menu

Baczyński Tadeusz – Wspomnienia z przymusowych robót w Niemczech…

Baczyński Tadeusz – Wspomnienia z przymusowych robót w Niemczech…

Tadeusz Baczyński (ur. 1923), pracownik Wydziału Drogowego Miejskich Zakładów Komunikacyjnych w Warszawie, uczestnik Powstania Warszawskiego, po zakończeniu Powstania zdecydował się wyjść z Warszawy z ludnością cywilną i trafił do obozu Dulag 121 w Pruszkowie, skąd został wywieziony do pracy przymusowej jako robotnik kolejowy w miejscowości Beutersitz. Swoje wspomnienia z tego okresu spisał w 1999 roku.

Wspomnienia z przymusowych robót w Niemczech X 1944 – IV 1945

Pod koniec września 1944 roku Powstanie Warszawskie chyliło się już wyraźnie ku upadkowi. W Śródmieściu Południowym, gdzie walczyła moja jednostka organizacyjna, Batalion Armii Krajowej „Zaremba–Piorun”, walki nieco osłabły, dochodziły natomiast odgłosy ciężkich bojów toczonych na Żoliborzu i Mokotowie. Po upadku i tych dzielnic miasta, przed oczami walczących w Śródmieściu zarysowało się wyraźne widmo upadku tego ostatniego skrawka miasta, pomimo heroicznych wysiłków i poświęceń zarówno powstańców jak i ludności cywilnej.

W wyniku rozmów pomiędzy parlamentariuszami Komendy Głównej Armii Krajowej i Niemcami zawarto porozumienie w sprawie zakończenia walk i ewakuacji ludności cywilnej z Warszawy. Powstańcy uzyskali prawa kombatantów i jako jeńcy wojenni mieli być uwięzieni w niemieckich obozach jenieckich, a cała ludność cywilna musiała opuścić miasto.

Przed wybuchem Powstania Warszawskiego mieszkałem wraz z rodzicami Lucjanem i Janiną oraz młodszym bratem Jerzym na Woli, przy ulicy Działdowskiej 3A m. 9. Zarówno mój ojciec jak i ja byliśmy pracownikami Miejskich Zakładów Komunikacyjnych w Warszawie. Ojciec był ekspedytorem w Wydziale Ruchu, a ja technikiem w Wydziale Drogowym. Podczas okupacji, ze względu na osobiste bezpieczeństwo chodziliśmy zawsze w ubraniach służbowych, w czapkach z symbolem tramwajów warszawskich. To chroniło nas w dużym stopniu od aresztowania przez Niemców.

Rozstając się w dniu wybuchu powstania umówiliśmy się, że w przypadku, gdyby los nas rozdzielił, będziemy się szukać wzajemnie przez kuzynów, którzy mieszkali na Kielecczyźnie, w niewielkim miasteczku Małogoszcz. Nasz kuzyn Feliks Zagański był od kilkunastu lat przed wojną komendantem policji w Małogoszczu, gdzie mieszkał wraz z żoną Marią i dwiema kilkuletnimi córkami Zosią i Danusią. Wiosną 1944 roku przebywałem u nich przez okres około dwóch miesięcy, ukrywając się przed aresztowaniem po wpadce, jaka miała miejsce w mojej jednostce organizacyjnej Armii Krajowej. Przebywając u kuzyna powiedziałem mu oczywiście o przyczynach ukrywania się przed Niemcami, nie wiedziałem natomiast, że on współpracował z działającymi na terenie Kielecczyzny partyzantami.

Podczas powstania dochodziły do mnie w Śródmieściu informacje, że dzielnica, w której mieszkałem, została już w pierwszym tygodniu spalona, a cała ludność wymordowana. Niepokoiłem się więc bardzo o los moich rodziców.

Moja narzeczona Janina Święcicka mieszkała wraz z matką i starszą siostrą w Śródmieściu, przy ulicy Noakowskiego 16, tuż przy Politechnice. Po zdobyciu przez Niemców w dniu 20 sierpnia Politechniki wymogłem od nich, aby ze względu na grożące niebezpieczeństwo przeprowadziły się do mieszkania moich znajomych przy ulicy Wilczej 51, w bezpośrednim sąsiedztwie siedziby mojej jednostki, która mieściła się przy ulicy Hożej 51, na terenie Związku Spółdzielni Mleczarsko-Jajczarskich. Na terenie tym była zorganizowana duża rusznikarnia produkująca i naprawiająca broń oraz polowa elektrownia powstańcza, która zasilała w energię elektryczną rusznikarnię, okoliczne szpitale powstańcze, punkty dowodzenia i szereg radiostacji z główną radiostacja Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej „Błyskawica”.

25 września, a więc na kilka dni przed upadkiem powstania, do naszej rusznikarni zgłosił się mój brat Jerzy, który przyniósł do naprawy swoją „pepeszę”. Moje zaskoczenie było niesamowite. Od niego dowiedziałem się, że wraz ze swoim batalionem „Czata 49” walczył na Woli, Starym Mieście, Czerniakowie i Mokotowie, dwukrotnie przeprawiał się z Czerniakowa przez Wisłę, skąd przewoził łodzią broń (stąd jego pepesza), że wreszcie po upadku Czerniakowa i Mokotowa przedostał się kanałami do Śródmieścia. W czasie walk był ranny. Granat rozerwał się mu pod nogami i w ciele utkwiło mu kilka odłamków. Od brata dowiedziałem się, że jeszcze 4 sierpnia widział się z rodzicami, a następnego dnia domy przy naszej ulicy zostały spalone przez Niemców i Ukraińców, a ludność wymordowana. Jurek przybył do mnie wraz z naszym wspólnym kolegą szkolnym Januszem Bełzą, dziś sławnym neurochirurgiem amerykańskim. Z wielką przykrością dowiedziałem się również od nich, że wielu naszych serdecznych kolegów, a między innymi bracia Ryszard i Jerzy Borkowscy oraz Janusz Zorzycki, poległo w czasie powstania.

Zastanawialiśmy się czy opuścić Warszawę wraz z ludnością cywilną, czy iść wraz z wojskiem do obozów jenieckich. Ja ze względu na to, że nie chciałem opuścić Janeczki i jej matki oraz siostry, postanowiłem wyjść z Warszawy wraz z ludnością cywilną, Jurek i Janusz zdecydowali ostatecznie, że wyjdą wraz z wojskiem. Przy serdecznym pożegnaniu brat dał mi na drogę puszkę konserw, parę skarpet oraz sporą ilość banknotów 500 złotowych, które zdobył podczas walk w Wytwórni Papierów Wartościowych. Banknotami tymi miał wypchany cały plecak, ale podczas wielogodzinnego marszu kanałami porzucił plecak w drodze.

3 października wymaszerowaliśmy w dużej kolumnie ludności cywilnej w kierunku Dworca Zachodniego pod eskortą żołnierzy niemieckich. Miasto opuszczaliśmy niemal tak jak staliśmy, nie mając niczego więcej oprócz tego co na sobie i w ręku. Matka Janeczki, mająca wówczas ponad sześćdziesiąt lat, nie była w stanie nieść niczego, Janeczka i Lucyna miały w rękach małe walizeczki, w których umieściły przedmioty podręcznego użytku i trochę wody w termosach na drogę. Ja, nie mając dosłownie niczego, pomagałem kobietom nieść te niewielkie walizeczki. Wszyscy byliśmy bardzo wyczerpani głodem i strasznymi przeżyciami ostatnich miesięcy. Późnym popołudniem załadowano nas do wagonów towarowych na jednej z bocznic Dworca Zachodniego i pociąg ruszył w kierunku Pruszkowa.

W Pruszkowie rozlokowano nas w obszernych halach warsztatowych, brudnych i umazanych smarem. Umęczeni ludzie kładli się pokotem na brudnych podłogach lub na stołach warsztatowych. My spędziliśmy noc na takich stołach, do których przymocowane były imadła ślusarskie. Następnego dnia Niemcy wypędzili nas na teren przed halą i przeprowadzili selekcję. Starszych ludzi, do których zaliczyli matkę i siostrę Janeczki, oddzielili od nas, a grupę młodszych, wśród których znalazłem się wraz z Janeczką, skierowano do innej hali. Tam Niemcy ogłosili, ze poszukują tramwajarzy i kolejarzy do pracy na kolei w Niemczech. Jako tramwajarz zgłosiłem się razem z Janeczką, podając, że jest to moja żona. Poczułem pewną ulgę, ponieważ obawiałem się początkowo, że Niemcy mogą nas umieścić w obozie koncentracyjnym. A czym jest obóz koncentracyjny doświadczyłem na własnej skórze, przebywając zimą 1943 roku na Majdanku po aresztowaniu w czasie wielkiej obławy na Woli.

Sformowano dość liczną grupę przewidzianą do zatrudnienia na kolei, złożoną zarówno z pojedynczych osób jak i całych rodzin. Następnego dnia, 5 października załadowano naszą grupę do pociągu towarowego i pod eskorta niemiecką rozpoczęła się nasza podróż do Niemiec. Po kilkunastu godzinach jazdy pociąg zatrzymał się na bocznych torach we Wrocławiu, gdzie pozwolono nam wyjść z wagonów dla załatwienia naturalnych potrzeb.

Po dalszej kilkugodzinnej jeździe pociąg stanął nocą pod Opolem, gdzie właśnie trwał nalot. Przez długi czas słyszeliśmy głośny ryk syren alarmowych i wybuchy pocisków artylerii przeciwlotniczej. Rankiem następnego dnia pociąg zatrzymał się na jakiejś niewielkiej stacji. Nie spostrzegliśmy na niej żadnej nazwy. W niewielkiej odległości znajdował się las.

Niemcy wydali rozkaz opuszczenia wagonów i pozostawienia w pociągu posiadanych rzeczy. Na peronie otoczyli nas z bronią w ręku i polecili uformować oddzielne grupy mężczyzn, kobiet i dzieci. Jedna z kobiet krzyknęła przeraźliwym głosem, że będą nas teraz rozstrzeliwać. Przygotowani na śmierć zaczęliśmy się ze sobą żegnać. Ja wyciągnąłem z kieszeni podarowaną przez brata puszkę konserw i postanowiliśmy z Janeczką najeść się jeszcze przed śmiercią. Ostatecznie okazało się, że Niemcy chcieli nas tylko dokładnie przeliczyć przed zapędzeniem nas do odległego o kilka kilometrów od stacji obozu w Lamsdorfie [obecnie Łambinowice – dop. red.].

Malowniczą drogą obok pól i rosnących drzew, przy pięknej pogodzie kolumna umęczonych ludzi, wypędzonych ze zniszczonego rodzinnego miasta, dotarła wreszcie do leżącego po prawej stronie obozu. Zza drutów przyglądali się nam więźniowie, przyjaźnie machając ku nami rękami. Pierwszą noc w Lamsdorfie spędziliśmy w dużych namiotach, w których nie było prycz. Dopiero następnego dnia pozwolono nam umyć się porządnie pod natryskami, w czym pomagali nam jeńcy radzieccy. Już umytych przeniesiono nas na inne pole, gdzie stały baraki z piętrowymi pryczami.

Na sąsiednich polach, oddzielonych drutami, widzieliśmy jeńców wojennych różnych narodowości. Zdziwiło nas bardzo, że jeńcy angielscy mogli nawet grać w piłkę. Niektórzy z nich rzucali nam przez druty czekoladę. My natomiast dostaliśmy kartki, na które mieliśmy otrzymywać zupę i chleb. Jak się później okazało chleb dostaliśmy, a kartki na zupę odebrano nam nie dając wcale zupy.

Przez dwa następne dni po przybyciu do Lamsdorfu widzieliśmy kolumny powstańców warszawskich pędzonych do obozu. Byli oni umieszczeni z dala od nas, na odrębnych polach.

Po kilkudniowym pobycie w Lamsdorfie grupę naszą pognano na stację kolejową, załadowano do wagonów towarowych i rozpoczęła się nasza dalsza podróż w głąb Niemiec. Do naszego wagonu wniesiono nam na drogę skrzynkę pomidorów. Wreszcie dowieziono nas do dużego węzła kolejowego Halle nad rzeką Saale. Tu transport nasz przejęli niemieccy kolejarze.

Po wykąpaniu nas rozpoczęła się ceremonia, która przypominała mi mocno handel niewolnikami znany z książek. Nasz przyszły szef, majster kolejowy Karl Muller ogłosił, że potrzebuje grupę robotników do pracy na torach kolejowych, składającą się z około trzydziestu osób, z tym że chciał on, aby to były nie pojedyncze osoby lecz rodziny. Zgłosiłem się oczywiście z Janeczką, podając, że jest to moja żona. Grupę złożoną z trzydziestu osób utworzyły wraz z nami następujące rodziny: Tadeusz i Janina Janiccy z dwiema małymi córkami w wieku około dziesięciu i ośmiu lat, Marian i Janina Chmielewscy z córką Jolą mającą około pięciu lat, małżeństwo Kelchnerów z córką Teresą w wieku około sześciu lat, Mieczysław i Wanda Konwiszerowie, Eugeniusz Erchard z żoną Zofią, Borys i Aniela Areniowie, rodzina Weiblów składająca się z małżeństwa i dwóch kuzynek o nazwiskach Natalia Ginter i Eugenia Paszczyk oraz rodzina Główków złożona z matki, dwóch synów i dwóch córek.

Tadeusz i Janina Janiccy byli wówczas w wieku po około czterdzieści lat. Pochodzili oni z Gdyni, gdzie posiadali własną willę, z której usunęli ich Niemcy po wkroczeniu do Polski. Tadeusz, z zawodu inżynier, zajmował wysokie stanowisko w Polskich Kolejach Państwowych. Marian i Janina Chmielewscy mieli po około trzydzieści lat. Marian, z zawodu mechanik, był początkowo marynarzem. Ostatnio mieszkali w Warszawie, gdzie on pracował w jednej z warszawskich fabryk. Czesław i Aniela Chmielewscy byli również w wieku około trzydziestu lat. Pochodzili ze wsi, z okolic Grójca, gdzie posiadali gospodarstwo rolne. Podczas powstania znaleźli się w Warszawie zupełnie przypadkowo. Mieczysław i Wanda Konwiszerowie mieli wówczas po około dwadzieścia pięć lat i byli urzędnikami. Eugeniusz Erchard miał około trzydziestu lat i był warszawskim tramwajarzem. Jego żona Zofia z domu Wasiak pochodziła z Żychlina i była od niego o kilka lat młodsza. Borys i Aniela Areniowie byli w wieku około czterdziestu lat. On był z wykształcenia geologiem i pracował w Instytucie Geologicznym w Warszawie. W kilka lat po wojnie, po powrocie do Warszawy, został mianowany dyrektorem tego instytutu. Rodzina Weiblów mieszkała w Piasecznie koło Warszawy. Pan Weibel miał sześćdziesiąt lat i był emerytowanym zawiadowcą stacji kolejowej w Piasecznie. Jego żona oraz jej siostra Natalia Ginter miały także po około sześćdziesiąt lat, a ich kuzynka Eugenia Paszczyk była w wieku około czterdziestu lat. Pan Weibel rozmawiał dobrze po niemiecku. Rodzina Główków składała się z matki, mającej wówczas około czterdziestu lat, wdowy po kolejarzu, dwóch synów w wieku około osiemnastu i siedemnastu lat oraz dwóch córek w wieku około szesnastu i czternastu lat.

Nasz szef Karl Muller zawiózł nas z Halle pociągiem osobowym do miejscowości Beutersitz, gdzie w odległości około 200 metrów od dworca kolejowego znajdował się obóz pracy o nazwie niemieckiej Gemeinschaftslager V Beutersitz/Elster – Bahnhof über Falkenberg/Elster. Obóz ten podlegał dyrekcji niemieckich kolei w Halle/Saale.

W parterowym drewnianym baraku o wymiarach około 10 m x 20 m znajdowały się dwa pomieszczenia do spania z drewnianymi piętrowymi pryczami, jadalnia z ustawionymi stołami, pomieszczenia na kuchnię, pokoje lagerführera i nocnego dozorcy oraz małe pomieszczenie rezerwowe, w którym początkowo umieszczono starszą wiekiem rodzinę Weiblów, a później panią Kelchnerową, która w obozie urodziła dziecko.

Lagerführerem był emerytowany kolejarz niemiecki o nazwisku Petzolt, a nocnym dozorcą bardzo przyjemny starszy człowiek o nazwisku Landmann. Najważniejszą osobą był nasz szef, majster Karl Muller. Mógł on mieć wówczas około czterdziestu pięciu lat. Chodził zawsze w uniformie kolejowym, a na nogach miał eleganckie buty z cholewami.

Zadaniem naszym była konserwacja i naprawa torów kolejowych na odcinku o długości około 12 kilometrów, pomiędzy stacjami kolejowymi Uebigau-Beutersitz oraz Beutersitz-Grube Hansa. Odcinek ten leżał pomiędzy dwoma ważnymi węzłami kolejowymi Falkenberg/Elster i Doberlug Kirchain, na głównej trasie kolejowej Halle Cottbus.

Prace rozpoczynaliśmy o godzinie 6.30. Od godziny 9. do 9.30 mieliśmy przerwę śniadaniową. Między godz. 13. a 13.30 była przerwa obiadowa. Pracę kończyliśmy o godz. 17. Ponieważ była to już połowa października, można śmiało powiedzieć, że pracowaliśmy od świtu do zmierzchu. Nie dostawaliśmy żadnej odzieży ochronnej, żadnych rękawic, a pamiętać należy, że nikt z nas wychodząc z Warszawy nie liczył się z tym, że będzie musiał pracować na zimnie i mrozie gołymi rękami, stykającymi się metalowymi narzędziami jak stalowe klucze do przykręcania śrub, łomy stalowe, wszelkiego rodzaju materiały torowe, jak śruby, podkładki stalowe pod szyny, łubki do łączenia szyn, szyny kolejowe czy ciężkie stalowe podkłady.

Praca nasza polegała głównie na podnoszeniu zapadniętych odcinków torów przy pomocy ciężkich, ręcznych, stalowych podnośników korbowych, a następnie podbijaniu podkładów tłuczniem kamiennym przy użyciu podbijaków podobnych wyglądem do oskardów. Kobiety pracowały razem z mężczyznami. Do zadań kobiet należało podrzucanie mężczyznom widłami tłucznia potrzebnego do podbijania podkładów, odkręcanie śrub mocujących szyny do podkładów, smarowanie ich i ponowne zakręcanie.  Ponieważ odkręcanie zardzewiałych śrub okazało się stanowczo za ciężkie dla kobiet, nadzorujący nas Niemcy zezwolili na to, aby kobiety tylko oliwiły śruby i zakręcały je po naoliwieniu. Nadzorcami naszymi byli Niemcy niezdolni do służby wojskowej lub starzy jak np. Gustaw Kruger, mający wówczas około siedemdziesięciu lat, którzy ustawicznie wrzeszczał na nas, poganiając bez przerwy bezlitośnie do pracy. Gustaw uważał siebie za człowieka światowego, znającego obce języki, a jego komendy, którymi chciał nam wyraźnie zaimponować, wyglądały mniej więcej tak: „Madames machen kręćkiem die Männer machen nazad”, co miało znaczyć: kobiety zakręcają (śruby) mężczyźni odkręcają.

Narzędzia oraz materiały trzeba było przewozić małą platformą na czterech kołach, pchając ją przed sobą po torach kolejowych. Do prac tych Gustaw wyznaczał najczęściej mnie, nazywając mnie „lange” (długi) z racji mego wzrostu. Po kilku tygodniach biegania po torach wypełnionych tłuczniem kamiennym z moich półbutów skórzanych, w których wszedłem z Warszawy, pozostały już tylko strzępy. Dłonie moich rąk były wkrótce poranione i poobijane niemal do kości od wielogodzinnego, codziennego uderzania w kamienie trzymanym gołymi rękami oskardem. Pracować musieliśmy każdego dnia oprócz niedziel, bez względu na pogodę, nawet w największym deszczu, ponieważ pracując na torach nie mieliśmy gdzie się schronić. Dopiero gdy roboty prowadzone były czasem w odległości kilku kilometrów od naszej bazy, ustawiono nam małą budkę roboczą na narzędzia i materiały, w której mogliśmy w czasie przerwy posilić się i schronić.

Do najcięższych naszych robót należała wymiana szyn i podkładów oraz wszelkiego rodzaju prace przeładunkowe. Wymiana szyn musiała być wykonana w czasie krótkich stosunkowo przerw w ruchu pomiędzy przejeżdżającymi pociągami. Dźwiganie ręczne bardzo ciężkich szyn, ważących około 1 tony lub ważących po kilkadziesiąt kilogramów podkładów przeważnie stalowych, było dla nas prawdziwą męką. Dla nas ludzi niedożywionych i niewprawionych była to ponadto praca bardzo niebezpieczna. Do dźwigania bardzo ciężkich podkładów Gustaw wyznaczał po dwóch mężczyzn. My tłumaczyliśmy mu, że jest to dla nas za ciężko, a ponadto bardzo niewygodnie, ponieważ nosząc takie podkłady we dwóch musieliśmy je trzymać bezpośrednio rękami. Wygodniej i lżej, a przede wszystkim bezpieczniej, było nam przenosić takie podkłady we czterech, przy pomocy stalowych kleszczy nożycowych. Wściekły na nas Gustaw pokazał wówczas, że on potrafi taki pokład nieść nawet sam. Choć stary, był on rzeczywiście jak atleta, podczas gdy my wszyscy byliśmy po prostu zagłodzeni.

Gustaw, nadzorując prowadzone przez nas roboty, miał również bardzo ważne zadanie ostrzegania nas przed przejeżdżającymi po obu torach pociągami. Posiadał on przewieszoną na pasku przez ramię małą trąbkę, którą dawał nam głośne sygnały, informujące o zbliżających się pociągach. Pracowaliśmy przeważnie w jednej zwartej  grupie, co ułatwiało sprawowanie nad nami nadzoru i jednocześnie zapewniało większe bezpieczeństwo. Czasem jednak zachodziła doraźna potrzeba wyznaczenia zadania pojedynczym osobom. Obowiązywał nas zawsze nakaz zachowania szczególnej ostrożności przy poruszaniu się po torach. Bezwzględną zasadą było chodzenie po torze zawsze w kierunku przeciwnym do ruchu pociągów, tak aby być zawsze zwróconym twarzą w stronę, skąd mógł nadjechać pociąg. O tym jak ważna to była zasada przekonaliśmy się pewnego dnia. Gustaw polecił Janinie Chmielewskiej przynieść z budki roboczej, oddalonej o kilkaset metrów od pracującej na torach grupy, bańkę ze smarem do śrub. Dzień był zimny, deszczowy i wiał bardzo silny porywisty wiatr. Janina wracała z bańką, idąc pod wiatr z nisko pochyloną głowa osłoniętą podniesionym kołnierzem palta, nie przestrzegając zasady, aby iść twarzą zwróconą w kierunku, skąd mógł nadjechać pociąg. Już z daleka zauważyliśmy ją, idąca w naszą stronę po torze, a za nią wyłaniający się z zasnutego deszczem powietrza, pędzący pociąg. Idąc pod wiatr nie słyszała go, nie dostrzegała również naszych rozpaczliwych znaków jakie jej dawaliśmy. W ostatniej chwili usłyszała nasze krzyki i przeraźliwy zgrzyt lokomotywy. Odwróciwszy się do tyłu, zdołała uskoczyć w bok niemal spod kół hamującego gwałtownie parowozu. Zdarzenie to wywarło na nas wielkie wrażenie i było dla nas wszystkich bardzo groźnym ostrzeżeniem. Nawet Gustaw, na oczach którego rozegrało się wydarzenie, był tym wyraźnie poruszony.

Pracując każdego dnia na torach, byliśmy kiedyś świadkami niecodziennego wydarzenia. Na nasz odcinek pracy przybył niepodziewanie nasz szef Karl Muller, co zdarzało się dość rzadko. Niecierpliwie spoglądał na zegarek i w pewnym momencie, niespodziewanie dla nas, wydał nam polecenie przerwania pracy, odłożenia wszystkich narzędzi, oddalenia się na odległość kilkunastu kroków od torów i odwrócenia się do nich tyłem. Po kilku minutach oczekiwania, za naszymi plecami przejechał ze znaczna szybkością krótki pociąg, po przejechaniu którego nakazano nam ponownie przystąpić do pracy. Jak dowiedzieliśmy się od naszego majstra pociągiem tym przejeżdżał Adolf Hitler. Kilka tygodni później byliśmy powtórnie świadkami przejazdu Hitlera po naszym odcinku torów w podobnych okolicznościach.

Pracując ciężko na torach dostawaliśmy tylko bardzo nędzne wyżywienie. Raz na tydzień otrzymywaliśmy 2,20 kg chleba, około 10 dkg cukru, trochę margaryny lub marmolady i po powrocie z pracy do baraku miskę zupy, przeważnie z gotowanej brukwi. Janeczka zjadała niemal natychmiast cały przydział tłuszczu i marmolady, a ja często dzieliłem się z nią moją porcją. Ona w zamian za to dzieliła się ze mną swoją porcją zupy. Ratowaliśmy się zbierając grzyby w lesie, których rosło tu mnóstwo. Wybieraliśmy także z pól resztki pozostawionych po wykopkach kartofli, buraków pastewnych i pastewnej marchwi. Jako środki czystości otrzymywaliśmy bardzo rzadko mały kawałek mydła kaolinowego, przypominającego glinę.

Za naszą ciężką pracę otrzymywaliśmy niewielkie wynagrodzenie, z którego znaczą część lagerführer potrącał nam za wyżywienie i zakwaterowanie. Pozostawało nam zaledwie kilkanaście marek, za które i tak nie mogliśmy w wiosce niczego kupić. Żywność była wyłącznie na kartki, bez kartek można było kupić tylko piwo w miejscowej piwiarni.

W naszym baraku przebywali przed nami robotnicy ukraińscy, których tuz przed naszym przybyciem przeniesiono do innego obozu w odległej o kilkanaście kilometrów od nas miejscowości Calau. Wkrótce okazało się, że nasze prycze były zapluskwione, a sienniki i koce zawszone i zapchlone. Zmordowani ciężką pracą nie mogliśmy nawet w nocy wypocząć, nękani przez wstrętne robactwo. My sami i nasza odzież uległa wkrótce takiemu zawszeniu, że pomimo starań nie mogliśmy sobie z tym poradzić. Wynosiliśmy prycze w niedziele na zewnątrz, opalaliśmy je płonącymi papierami, a od lagerführera zażądaliśmy wymiany słomy w siennikach. Wszystkie te zabiegi nie przyniosły większego rezultatu. Kilka metrów od naszego baraku znajdowała się w niewielkim pomieszczeniu nieogrzewanym mała umywalnia wyposażona w kilka kranów. Chcąc się dobrze umyć trzeba było najpierw zagrzać wodę w kotle opalanym brykietami. W małej umywalni mogło pomieścić się zaledwie kilka osób jednocześnie, a należy pamiętać, że pomiędzy nami byli zarówno mężczyźni jak i kobiety. Wszyscy wracaliśmy późno bardzo zmęczeni po pracy do baraku, myśląc w pierwszym rzędzie o zaspokojeniu głodu miską gorącej brukwi. Dobrze umyć się mogliśmy dopiero późną nocą.

Zaraz po przybyciu do Beutersitz rozpoczęliśmy poszukiwania naszych rodzin. Listy, a właściwie karty pocztowe, mogliśmy wysyłać wyłącznie za pozwoleniem i za pośrednictwem naszego lagerführera. Opatrywał on je swoją pieczątką i sam przekazywał na pocztę. Korespondencja pomiędzy Rzeszą Niemiecką a Generalną Gubernią mogła odbywać się jedynie za pomocą kart pocztowych. Listy w kopertach mogły kursować na terenie Niemiec.

Ponieważ obawiałem się, że nasza korespondencja może w tej zawierusze wojennej zginąć, postanowiłem wszystkie karty pocztowe pisać w dwóch egzemplarzach, wysyłając drugi egzemplarz w kilka dni po pierwszym. Od chwili zaś nawiązania kontaktu postanowiłem wszystkie karty pocztowe numerować. Dzięki temu miałem pewność, że kontroluję całość mojej korespondencji. Moi adresaci przechowywali przeważnie moje karty pocztowe, a ja skrupulatnie prowadziłem ewidencję wysyłanej i otrzymywanej korespondencji. Dzięki temu udało mi się zgromadzić i zachować ponad 100 kart pocztowych i listów z tego okresu.

Nawiązawszy listowny kontakt nie tylko z rodziną, ale i ze swoimi przyjaciółmi oraz znajomymi, byłem niestety czasem również i w bardzo przykrej sytuacji. Od brata dowiedziałem się pod koniec powstania o śmierci naszego kolegi Ryszarda Borkowskiego, w którym kochała się bardzo nasza wspólna koleżanka Halina Szadkowska. Uzyskawszy mój adres wysłała ona do mnie do obozu kilka listów z zapytaniem czy wiem co się stało z jej ukochanym Ryśkiem, który walczył w tym samym zgrupowaniu co i mój brat. Wiedziała ona, że wychodząc z Warszawy spotkałem się z bratem i nie mogła zrozumieć, dlaczego pisząc do niej o Jurku, nie wspominałem nic o Ryśku. Nie zdobyłem się na to, aby jej wyjawić okrutną prawdę. Halina przebywała wówczas ranna w szpitalu pod Warszawą i bałem się, że ta bardzo przykra dla niej wiadomość mogła jej zaszkodzić.

Przeglądając dziś moje listy wysyłane z obozu doznaję bardzo przykrego uczucia wielkiego upokorzenia, ponieważ przebija z nich wprost żebranie o żywność, której brak tak bardzo wówczas odczuwaliśmy przy naszej ciężkiej pracy i znacznym wycieńczeniu.

Pomiędzy 15 a 28 października wysłałem do mojej ciotki w Małogoszczu kilka kart pocztowych, informujących o moim położeniu i o tym,  że nie wiem co się stało z moimi rodzicami. 1 listopada otrzymałem wreszcie od jej córki Zosi kartę pocztową, potwierdzającą dotarcie do nich mojej korespondencji. Ogromną radość sprawiła mi wiadomość, że moi rodzice, o których się tak bardzo martwiłem, żyją.

Matka, jak się dowiedziałem, przebywała w Piastowie pod Warszawą, a ojciec został wywieziony na roboty przymusowe do Wrocławia. Zosia powiadomiła  mnie również o nawiązaniu kontaktu z matką i siostrą Janeczki, które zostały wywiezione na wieś w okolice Miechowa. Ucieszyłem się bardzo z tego, że Zosia obiecała mi przysłać paczkę żywnościową. Dzięki otrzymaniu adresów do ojca i rodziny Janeczki mogliśmy już nawiązać z nimi kontakt. Z ojcem prowadziłem od tej pory ożywioną korespondencję. Ja opisałem ojcu szczegółowo zarówno swoje jak i Jurka przeżycia z okresu powstania, informując, że brat poszedł wraz z powstańcami do niewoli niemieckiej. Opisałem także ojcu, w jakich warunkach przebywam i pracuję w Beutersitz. Powiadomiłem, że przebywam w obozie razem z Janeczką, że pracujemy długo i ciężko w bardzo złych warunkach i że cierpimy głód.

Od ojca dowiedziałem się, że zarówno on jak i matka ocaleli wprost cudem. Z płonącego domu matka przedostała się podziemnymi przejściami na teren szpitala przy ul. Płockiej, gdzie ukrywała się przez długi czas w kanale ciepłowniczym wraz z częścią personelu szpitala, dzięki czemu uniknęła zamordowania przez żołnierzy niemieckich i ukraińskich. Ojca Niemcy złapali i chcieli rozstrzelać wraz z mieszkańcami okolicznych domów, widząc jednak, że ojciec jest w uniformie tramwajowym, rozkazali mu układać na stos zwłoki rozstrzelanych ludzi i palić je. Te czynności ojciec musiał wykonywać przez kilka dni, a następnie, gdy nadszedł rozkaz zaprzestania rozstrzeliwania ludności, ojca wywieziono wraz z grupą ocalałych mieszkańców do Niemiec na roboty. Pracował w jednej z wrocławskich fabryk jako tokarz, chociaż o tej pracy nie miał przedtem najmniejszego pojęcia. W przyuczeniu do tej pracy pomogli mu robotnicy jugosłowiańscy, z którymi w fabryce bardzo się zaprzyjaźnił.

Z niepokojem czekałem teraz na wiadomości o mojej matce, która wciąż przebywała w bardzo niespokojnych okolicach Warszawy.  Wreszcie 15 listopada otrzymałem wzruszający list od matki, która zdołała przedostać  się do kuzynów w Małogoszczu. Matka pisała mi: „Kochany Syneczku! Dziś pojechałam do Małogoszczu. Dowiedziałam się Twój adres, ucieszyłam się ogromnie, a jednocześnie serce mi pęka, że Ci wszystkiego brak. Wysłałabym wszystko o co prosiłeś, ale tu nie chcą przyjmować paczek. Będziemy się starały wszelkimi siłami, żeby jednak wysłać, ale dziwię się, żeś poprzedniej nie otrzymał. Ja byłam w obozie, ale tylko 3 dni, następnie w Piastowie i pod samą Warszawą w Górcach. Dwa razy byłam w domu, ale tylko zewnętrzne mury i gruz. Dzień Twych imienin przepłakałam, wspominając poprzedni rok. Nie wiem jak przeżyję rozłąkę z Wami, nocami nie sypiam zupełnie, proszę Boga, żeby Wam dał zdrowie i moc do przetrwania, ale wiem, że to strasznie ciężko. Tu ciągle łapanki, tak że nie wiem, co jeszcze będzie ze mną. Ucałuj Janeczkę ode mnie, oby Bóg zmienił Wam tę ciężką dolę jak najrychlej i pozwolił razem przetrwać w zdrowiu ten smutny czas. Kochająca Was Matka”.

Z dalszych listów mojej matki dowiedziałem się później, że naszego kuzyna nie było już w domu od kilku miesięcy, a ciotka była bardzo chora. Całym domem musiała opiekować się moja matka. Żyło im się bardzo ciężko, a Niemcy organizowali stale łapanki.

Kilka tygodni później matka otrzymała wreszcie list od swojego drugiego syna Jurka, który przebywał w obozie dla jeńców wojennych w Markt-Pongau w Austrii. Tak więc w tej strasznej zawierusze wojennej rodzina nasza, choć zniszczona materialnie i rozproszona, ocaliła co najważniejsze – życie.

Tymczasem nasze życie w obozie upływało monotonnie na ciężkiej pracy na zimnie i o głodzie. Ponieważ od ojca dowiedziałem się, że we Wrocławiu może on wymienić polskie złotówki na marki, za które można coś kupić na czarnym rynku, przesłaliśmy ojcu polskie pieniądze, otrzymując w zamian w paczkach przesłanych pocztą chleb, cebulę i trochę odzieży. Ojciec przysłał nam również w jednej z paczek kartki na chleb. Później dowiedzieliśmy się, że były to kartki podrabiane, zrzucane przez amerykańskie samoloty.

Pod koniec roku mieliśmy w obozie kontrolę przeprowadzoną przez niemieckie władze z dyrekcji kolejowej w Halle. Poskarżyliśmy się, że pracujemy ciężko za nędzne wyżywienie i wówczas okazało się, że nasz lagerführer przydzielał nam  żywność na kartki dla lekko pracujących, podczas gdy nam przysługiwały kartki dla pracujących ciężko. W wyniku tej kontroli zmieniono nam kartki żywnościowe i lagerführera. Funkcję tę objął dotychczasowy dozorca Landmann, z czego ucieszyliśmy się bardzo.

Po kontroli otrzymaliśmy drewniane obuwie. Uwolniono od ciężkiej pracy na torach dwie starsze kobiety z rodziny pana Weibla, które zajęły się obozową kuchnią. Z kuchni usunięto natomiast Ukrainkę Natasze, która okradała nas z żywności w porozumieniu z poprzednim lagerführerem. Natasza wyjechała z Beuteritz do innego obozu w Calau.

W niedługim czasie po wizycie kontrolerów z dyrekcji w Halle zabrano z naszego baraku część rodzin. Wyjechał od nas rodziny Główków, Konwiszerów oraz Erchardów, a na ich miejsce sprowadzono do naszego obozu grupę robotników ukraińskich, samych mężczyzn, pochodzących z okolic Kamieńca Podolskiego. Pamiętam nazwiska kilku z nich: Zubrzycki, Kramarczuk, Czajka oraz bracia Iwan i Danił Pasieczniuk. Mężczyźni, którzy od nas odeszli zostali przeszkoleni na palaczy parowozów. W jakiś czas później, pracując na torach, spotykaliśmy ich przejeżdżających parowozami i serdecznie nas pozdrawiających. Niemcy wysyłali na front ostatnie rezerwy swoich mężczyzn i musieli zastępować niemieckich kolejarzy cudzoziemcami.

W grudniu 1944 roku lotnictwo amerykańskie i angielskie przeprowadziło ciężkie ataki bombowe na obiekty przemysłowe w obrębie dyrekcji kolejowej Halle w miastach Merseburg i Meuselwitz. W czasie tych nalotów zniszczono niemal całkowicie ważne węzły kolejowe w tych miastach. W obu przypadkach Niemcy formowali z robotników torowych zatrudnionych w okolicznych obozach pracy pociągi ratownicze tzw. „Bauzugi”. Zwożono wówczas tysiące robotników wraz z narzędziami w zbombardowane miejsca, organizowano tam kuchnie polowe i prowadzono w szybkim tempie roboty trwające po kilkadziesiąt godzin bez przerwy, aż do całkowitego usunięcia skutków bombardowania i przywrócenia ruchu pociągów. Podczas prowadzenia takich robót w Meuselwitz nastąpił powtórny nalot, który wywołał znaczne zamieszanie.

W czasie takich akcji organizowanych przez Niemców stykaliśmy się z robotnikami pochodzącymi z różnych krajów. Byli to zarówno robotnicy cywilni, wywiezieni tak jak my na roboty przymusowe, jak i jeńcy wojenni. Pracowaliśmy wówczas obok siebie z Francuzami, Jugosłowianami, Rosjanami, Czechami, Anglikami i Amerykanami. Ci ostatni byli często z pochodzenia Polakami. Pracując razem przez szereg godzin staraliśmy się porozumieć ze sobą, a ponieważ ja znałem jeszcze z gimnazjum język francuski i niemiecki, nie sprawiało to nam większych trudności. Ze Słowianami porozumiewaliśmy się dobrze, mówiąc oczywiście własnymi językami. Co najśmieszniejsze z Anglikami mogliśmy się czasem  porozumieć po niemiecku. Niemców wprawiało w zdumienie, że tacy głupi w ich przekonaniu Polacy potrafili porozumiewać się niemal ze wszystkimi cudzoziemcami w przeciwieństwie do nich. Zauważyłem, że z czasem zmienili oni swoje zdanie o nas. W wyniku moich listownych próśb o przysłanie paczek żywnościowych, matka i kuzynka nadały na mój adres kilka paczek, chociaż stanowiło to dla nich ogromny kłopot. Aby nadać paczkę przesyłką krajową, bo tylko w ten sposób można było wysłać kilkukilogramową paczkę, matka musiała iść kilka kilometrów do dworca z tą ciężką paczką. Poczta miała wydany przez Niemców zakaz przyjmowania przesyłek tego rodzaju. Matka i kuzynka narażały się ponadto na duże niebezpieczeństwo, ponieważ Niemcy urządzali bardzo często łapanki. Niektóre z otrzymanych paczek były niestety okradzione w drodze.

Dzięki przysłanym paczkom żywnościowym mogliśmy podczas Świąt Bożego Narodzenia zapomnieć na kilka dni o zupie brukwiowej. Na wigilię Janeczka przygotowała zupę grzybową z przysłanymi kluseczkami, pierożki również przysłane i kompot z przysłanych suszonych owoców. Mogliśmy także podzielić się opłatkiem przysłanym przez matkę. Do dziś zachowałem na pamiątkę małą kopertę, w której otrzymaliśmy opłatek. Matka przysłała nam ponadto bardzo smaczne świąteczne ciasteczka.

Janeczka podczas świąt nie pracowała i miała trzy dni wolne. Ja niestety musiałem pracować przy przeładunku węgla na wagonach kolejowych. W czasie tej pracy przeżyliśmy nalot i musieliśmy schować się pod wagonami ze względu na to, że obok nas spadały gęsto odłamki rozrywających się pocisków artylerii przeciwlotniczej. Ogień niemieckiej obrony przeciwlotniczej rozmieszczonej w okolicy Grube Hansa był bardzo silny. Samoloty lecące bardzo wysoko zrzucały znaczne ilości srebrnych wąskich paseczków z folii aluminiowej w celu zmylenia obrony przeciwlotniczej i zakłócenia pracy znanych już wówczas Niemcom radarów. Te srebrne paseczki posłużyły nam do przybrania naszej obozowej choinki. Kiedy w święta siedzieliśmy wieczorem przy choince śpiewając kolędy, lagerführer stał z boku przyglądając się i przysłuchując się nam. Zapytał czy znamy niemiecką kolędę „Stille Nacht”. Gdy zaśpiewaliśmy mu ją był wyraźnie zdziwiony i zadowolony.

Lagerführerowi zaimponowała kiedyś Janeczka, która smażyła w kuchni naleśniki niemal bez tłuszczu, smarując tylko patelnie skórką od przysłanej w paczce słoniny. Z nieukrywanym podziwem przypatrywał się jej i powiedział, że jest ona taką oszczędną gospodynią jak gdyby była Niemką.

W styczniu 1945 roku na naszym odcinku torów pomiędzy stacjami Beutersitz i Grube Hansa, zderzyły się ze sobą niemal w tym samym miejscu pociągi wypuszczone po tym samym torze naprzeciwko siebie. Było to spowodowane prawdopodobnie przemęczeniem służby zabezpieczenia ruchu, składającej się wówczas prawie z samych kobiet obsługujących urządzenia nastawni rozjazdów. Pociągi załadowane były częściowo żywnością przeznaczoną prawdopodobnie dla wojska. Obie katastrofy wydarzyły się w nocy. Wypędzono nas z baraku i pod okiem naszych nadzorców musieliśmy porządkować miejsce katastrofy. Z rozbitych częściowo wagonów powypadały na tory opakowane w pergamin kostki smalcu, sztucznego miodu, całe połcie słoniny, cukier z uszkodzonych worków, jajka oraz inne produkty żywnościowe. Poruszając się po ciemku zorientowaliśmy się po chrupaniu pod butami, że chodzimy po jajkach. Prowadząc akcję porządkową mogliśmy przy okazji zarekwirować część uratowanych produktów, choć Niemcy stale patrzyli nam na ręce.  Po katastrofach Janeczka miała przez kilka wieczorów zajęcie w kuchni przetapiając zmieszany z potłuczonym szkłem smalec. Uzyskaliśmy w ten sposób cały garnek smalcu. Innym szczęśliwcom udało się zdobyć całe połcie słoniny.

W pierwszych dniach stycznia spadł śnieg i chwycił mróz. Wprawdzie zima nie była taka ciężka jak u nas w kraju, ale praca na mrozie, bez odpowiedniej odzieży nie była łatwa ani przyjemna. Polecono nam teraz wycinać drzewa rosnące przy torach kolejowych w rozlewiskach wypełnionych zamarznięta wodą. Nie obyło się przy tym bez nieprzyjemnej dla mnie przygody. Podczas przenoszenia po niezbyt grubym lodzie ciężkich pni ściętych drzew poczułem w pewnym momencie, że lód trzeszczy mi pod nogami i nagle zapadłem się po pas w lodowatej wodzie. Na szczęście nie było w tym miejscu głęboko.

Nasze rodziny martwiły się o nas wiedząc, że nie mamy odpowiedniej ciepłej odzieży, a musimy stale pracować na torach nawet w czasie mrozów. Listy otrzymywane od mojej matki przepełnione były bólem i obawą o nas. W liście z 4 stycznia 1945 roku matka pisała: „Dziecko Kochane, każdy silniejszy wiatr czuję jak Ciebie ziębi i serce mi pęka z żalu, że Wy tam marzniecie, ale rozumiesz, nie wszystko jest zależne ode mnie. Nawet chcę coś sprzedać, aby coś Tobie ciepłego wysłać, ale tu nawet kupić trudno, a żądają za wszystko Bóg wie ile…”

W następnym liście matka pisała: „Piszesz, że boisz się, żebyśmy nie stracili ze sobą kontaktu. Kochany! Co komu przeznaczone to go nie minie. Opisałam Ci przecież los naszych sąsiadów (wszyscy zostali zamordowani), a moje kroki skierowały się gdzie indziej. Prosząc Boga o Wasze życie ofiarowałam swoje, mogę zginąć, abyście Wy żyli, jeżeli Bóg tego zażąda… Żal mi serdecznie Waszych kolegów, a szczególnie Jurka i Ryśka Borkowskich, modlę się za ich dusze, a co do ich rodziców tu wykluczone, aby żyli, ponieważ na Skierniewickiej w Ursusie wykończali przez cały dzień 5 VIII wszystkich. Pozdrowienia od całego domu. Matka”.

W ostatnim liście z 9 stycznia, który ja otrzymałem 16 stycznia, a więc wówczas kiedy rozpoczynała się ofensywa wojsk radzieckich przerywająca nasz listowny kontakt, matka pisała mi: „Dziecko Moje Kochane! Piszesz mi o Jurku, że cudem uniknął śmierci. Wszystkie moje myśli były skierowane do Was i do Boga z prośbą o Wasze życie. W dzień stale odmawiałam Pod Twoją Obronę na Waszą intencję, a w nocy również często siedziałam i modliłam się prosząc Boga o Wasze życie i wierzę, że jedynie Bóg Was uratował… Co do Ciebie i Tatusia to miałam dziwne przeczucie, że żyjecie, ale o Jurka martwiłam się ogromnie i sama nie wiem, czym zasłużyłam sobie u Boga, że wysłuchał moich próśb…”.

Mój ostatni list do matki wysłany 13 stycznia wrócił do mnie niedoręczony z nadrukiem poczty „zurück”. Tak więc w połowie stycznia zerwał się kontakt z matką przebywającą na Kielecczyźnie jak i z rodziną Janeczki znajdującą się pod Miechowem.

W kilkanaście dni później otrzymałem ostatni list od ojca z Wrocławia datowany 22 stycznia. Ojciec pisał: „Kochany Tadziu! Piszę ten list prawdopodobnie już ostatni i bardzo jestem zmartwiony, że już mi nie chcieli przyjąć paczki, w której była kurtka i drewniaki…”. List kończył się słowami: „Całuję Was serdecznie, do prędkiego zobaczenia. Ojciec”.

Przebywając w jednym baraku z Ukraińcami nauczyliśmy się od nich wyrabiać z wikliny koszyki. Nabrałem w tym szczególnej wprawy i w ciągu niedzieli wolnej od pracy wyplatałem dwa lub nawet trzy koszyki. Następnej niedzieli szliśmy z Janeczka do pobliskiej wioski, aby zamienić koszyki na żywność. Niemki nie były zbyt szczodre. Za jeden koszyk dawały najwyżej bochenek chleba lub trochę kartofli. Nie zapomnę do końca życia jak w pierwszy dzień Wielkanocy w zamian za wiklinowy koszyk Niemka wyniosła nam na próg jej domu po talerzu zupy. Siedzieliśmy na progu jedząc tę zupę, a Janeczka ocierała płynące z oczu łzy. Wyobrażaliśmy sobie jakby się czuła na nasz widok nasza rodzina.

W krótkim czasie wycięliśmy wiklinę rosnąca w całej okolicy, a od obozu nie wolno było się oddalać. Z pomocą przyszedł mi stary poczciwy Landmann, który mnie lubił i którego ja również bardzo polubiłem. Powiedział mi, że w odległości kilku kilometrów od naszego obozu znajduje się hodowla bażantów otoczona rosnącą wikliną. Obiecał mi, że sam wytnie pęk wikliny i dostarczy mi do baraku, za co ja obiecałem mu dziesięć marek. Landmann był wprost zachwycony taką zapłatą, a ja i tak nie mógłbym tych pieniędzy na nic innego wydać jak na piwo lub na fryzjera. Nawiasem mówiąc fryzjer zawsze wolał strzyc Polaków, dających mu za usługę jedną markę, niż jego rodaków, wyciągających z niechęcią z kieszeni dziesięć fenigów.

Landmann przyniósł mi tak duży pęk wikliny, że trudno mi było sobie wyobrazić jak on to niósł na plecach przez kilka kilometrów. Wikliny tej nie byłem już w stanie wyrobić do końca naszego pobytu w Beutersitz.

Przez cały czas pobytu w obozie Niemcy nie wydali nam żadnych dokumentów, chociaż sfotografowali nas w pobliskim Falkenbergu. Mieliśmy tylko przyszytą na ubraniach tarczę z literą P. Oddalanie się od obozu było bardzo niebezpieczne i groziło zatrzymaniem przez policję niemiecką. Dwóch naszych kolegów, Mariana i Czesława Chmielewskich ukarano za oddalenie się od obozu kilkutygodniowym osadzeniem w karnym obozie, skąd udało się ich zwolnić z dużym trudem naszemu szefowi.

W styczniu 1945 roku zaprenumerowałem w Berlinie gazetę wydawaną w języku polskim. Przysyłając mi na mój adres i moje nazwisko do obozu potwierdzenie pisemne prenumeraty, wydawnictwo pożegnało mnie słowami „Heil Hitler”. Firmową kartę pocztową, która zachowała mi się w dobrym stanie, przechowałem wraz z całą korespondencją obozową jako pamiątkę.

Wraz ze zbliżającą się wiosną czuliśmy wyraźnie także zbliżającą się naszą wolność. Niemców nadzorujących nas zaczął ogarniać wielki niepokój. Dopytywali się nas często, jacy są bolszewicy. Stary Landmann pełniący obowiązki lagerführera zapraszał mnie wieczorami do swojego pomieszczenia, aby wspólnie posłuchać, jak on nazywał radia „bum bum” (sygnał radia Londyn). Wdając się ze mną w szczere rozmowy w cztery oczy, wypytywał mnie czy to prawda, że jego rodacy organizowali dla Żydów getta, że mordowali ich w obozach koncentracyjnych. Wyjaśniłem mu, że ja również jako Polak siedziałem kilka tygodni w obozie koncentracyjnym na Majdanku i uświadomiłem mu, jak taki obóz wygląda. Opowiedziałem mu jak Niemcy mordowali cywilną ludność w Warszawie. Stary Niemiec był bardzo przerażony albo tylko dobrze udawał, że o niczym w ogóle nie wiedział.

Wczesną wiosną samoloty amerykańskie i angielskie zrzucały ulotki z prostymi rozmówkami angielsko-polskimi, okazało się jednak, że wyzwolili nas inni przyjaciele.

W pierwszych dniach kwietnia ociepliło się znacznie i nagle spostrzegliśmy z radością, że jest już piękna wiosna, Słońce przygrzewało coraz mocniej. Na rosnących przy naszych torach kolejowych wierzbach pojawiły się piękne bazie. Nasza ciężka praca wydawała się nam nawet mniej dokuczliwa. Mężczyźni pracowali na torach przy podbijaniu bez koszul, wystawiając na działanie promieni słonecznych swe blade ciała. Nawet stary i zły Gustaw przestał na nas krzyczeć i poganiać. Wydawał się być dziwnie milszy, co wcale nie pasowało do niego. Kobiety chodziły z Landmannem do lasu przy torach, aby czyścić z zielska i grabić pozbawione ściółki pasy przecinające las w celach przeciwpożarowych. Lasy przy torach były zagrożone pożarem od przejeżdżających parowozów. Nam, niewolnikom wypędzonym ze zniszczonego kraju, wydawać się mogło, że nasi wrogowie chcą się teraz przymilić  i pozostawić na koniec przyjemniejsze wspomnienia.

W połowie kwietnia z obu stron zbliżały się fronty. Od zachodu zbliżali się Amerykanie, od wschodu Armia Czerwona. Miasta, a szczególnie węzły kolejowe wokół nas, były intensywnie bombardowane przez lotnictwo. Niemal na naszych oczach zbombardowano doszczętnie leżący o kilka kilometrów od nas węzeł kolejowy Falkenberg. Pracując na torach widzieliśmy atakujące samoloty, słyszeliśmy odgłosy rozrywających się bomb, czuliśmy wyraźnie drżenie ziemi.

20 kwietnia pracowałem na torach kolejowych blisko stacji kolejowej Grube Hansa. W tej okolicy znajdowały się kopalnie węgla brunatnego i fabryki produkujące brykiety. Dochodziły nas również słuchy, że w okolicznych lasach były ukryte ważne obiekty wojskowe. Tego dnia przeżyłem potężny nalot z dywanowym bombardowaniem. Z chwilą usłyszenia ryku syren alarmowych ukryłem się w szerokiej rurze betonowej stanowiącej przepust pod torem kolejowym, wystawiając tylko od czasu do czasu głowę i obserwując niebo pokryte licznymi samolotami. Samoloty te, lecąc całymi kluczami, zrzucały jednocześnie nad celem wszystkie posiadane bomby, co wywoływało niesamowity wprost skutek. Ziemia drżała przez cały czas jak podczas trzęsienia ziemi, a huki rozrywających się bomb przypominały ustawiczne grzmoty szalejącej burzy. Nalot trwał z kilkoma nawrotami około godziny. Stanowiska obrony przeciwlotniczej zostały już w pierwszej fazie ataku całkowicie zniszczone. Na niebie nie pojawił się ani jeden samolot niemiecki, królowały natomiast niepodzielnie samoloty amerykańskie. Gdy powróciłem do baraku Janeczka powitała mnie ze łzami w oczach. Widziała i słyszała wszystko z daleka i miała świadomość grożącego mi niebezpieczeństwa.

Pociągi przejeżdżające po torach, na których pracowaliśmy, były teraz każdego dnia bombardowane lub ostrzeliwane z broni maszynowej. Nasze żony pracujące w lesie przy torach przeżywały niebezpieczne naloty na przejeżdżające obok nich pociągi, które podczas nalotów zatrzymywały się zazwyczaj przy lesie, gdzie było łatwiej się ukryć.

Pewnego dnia zauważyliśmy, że ruch pociągów całkowicie zamarł, a w odległości około pięciuset metrów do nas stoi w lesie opuszczony przez obsługę niemiecką pociąg bez lokomotywy, składający się z wagonów osobowych. W pociągu znajdowało się kilkadziesiąt kobiet i dzieci żydowskich. Byli to jak się dowiedzieliśmy później bogaci Żydzi z Francji, przeważnie z Paryża, którzy okupili się Niemcom, w wyniku czego uniknęli śmierci. Niemcy wieźli ich pociągiem w kierunku Amerykanów, ostatecznie jednak porzucili pociąg. Kobiety były elegancko ubrane, posiadały futra, wszyscy pasażerowie byli bardzo wygłodzeni. Jedna z kobiet przyszła do nas do baraku po żywność, którą się z nią podzieliliśmy, baliśmy się jednak bardzo zarażenia tyfusem, ponieważ kobieta ta mówiła, że część z nich choruje.

24 kwietnia zaobserwowaliśmy, że biegnącą obok naszego baraku drogą, łączącą Drezno z Berlinem jeździły w dużym popłochu, w obu kierunkach, wojskowe samochody ciężarowe. Od wschodu dochodziły już do nas wyraźne odgłosy toczących się w niewielkiej odległości walk. Słychać było kanonadę a nawet salwy karabinowe. Po południu zauważyliśmy, że ruch samochodowy nagle ustał, a na drodze, w pobliżu naszego baraku, stoi samochód przykryty plandeką, opuszczony przez Niemców. Domyślaliśmy się, że samochód prawdopodobnie się zepsuł. Zaciekawieni, chociaż jednocześnie z dużym strachem, wybiegliśmy z baraku, aby zobaczyć co znajduje się w samochodzie. Samochód był załadowany kartonami wypełnionymi papierosami i puszkami konserw. Szybko zaczęliśmy wyładowywać cenną zdobycz. Patrząc na oznakowanie puszek z konserwami otworzyliśmy kilka z nich, aby przekonać się co w nich się znajduje. Okazało się, że w jednych puszkach były konserwy mięsne, a w innych fasolka i groszek. Oczywiście wybieraliśmy kartony z konserwami mięsnymi. W międzyczasie przybiegli również nasi Ukraińcy. Brali wszystko co im wpadło w ręce, nie sprawdzając co znajduje się w środku. Później mieli do nas pretensję, że wzięli przeważnie konserwy jarzynowe.

Udało mi się wtedy zdobyć dwa kartony papierosów po kilkaset paczek każdy oraz cały karton konserw mięsnych zawierający kilkadziesiąt puszek. Było to świetnie wyposażenie na podróż powrotną do kraju, która miała nastąpić niebawem. Przez całą noc baliśmy się tylko, aby Niemcy nie wrócili po samochód, ponieważ mogłoby to się źle dla nas skończyć. Na szczęście noc przeszła spokojnie. Ucichły nawet odgłosy zbliżającego się frontu.

Nazajutrz rano zauważyliśmy, że drogą od Drezna w kierunku Berlina maszerują w luźnych kolumnach żołnierze radzieccy. Stanowili oni dla nas dziwny i śmieszny jednocześnie widok. Byli to młodzi chłopcy ubrani w byle jakie mundury, przewiązane czasem sznurkiem. Niemal każdy z nich maszerując, zajadał konfitury ze słoików zabranych prawdopodobnie z niemieckich domów. Część z nich trzymała w rękach budziki. Niektórzy jechali na rowerach, a jeden wzbudził moje zdumienie, ponieważ jechał siedząc na bagażniku, a nie na siodełku.

Wybiegliśmy wszyscy z baraku, aby przywitać naszych wyzwolicieli i tu spotkała nas przykra niespodzianka. Jeden z tych młodych żołnierzy, witając się z podającą mu rękę panią Kelchnerową, zdjął jej bezceremonialnie z ręki zegarek, zakładając go natychmiast na swoją rękę. Zauważyliśmy wówczas, że na ręce ma już kilka zegarków. Był on przy tym uśmiechnięty i rozbrajająco szczery, mówiąc, że poprzednio Stalin kazał im bić Polaków, więc bili, a teraz mają się z Polakami przyjaźnić, więc będzie z nami przyjaźń. Pokazał nam jak wyglądają nowe polskie pieniądze, ponieważ miał je przy sobie oprócz niemieckich marek. To pierwsze spotkanie otrzeźwiło nas zupełnie i nakazało mieć się na baczności.

Radzieccy żołnierze pozwolili nam Polakom wracać do domu, zatrzymali natomiast robotników ukraińskich z nieukrywanym gniewem, nazywając ich „Christopredawcami”.

W Beutersitz wśród miejscowej ludności zapanowała panika. Żołnierze rabowali niemieckie mieszkania. Na szczęście nie mieli na to zbyt dużo czasu, ponieważ dowódcy gnali ich szybko na Berlin. Jeden z majstrów niemieckich zajmujący się naprawą linii telefonicznych popełnił wraz z całą rodziną samobójstwo. Nasz szef Karl Muller przyprowadził do naszego baraku swoje dwie młode córki, prosząc, abyśmy je przechowali przez kilka dni u nas. Mogliśmy to zrobić jedynie bardzo krótko, ponieważ chcieliśmy jak najszybciej wracać do kraju. Następnego dnia zarekwirowaliśmy w sąsiedniej wiosce konia z wozem, którymi do tej pory zaopiekował się pan Kelchner – rolnik z okolic Grójca. Jego zadaniem było również zabezpieczenie pożywienia dla konia.

Na wóz załadowaliśmy nasze rzeczy i trochę zdobytej żywności oraz kilka rowerów. Do wozu wsiadły również starsze kobiety i dzieci. Pozostali wędrować mieli na piechotę lub jechać rowerami. Tak pożegnaliśmy Beutersitz, w którym pracowaliśmy przez siedem długich miesięcy.

Nasza podróż powrotna z wygnania do Warszawy trwała trzy tygodnie. Z Beutersitz wyruszyliśmy wozem konnym 27 kwietnia rano. Posiadałem dosyć dokładną mapę niemiecką, która udało mi się zdobyć podczas pobytu w Beutersitz. Mapa ta ułatwiła w dużym stopniu nasza podróż. W drodze czyhały na nas liczne niebezpieczeństwa. Chociaż front szybko przesunął się na zachód, na tyłach frontu pozostawały jeszcze całe grupy rozbitych wojsk niemieckich. Niebezpieczeństwo mogło nas spotkać nie tylko ze strony Niemców, ale jak to się wkrótce okazało, również ze strony tych, którzy nas wyzwolili. W pierwszych dniach staraliśmy się przebyć jak najdłuższą drogę, aby szybko oddalić się od frontu.

Po przebyciu pierwszego dnia podróży około trzydziestu kilometrów, zatrzymaliśmy się w pobliżu miejscowości Finsterwalde. Nocowaliśmy w jakimś sadzie, korzystając z tego, że noc była ciepła.

Wczesnym rankiem 28 kwietnia wyruszyliśmy w kierunku Calau, gdzie mieliśmy następny postój i nocleg. Tu spotkaliśmy grupę polskich robotników i cudzoziemców oraz naszą kucharkę z obozu Nataszę.

29 kwietnia wyruszyliśmy w kierunku dużego miasta Cottbus, które musieliśmy jednak ominąć ze względu na przebywające tam rozbite grupy żołnierzy niemieckich. Noc z 29 na 30 spędziliśmy w małej wiosce na południe od Cottbus. Od niemieckich mieszkańców wioski otrzymaliśmy mleko i maślankę. Mieszkańcy wioski byli bardzo nieufni i wyraźnie nas się bali.

Następnego dnia, 30 kwietnia wyruszyliśmy w kierunku dużego miasta Forst. Przez Forst przejechaliśmy w godzinach południowych. Miasto było doszczętnie spalone. Nie widzieliśmy w nim ani jednego ocalałego domu. Wieczorem zatrzymaliśmy się w małej miejscowości Mukrow, w pięknej posiadłości jakiegoś wysokiego rangą oficera niemieckiego, o czym świadczyły pozostawione albumy rodzinne. Zabudowania były częściowo uszkodzone działaniami wojennymi. Na pięknej werandzie stało pianino, na którym Janeczka dała mały koncert. Nocowaliśmy w pięknych sypialniach. W nocy mężczyźni musieli jednak jak zwykle czuwać na zmianę, aby nie spotkała nas jakaś przykra niespodzianka.

1 maja rano wyruszyliśmy w dalszą podróż. W drodze, na wschód od dzisiejszego miasta Lubska, zatrzymali nas żołnierze radzieccy, oznajmiając, że będziemy musieli pracować w organizowanym przy nich kołchozie. Byliśmy tym przerażeni. Jeden z nich podszedł do Janeczki mówiąc, żeby z nim poszła. Na nasze argumenty, że jest moją żoną stwierdził, że to nic nie szkodzi. Na nasze szczęście znalazł on sobie w końcu inny obiekt zainteresowania wśród młodych kobiet z innej grupy. Od tego czasu Janeczka brała zawsze na rękę maleńką córeczkę pani Kelchnerowej, ilekroć żołnierze radzieccy zbliżali się do nas. W nocy żołnierze popili się, a my skorzystaliśmy z tego, uciekając szybko.

2 maja przejeżdżaliśmy po wysokim moście drewnianym nad rzeką Bóbr w mieście Christianstadt (Krzystkowice). W momencie gdy przejeżdżaliśmy przez most, przeleciał bardzo nisko nad nami, niemal nad głowami, samolot niemiecki, a tuz za nim ostrzeliwujący go samolot radziecki. Na szczęście nic złego nam się nie stało i skończyło się tylko na strachu. Po drugiej stronie rzeki, w dzisiejszym Nowogrodzie Bobrzańskim, powitał nas po polsku siwy staruszek ksiądz, namawiając, abyśmy się tam osiedlili, bo to już Polska.

Postój mieliśmy nieco na wschód od tego miasta, a 3 maja dotarliśmy do Neu Salz (Nowa Sól). Tu mieliśmy dwudniowy postój. W drodze do Nowej Soli żołnierze radzieccy zabrali naszego konia, dając w zamian swoją starą chabetę. Obrabowali nas także z części rowerów. Na szczęście mieliśmy jeszcze ukryte na wozie rezerwowe rowery.

5 maja mieliśmy jeszcze jeden postój i nocleg w małej wsi pomiędzy Nową Solą a Sławą Śląską (Schlesiersee), do której dotarliśmy 6 maja. Tu wreszcie był kres naszej podróży wozem konnym i rowerami. Zatrzymaliśmy się u pewnego przedsiębiorczego poznaniaka, który objął w posiadanie miejscowy tartak z zabudowaniami mieszkalnymi. Powiedział, że dalej nie ma sensu podróżować wozem konnym, ponieważ z pobliskiej stacji Konotop kursują już pociągi, a konia i wóz jego zdaniem i tak nam zabiorą. Powiedział, że gotów jest od nas odkupić konia i wóz za dobrą cenę. W tym czasie Sława była zupełnie wyludniona. Miejscowa ludność niemiecka przeważnie uciekła, a Polaków było tu jeszcze bardzo mało. Postanowiliśmy wszyscy odpocząć tu u gościnnego poznaniaka jeszcze przez kilka dni i dalej podróżować na własną rękę pociągiem.

Poznaniak powiedział nam, że w pobliżu zajętych przez niego zabudowań znajduje się w lesie opuszczone poniemieckie sanatorium dla dzieci, w którym być może znajdziemy coś z odzieży. Udaliśmy się tam z Janeczką, ponieważ oboje mieliśmy bardzo zniszczone obuwie. Parterowy budynek otoczony był drewnianym ogrodzeniem. Gdy byliśmy już wewnątrz podwórza, wydawało mi się w pewnym momencie, że za brama ogrodzenia zobaczyłem naszego kolegę Borysa Arenia. Rozpoznałem go po jasnej bluzie, w której chodził i zawołałem na niego, machając do niego ręką. W tym momencie brama otworzyła się gwałtownie i zza niej wyskoczyło dwóch zarośniętych Niemców z pistoletami wycelowanymi w nas. Byli oni ubrani w cywilne ubrania, a jeden z nich posiadał jasną bluzę podobną do tej, którą nosił pan Borys. Zaczęli prowadzić nas w stronę lasu. Myśleliśmy oboje, że to już koniec. Trudno wprost opisać jak bardzo byliśmy zaskoczeni i przerażeni. Wkrótce okazało się, że i oni widząc, iż jednego z nich dostrzegłem i wołam machając ręką, byli także zaskoczeni i wystraszeni.

Byli żołnierzami. Ich oddział został rozbity. Po przebraniu się w cywilne ubrania przedzierali się na zachód. Drogę mieli daleką ponieważ obaj pochodzili aż z Lotaryngii i mieszkali przy granicy z Francją. Obaj mówili także po francusku. Bez większych trudności mogliśmy się z nimi porozumieć. Pytali nas czy w pobliżu znajdują się oddziały radzieckie i prosili, żebym im dał mapę, którą zobaczyli u mnie. Ciesząc się z takiego obrotu sprawy, oddałem im mapę bez wahania. Rozstali się z nami bardzo grzecznie, prosząc tylko, abyśmy nikomu nie mówili o spotkaniu z nimi.

W Sławie pożegnaliśmy się z resztą naszych towarzyszy niedoli. Poznaniak kupił od nas konia i wóz za osiemset złotych. Otrzymaliśmy więc po sto złotych na rodzinę. O tym, że nas oszukał, zorientowałem się dopiero w Poznaniu, gdzie za bochenek chleba musiałem zapłacić osiemdziesiąt złotych.

Państwo Areniowie pozostali w Sławie przez kilka lat. Wiedzieli, że nie mają do kogo ani do czego wracać. Byli samotni, a ich mieszkanie uległo zniszczeniu. Postanowili po wszystkich przeżyciach wojennych trochę dłużej odpocząć. Pan Borys organizował miejscową szkołę i uczył w niej. Po kilku latach wrócił do Warszawy i objął stanowisko Dyrektora Instytutu Geologicznego. Pozostałe rodziny porozjeżdżały się w swoje strony.

9 maja rano dotarłem z Janeczką do stacji Konotop. Tłumy ludzi wracających z Niemiec czekały na dworcu kolejowym na pociągi, które miały ich porozwozić w różnych kierunkach. Kolejarze odprawiali głównie pociągi towarowe, zabierające przy okazji pasażerów. Nikt nie wiedział dokładnie dokąd odjeżdżały pociągi. Każdy chciał jak najszybciej jechać dalej na wschód, bliżej domu. Dowiedzieliśmy się, że kolejarze formują skład pociągu towarowego, złożonego z odkrytych platform z umocowanymi na nich maszynami. Pociąg miał jechać w kierunku Poznania. Chociaż mieliśmy jechać przez Częstochowę do Małogoszcza w poszukiwaniu mojej matki, zdecydowaliśmy się jechać do Poznania. Sądziliśmy, że z Poznania będzie łatwiej uzyskać odpowiednie połączenie.

Wdrapaliśmy się wraz z innymi na jedną z platform. Wreszcie pociąg ruszył. Leżeliśmy na platformie trzymając się kurczowo maszyn, aby nie spaść w czasie podróży. Cieszyliśmy się, że nie pada deszcz. Po kilku godzinach takiej jazdy dojechaliśmy do Poznania.

Siedząc na jednym z peronów dworca byliśmy świadkami wielkiej fety z okazji zakończenia wojny. Kanonada, sztuczne ognie i ogólna ogromna radość. W Poznaniu doradzono nam, żebyśmy udali się do Katowic celem zarejestrowania się w Komitecie Niesienia Pomocy Uchodźcom.

Po odpoczynku na dworcu w Poznaniu, następnego dnia, 10 maja dojechaliśmy pociągiem osobowym do Katowic. Po zarejestrowaniu się w Miejskim Komitecie Niesienia Pomocy Uchodźcom otrzymaliśmy zaświadczenie stwierdzające, że powracamy z przymusowych robót w Niemczech i udajemy się do Małogoszcza. Zaświadczenie to upoważniało nas do bezpłatnej podróży pociągiem.

11 maja byliśmy w Częstochowie. Zanocowaliśmy u przygodnie poznanego w podróży Polaka, wracającego tak jak i my z robót w Niemczech. Następnego dnia 12 maja wzięliśmy z Janeczką ślub w kościele św. Barbary w pobliżu Jasnej Góry. 13 maja dotarliśmy do Małogoszcza. Ponieważ miasteczko leży w odległości około pięciu kilometrów od stacji, zostawiłem Janeczkę u zawiadowcy stacji, a sam poszedłem do miasteczka. W mieszkaniu kuzynów przebywali nieznani mi ludzie. Od miejscowego wójta dowiedział się, że matka wyjechała do Warszawy, a ciotka z córkami wyjechały w nieznanym mu kierunku.

Następnego dnia wróciliśmy do Częstochowy, skąd mieliśmy podróżować do Warszawy. Na placu przed dworcem kolejowym w Częstochowie koczowały tłumy ludzi powracających z Niemiec, oczekujących na pociąg. Kolejarze wpuszczali ludzi na peron zaledwie na krótki czas przed odjazdem pociągu i wszystkich, którzy nie zdołali dostać się do pociągu usuwali poza dworzec zaraz po odjeździe. Powodowało to ustawiczne zamieszczanie. Kilkakrotnie usiłowaliśmy dostać się do pociągów w kierunku Warszawy, niestety bezskutecznie. Za każdym razem usuwano nas z dworca. Aby uprosić kolejarzy o wpuszczenie  nas na peron, dawałem im po kilka paczek papierosów.

Koczowaliśmy na placu przed dworcem dwie doby, nocując wprost na bruku. Najgorsze były noce. Pomiędzy śpiącymi ludźmi kręcili się pijani żołnierze radzieccy, okradając ludzi lub wyciągając młode kobiety. Polscy strażnicy ochrony kolei bali się interweniować i udawali, że niczego nie widzą.

Wreszcie udało nam się szczęśliwie dostać do pociągu odjeżdżającego do Warszawy. 16 maja wysiedliśmy w Brwinowie pod Warszawą, gdzie mieszkała bratowa Janeczki. Za jej pośrednictwem mieliśmy rozpocząć na nowo poszukiwania naszych rodzin. Trwało to jeszcze kilka tygodni, zanim wszyscy zdołali się wzajemnie odnaleźć. Byliśmy szczęśliwi, że wojna się skończyła, że wszyscy żyliśmy, choć zostaliśmy bez dachu nad głową.

Powiązane hasła

”None