menu

Balzam Elżbieta Barbara – „To były bardzo niespokojne czasy”

Balzam Elżbieta Barbara – „To były bardzo niespokojne czasy”

Elżbieta Barbara Balzam, ur. w 1931 roku, podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkała z ojcem Leopoldem Balzamem oraz dwójką rodzeństwa Hanną i Andrzejem na Starym Mieście przy ul. Sapieżyńskiej. Podczas Powstania rodzina została rozdzielona – trzynastoletnia wówczas Elżbieta ukrywała się przez ponad miesiąc w piwnicach kamienic na Starym Mieście, podczas gdy jej ojciec i brat brali czynny udział w Powstaniu. Po kapitulacji Starówki, Elżbieta Balzam wraz z ojcem zostali wypędzeni do obozu Dulag 121, skąd podczas selekcji skierowano ich do KL Mauthausen, gdzie Leopold Balzam zginął w listopadzie 1944 roku. Dziewczynka natomiast pod opieką sąsiadki, pani Teresy Romanowskiej, po paru dniach pobytu w obozie, wraz z grupą innych kobiet i dzieci, została przewieziona do obozu pracy w Lintz. Stamtąd udało im się przedostać do Łodzi, a następnie przejść przez granicę między Trzecią Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem i dostać się do Piotrkowa Trybunalskiego. Po wyzwoleniu rodzeństwo odnalazło się i wróciło do Warszawy. Pani Elżbieta Balzam opowiedziała nam swoją historię podczas wizyty w Muzeum Dulag 121 w 2018 roku.

Moi rodzice przed wojną i w pierwszych latach okupacji mieszkali przy ul. Górnośląskiej, ale to była dzielnica niemiecka i jakiś folksdojcz upatrzył sobie nasze mieszkanie, a nas przenieśli na Sapieżyńską. To był teren dawnego tzw. małego getta. Mieszkanie było w okropnym stanie.  Mój ojciec w 1939 roku  był kierownikiem OPLL w dzielnicy Śródmieście i urzędował w hotelu Polonia. Mama zmarła przed Powstaniem. Miała operację, leżała w Szpitalu Ujazdowskim i tam, akurat po operacji, był jakiś dziwny nalot rosyjskich samolotów. Ten pawilon w Al. Ujazdowskich został zbombardowany, wszystkie szyby zostały wybite. Mama obudziła się z letargu i upadła. Zaczęła nas wołać, krzyczeć, ale zanim do niej dotarli, była już w okropnym stanie. Wokół było dużo krwi. Jak przewieźli mamę do Szpitala Jana Bożego [Szpital św. Jana Bożego mieścił się przy ul. Bonifraterskiej 12], była już trochę nieprzytomna. Ja się nią opiekowałam, chodziłam do tego szpitala, a potem, po długiej chorobie, mama była jeszcze jakiś czas w domu. Zmarła 21 grudnia w 1943 roku.

Brat brał udział w walkach powstańczych na Mokotowie. Tata też walczył, między innymi blisko Wytwórni Papierów [Wartościowych]. Z tej Wytwórni  wszyscy mieli pieniądze, one się wszędzie walały po prostu, nawet w latrynach. Ludzie brali je, bo nie było wiadomo, jaki ich los spotka później. Przez jakiś czas byłam sama, ojciec tylko przenosił mnie do różnych schronów, kiedy było niebezpiecznie, bo na podwórku przy ul. Sapieżyńskiej od strony Konwiktorskiej, stała barykada i tam był taki pas neutralny, gdzie pełno poległych było. W miarę upływu czasu Niemcy zajmowali kolejne domy – kamieniczki się waliły i niektóre właściwie zupełnie znikały. Po kapitulacji Starówki ojciec nie mógł dostać się do kanałów, zabrał mnie z powrotem na Sapieżyńską i tam już ze mną został. Z nami były tam tylko same kobiety i dozorca. Pamiętam, jak na naszym podwórku usłyszeliśmy strzały. Ojciec w pewnym momencie wyszedł z jakąś białą płachtą, o czym ja zresztą nie wiedziałam i wtedy padły takie strzały, że wszyscy spojrzeli na mnie. Ale ojciec jakoś się uchylił i wrócił. Niemcy go później wzięli, żeby chodził pierwszy do innych schronów, do piwnic i im tłumaczył, bo ojciec znał język niemiecki.

Jak nas Niemcy wygonili, z ulicy Sapieżyńskiej skierowali na teren Szpitala św. Jana. W pewnym momencie obok nas grupa Żydów zaczęła kopać dół i myśmy myśleli, stojąc przy murze spalonego tam pawilonu, że oni nas rozstrzelają. Wtedy pomyślałam o tym, że nikt z rodziny nas tam pewnie nie znajdzie, bo to daleko od naszego domu, ale w pewnym momencie zaczęli ściągać zabitych – tych poległych Niemców i Polaków leżących za barykadą – i tam ich zakopywać. Zapach był okropny od tych biednych zabitych ludzi. Później nas i ludzi z innych domów i schronów przyprowadzili na boisko przy Konwiktorskiej i ustawili w długie szeregi. Przeszliśmy przez Powązkowską na Wolską, do Kościoła św. Stanisława. Tam też był niesamowity smród, czuć było tych poległych wszędzie. Tam rozdzielili mnie z ojcem, tak jak wszystkich mężczyzn od kobiet. Ja znalazłam się w kościele, a ojciec na zewnątrz i następnego dnia oddzielnie zostaliśmy pognani do Pruszkowa. Ja szłam, a potem częściowo jakimś pociągiem przejechałam, z grupą kobiet i dzieci, natomiast ojciec dotarł później. W obozie stałam przy bramie i czekałam, żeby go odnaleźć. Udało mi się. Wtedy nas przeprowadzono do głównej hali.

Ponieważ ojciec miał 55 lat, a ja 13, więc myśmy byli przekonani, że przy tej selekcji nie skierują nas na wyjazd, tylko zwolnią, ale niestety skierowano nas na wyjazd. Jechaliśmy długo, bo trzy doby, w takich towarowych wagonach. Co kilkanaście godzin otwierano te wagony. Kiedy pociąg w końcu stanął, zobaczyliśmy napis „Mauthausen”. To była piękna okolica. Tuż przy stacji były kamieniołomy, widać było te odkrywki. Na samej stacji był odgrodzony teren i zobaczyliśmy, trzymanych właśnie za siatką, więźniów w pasiakach – gdzieś ich przewożono. Jedna z kobiet poznała tam swojego syna, ale Niemcy prędko więźniów od tej siatki odciągnęli. Potem myśmy długo szli w górę, przez miasteczko Mauthausen – pamiętam, że tam wszystkie domy były z kamienia – aż zobaczyliśmy mur, bramę i stanęliśmy przed tą bramą. Nagle wpadła obsługa tego obozu i gwałtownie, tak, że ja nawet nie zdążyłam się pożegnać z ojcem, zaczęli odrywać mężczyzn od kobiet i dzieci. Ponieważ ja byłam tylko z ojcem, więc zaopiekowała się mną sąsiadka z naszego domu, pani Teresa Romanowska. Ona też była sama, bo ojciec jej zginął w czasie Powstania, a mąż był w oflagu. Pani Teresa była przy mnie później cały czas. Myśmy nie dostały żadnych pasiaków, zresztą ten obóz akurat podobno był po bombardowaniu i łaźnie były nieczynne, także tylko nas tam opryskali takim jakimś środkiem odkażającym i potem myśmy czekały na głównej ulicy w takim przejściu.

Kobiety i dzieci umieszczono w namiotach. Po kilku dniach urządzono taki wielki apel i jakiś komendant, czy ktoś, po polsku kazał wyjść wszystkim dzieciom z matkami. Ponieważ ja byłam sama, wyszłam, pokazałam swoją legitymację i powiedziałam, że mój ojciec jest tutaj. Wtedy ten Niemiec zapytał: „Która z was chce być opiekunką tej dziewczynki?”. Ponieważ pani Teresa była daleko, ja powiedziałam, że mam już swoją opiekunkę. Pani Teresa obserwowała mnie i w końcu udało nam się połączyć w tym strasznym tłumie. Po dwóch dniach skierowano nas do wyjścia i właśnie ta grupa dzieci i matek wydostała się z tego obozu. Czułam, że pewnie już ojca nie zobaczę, tym bardziej, że któregoś dnia usłyszałyśmy dobiegające z oddali strzały, czyli była jakaś egzekucja.

Przewieźli nas do obozu pracy w Lintz. Kiedy cała grupa kobiet i dzieci wędrowała przez przedmieścia Lintzu do obozu pracy, ja szłam przy końcu grupy, rozglądałam się, dziwiłam się, że domy w Lintzu mają półokrągłe dachy. W pewnym momencie zatrzymała mnie mieszkanka, ubrana jakby trochę j na ludowo, w fartuszek, i coś po niemiecku zaczęła mówić do mnie. Ja tylko jedno słowo powiedziałam: „Warschau”, a ona wyciągnęła jakieś jabłka, podała mi je i szybko odeszła. Byłam wtedy dziewczynką, miałam warkoczyki, okularki nosiłam, już zresztą uszkodzone nieco, tak że trzymały się za jedno ucho – wyglądałam pewnie nędznie, skoro mnie zatrzymała. Zapamiętałam ten miły gest ze strony zwykłej mieszkanki Lintzu.

Obóz, do którego trafiliśmy, był międzynarodowy. Odbywały się tam jakby takie targi – Austriacy brali stamtąd ludzi do pracy i płacili ileś tam marek za każdego. Ale nikt ani mnie ani pani Teresy nie kupił i myśmy zostały w tym obozie. Tam były dzieci w różnym wieku, m.in. niemowlęta i brakowało dla tych małych jedzenia. Niektóre matki zabierały jeszcze z Warszawy jakieś kaszki, robiły na placu takie piecyki i w nich gotowały. Trzeba więc było szukać opału. Ja chodziłam wzdłuż drutów i któregoś dnia między drutami zobaczyłam belkę. Niestety kiedy ją wyciągałam, jeden strażnik mnie dojrzał. Całe szczęście zaczął się wtedy alarm przeciwlotniczy i mogłam uciec. Wtedy jakiś taki młody Niemiec zaczął krzyczeć na mnie – nie tylko za to, że ja właśnie wyciągałam tą belkę, ale ponieważ na widok tych samolotów amerykańskich, czy tam angielskich, ja zaczęłam się podobno uśmiechać – wiem, bo z daleka obserwowały mnie panie. On się wściekł i później mnie szukał. Musiałam się ukrywać, a na apelach panie mnie przebierały, różne cuda robiły, żeby on mnie nie poznał.

Pani Teresa, która była taka bardzo energiczna, znała niemiecki i inne języki, przekupiła jednego Niemca w arbeitzamcie, który był na terenie tego obozu w Lintz, żeby dał nam przepustkę do Litzmanstadt, czyli do Łodzi, ponieważ to była miejscowość najbliżej granicy. Pani Teresa tam chciała pojechać, żeby przejść przez granicę, a później dostać się do Piotrkowa, bo tam był jej synek, rodzice i dalsza rodzina. Rzeczywiście, udało nam się, z przesiadką w Wiedniu, dostać właśnie do Litzmanstadt, ale tam Niemcy przy wyjściu legitymowali nas, by od razu przydzielić do pracy w jakiejś fabryce. Czekałyśmy tam na peronie tak bezradnie, aż podszedł do nas kolejarz i zapytał, co my tam robimy. Całe szczęście myśmy miały taki cały plik banknotów z Wytwórni Papierów Wartościowych, jeszcze marek, w Mauthausen nie zabrali nam tego wszystkiego, i dzięki temu kolejarz nas przeprowadził i dał nawet kartki, bo wtedy w Niemczech bez kartek można było dostać tylko piwo i myśmy takie półprzytomne tylko piły piwo na różnych stacjach.

Później na jakiejś wiosce blisko Łowicza dostałyśmy się na cmentarz, który znajdował się blisko granicy. Tam akurat odbywał się pogrzeb. Czekałyśmy do zmierzchu i jakaś miejscowa kobieta nas przeprowadziła  przez granicę – pamiętam, że szłyśmy przez rowy z wodą. W każdej chwili mogła nas wykryć straż graniczna, a ta kobieta musiała jeszcze wrócić. Kiedy zobaczyłyśmy światła jakiejś wioski to było takie uczucie… myśmy uklękły i nic nawet nie mówiąc do siebie, pani Teresa i ja, ucałowałyśmy ziemię. Dostałyśmy się, ale nie tak od razu, do wioski, w której mieszkali Polacy. Ludzie nie chcieli nas, o dziwo, przyjąć, dopiero wójt tej wioski przyjął nas i rano odwiózł do Piotrkowa. Pani Teresa spotkała swojego synka, Krzysia i całą rodzinę. Ja wiedziałam, że w Krakowie mieszkał brat mojej mamy. Napisałam do niego list, ale nie znałam adresu i kiedy siostra pani Teresy jechała do Krakowa, znalazła na poczcie adres wujka i wrzuciła ten list do skrzynki, bo nie miała już czasu, by go oddać.

Tego dnia kiedy przyszedł mój list, pierwszym pociągiem do Piotrkowa przyjechał mój brat. Ja go w pierwszej chwili nie poznałam, dopiero jak się uśmiechnął. Okazało się, że też był w Pruszkowie i udało mu się stamtąd wydostać. Opowiedział, że wzięli go w Warszawie do niewoli i kiedy pędzono go do Pruszkowa, skoczył do rowu znajdującego się blisko drogi, jednak Niemcy idący tym rowem, potknęli się o niego. Na szczęście udało mu się wyskoczyć i wmieszać się tłum. W obozie spotkał naszą dawną sąsiadkę, Danusię Sikorską, która pracowała w szpitalu i napisała, że Andrzej jest ranny. Nie mogli w szpitalu go trzymać, on był oczywiście wynędzniały, ale nie był ranny i w związku z tym zorganizowali mu ucieczkę. Dostał po jakimś czasie ubranie, w nocy go przeprowadzili i mieszkał u jakiegoś inżyniera w Pruszkowie, bo Niemcy szukali na peronach, więc Andrzej musiał być ukryty. Świetnie zorganizowali to wszystko. Po kilku dniach Andrzej akurat trafił do Krakowa i odszukał wujka.

Andrzej zabrał mnie do Krakowa, bo tak życzył sobie wujek. Mieszkałam u wujka, a Andrzej w jakimś takim specjalnie zorganizowanym ośrodku dla AK-owców, warszawiaków, byłych żołnierzy. Jak wkroczyli Rosjanie, oni musieli rozproszyć się i uciekać. Andrzej zabrał mnie do Warszawy, bo myśmy chcieli wrócić. Jechaliśmy przez Lublin, najpierw samochodem, potem pociągiem. Pociąg zatrzymał się daleko, na Pradze, i musieliśmy dalej iść piechotą. Szczęśliwie otworzyli ten most drewniany biegnący do Karowej. Myśmy musieli przejść, w zimie, właściwie przez całą Warszawę, bo rodzina mamy – babcia, dwie ciocie i inni krewni – mieszkała w Gołąbkach. Na Wolskiej trafiliśmy na spalony dom stryja, brata ojca, który miał tam duży dom z ogrodem – ale tam były właściwie tylko zgliszcza i szczątki ludzi. Poszliśmy dalej i w końcu dotarliśmy do Gołąbek.

Babcia, rozczulona, zaczęła płakać, kiedy nas zobaczyła. Nagle ciocia wychyliła się, bo ktoś stukał w okno. Wybiegłam, a tam stała moja siostra Hanka. Myśmy w jednej godzinie trafili do Gołąbek. Ale to już jest historia rodzinna. W każdym razie myśmy się uratowali i długi czas mieliśmy nadzieję, że ojciec wróci z tego obozu, ale niestety, dostaliśmy zawiadomienie z Czerwonego Krzyża o jego śmierci. Ojciec zginął w listopadzie w tych kamieniołomach w Mauthausen.

To jest taka historia, którą ja może niezbyt składnie opowiedziałam, ale pamiętam to wszystko, bo to były bardzo niespokojne czasy.

 

 

Powiązane hasła

”None