menu

Banek Andrzej – Mój dom

Banek Andrzej – Mój dom

 Andrzej (wł. Hieronim Andrzej) Banek, ur. w 1931 roku, podczas Powstania mieszkał wraz z rodzicami oraz starszymi braćmi – Henrykiem (ur. 1926) i Tadeuszem (ur. 1929) na warszawskiej Woli. W pierwszych dniach sierpnia rodzina, słysząc pogłoski o bestialskim traktowaniu przez Niemców mieszkańców dzielnicy, przedostała się na Stare Miasto. 2 września, po kapitulacji Starówki, Andrzej Banek wraz z rodzicami i braćmi zostali wygnani z Warszawy i osadzeni w obozie Dulag 121. Podczas selekcji Henryk Banek został odłączony od bliskich i wysłany do obozu w Dachau. Reszta rodziny trafiła do obozu przejściowego w Boguminie, a następnie do miejscowości Krondorf na roboty przymusowe w wytwórni wód mineralnych, a po paru miesiącach – do Saaz. W maju 1945 roku Andrzej Banek wrócił do Warszawy. Zobaczył miasto zrujnowane, ale wciąż mu bliskie. „Na szczycie mostu odwróciłem się i spojrzałem na Warszawę, na pustynię gruzów, która ani na chwilę nie przestała być moim miastem.”- pisze we wspomnieniu, którego obszerny fragment zamieszczamy poniżej. Całość relacji została opublikowana w wydawnictwie Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo („Moje wojenne dzieciństwo”, tom nr 3, wspomnienie pt. „Mój dom”).

Andrzej Banek, 1943 r. Fot. z pryw. arch.

[…]Pamiętam, że to był wtorek. Byłem umówiony ze starszymi braćmi około godziny 15 na Grzybowskiej, jakieś kilkadziesiąt metrów na wschód za ulicą Ciepłą. Była tam filia fabryki Doeringa [Fabryka Wilhelm Doering Aparattebau mieściła się prawie naprzeciw naszego domu, przy ulicy Okopowej. Produkowano tam m.in. jakieś części do samolotów – przyp. autora], gdzie bracia pracowali fizycznie. Czekając na nich snułem się tam i z powrotem nie tracąc z oczu wejścia do fabryki. Ruch na ulicy był tego dnia bardzo duży. I było co oglądać. Jedni spieszyli się gdzieś, nawet biegli, inni dźwigali jakieś towary do i ze sklepów, jeszcze inni – i ci najbardziej utkwili mi w pamięci – zachowywali się „podejrzanie”. Różnili się od pozostałych przechodniów przede wszystkim ubraniem. Tylko oni mieli popelinowe płaszcze, niektórzy z nich oficerskie buty, a trzeba wiedzieć, że był to naprawdę ciepły dzień. Wszyscy oni szli w stronę Ciepłej. Jedni powoli jakby spacerem, przyglądając się jednak bacznie dookoła. Po dojściu do skrzyżowania z Ciepłą jakby się komuś kłaniali. Zaintrygowało mnie to. Chwilę potem przeszło koło mnie dwóch panów podobnie ubranych, ale dźwigających duże i wyraźnie ciężkie walizy. Poszli za tamtymi.

Nie minął kwadrans, a cała ta scena powtórzyła się. Jeden z braci wyskoczył na chwilę, żeby mi powiedzieć, że Niemcy zwolnią robotników dopiero po załadowaniu jeszcze jednego samochodu. Czekałem więc dalej, podglądając życie ulicy. Od strony Twardej środkiem jezdni szła około dziesięcioosobowa grupa młodych ludzi – w tym i kobiety – ubranych w granatowe, strażackie kombinezony. Niektórzy przechodnie idący z tamtej strony zaczęli uciekać. Po chwili i ja zobaczyłem, że ci „strażacy” są uzbrojeni, a panie mają na rękawach opaski z czerwonym krzyżem

Grupa ludzi w kombinezonach weszła do portierni policyjnej [Chodzi o tzw. granatowych, czyli polską policję, która w czasie okupacji została podporządkowana władzy hitlerowskiej i przez nią „zreorganizowana” – przy. autora] na Ciepłej. A ja przyglądałem się z daleka metalowej ozdobie w kształcie głowy konia, która wieńczyła bramę wejściową. Z lewej strony znajdowało się wąskie wejście do tej portierni. Chwilę potem wyniesiono i położono przed nim nie ruszającego się granatowego. Coraz więcej ludzi w panice uciekało z tego miejsca, jedni wprawo, inni w lewo, a tu i ówdzie słychać było, że to napad. Wtedy na skrzyżowaniu pojawił się jeden z takich panów w popelinie i spokojnie, ale stanowczo nakazał szybko wracać do domów, bo nie wiadomo kiedy akcja się skończy. Wziąłem nogi za pas i puściłem się biegiem Grzybowską w stronę Żelaznej. Im dalej biegłem, tym mniej było takich jak ja, a coraz więcej ludzi idących spokojnie. Więc zwolniłem. Kiedy doszedłem do rogatek [Na skrzyżowaniu Okopowej i Przyokopowej z Towarową, Chłodną i Wolską – przyp. autora], uspokoiłem się zupełnie. Akurat wtedy przejeżdżał przez to skrzyżowanie duży oddział wojska. Żołnierze byli zmęczeni; jechało wielu rannych, ale byli dobrze uzbrojeni i nadal groźni. Musiałem czekać na jakąś przerwę, żeby przejść przez jezdnię w stronę Kercelaka [Trzeba pamiętać, że od dłuższego już czasu przejeżdżało przez Warszawę ze wschodu niemieckie i węgierskie wojsko, uciekające przed zbliżającym się frontem. Główny ruch tych wojsk odbywał się właśnie ulicą Chłodną i Wolską. Mój dom znajdował się po drugiej stronie tego traktu, za Placem Kercelego. Przypomnę, że po kolejnym spaleniu bazaru Kercelego, już go nie odbudowano i teraz świecił pustką. – przyp. autora]. Potem tylko do Leszna, jeszcze ze sto metrów Okopową i będę w domu. Tak mi się wydawało.

Właśnie stamtąd nagle rozległy się strzały i odgłosy wybuchających granatów. Niemcy z transportu ze wschodu zatrzymali się, rozejrzeli, uznali chyba, że nic im nie zagraża i pojechali dalej. Kilku golasów wyskoczyło z basenu przeciwpożarowego  [Na wysokości ul. Ogrodowej znajdował się duży zbiornik przeciwpożarowy, a po stronie dawnej poczty, czyli wschodniej, długi żelbetonowy schron. Ten zbiornik latem służył okolicznym chłopakom za bezpłatny basen. – przyp. autora] i nawet się nie ubierając popędziło w kierunku najbliższych domów. Przechodnie w popłochu uciekali na wszystkie strony. Ja też. Ale musiałem wybrać jedną. Najkrótsza droga, przez pusty plac, była zamknięta, bo tam właśnie strzelali.

Zdecydowałem się pójść do ciotki, która mieszkała w domu Wawelberga na Górczewskiej. Przy Karolkowej stał tajemniczy pan w popelinie (ten już był uzbrojony w pistolet maszynowy) i uspokajał przechodniów. Podobnie jak ten z Grzybowskiej namawiał przechodniów, żeby jak najszybciej wrócili do domów. Zbliżałem się do Młynarskiej, gdy ktoś krzyknął, że od strony Skierniewickiej zbliża się czołg. Wszyscy rzuciliśmy się biegiem w głąb Młynarskiej. Bez tchu wpadłem do bramy na rogu Leszna. Znów krzyk, że Niemcy są tuż i zabierają napotkanych ludzi. Okazało się, że byli to Polacy ubrani w panterki, uzbrojeni i zaopatrzeni w biało-czerwone opaski. Dopiero oni wyjaśnili, że to Powstanie, że Niemcy zostaną wypędzeni z Warszawy i że znów będzie wolna Polska. Radość była nie do opisania. Mieszkańcy okolicznych domów przystąpili do budowy barykady w poprzek ulicy Leszno. W głębi Młynarskiej, w pobliżu ewangelickiego cmentarza, widać było wyrzucane z okien meble. Tam też budowano barykadę. Był 1 sierpnia roku 1944.

* * *

Powstańcy przestrzegali, że dojście do domu Wawelberga jest niebezpieczne. Musiałem zrezygnować z planu pójścia do ciotki. Pod wieczór przeszedłem przez barykadę i dalej Lesznem do bramy szpitala. Potem skok przez ostrzeliwaną Karolkową i dalej zupełnie spokojnie doszedłem do ostatniego domu przed skrzyżowaniem z Okopową. Jedno wejście znajdowało się od strony Leszna, drugie wychodziło na Kercelak. Przez nie widziałem kolumnę wojskowych samochodów stojących wzdłuż Okopowej, odgradzającą mnie od domu. Zostałem na noc z innymi nie mogącymi wrócić do domów „rozbitkami”. Mieszkańcy poczęstowali nas kanapkami i gorącą herbatą. Spaliśmy w piwnicy na siedząco.

W nocy – trudno to sobie wyobrazić, ale to fakt – przyciągnięto przed dom wagon tramwajowy. Kto i jak to zrobił – nie wiem. Do rana został przewrócony na bok, stanowiąc później trzon barykady na Lesznie.

Wcześnie rano, jeszcze było szaro, wyjrzałem znów na Okopową, w stronę domu. Ulica była pusta, z daleka dochodziły odgłosy pojedynczych strzałów. Nie miałem na co czekać. Wraz z jeszcze dwiema osobami wyskoczyłem przez bramę i biegłem w poprzek skrzyżowania na skrót. Tuż przed chodnikiem zatrzymałem się zaszokowany widokiem leżącego mężczyzny prawie na pól przeciętego serią z karabinu maszynowego. Stężała krew i sino-żółta twarz prześladowały mnie przez wiele dni.

Krzyk osoby przebiegającej obok oderwał mnie od tego miejsca. Biegłem dalej chowając się we wnętrzach mijanych bram. Sąsiedzi już z daleka wołali: Jak dobrze, że jesteś! Rodzice się martwią. A gdzie twoi bracia? Oni wrócili dopiero za dwa dni.

* * *

Mój ojciec tego dnia, jak zwykle po skończonej pracy, wyszedł z garbarni Pfeifra [Garbarnia Pfeifra znajdowała się na Okopowej naprzeciwko cmentarza żydowskiego – przyp. autora] i skierował się do domu. Zdziwił się trochę, że ulica jest tak pusta. Na skrzyżowaniu z Dzielną zaskoczyło Go, że z Tytoniowej [Na Dzielnej znajdowała się fabryka papierosów, potocznie nazywana Tytoniową – przyp. autora] ktoś wyrzucał przez okna jakieś skrzynie i deski na leżący na ulicy duży stos podobnych rzeczy. W pobliżu Kaczej ktoś pochylony, jakby się przed czymś krył, przeskoczył na drugą stronę ulicy. Ojciec szedł dalej spokojnie, aż do samego domu nieświadom grożącego mu niebezpieczeństwa, bo… niczego nie słyszał. Jak pisałem, od wypadku w 1939 roku systematycznie pogarszał mu się słuch. O wybuchu Powstania dowiedział się dopiero od sąsiadów w bramie naszego domu. W fabryce Doeringa ulokował się jeden z powstańczych oddziałów. Mama wraz z kilkoma sąsiadkami zgłosiła się do prac pomocniczych. Przygotowywały jedzenie dla walczących. Z jednego z pomieszczeń fabrycznych dochodził krzyk i szlochanie, niekiedy wręcz wycie ludzkie. Nie był to ranny żołnierz, a kobieta, Ukrainka, która trafiła tu wraz z mężem, jeńcem wojennym. Mieszkała w jakiejś klitce na terenie fabryki. Rano jej mąż jako kierowca ciężarówki wyjechał. Została tak zupełnie bezradna z kilkuletnim synkiem, w obcym kraju. Pod wieczór mama zabrała ich do naszego domu, nie bez trudu zresztą, gdyż ona upierała się, że musi czekać na męża, bo on na pewno wróci i będzie jej tam szukał. W domu trochę się uspokoiła, a chłopakiem ja próbowałem się zająć. Ojciec, który znał dobrze rosyjski z czasów zesłania [Mój dziadek za działalność niepodległościową (na początku wieku) zesłany został do dalekiej Rosji, dokąd wywieziono go z całą rodziną- przy. autora], pomagał nam się porozumieć.

Chyba w piątek mama wróciła z fabryki wcześniej niż zwykle, zupełnie roztrzęsiona. Opowiadała o rozmowie z pewnym porucznikiem, dowódcą kilkudziesięcioosobowego oddziału, który bronił się na terenie cmentarza na Młynarskiej. Po kolejnej akcji do kwatery wróciło tylko kilkunastu żołnierzy, pozostali zginęli. Oficer jako dowódca czuł się odpowiedzialny za ich śmierć i postanowił odebrać sobie życie.

Już wtedy dochodziły nas wieści o okrucieństwach, jakich dopuszczali się żołnierze niemieccy na mieszkańcach Woli. Właśnie w ową sobotę mówiono, że Niemcy zajęli sąsiednią ulicę. W domu zawrzało. Jedni nie chcieli uwierzyć w opowiadania o bestialstwie Niemców i postanowili nie ruszać się z miejsca. Inni, w tym i moi Rodzice, uznali za bezpieczniejsze zostawić mieszkanie i uciekać tam, gdzie – jak mówiono – jest względny spokój, w stronę Starego Miasta. Pamiętam, że część lokatorów skierowała się w stronę Śródmieścia. Ukrainka z synem postanowiła zostać, czekać na męża!

Zanim opuściliśmy dom zdarzyło się coś, co choć nie miało w tej sytuacji żadnego znaczenia i było raczej groteskowe, podbudowało nas nieco psychicznie. Otóż Powstańcy przyprowadzili niemieckiego jeńca. Miał na sobie piękny, wojskowy kombinezon w barwach ochronnych. Ktoś chciał zabrać ten mundur jako cenne trofeum i przebrać żołnierza w cywilne ubranie. Okazało się to niemożliwe, a powód był prozaiczny. Ten „szkop” butny, pewny siebie wśród swoich, wystraszył się nas tak bardzo, że… zapaskudził spodnie.

* * *

Przeczuwałem, że do domu już nie wrócimy i nic nie zostanie z moich „skarbów”, z całego domowego dobytku. Wybrałem garść ze zbioru rodzinnych fotografii, może kilkanaście, skrzętnie zapakowałem i zabrałem ze sobą. Nie wiem dlaczego właśnie zdjęcia i skąd w ogóle 13-letniemu chłopcu przyszło to do głowy. Przecież było w domu wiele innych, nie mniej cennych drobiazgów. Może tamte wydały mi się za duże? Dziś żałuję oryginalnej rosyjskiej bałałajki przywiezionej przez ojca ze zsyłki i pochodzących stamtąd szachów. Były one naprawdę niezwykłe – zrobili je bardzo misternie polscy zesłańcy z czarnego i białego chleba.

Z niemałą satysfakcją stwierdzam, że do dziś te parę zdjęć stanowi skromną, a przez to tym bardziej cenną pamiątkę mojego dzieciństwa. Niewiele to, ale jest.

Z tych pamiątek, bezpowrotnie straconych, które zostały tylko w mojej pamięci, chciałbym przywołać jeszcze oryginalny, wyposażony w imponującą tubę nagłaśniającą, gramofon. Urządzenie napędzała sprężyna naciągana korbką. Z posiadanych płyt zapamiętałem piosenkę „Wieczorny dzwon”, śpiewaną przez chór męski. Podobały mi się zwłaszcza basy, które dudniły jak dzwony w tle sentymentalnej melodii. (Zaś u sąsiadów słychać było z – napędzanego elektrycznie – patefonu: „Leci bombowiec, trójmotorowiec. On nad nami władzę ma. Z góry odpowiada Kraków – Kanada. Bum stradiradiradira” albo „Łóżko tyle rzeczy wie. Łóżko nic nie powie, nie. Łóżko takie właśnie ja mam.” Okazało się, że moja pamięć, która wymazała wciągu kilkudziesięciu lat wiele rzeczy, zachowała właśnie fragmenty tych piosenek).

Zabraliśmy ze sobą parę tobołków i wraz z kilkoma innymi osobami z naszego podwórza przeszliśmy przez dziurę w ścianie spalonej fabryki Webera. Kilka metrów dalej niewiele brakowało, a mama nadepnęłaby na niewypał pocisku granatnika. Na szczęście ma on tak charakterystyczny kształt, że w porę go zobaczyłem i ostrzegłem mamę. Przez dziury w ścianach i piwnicach, przeskakując barykadę na Wroniej, przez Żelazną i Leszno doszliśmy do Solnej. Postanowiliśmy zostać na noc w piwnicy jakiegoś domu, w której było jeszcze dość miejsca[Ulica Solna to fragment dzisiejszej alei Jana Pawła II. Zachował się jeden dom z tamtych czasów, blisko kina Femina. To w nim właśnie, jak sądzę, skryliśmy się wtedy – przyp. autora]. Po chwili wbiegło kilku cywilów z krzykiem, że Niemcy są w podwórzu tego domu. Po chwili pojawili się Powstańcy. W panice uciekaliśmy przebitymi w piwnicach przejściami, aż do Orlej.

Z dużymi trudnościami doszliśmy do Długiej w okolicy Arsenału. Domy paliły się po obu stronach ulicy. Szliśmy środkiem zasłaniając się rękami przed żarem buchającym raz z jednej, raz z drugiej strony. Dopiero za Barokową zrobiło się spokojnie. Ludzie nawet przechadzali się po ulicy. W lepszym nastroju przeszliśmy przez plac Krasińskich w stronę Bonifraterskiej. (Mieliśmy znajomych na Bielanach). Odgłosy strzelaniny dochodziły od strony wiaduktu nad torami kolejowymi dworca Gdańskiego. Doszliśmy do częściowo zniszczonych murów getta. Nieliczni żołnierze usiłowali uspokoić wygłodzonych cywili przepychających się w stronę Stawek, gdzie – jak mówiono – były świeżo zdobyte magazyny pełne żywności. Kilka pocisków armatnich, które upadły w pobliżu, wypłoszyło nas stamtąd. Nawet nie próbowaliśmy dostać się do tych magazynów. Zawróciliśmy. Przed kościołem garnizonowym skręciliśmy w stronę Freta. Tu był błogi spokój. Nawet jakiś sklep był otwarty. Zaczęliśmy schodzić Mostową w dół. Ale gdzie pójdziemy dalej? Dalej była Wisła.

Sztukasy usłyszeliśmy przy szóstym, czy siódmym domu licząc od Freta. Wbiegliśmy do jakiejś bramy, a potem wpadliśmy do piwnicy. Była tak niska, że nawet ja musiałem się schylić, by nie nabić sobie guza. Był straszny tłok. Pośród „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario” usłyszeliśmy narzekania, że i tak jest tu ciasno bez obcych i że powinniśmy siedzieć w domu zamiast włóczyć się po mieście. Upadły pierwsze trzy bomby. Nastąpiła znana już nam chwila przerwy – samoloty okrążyły bombardowaną okolicę. Nie czekając na dalsze narzekania wyskoczyliśmy na ulicę, pobiegliśmy w górę i ledwo zdążyliśmy wpaść do jednej z bram, kiedy wszystko zatrząsało się dookoła. Pierwszy wybuch był bardzo blisko, drugi już trochę dalej, więc trzeci tym bardziej nam nie zagrażał. Wyjrzeliśmy z bramy – dom, z którego uciekliśmy, zniknął. Wszyscy, którzy kryli się w jego piwnicy, zostali żywcem pogrzebani.

* * *

Wróciliśmy na Długą. Weszliśmy na podwórze trzypiętrowego domu. Chyba z numerem 8. Dobrze je pamiętam. To było typowe podwórze-studnia. Z lewej ślepa ściana sąsiedniej posesji, z prawej oficyna, a w budynku naprzeciw bramy – przejście na drugie podwórko, w którym – jak się później okazało – był warsztat stolarski. W części frontowej z prawej było mieszkanie dozorcy, z lewej – wejście do piwnicy (zresztą bardzo przestronnej). Nikt nas nie wypędzał, przeciwnie – mieszkańcy domu zachęcili nas do zatrzymania się w tej piwnicy. Słyszeli co dzieje się na Woli. Początkowo nawet przynosili nam co nieco do jedzenia. Spało tam około 30 osób, oczywiście pokotem na podłodze. Tak przetrwaliśmy do kapitulacji Starówki, to jest do 2 września.

Jedno piętro zajmował kilkudziesięcioosobowy oddział Powstańców Armii Krajowej. Prawie każdego wieczoru odbywała się ceremonia słuchania przez radio wystawione w oknie dowództwa oddziału wiadomości z Londynu, poprzedzanych chorałem („Z dymem pożarów…”). Ta muzyka wywoływała protesty oburzenia, bo wszyscy chcieliśmy zachować nadzieję, a nie rozpaczać. Od połowy sierpnia do tych wieczornych wiadomości ze świata dołączyło głuche dudnienie artylerii od strony Pragi. I to one dawały nam prawdziwą nadzieję. Któregoś wieczoru ktoś głośno mówił o tym na podwórzu. Dowódca akowski ostrym głosem kategorycznie wykluczył możliwość jakiejkolwiek współpracy z komunistami. Powstańcy sami wyzwolą Warszawę i powołają swój rząd. Cywile nie mieli już takiego entuzjazmu, jak w pierwszych dniach Powstania, więc wyrażali swoje niezadowolenie. Była wtedy scena strzelania na postrach w asfalt i nawet przypadkowego skaleczenia stojącej w pobliżu kobiety.

Moi bracia za wykonywanie rozmaitych prac pomocniczych dla tego oddziału Powstańców, m.in. za pomoc w przenoszeniu zaopatrzenia z Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych na Sanguszki, dostawali suszone kartofle. Można je było jeść również na surowo. Czasami trochę cukru, a kiedyś nawet chleb i żyto (które gotowaliśmy jako kaszę). Gotowało się na podwórzu, na „kuchni” utworzonej z dwóch cegieł. Na tym stawiało się garnek, a pod spodem rozpalało ognisko. Drewno braliśmy z warsztatu stolarskiego z drugiego podwórza.

Tam, na parterze, miał swoją kwaterę kilkuosobowy oddział wojska ludowego, jak wtedy mówiono „z lasu”. Raz w czasie przyjęcia weselnego partyzanckiej pary (na które zaproszono też akowców) miała miejsce awantura z wyzwiskami od czerwonych bolszewików i zgniłych kapitalistów. Ale na barykady chodzili w zgodzie.

Około połowy sierpnia Powstańcy przyprowadzili krowę – prawdziwą, żywą krowę. Biedne zwierzę nie miało żadnych szans. Zbyt dużo głodnych czekało na kawałek mięsa. Została zastrzelona i podzielona na naszych oczach, na tym podwórzu. Oczywiście i my, cywile, dostaliśmy trochę. To było wielkie święto.

Mama często pomagała przy opatrywaniu rannych. Pewnego dnia zabity został żołnierz oddziału z tego podwórka, chłopak niewiele ode mnie starszy, którego widziałem parę dni wcześniej dźwigającego na ramieniu zdobyczny karabin, o wiele za duży na niego. Chłopiec został pochowany ze wszystkimi honorami na skrawku ziemi obok warsztatu stolarskiego. Żegnali go koledzy z oddziału i prawie wszyscy mieszkańcy kamienicy, łącznie z nami, uciekinierami. Mama zajęta przy rannych nie mogła wziąć udziału w pogrzebie. Powiedziała, że przyjdzie się pomodlić następnego dnia. Nie zdążyła. Następnego dnia, wcześnie rano był tam już tylko głęboki lej po pocisku. Po tym niezwykłym żołnierzu pozostała pustka i może, przechowywane w pamięci paru osób, wspomnienie. Kiedy przechodzę dziś Podwalem koło Pomnika Małego Powstańca, o nim właśnie myślę.

* * *

Krótko po tym tragicznym dniu, podczas układania opału do gotowania posiłku, usłyszeliśmy zgrzyt szafy [Nazywanej również krową. Byt to znany nam odgłos wyrzutni pocisków burzących lub zapalających.- przyp. red.]. Obliczaliśmy, że około dziesięciu pocisków powinno się znajdować w powietrzu i uciekliśmy biegiem do piwnicy. Od usłyszenia tych zgrzytów do wybuchu upływało sporo czasu, co najmniej kilkadziesiąt sekund. To wystarczało, aby się ukryć. Czekaliśmy w napięciu dość długo, stojąc w drzwiach piwnicy, a wybuchów nie było. Pomyśleliśmy, że tym razem strzelali w stronę Żoliborza i że nie słychać wybuchów, bo wiatr wieje w inną stronę. Na podwórze wyszedł mój tata, ja i jeszcze jakiś pan. Trzymałem grubą deskę, a tata zamachnął się siekierą, żeby ją przerąbać, kiedy rozległ się ogłuszający huk. Dym, kurz, błysk wypełniły podwórze w ułamku sekundy. Skurczyłem się, jakby to miało mnie ochronić i wtedy poczułem szarpnięcie. Ojciec ciągnął mnie w stronę piwnicy. Poderwałem się. Zobaczyłem jeszcze przed sobą olbrzymią kulę ognistą, która rozpadła się pod moimi nogami, dopadłem pierwszego schodka prowadzącego do piwnicy i ocknąłem się już na dole w ramionach ojca. Nikomu z nas nic się nie stało, nie licząc drobnych skaleczeń na łydkach i rękach. W chwilę potem ucichło i można już było wyjść. W powietrzu snuł się nieprzyjemny zapach środka zapalającego, który wypełniał pociski. Uderzyły nie gdzieś tam, dalej, a TU, w NASZ dom. Wszyscy biegli gasić pożar w głębi podwórza. Część kamienicy rozwalona była aż do parteru, ale nikomu nie stała się krzywda. W miejscu, gdzie staliśmy z ojcem w chwili wybuchu stała wbita w ziemię gruba stropowa belka. Przypadek? Szczęście? Może zupełnie coś innego…

* * *

Pamiętam budowę barykady w poprzek Długiej, pomiędzy placem Krasińskich a Kilińskiego. Nosiłem wtedy z kolegami płyty chodnikowe. Były ciężkie, ale nosiliśmy ich dużo. Wracając zdobyłem… czy znalazłem, a może ukradłem – dziś nie potrafię tego nazwać – tłuczek do kartofli z miejsca, w którym jeszcze kilka dni wcześniej znajdował się sklep z artykułami gospodarstwa domowego. Przestał istnieć wraz z całym narożnikiem domu. Ta „zdobycz” nie miała zresztą żadnej wartości praktycznej, bo nie było co tłuc.

Przechodziliśmy z chłopakami z podwórka koło tej barykady jeszcze raz, kiedy dowiedzieliśmy się o zestrzeleniu samolotu niosącego pomoc dla Warszawy. Samolot spadł na Miodową. Nie pozwolono tam iść, był to okres, w którym nie można już było swobodnie przechodzić przez plac Krasińskich.

Z zupełnie innego powodu nie pozwolono nam obejrzeć skutków wybuchu czołgu-pułapki przy ul. Kilińskiego. O tym, co tam się działo dowiedzieliśmy się od mężczyzn, którzy pomagali zbierać zabitych po tej tragedii. Nawet im, dorosłym, trudno było o tym mówić. Oni zbierali nie ludzi, a fragmenty ciał rozsianych przez wybuch.

W drugiej połowie sierpnia podczas nocnych zrzutów alianckich oglądaliśmy niebo w prostokącie naszego podwórka-studni. Widok był urzekający, pomimo dramatyzmu chwili. Niebo przecinały snopy świateł reflektorów, rzadko zatrzymujące się na jaśniejących sylwetkach samolotów i przelatujące w różne strony kolorowe pociski świetlne. Tam na górze rozrywały się pociski dział przeciwlotniczych. Czasem po dachach stukotały spadające jak grad odłamki. Jeden z nich, mały i jeszcze gorący oparzył mi rękę. Przez wiele lat nosiłem go jako talizman, ale gdzieś się zapodział.

* * *

Pierwszego września 1944 roku na dogorywającej Starówce już ani przez chwilę nie myślałem o szkole. Chęć poznania jednak pozostała. Kiedy zobaczyłem otwarty kanał na jezdni ulicy Długiej, postanowiłem sprawdzić jak tam jest. Na dole ktoś był, widać było dość jasne, migające światło. Nikt tego włazu nie pilnował, więc wsunąłem się do środka, zszedłem 2, może 3 metry i spojrzałem w górę. Sobą zasłoniłem to światło na dole, było ciemno i ciasno. Nad głową zobaczyłem małe kółko jasnego nieba, bardzo małe kółeczko. Nie starczyło mi odwagi, aby zejść głębiej; Czekający na górze koledzy z podwórka w ogóle zrezygnowali z pogłębiania wiedzy o kanałach.

* * *

Drugiego września obudziła nas dziwna cisza. Nie było słychać ani dział, ani samolotów, ani strzałów karabinowych. Ktoś przyniósł wiadomość, żeby wychodzić z białą chusteczką w podniesionych do góry rękach. Reszta Powstańców poprzedniego dnia przeszła kanałami do Śródmieścia. Podeszliśmy do Freta, w kierunku PWPW [Czyli Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych na Sanguszki – przy. red.], ale ulicy już nie było. Domy po obu stronach były całkowicie zburzone, szliśmy po gruzach, spod których bardzo rzadko wyzierała jezdnia. Wielu ludzi płakało. Nie było miasta, a tylko pustynia z kikutami pojedynczych ścian i kominów. Wszędzie unosił się ostry swąd spalenizny.

Zaskakujący był obraz ukrytego przy grubym murze powstańca i stojącego po przeciwnej stronie tego samego muru niemieckiego żołnierza. Doszliśmy do fortu Traugutta i za budynkiem z czerwonej cegły kazano nam się zatrzymać. Przed nami, na małym wzniesieniu znajdowało się stanowisko ogniowe artylerii. Od strony Starego Miasta bez przerwy dochodzili do nas nowi ludzie. Wydawało się dziwne, że aż tyle ludzi uchowało się w takich ruinach. Na bardzo małej wysokości przeleciał nad naszymi głowami sztukas, tym razem tylko strasząc. Żołnierze z obsługi działa zaśmiali się. Niespiesznie ładowali pocisk za pociskiem i strzelali w stronę Starego Miasta. Wiedzieliśmy – i oni też dobrze to wiedzieli – że tam już nikogo nie ma. Stojąc za działem patrzyłem na cień lecącego pocisku, a potem, po kilku sekundach na unoszące się w powietrze belki, kawałki dachów i inne szczątki naszych dawnych domów, domów naszych sąsiadów i krewnych, domów, które na naszych oczach przestawały istnieć.

Potem popędzili nas przez Stawki, obok doszczętnie spalonych magazynów wypełnionych puszkami z mięsem, do Okopowej. I wtedy właśnie zobaczyłem mój dom. Był spalony. Całkowicie. Od piwnic aż po dach. Wypalone mury. Szliśmy razem, mama, tata, moich dwóch braci i ja. I nikt nie powiedział ani jednego słowa. Milcząc mijaliśmy to, co zostało z naszego domu.

* * *

W kościele św. Wojciecha na Wolskiej odbyła się rewizja. Osobista również. Byłem zaszokowany widokiem kościelnego wnętrza wypełnionego koczującymi ludźmi. Wielu leżało na posłaniach ze szmat. Na przykościelnym dziedzińcu było podobnie. Wkrótce przeszliśmy w stronę Dworca Zachodniego, załadowano nas do pociągu i zawieziono do Pruszkowa. Pamiętam, że przy przejeździe drogowym – kiedy szliśmy z pociągu do Zakładów Naprawczych Taboru – kilka osób czmychnęło na drugą stronę szlabanu i wmieszało się w stojący tam tłum ludzi, chyba mieszkańców Pruszkowa. Udało im się uciec.

Po prawej stronie, za bramą wejściową stal piętrowy, murowany budynek, z okien którego słychać było śpiew „Lili Marlen”[ Pozostał w pamięci fragment okupacyjnej, ulicznej wersji tej piosenki: Tam przed kasarną blisko Wielkich Radl Tam stała laterna, długo budiet stać/ Tam z tobą dziewica postać chce/ Kak prijdiot wieczier, kak prijdiot dień/ Kak raz Lili Marlen (bis) – przyp. autora]. Stamtąd przyglądali się nam niemieccy żołnierze. Jeden z nich w stronę przechodzącego tłumu rzucił kilka bochenków chleba. Wydaje mi się, że zrobił to w ludzkim odruchu współczucia.

W kanałach hal, gdzie kiedyś naprawiano wagony i na betonowych podłogach gnieździli się ludzie, wśród nich dużo chorych i rannych. Co pewien czas podstawiano pociągi towarowe, do których kierowano ludzi posegregowanych według widocznej kondycji i wieku. Wtedy oddzielono od nas najstarszego brata. Dopiero po wojnie dowiedzieliśmy się, co się z nim stało. Zabrano go do Dachau, do obozu. Uciekł stamtąd wczesną wiosną 1945 r., dostał się do II Korpusu generała Andersa, potem do Anglii. Żyje do dziś w dalekim, obcym kraju, który stał się z konieczności jego drugą ojczyzną.

Naszą czwórkę wywieziono – pamiętam, że przez Katowice i Bogumin – do jakiegoś obozu przejściowego. Tam jeszcze raz nas segregowano, pozwolono umyć się pod prysznicem i pozbawiono włosów. Kobiety, Niemki, goliły także mężczyzn. Głośno wymieniały jakieś uwagi i śmiały się. Kiedy trafił się mężczyzna obdarzony przez naturę wyjątkowo dużym penisem, zbierały się przy nim wszystkie i oglądały jak zwierzaka w zoologicznym ogrodzie. Po kąpieli wszystkim dorosłym zrobiono fotografie en face i z profilu, a potem – jeżeli dobrze pamiętam – przyjeżdżali wozami konnymi niemieccy chłopi i zabierali po kilka osób do swoich gospodarstw. Z tego obozu został mi żelazny numerek, za który dostawało się posiłek. Czy nie starczyło dla mnie, czy z jakiegoś innego powodu go nie odebrałem… nie wiem.

* * *

Nas, całą czwórkę, przewożono z miejsca na miejsce, aż wreszcie na dłużej zostaliśmy w miejscowości Krondorf Warta (na terenie dzisiejszych Czech). Przez całą zimę 1944/1945 pracowaliśmy tam w wytwórni wód mineralnych. Rządził tu niejaki Glass (trzeba było mówić: Herr Glass), były uczestnik walk na wschodzie, gdzie został inwalidą (stracił rękę w płonącym czołgu). Krzyczał, wyzywał nas od Polnische banditen, groził, że pobije za jakiekolwiek „wykroczenie”, ale nigdy nikogo nie uderzył.

W sąsiednich pokojach w baraku mieszkali Rosjanie i Ukraińcy. Początkowo pracowałem przy układaniu schodzących z taśmy skrzynek z wodą. Dopóty, dopóki nie zdarzyło się, że nie zdążyłem zdjąć kolejnej zjeżdżającej z taśmy skrzynki. Za chwilę na nią spadła następna, dużo butelek się potłukło. Zrobiła się straszna awantura.

Przeznaczono mnie do pomocy pewnemu garbatemu robotnikowi, który krajzegą [Piłą tarczową – przyp. autora] ciął bukowe pnie na kilkucentymetrowe plastry. Potem siekierą rozdrabnialiśmy je na kostkę, która stanowiła paliwo do samochodu, napędzanego tzw. silnikiem na holzgas [W czasie wojny dla zaoszczędzenia paliw płynnych opracowano (i wykorzystywano) silniki napędzane gazem, który wytwarzany był z drewna w specjalnym piecu (kotle) przymocowanym do samochodu tuż za szoferką. Stąd nazwa holzgas – przyp. red] .

Droga dojazdowa do tej wytwórni na długości kilkuset metrów obstawiona była z obu stron setkami skrzynek (z butelkami przeznaczonymi do napełnienia) niczym wysokim płotem. Pewnego ranka (było to w początkach 1945) przenosiłem coś na koniec tej alei skrzyń, gdy minęła mnie grupka małych dzieci, chyba z przedszkola, pod opieką dorosłej kobiety. Po chwili spostrzegłem wciskającego się pomiędzy skrzynie chłopaka, który pewnie odszedł na stronę za swoją potrzebą i teraz chciał dogonić grupę. Nie wiedziałem czego się tak boi. W końcu zrozumiałem, że strach paraliżował go z mojego powodu. Dopiero kiedy minąłem go i oddaliłem się kilka kroków, wystrzelił jak z procy i pobiegł do swoich. Dzieci wiedziały, że tu pracują obcokrajowcy i zapewne zostały nauczone, że są to ludzie nie tylko „gorsi”, lecz także bardzo niebezpieczni.

Nie wolno było opuszczać terenu obozu, ale ponieważ brakowało jedzenia często z bratem przechodziliśmy przez most i prosiliśmy o jakąś pracę w okolicznych gospodarstwach. Pamiętam, że we młynie potraktowano nas życzliwie. Przychodziliśmy tam w wolnym czasie, raz pociąć sieczkę dla koni, innym razem posprzątać cały młyn, kiedy indziej podwórze. Za tę pracę dostawałem bochen chleba, który przynosiłem do baraku jak jaki skarb, chowając pod bluzą – jak to dziecko żydowskie wtedy w Warszawie.

Kiedyś, wracając z tej dodatkowej pracy, zauważyłem w niewielkim strumyku, już niedaleko baraku, w którym mieszkaliśmy, utopionego kurczaka. Sprawdziłem tylko jego zapach, ale na szczęście nie zdążył się zepsuć i dumny przyniosłem to trofeum do domu. To było duże święto – zjeść kurczaka, kiedy gotowano nam suszoną brukiew z jakimś innym suszonym „zielskiem” nie do zidentyfikowania. Żałuję, że tylko raz trafiła się taka gratka.

* * *

Coraz częściej przelatywały nad nami do nie znanych celów olbrzymie ilości alianckich samolotów. Lotnicy chronili się przed niemieckimi radarami wyrzucając z góry mnóstwo pociętej na drobne paseczki metalowej folii. Na Boże Narodzenie choinkę zrobiliśmy z kilku gałązek sosny. Właśnie to zbierane w lesie sreberko stało się lametą, jedyną ozdobą naszej choinki. Smutne to były Święta. Wigilię zakłócił jeden z pracowników zakładu, wyciągając z baraku mnie i brata, każąc nam wyrąbać lód z ujęcia wody pitnej dla przyzakładowego osiedla. Ale kiedy wróciliśmy po tej robocie w naszym baraku był gość: pan Tadeusz – nie pamiętam nazwiska – Polak, który gdzieś w pobliżu pracował, a do naszego obozu przychodził w charakterze fryzjera. On przynosił nam wiadomości ze świata czyli z frontu i… nadzieję. Był dla nas duchową podporą. Myślę, że to od niego nauczyliśmy się śpiewać tę piosenkę:

Tam, gdzie dachy słomą kryte pośród drzew,
Tam, gdzie jasne słonko wita ptasząt śpiew,
Tam, gdzie Wisła płynie, wiosną szumi gaj,
Tam jest ma ojczyzna, tam jest polski kraj, bis

Jeśli nie wiesz co tęsknota, co to ból,
Jeśli pragniesz mieszkać pośród łąk i pól,
To pojedź do Niemiec, tam przekonasz się,
Co to jest tęsknota do ojczyzny swej.bis

Pozostały w pamięci słowa i melodia tej piosenki. W 1998 roku w programie telewizyjnym o Niemcach mieszkających kiedyś w Gdańsku usłyszałem piosenkę o ich tęsknocie za utraconą ojczyzną, śpiewaną na tę samą melodię!

* * *

W miarę zbliżania się wiosny, a głównie jednak frontu wschodniego, coraz częściej drogą prowadzącą obok przejeżdżało mnóstwo „wypędzonych” z – jak wynikało z napisów na transparentach -Warthegau. Z terenów, które ja nazywam Wielkopolską, wypędzał ich strach przed Rosjanami. Wojna trwała jeszcze. Dobrze wypasione konie z ledwością ciągnęły wozy wyładowane do granic możliwości wszelkiego rodzaju dobytkiem. Nasi zarządcy stawali się coraz bardziej nerwowi. Widać było rozprzężenie. Poinformowano nas o przeniesieniu dalej na zachód. Rodzice dostali do ręki dokumenty „pracownicze”, bilety kolejowe i (o dziwo!) bez jakiegokolwiek nadzoru kazano nam jechać do Saaz, miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od Karlsbadu.

W drodze mama zdecydowała się zniszczyć moje papiery i odtąd występowałem – nie bez oporów późniejszych zarządców – jako dziecko, nie nadające się jeszcze do pracy. Angażowano mnie tylko wyjątkowo, przeważnie do prac porządkowych.

* * *

W Saaz trafiliśmy do cegielni, zarządzanej przez herod-babę, niejaką Kajzerową. Trzęsła ona całym majątkiem pod nieobecność męża, który oczywiście był na froncie.

Tu z jedzeniem było bardzo krucho, jeszcze gorzej niż w poprzednim zakładzie. Wszyscy (poza mną) pracowali za niewielkie pieniądze i dostawali kartki żywnościowe, które sami realizowaliśmy w mieście. Było już ciepło – może w kwietniu – kiedy ojciec zabrał mnie na takie zakupy. Niewiele tego było. W końcu weszliśmy do piekarni. Przy ladzie stało w kolejce wielu miejscowych Niemców w oczekiwaniu na pachnący, ciepły, akurat przynoszony z zaplecza chleb. I wtedy stała się rzecz dla mnie niepojęta. Ojciec przechylił się nad bocznym kontuarem, sięgnął na najbliższą półkę i zgarnął jeden, a potem drugi piękny, duży bochen chleba. Widział to tylko jeden z małych niemieckich dzieciaków, uczepiony matczynej spódnicy. Ojciec pogroził mu ręką, gestem nakazał milczenie i wolno skierował się do wyjścia. Bez słowa poszedłem za Nim. Szliśmy ulicą szybkim krokiem, ale nie biegnąc. Ulica tym razem wydawała się dłuższa niż zwykle, nieskończenie długa… Udało się. Nikt nas nie gonił. Tata zarządził, że w domu zrobimy niespodziankę. Nic nie mówiąc, usiadł za stołem, odkroił dużą piętkę dla mnie, grubą pajdę sobie, następną podał mamie… Przestraszona nie chciała usiąść. Zaczęły się wymówki, że nie starczy na jutro, a już tym bardziej na następne dni. Wtedy ojciec wyjął zza pazuchy jeszcze jeden bochen i nie tknięte kartki na chleb. Muszę dodać, że jedząc ten chleb nie miałem żadnych wyrzutów sumienia z powodu kradzieży.

W pierwszych dniach maja już zupełnie nie było co jeść. Pamiętam, że mama znalazła gdzieś obierki kartoflane, umyła je i upiekła w brytfannie. Zjedliśmy, nic lepszego nie było.

W przeddzień wejścia Rosjan Kajzerowa zaprzęgła do wozów woły, załadowała je wszystkim, co było cenne i uciekła, zamknąwszy w komórce swoją służącą Rosjankę.

* * *

Po wejściu Rosjan pierwsze i najważniejsze było to, że mogliśmy się najeść do syta. Mama pilnowała, żeby nie obciążać zbytnio organizmu, żeby stopniowo zwiększać porcje. Wielu ciężko chorowało z przejedzenia.

Żołnierze rosyjscy strzelali z karabinu sportowego do wystawionego na podwórze dużego portretu Hitlera. I mnie pozwolili strzelić kilka razy. Cieszyłem się z samego strzelania, bo było to pierwszy raz w życiu, a poza tym, że do Hitlera. Mogłem sobie wreszcie strzelić do niego.

* * *

15 maja wyruszyliśmy w drogę. W stronę domu, w stronę Polski. Do Warszawy dotarliśmy wreszcie w końcu maja. Zapach spalonego miasta poznaliśmy już kilka kilometrów przed Dworcem Zachodnim. Wiedzieliśmy, że miasto jest zniszczone, a mimo to bardzo przeżyliśmy pierwsze przejście przez nie. Najpierw do Alej Jerozolimskich, potem Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem do Nowego Zjazdu. Zatrzymaliśmy się przed zerwanym przęsłem wiaduktu Pancera. Musieliśmy wrócić do Karowej. U jej wylotu, nad Wisłą wspinał się do góry drewniany most [Most Wysokowodny łączył ulicę Karową z Brukową, czyli dzisiejszą Okrzei – przyp. red.] ozdobiony tryumfalną bramą z portretami powojennych przywódców Polski. Na szczycie mostu odwróciłem się i spojrzałem na Warszawę, na pustynię gruzów, która ani na chwilę nie przestała być moim miastem.

Nie mogę nie dodać, że chyba właśnie wtedy, mojego pierwszego dnia pobytu w Warszawie, widziałem egzemplarz „Życia Warszawy” z rysunkiem [Bronisława Linkego – przyp. autora]  powracającego z tułaczki warszawiaka. Klęczącego przed gruzami, które ze współczuciem pochylają się nad nim.

Dzieci na gruzach powojennej Warszawy, 1945 rok. Fot. z arch. Muzeum Warszawy

Praga nie była zniszczona, przynajmniej nie tak jak Warszawa lewobrzeżna. Dotarliśmy do Stryja na Stalową. Dom stał, rodzina przeżyła. Przed nami dotarła tam z tułaczki babcia i ciocia z córką, więc dla nas nie starczyło miejsca. Pamiętam, że ktoś mieszkający na Pradze opowiadał jak strasznie przeżywał Powstanie: Wcale nie mogliśmy spać! Cały czas te pociski i wybuchy po drugiej stronie Wisty!

Ostatecznie znaleźliśmy na ul. Radzymińskiej przyrodnie siostry mojej mamy, które przyjęły nas z otwartym sercem w swoim 12-metrowym pokoju. Mieszkaliśmy tam – jeżeli można tak nazwać pobyt siedmiu osób na takiej powierzchni – przez około trzy tygodnie.

* * *

Na stałe zamieszkaliśmy w spalonym, pustym mieszkaniu bez tynku, a właściwie w czymś, z czego wspólnymi siłami zrobiliśmy w ciągu kilku lat prawdziwe mieszkanie [Na bliskiej Woli, niedaleko miejsca, w którym stal nasz przedwojenny dom. – przyp. autora]

Wkrótce zobaczyłem co zostało z mojej szkoły, tej sprzed wojny. Spalono ją doszczętnie w czasie Powstania. Na fotografii widać tylko wejście, a właściwie miejsce, w którym to wejście kiedyś było. Stoję tam z mamą. Jesteśmy oboje naprawdę chudzi.

Na ścianie mojej ostatniej okupacyjnej szkoły obok cyrylicą napisanego „mirt niet” i wyskrobanych w tynku informacji o tych, co przeżyli, dodałem: Żyję, mieszkam z rodziną przy ulicy…

Taki był mój początek końca wojny, początek powolnego powrotu do normalności.

* * *

Jedna z moich koleżanek szkolnych zamieszkała z rodzicami nieopodal szkoły w łukowato sklepionej bramie. Obok wznosiły się wysoko pionowe ściany pozostałe po zawaleniu się stropów. Silny wicher rozchwiał te niczym nie związane mury i przewrócił je na bramę, która nie wytrzymała takiego uderzenia, zawaliła się grzebiąc odrabiającą lekcję dziewczynę. Była wysoka, szczupła, z gładko uczesanymi, ciemnymi włosami – nie pamiętam nawet jak się nazywała… Udało jej się przeżyć całą wojnę, nawet Powstanie, ale nie dane jej było dożyć dorosłości, macierzyństwa, radości… Dlaczego? Przecież wojna już się skończyła! A to było jeszcze jednym, bezsensownym jej żniwem.

* * *

Wiele lat później, w 1994, zdarzyło mi się wyjechać do Zachodniej Europy. Jechałem pociągiem przez Niemcy: schludne, sterylnie czyste i bogate. Dobrobyt widać było nawet z okna wagonu kolejowego. W Kolonii zrobiłem sobie małą, kilkugodzinną przerwę w podróży i po raz pierwszy od tamtych czasów znalazłem się w miejscu, gdzie dookoła mówi się po niemiecku. Chciałem zobaczyć centrum miasta, a przede wszystkim katedrę, która niemal przylega do dworca. Budowla emanuje prawdziwą starością – nie taką jak warszawskie Stare Miasto, stare tylko z nazwy, bo odbudowane z gruzów kilkadziesiąt lat temu. W kościele był szum, swobodne, głośne rozmowy, flesze aparatów fotograficznych i nic z atmosfery skupienia. Nagle spostrzegłem, że sporo ludzi wchodzi gdzieś po schodach. Poszedłem tam i ja. Na górze okazało się, że to chór. Kiedy już miałem schodzić, ukłoniła mi się jakaś pani w starszym wieku, biorąc za „swojego”. Skinąłem głową w odpowiedzi i czmychnąłem w dół. Zarejestrowałem jedynie, że większość tych ludzi była starsza niż ja. I wtedy właśnie zadałem sobie pytanie – czy któryś z nich był w czasie swojej młodości w moim Kraju? Byłem zdziwiony tym niespodziewanym skojarzeniem, ale stało się. Pytania pędziły dalej… A może to któryś z tych gładko wygolonych, siwiuteńkich panów podpalił mój dom, zabił mojego dziadka…? Kiedy schodziłem po schodach zabrzmiały organy, po chwili usłyszałem pierwsze tony chóralnego śpiewu. Nie mogłem modlić się razem z nimi. „Odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy…” – brzmiały mi w uszach fragmenty pacierza, którego nauczono mnie w dzieciństwie. Nie mogłem. Wyszedłem z kościoła. Co trzeba zrobić, żeby móc wybaczyć?

Dziękujemy Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo za zgodę na publikację materiałów.

Powiązane hasła

”None