Warszawy. Cały czas z nami szli żołnierze z bronią, z karabinami, widziałam, że pilnowali nas. Jak ktoś uciekał, to oni strzelali, jednak niektórym się udało uciec. Ja chciałam uciekać, ale moja mama mnie nie puszczała, mówiła „bo cię zabiją!”. Także do Warszawy od Kobyłki szliśmy pieszo. W Warszawie wsadzili nas w takie niemieckie wozy wojskowe, przewieźli nas przez, taką zniszczoną, spaloną po upadku powstania, Warszawę, i przywieźli właśnie do Pruszkowa.

Czy panie z Kobyłki  wychodziły z jakimś bagażem? Z jakimiś pakunkami, walizkami? Czy były panie przygotowane na taką drogę?

Nie, broń Boże, wypędzili nas. Ja tylko miałam ubrania na sobie. Nie wiem, jak ja sobie później dałam radę, mając przy sobie tak niewiele.

Proszę powiedzieć, czy pamięta pani dokładnie tą trasę, tego marszu z Kobyłki do Warszawy?

Trudno mi powiedzieć. Wiem, że gdzieś się zatrzymaliśmy po drodze, ludzie trochę byli zmęczeni, i na trawie czy gdzieś tam trochę poleżałam, odpoczęłam. Trasy do Pruszkowa niestety nie pamiętam.

Czy pamięta pani jak długo trwała droga do Warszawy i potem do obozu w Pruszkowie?

Trudno mi powiedzieć.

A czy pamięta pani czy w czasie tego marszu był jakiś nocleg?

Wiem, że się gdzieś zatrzymaliśmy na trawie, ale nie mogę powiedzieć, gdzie dokładnie to było.

Co pani pamięta z pobytu w obozie?

Pamiętam, że mnie tam rozłączyli z moją mamą. W taki brutalny sposób ją gdzieś odsunęli. Do zakończenia wojny nawet nie wiedziałam, gdzie mamę wywieźli i ona nie wiedziała gdzie ja byłam. Po wojnie odnalazłam ją przez Czerwony Krzyż. Wróciła do Kobyłki.

Wie pani gdzie pani mamę wywieziono?

Właśnie nie, nie dopytywałam nigdy. Wiem tylko że ona była na jakieś farmie, w Polsce.

A czy umiałaby pani opisać jak wyglądała hala w której pani była, w obozie?

Ja tylko pamiętam, że był tam taki cement, jakieś szyny. Mówiono, że to był jak gdyby garaż, gdzie lokomotywy były przetrzymywane. Czy coś takiego było?

Tak, warsztaty naprawcze.

Pamiętam, że na tym cemencie mogliśmy usiąść, położyć się. Była tam masa ludzi.

Czy pamięta pani, czy otrzymała pani jedzenie tutaj?

Wiem, że byłam bardzo głodna. Nie wiem, jak długo byłam w Pruszkowie. Później załadowali nas w takie pociągi towarowe i wywieźli do Niemiec. Jak nas wieźli, to też nic nie mieliśmy do jedzenia. W jakimś miejscu się ten pociąg zatrzymał, pozwolili nam wyjść, a tam był sad ogrodowy. Pamiętam, że biegaliśmy po tym ogrodzie i zrywaliśmy jabłka i to był pierwszy posiłek, nie wiem od ilu dni. Potem gwizdali, wołali, że już, mamy wsiadać i z powrotem weszliśmy do pociągu. Trudno mi powiedzieć, jak długo to trwało. Wiem, że byliśmy bardzo głodni. Ciasno w tym pociągu było, że aż nie można było usiąść. Zmęczeni byliśmy okropnie. W Niemczech pytali się, co kto dotychczas robił. Jeśli ktoś pracował na roli, to wtedy wysłali gdzieś do farmera, tym ludziom było lżej. Ja trafiłam do takiego obozu karnego. Wszyscy więźniowie byli z powstania, dlatego były tam bardzo ciężkie warunki.

A pamięta pani jego nazwę?

Lagerfuhrt. Było bardzo ciężko. Od siódmej rano do siódmej wieczorem musiałyśmy pracować. Z rana dostawaliśmy tylko czarną kawę, na obiad tylko taką małą miseczkę zupy, a ta zupa była taka, że żeby kartofelek złapać, to trzeba było sięgać na dno, na wieczór znowu ta miseczka zupy. Raz w tygodniu dostawaliśmy pół małego bochenka chleba. Każdy był taki głodny, że właściwie wszystko do razu zjadał. Raz w tygodniu, nie pamiętam czy w sobotę, czy w niedzielę, puszczali nas do łaźni. Przed myciem trzeba było samemu iść do lasu, nazbierać sobie patyków, żeby napalić w piecu i nagrzać wody. Także takie warunki były w tym obozie. Nie wolno nam było wyjść poza teren. Policja nas pilnowała i zawoziła do pracy.

Jaka to była praca?

To była fabryka, w której myśmy malowały jakieś małe części do samolotów. Farba, która była tam używana, miała jakieś silne chemicznie środki, tak, że ludziom, którzy przy tym pracowali, puchły całe ciała, a mnie to na oczy zaszkodziło, czerwieniały mi, nie mogłam patrzeć. No to wysłali mnie do lagra. Tam pobyłam trochę, a ponieważ nie pracowałam, to mi się lepiej zrobiło. Pewnego dnia wyszłam, żeby trochę pochodzić wokół tego obozu, bo można było wyjść, tylko nie poza pewien obręb, gdzie stała policja. Jak wchodziłam z powrotem do tego ośrodka, zobaczył mnie komendant obozu. Uderzył mnie w twarz i zaczął krzyczeć, że skoro jestem zdrowa, żeby sobie spacerować, to jutro mam iść do pracy, „Spaziert! Morgen arbeit”. No i poszłam. Pół dnia tylko pracowałam i oczy znowu czerwone. W końcu jakiś robotnik, który tam był w pobliżu, spojrzał na mnie, zawołał kierownika i powiedział do niego „spójrz na nią”. Kierownik wtedy spojrzał na mnie i kazał mi wracać do obozu, a ja do niego, że jak ja tam pójdę to mnie komendant znowu do pracy wyśle. A on na to „Ja tam zatelefonuję, żeby on cię nie przysyłał”. Więc wróciłam do tego obozu, leżałam na twardym łóżku i płakałam, bo nikt mi nic nie pomagał.. Bo warunki, jakie tam były… Takie prycze, trzypiętrowe, na tej pryczy tylko materac wypchany wiórami, jeden koc do okrycia. To była taka duża sala, fabryka jakaś, którą używali jako obóz, którą podzielono tylko na takie kajuty. No i tam już zostałam

Całe szczęście, że w 45 roku Amerykanie tam weszli i nas oswobodzili. To była dla nas radość niesamowita. Przewieźli nas do innego obozu, gdzie był wcześniej taki niemiecki obóz wojskowy. Tam były zupełnie inne warunki, inna żywność, opieka, pomoc lekarska. Naprawdę się nami zaopiekowali. Tam lekarz się mną zainteresował, oczy mi wyleczył. Lepsze jedzenie dostałam, bo wcześniej głodna chodziłam, a przy tym dawali mi coś, co mi tak szkodziło, że w ogóle nie mogłam jeść. W tym obozie poznałam mojego męża.

Chciałam jeszcze coś dodać. Jak Amerykanie zajmowali tereny, gdzie jeszcze byli Niemcy, pytali się nas, kto nas źle traktował, kto nam krzywdę jakąś robił, spisywali listę i wystrzeliwali tych Niemców, od razu, bez żadnego sądu. I mnie się pytali, jak byłam traktowana, więc opowiedziałam i podałam nazwisko tego komendanta, który mnie bił. Nie wiedziałam, że oni będą strzelać. Dopiero potem usłyszałam, że oni rozstrzeliwali tych Niemców, bez żadnego sądu. W Lagerfield były też Ukrainki. Ich ojcowie, bracia, mężowie byli w wojsku niemieckim. One miały przywileje, lepszą pracę, lepsze warunki i rządziły nami, wyznaczały prace.

Ojciec męża był aresztowany przez Rosjan – oni mieszkali we wschodniej części Polski. W roku, już nie pamiętam w którym, generał Anders zbierał żołnierzy, którzy byli osadzeni w tych rosyjskich obozach, a którzy dostali na to pozwolenie. Wyprowadzili ich z Rosji, przenieśli do Palestyny i tam Anglicy przez pewien okres czasu pomagali im dojść do zdrowia, bo to byli nieraz ludzie chorzy, opiekowali się nimi. Potem dali im umundurowanie i generał Anders poprowadził wojsko do walki. Ojciec mojego męża był właśnie jednym z tych żołnierzy. Mój mąż też długo nie wiedział, gdzie jest jego ojciec, odnaleźli się przez Czerwony Krzyż. Żołnierze z tej Armii Andersa, jeżeli nie chcieli wracać do Polski, a mieli obawy, że wracają do komunistycznego ustroju, to dostali pozwolenie od rządu na przyjazd do Anglii. 

Myśmy mieli możność, by z tego obozu wracać do Polski, ale ojciec mojego męża błagał go „nie wracaj do Polski”, powiedział „przyjadę do Anglii i będę ciebie ściągał tam”, bo wolno im było taką najbliższą rodzinę ściągnąć. Wtedy mój mąż i dla mnie wyrobił pozwolenie, bo chciał żebyśmy byli razem. A ja miałam wracać do Polski, bo wtedy dostałam wiadomość od mojej mamy. Ale maż tak do mnie mówi „słuchaj, pojedziemy tam do Anglii, a kiedy w Polsce się zmieni, bo nie będzie cały czas tak, wrócimy z powrotem”.

Jak wyglądała procedura wyjazdu z tej strefy amerykańskiej?

Ponieważ ojciec męża obiecał, że nas sprowadzi do Anglii, ale sam tam jam jeszcze nie dotarł i musielibyśmy w Niemczech jeszcze długo czekać na ten wyjazd, żeśmy wyjechali stamtąd do Austrii, żeby stamtąd próbować się dostać do Włoch. Wiedzieliśmy, że we Włoszech był obóz dla rodzin wojskowych, bo tam było Wojsko Polskie, więc myśmy się starali dostać do Włoch. Z Austrii przekradaliśmy się przez góry do Włoch. Dwa razy nas złapali, trzeci raz nam się udało. Jak się wreszcie przedostaliśmy, tam już był Czerwony Krzyż i zawieźli nas do tego obozu dla rodzin wojskowych. Stamtąd już transporty odchodziły do Anglii. Tam tylko zbadali, kto ma jaką rodzinę. Jak się miało kogoś z rodziny w wojsku to mógł być przetransportowany. My byliśmy pierwsi, ojciec męża później przyjechał.

Pojechałam do Anglii z taką myślą, że się w Polsce coś zmieni i wrócimy. Ale szybko wzięliśmy ślub. Lata mijały. Tam się dzieci wychowały. Trudno już było wracać, już po prostu było za późno, człowiek przyzwyczaił do tamtego życia. Ale do Polski przyjeżdżam, wiem o wszystkim, co się tu dzieje. Po raz pierwszy mogłam przyjechać w 61 roku, dopiero wtedy spotkałam się z matką.

W Anglii czułam spokój, a ja wtedy chciałam, jak gdyby zapomnieć to wszystko, jakby schować się gdzieś i zamknąć. Umysł był tak tym wszystkim przepełniony… Bo to były bardzo mocne przeżycia. Nawet tam, pracując w Wielkiej Brytanii, nikomu o nich nie opowiadałam.

Powiązane hasła

”None