menu

Janiszowski Bohdan – Oświęcim

Janiszowski Bohdan – Oświęcim

9-letni Bohdan Janiszowski wraz z 14-letnią siostrą Marią (zwaną Marutką) i babcią, Heleną Okińczyc zostali wypędzeni ze swojego domu na warszawskiej Ochocie i przez „Zieleniak” dotarli do obozu  Dulag 121. Następnie zostali wywiezieni z Pruszkowa do KL Auschwitz. Pobytu w obozie nie przeżyła jego siostra Maria, a on sam wraz z babcią doczekał wyzwolenia obozu. Pomimo leczenia w szpitalu św. Łazarza w Krakowie Bohdan Janiszowski nie powrócił do zdrowia i zmarł w 1949 r. w Warszawie.

Oświęcim

Dnia 1 sierpnia 1944 r. o godzinie 5 po południu wybuchło powstanie. Mamusia wyszła do miasta i nie wróciła już do nas. Zostałem z siostrzyczką moją Marutą i Babcią. Ja miałem lat 9, Maruteńka 13 a Babcia 78. Z początku myśleliśmy, że to jakaś ze zwykłych strzelanin, które były w Warszawie dość często, ale później zorientowaliśmy się, że to powstanie. Przez pomyłkę Mamusia zabrała ze sobą klucz od drzwi wejściowych i nie mogliśmy zejść do piwnicy. Maruteńka nie wiedziała co zrobić, bo drzwi otwartych nie można było zostawić, bo okradliby mieszkanie, a gdyby zatrzasnęła drzwi, to do mieszkania nie moglibyśmy się dostać. W końcu jednak zdecydowała się zatrzasnąć drzwi, bo postanowiła otworzyć je wytrychem wziętym od dozorcy. Gdy zeszliśmy do piwnicy okazało się, że jest straszny tłok, bo moc osób było zupełnie obcych, które przyszły do znajomych z wizytą i wrócić do domu nie mogły. Późnym wieczorem ludzie zaczęli rozchodzić do swoich piwnic lub do domów, jeśli ktoś mieszkał bardzo blisko, bo strzały się trochę uspokoiły. Jednocześnie i moja Maruteńka poszła do mieszkania sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Gdy wróciła do nas powiedziała, że na naszym podwórku było dwóch powstańców z karabinami maszynowymi i opaskami biało-czerwonymi na ręku. Strasznie chciałem ich zobaczyć, bo już tak dawno nie widziałem polskich żołnierzy, a z ‘39 r. nie pamiętałem, bo wtedy byłem jeszcze bardzo mały. Niestety nie zobaczyłem ich już. I tak się złożyło przez cały czas powstania, jak byłem w Warszawie, nie widziałem ani jednego powstańca. Ja spałem w przedsionku sutereny na palcie na podłodze a Maruteńka z Babcią w suterenie, gdzie był straszny tłok i mogły pół siedzieć, pół leżeć. Na dugi dzień była wielka strzelanina z czołgów, nawet parę pocisków trafiło w nasz dom. Na małej kuchence w suterenie wszyscy lokatorzy domu gotowali sobie jedzenie. Maruteńka chodziła najpierw ze mną po żywność do mieszkania, by gotować na dole, a później sama, bo Niemcy zajęli dom naprzeciwko i ostrzeliwali klatkę schodową, przez którą trzeba było chodzić. Jednego dnia Siostrzyczka moja przeczuła, że coś się stanie i została ranna jedna lokatorka z 4-go piętra.

9-go sierpnia rano Maruteńka powiedziała, że wolałaby nie żyć niż przeżywać to, co nas jeszcze czeka. Ledwie skończyła mówić, wszedł jakiś pan i powiedział, że Ukraińcy w pobliżu wyrzucają ludzi z domów. W parę minut potem (5-10 minut) przyszli Ukraińcy na podwórko, bo się nie odważyli wejść do domu, bojąc się powstańców. Jeden z naszych lokatorów z tego domu, pan Żak wyszedł na podwórko do nich i wrócił z tem, że wszyscy zaraz muszą wyjść z domu. Trzeba zaznaczyć, że wszyscy byli nieubrani, bo w suterenie było bardzo gorąco i niektórzy w rannych pantoflach jak Babcia. Maruteńka chciała wziąć jesionkę Mamusi i chleb, ale nie mogła. Wychodzących mieszkańców Ukraińcy rewidowali i zabierali zegarki i wszystkie kosztowności. Marutce udało się ocalić zegarek, bo podsunęła go wyżej i pokazała tylko ślad po zegarku a pierścionka nie zauważyli. Mnie wcale nie rewidowali.

Drogi, którą nas prowadzono nie mogę określić, bo szliśmy przez ulice, zaułki, dziury i jakieś ruiny. Przy przejściu przez jedną z bram Maruteńkę zaczął rewidować jakiś Ukrainiec. Zegarek ukryła tak samo a pierścionek Jej oddał, bo mu skłamała, że kosztował tylko 90 zł i nie jest z prawdziwego złota.

Podczas całej drogi stale nas rewidowano. I tak doszliśmy do Zieleniaka. Przed samym Zieleniakiem była już ostatnia, ale główna rewizja. Jakiś Ukrainiec złapał Babcię za pas rupturowy i koniecznie chciał zerwać. Ledwie mu Babcia po rosyjsku wytłumaczyła, co to jest. Rewidowano wtedy bez wyjątku mężczyzn, kobiety, otwierano bagaż, tylko nie ruszano dzieci.

Ponieważ na Zieleniaku padał deszcz, Niemcy i Ukraińcy schowali się do jednego specjalnie zostawionego domu. Wszyscy z naszego domu trzymali się razem i wspólnie wybudowali ze znalezionych desek barak, do którego schroniliśmy się. Ponieważ na Zieleniaku było dużo rozrzuconej żywności, pozbieraliśmy kaszy, kartofli i ugotowaliśmy sobie wszyscy krupnik. Jedna z pań, która przechodziła koło nas, zapytała się, czy tu się gotuje obiad dla wszystkich. Rozśmieszyło nas to bardzo, że jeszcze można mieć nadzieję, że Niemcy nas będą karmić. Po pewnym czasie przyszli Niemcy i wyznaczyli ludzi (mężczyzn i kobiety) do wynoszenia trupów, do chowania ich i do kopania okopów. Między innymi wzięto też Maruteńkę, której udało się jednak zwolnic w drodze wyjątku, ponieważ była chora i miała pod opieką mnie i Babcię. Niektórzy z tych mężczyzn nie wrócili już wcale, jak np. p. Żak. Kto wrócił to wracał obładowany zdobytą żywnością jak jabłka, pomidory. Po południu zrzuciły samoloty na Zieleniak ulotki mniej więcej tej treści: Że ludzi poprowadzą na Zachód, że starcy i dzieci będą umieszczeni w przytułkach, tylko trzeba iść bez buntu, bez czerwonego koloru i o ile to możliwe z białymi chustkami w ręku. Zaraz potem ustawiono nas w szeregu, że będziemy wychodzić. Ustawiono nas piątkami i staliśmy tak z godzinę. Część wyszła, a myśmy pozostali. Wobec tego wróciliśmy do naszego baraku, gdzie jedna z lokatorek p. Zofia ofiarowała nam kołdrę. Musieliśmy też tam nocować, gdzie Maruteńka umieściła mnie na skrzyni i przykryła kożuchem. Dopiero na drugi dzień rano wypędzono nas z Zieleniaka i popędzono jak bydło, tak jak mówiły ulotki, na zachodnie strony. Niektórzy uwierzyli ulotkom, ale mądrzejsi wiedzieli, że prowadzą nas na Dworzec Zachodni, albo gdzieś, w jakieś miejsce, gdzie nas przytrzymają na czas powstania. Sprawdziło się to pierwsze i doszliśmy do Dworca Zachodniego.

Przed samym wejściem na peron stał wózek z chlebem i Niemcy rozdawali ludziom chleb. Potem zaprowadzono nas na peron główny, gdzie czekaliśmy na kolejkę elektryczną, którą nas zawieziono do Pruszkowa. To był 10 sierpnia.

Maria Janiszowska
Maria Janiszowska
Bohdan Janiszowski z matką Ireną
Bohdan Janiszowski z matką Ireną

Po przyjeździe do Pruszkowa przez pewien czas trzymano nas na jakimś polu, a potem kazano nam iść do baraków. Baraki były dawnymi warsztatami kolejowymi, pełne narzędzi, rozmaitych starych mebli. Przez środek przechodziły szyny i kanały cuchnące strasznie. Gdy dano zupę, to wygłodzeni ludzie rzucili się tak, że parę osób zadeptano na śmierć. Maruteńka bohatersko zdobyła ją dla nas i przyniosła w znalezionej puszce. Dała ją mnie, Babci i jednej małej dziewczynce Krysi Zawadzkiej, ale sama nawet nie spróbowała, bo zabrakło. Potem położyliśmy się spać, ale nie mogliśmy przespać nawet godziny, bo nas wypędzono z baraków i poprowadzono do towarowych pociągów, zamkniętych, do których nas wsadzono. Z pół godziny staliśmy na bocznicy i ruszyliśmy. Kazano pozamykać drzwi i okienka, za wyjątkiem jednego. Tłok był straszny w wagonie i bardzo duszno. Obliczyliśmy, że w wagonie umieszczono po 50 osób, a wagonów było 50, czyli transport zawierał 2500 osób.

Otrzymaną kołdrę położyła Marutka na podłodze i na niej położyła mnie i Babunię. W nocy przyjechaliśmy do Skierniewic, gdzie z wagonów przy parowozie moc osób mogło uciec. Niestety my byliśmy na ostatku, gdzie nas Niemcy bardzo pilnowali.

Z uciekających złapano parę osób, z których jedną niewiastę wsadzono do naszego wagonu. Ta pani biegała po wagonie, depcząc nas strasznie i krzycząc na siostrę swoją, by przyszła do tego wagonu. W Skierniewicach PCK rzucało nam do wagonów chleb i dawało kawę. Do miasta Oświęcim podróż była względnie niezła, bo pozwolono otwierać drzwi i okna, a prawie na każdej stacji dawano wodę i chleb. Nikt z nas nie domyślał się, że pojedziemy do obozu w Oświęcimiu. Dopiero na stacji w centrum Oświęcimia zorientowaliśmy się, dokąd jedziemy. Był to 12 sierpień.

Staliśmy tam parę godzin i pozwolono nam tam dawać wodę z parowozu. Jak nas wywożono z Oświęcimia, to pozamykano wszystkie drzwi i okna, a ponieważ było południe, więc tak było duszno, że nam się słabo robiło. Tak staliśmy parę godzin, aż w końcu bocznicą zawieziono nas do obozu. Już późno w nocy kazano nam wysiąść i iść na Brzezinki. Droga wynosiła parę kilometrów. Przy wyjściu z pociągu oddzielono mężczyzn i kobiety. Na miejscu umieszczono nas w baraku i znowu razem z mężczyznami.

Spaliśmy na gołej ziemi, na glinie. Jeszcze wieczorem przyszedł do nas jakiś więzień i powiedział, że na drugi dzień dostaniemy kawę, zupę i chleb. Na to wszyscy, jakby zmówili się, krzyknęli strasznie spragnieni – „Ale wody!”. Jak przyniesiono wodę, ludzie tak rzucili się do niej, że zadeptano parę osób na śmierć. Najgorsze jest obcowanie z ludźmi głodnymi, spragnionymi aż do szału. Nie można było spokojnie przespać nocy, bo ludzie kręcili się strasznie, depcząc po nas w poszukiwaniu miejsca i wody. Maruteńka zdecydowała, że pozostanie nadal w baraku, ze względu na tłok, jest niemożliwe zupełnie, wobec tego wynieśliśmy się na trawę przed barak, gdzie położyliśmy się na kołdrze. Tego samego dnia rozdzielono znowu mężczyzn od kobiet i mężczyźni musieli umieścić się za barakiem. Wtedy można już było nocować w baraku, ale dzień w dzień siedzieć było niemożliwe, bo odpadki szły po ścianę i pod ścianami trzeba się było załatwiać, bo nie było gdzie. Smród też był okropny. Zasadniczo była ubikacja, ale na 2 osoby, a nas przecież było parę tysięcy, bo nie tylko przyszedł nasz transport, ale jeszcze i inne. Z początku aż ludzie mdleli z głodu, ponieważ przez jakieś 8 dni nie dawano nam nic do jedzenia. Byli jednak i tacy, którzy mieli ze sobą zapasy żywności. Myśmy wyżyli tylko dlatego, że chodziłem do takich ludzi i żebrałem o jedzenie dla siebie, Babci i Marutki. Ponieważ ludzie wiedzieli, że nie ma Mamusi, dawali mi i mogłem choć trochę zjeść i nakarmić swoich. Czasami robiłem interesy w ten sposób, że pożyczałem swoją znalezioną miseczkę do smażenia i za to dostawałem dwa placki. Nie mogli dać więcej, bo usmażyli 8 placków na rodzinę składającą się z 7 osób. Dnia 20 sierpnia w południe zaczęto wydawać numery tylko chłopcom. Ja dostałem nr 192809. I za tymi numerkami mieli dostać żywność. Natomiast kobiety miały dostać numerki dopiero na następny dzień.

Wieczorem zaczęto dawać ¼ bochenka chleba, ¼ plasterka kiełbasy grubości 2 cm i długości dłoni chłopca 8-letniego – to była porcja dla jednego chłopca na kolację i na śniadanie. Przywieziono też kawę, ale dostały ją tylko dzieci i kobiety, bo 25% wylało się podczas drogi. Dopiero 21 sierpnia zaczęliśmy dostawać normalne wyżywienie. Rano kawa, na obiad gęsta zupa jarzynowa z kaszą manną, na kolację przechodziliśmy koło 3 stołów. Przy 1. dawano ¼ chleba, przy 2. – po kawałku margaryny grubości od 1 prawie mm a długości do 10 cm – to były porcje. Przy 3. dawano po kawałku sera różnej wielkości – dawano bezładnie. Tak było 1. dnia – a właściwie jednego wieczoru. O godzinie 9. położyliśmy się, a koło 12. obudzili nas mężczyźni – starzy więźniowie, do sauny – czyli do kąpieli. Po chwili pozwolili się nam położyć. I tak co chwilę zmieniany był rozkaz, póki nas wreszcie nie zabrano naprawdę. Sauna była tuż obok naszego baraku, także nie potrzebowaliśmy iść długo, z czego cieszyliśmy się bardzo, bo w dzień był upał, a w nocy mróz. Najpierw staliśmy na dworze, później poszliśmy do dużej sali, oświetlonej gęsto lampami, tak że było zupełnie widno.  Ustawieni piątkami posuwaliśmy się powoli do stołów, których było chyba z 10. Przy każdym stole siedziała więźniarka, a pilnował ich Niemiec.

Przy 1. stole wszyscy musieli oddać pieniądze już obliczone, zawinięte w papierek i na papierku napisać sumę. Przy następnym stole wszyscy musieli oddać kosztowności jak zegarki, pierścionki  itd. Następnie przy ostatnich stołach zapisywano imię, nazwisko i datę urodzenia. Między nami mężczyzn już nie było, bo poszli w pierwszej kolejności. Były same kobiety i dzieci, które nie zgłosiły się do kąpieli na ochotnika razem z mężczyznami. Potem wszystkie kobiety musiały rozebrać się do naga i złożyć swoje ubrania do papierowych worów. Na pytanie Marutki, czy oddadzą ubrania, powiedzieli, że zapisują numerki i oddadzą. Domyśliliśmy się jednak, że nie oddadzą, bo kobiety numerków jeszcze nie miały, a dzieciom ubrań nie zabierano, bo trudno było o ubrania dziecięce. Potem kazano iść do korytarza, gdzie staliśmy parę chwil, aż się rozebrały dzieci. 3 godzin trzymano nas nago w korytarzu, na przeciągu podczas zimnej nocy. Przez cały czas przechodzili obok nas Niemcy i więźniowie. Za każdym razem otwierano bramę wychodzącą na dwór. Po 3 godzinach wpuszczono nas do pokoiku przyległego do korytarza, gdzie żydówki strzygły włosy. W tym pokoiku było bardzo gorąco.  W tym pokoiku ostrzyżono i mnie i siostrę. Babci udało się tylko cudem zachować włosy. Następnie znowu popędzono nas do zimnego pokoiku, gdzie był rowek w podłodze, w którym kazano  wszystkim moczyć buty. A potem przeszliśmy wszyscy do innego pokoiku, gdzie na suficie były rury krzyżujące się, a przy każdym skrzyżowaniu prysznic, z którego ciekła gorąca woda. Po umyciu zaprowadzono nas do następnego pokoju bardzo zimnego, gdzie były kosze z ubraniami. Parę koszów było dla dorosłych, przy których stali więźniowie i rozdawali ubrania, tak jak wypadło i jeden duży kosz z ubraniami dziecięcymi, w którym były nasze własne ubrania, oddane po odparowaniu, bo dziecięcych innych nie mieli. Dzieci brały ubranie same, wybierając własne. Gdy wyszliśmy z sauny ustawiono nas piątkami w szeregu liczącym więcej niż 5 tysięcy osób. Potem szliśmy bardzo długo, aż doszliśmy na lagier A. Tam staliśmy piątkami w 2 szeregach, po środku przejście, przez parę godzin. Później przyszli Niemcy i kazali wywoływać ludzi według alfabetu. Przy jednym stole siedziała więźniarka, która zapisywała imię, nazwisko i dawała kobietom na kartkach napisany numer. Ja przedtem dostałem (jeszcze na Brzezinkach) nr 192809, Maruteńka 85615 a Babcia 86139. Ponieważ nasze nazwisko było na J a babci na O, musieliśmy długo czekać, zanim Babci kolej nadeszła. Po rozdaniu numerków rozdano nam kawę. Po zachodzie słońca, choć było jeszcze widno, ale już było bardzo zimno, ustawiono nas na drodze piątkami. Następnie przywieziono wózki ręczne 2-kołowe pełne chleba i konserw. Rozdano wszystkim ludziom po ¼ kg i po czubatej łyżce stołowej konserw. Ponieważ konserw zostało, więc każde dziecko dostało jeszcze po parę łyżek konserw. Potem jeszcze staliśmy długo i dopiero późno w nocy  zaprowadzono nas do jakiegoś budynku. W tym budynku przyjęły nas jakieś więźniarki, które wygłosiły do nas przemówienie, że oddają nam swoją własną …….. i rozesłały nam na podłodze pasiaki, na których położyłyśmy się spać. Taki był straszny tłok w tej ….., że ja musiałem spać stojąc i wszyscy ludzie spali dosłownie jedni na drugich. W nocy zrobiono nam alarm i kazano pogasić światła i siedzieć cicho. Rano kazano wszystkim ustawić się piątkami i stanąć na apel. Staliśmy tak 2 godziny i cały czas przeliczano wszystkie osoby. Po przeliczeniu oddzielono chłopców od reszty ludzi i kazano ustawić się piątkami obok. I tak staliśmy jeszcze parę godzin dopóki nie powiedziano nam, że połączyliśmy się z ludźmi jeszcze niewykąpanymi (nieodwszonymi jak Niemcy nazywali) i musimy drugi raz iść do sauny, czyli do kąpieli. Niedługo potem wywołano wszystkie dzieci i matki i poszliśmy znowu do kąpieli. Wtedy nie rozdzieliliśmy się z Babcią dlatego, że ten raz jeden jedyny uważano Ciotki i Babki za opiekunki. Maruteńka uchodziła za dziecko, ponieważ powiedziała, że ma lat 13, a ja powiedziałem, że mam lat 7, bo 10-letnich chłopców brano na lagier męski. Uprzedziła nas o tym jedna z więźniarek.

Zapomniałem dodać, że przy dawaniu numerków robiono od razu spis dokładny z podaniem imion, lat, nazwisk, daty urodzenia, ostatniego adresu, imion rodziców, nazwisko panieńskie matki, gdzie rodzice pracowali, do której klasy chodziliśmy itd.

Kąpiel odbywała się, jak poprzednio, z tą różnicą, że była zimna woda z pryszniców. Po wyjściu z kąpieli rozdzielono nas na 3 oddziały. W jednym matki, opiekunki i inne, w drugim były dziewczynki do lat 14, a w 3. chłopcy też do lat 11 i poszliśmy wszyscy na lagier A. Potem nas rozdzielono zupełnie z Babcią, bo nas zaprowadzono do bloku dziecinnego (blok 16A), a Babcię gdzieś zaprowadzono do innego bloku (jak się później okazało blok nr 18A).  Przed wejściem do bloku przeliczono dzieci i chłopców od lat 10 i zaprowadzono na lagier męski. Do niektórych dzieci przychodziły dawne (w znaczeniu – dawno siedzące) więźniarki i zapisywały sobie nr i nazwisko i powiedziały, że na następny dzień zaczną się tymi dziećmi opiekować. Mną zajęła się pani Zofia (nazwiska nie pamiętam) i powiedziała, że jutro rano weźmie mnie do siebie na lagier B.

Lagier składał się z bloków nieraz do 50. Jedne bloki były drewniane, inne murowane. Blok był podzielony na 7-8 do 10 sztub [izb]. Na czele bloku była „blokowa”, na czele sztuby była „sztubowa”. Do utrzymania księgi bloku była „szrajberka” [piarka]. Księga bloku był to spis wszystkich więźniów będących w bloku, z zapisaniem numerów, imion oraz winkle.

Winkiel to był trójkąt, w którym kolory np. czerwony oznaczał więźniów politycznych, do których i nas zaliczono. Kolor zielony oznaczał człowieka, który coś ukradł Niemcowi albo spóźnił się na komando. „Kommando” to był oddział więźniów złożony z paruset osób pod dowództwem „capo”, którzy mieli żółte opaski i wyszywane czapki nićmi „capo”. Musieli oni pracować w polu. „Kommando” odznaczono kolorami chustek na głowach jak białe, różowe, żółte itd. Każdy oddział „Kommanda” miał jeden kolor. I trzeci kolor winkla był czarny i oznaczał on, że więzień siedzi za zabójstwo Niemca.  4. kolor – ogromne żółte winkle – oznaczał Żydów. Na każdym winkle była litera oznaczająca narodowość, a więc my nosiliśmy literę „P”, Francuzi – „F”, Holendrzy – „H”, Belgijczycy –  „B”. Tylko  niemieccy więźniowie nie nosili numerów. Szrajberka miała za zadanie w księdze rysować winkle, malować kolory i litery, pisać nawet ozdobnie.

Wracając do sztuby muszę powiedzieć, że każda sztuba składała się z kilkudziesięciu koi, które umieszczone były w trzech kondygnacjach, koje były całe z cegieł. Natomiast na rewirach (szpitale) były „łóżka” z desek. Łóżko tym różniło się od koi, że nie miało ścian, a koja miała je z trzech stron. Myśmy mieli koje, jak i wszystkie dzieci na 16-ce. Matki ciężarne i matki z dziećmi do lat 3 były w bloku dziecinnym. Na jednej koi spało nas 7 osób. Na tym lagrze rano dostawaliśmy kawę czarną, czasami słodzoną. Na obiad ½ litra zupy na razie bardzo dobrej np. krupnik z obieranymi kartoflami, niekwaszony. Czasami nawet łapaliśmy w zupie mały kawałek niezepsutego mięsa lub konserw. Wieczorem dostawaliśmy kawę – ½ litra i chleb. Dzieci do lat 3 dostawały biały chleb grubości 3 palców, odkrojony z długiego, wąskiego bochenka. Szerokość bochenka wynosiła dłoń dziecka siedmioletniego. [Dzieciom] od 3 do 6 lat dawano chleb biały grubości 2 palców i ½ kromki razowego szerokości 1 palca. [Dzieciom] od 6 do 10 lat dawano 2 kromki na palec grube, jedną białą, drugą czarna. Do chleba dawano margarynę, kiełbasę, konserwy, miód w ilości, jaką przedtem podałem na Brzezinkach.

Codziennie o godzinie 4 po obiedzie był apel. Trwał różnie – do 2 godzin. Zwołując apele, blokowe gwizdały. Gdy Niemcy zabraniali wychodzić więźniom z bloków, to wtedy blokowe tak samo gwizdały z tą tylko różnicą, że nie wołały „apel” tylko „block sperre”. Wyjście wtedy groziło zielonym winklem i pójściem na blok karny. Czasami „block sperre” robili, gdy pędzili więźniów Żydów na gazowanie i palenie.

Zamiast ubikacji mieliśmy zwykłe wiadro albo tak zwane kible – też wiadra, tylko nie zwężające się u dołu i mające po bokach 2 uchwyty, jak u kufrów. Wszystko miało ostre kanty. Każdy blok miał ubikację, do której wylewano kible i do której musieli chodzić dorośli zdrowi.

Na drugi dzień rano, gdy przyszliśmy na 16-tkę, przyszła do nas jedna z więźniarek i zaczęła prosić jednego chłopca, aby przyszedł do niej, że się u niej można uczyć i że się nim zaopiekuje. Ponieważ on nie chciał, a ja tęskniłem za myciem się, bo do rąk wszyscy chłopcy w naszym bloku mieli jedną wodę w miednicy, do twarzy drugą, a do nóg trzecią – czyli na wszystkich chłopców woda była zmieniana 3 razy – powiedziałem, że ja chętnie pójdę się umyć. Ta więźniarka  wzięła mnie i z paroma dziewczynkami zaprowadziła mnie do swojego bloku na lagier B, 16B. Dowiedziałem się, że moja opiekunka była też panią Zofią, tylko z tą różnicą, że tamta była sztubową, a ta szrajberką. Pani Zofia umyła nas, nakarmiła i odprowadziła z powrotem do naszego bloku, obiecując wziąć nas na noc. Obiecała Marutkę też wziąć do siebie. Po powrocie mieliśmy rozrywkę, bo był prawdziwy alarm, który przerwał apel, bo zarządzono „block sperre”. Apel odbywał się wobec tego w bloku. Muszę zaznaczyć, że odłamki padały na lagier, a nawet jeden wleciał przez okno do bloku. Szukaliśmy babci, ale nie mogliśmy jej znaleźć, bo dla starców było parę bloków. Wiedzieliśmy, że babcia nas znajdzie, bo blok dziecinny był jeden na całym lagrze. Mniej więcej w dwa dni po przyjściu na 16-tkę Babcia nas znalazła. Gdy odwiedziłem Babcię w jej bloku, przeraziłem się tym, co się tam działo. Staruszki leżał po 7 na jednej koi i pod kojami na podłodze. Zaduch i ciasnota były straszne. Jedynym dla nich odpoczynkiem były chwile, gdy mogły wyjść na dwór na apel, bo choć stały codziennie od 3.30 w nocy do 9 rano, nieraz dłużej, to oddychały świeżym powietrzem. Naturalnie nie mówię o tym, gdy był mróz, bo wówczas apel był rzeczą straszną, bo ubrać się nie było wolno, nie można było mieć nic na szyi, ani na głowie i były wypadki odmrożenia nóg tak, że ciało na palcach u nóg odpadało i widać było kości.

Te 2 panie Zofie, moje opiekunki, znały się i obie opiekowały się mną i Maruteńką. Codziennie chodziłem na blok 16B i tam siedziałem od apelu do apelu. Lagier B wychodził na polanę, na której były tory, a za polaną był lasek, w którym było krematorium. Widać je było doskonale. Była to potężna fabryka z olbrzymim kominem, z którego buchał dym i ogień. Krematorium  otoczone było drutami elektrycznymi, jak i cały Oświęcim, i lagry, i koło drutów było mnóstwo kłód drzewa na wysokość normalnych drzwi.

Widziałem też nieraz jak przywożono całe transporty Żydów, którym zabierano rzeczy, kazano im się rozbierać do naga i pędzono do zagazowania. Tak samo gazowano i inne narodowości, jak Polaków itd. Tu były różne narodowości, bo trzeba nadmienić, że w Oświęcimiu widziałem też i Angielkę. Trupy zabierano na auta ciężarowe i wieziono do krematorium, gdzie do jednego pieca szło od razu parę aut. Z prochów robiono nawóz  sztuczny.

Siostra tej pani, do której chodziłem, pisała nuty w bloku orkiestry, przeważnie spędzałem u niej dzień, będąc częstowany na wyścigi przez orkiestrę. Marutka chodziła ze mną. Czasami orkiestra przychodziła na lagier A i przy bramie na trawniku grała. Kiedyś byłem tam z orkiestrą i widziałem kobiety pchające wózki po torze. Ponieważ tor miał gwałtowne skręty, więc nie mogły sobie dać rady i wózków nie mogły pchać równo, toteż wózki się zatrzymywały. Wtedy podchodził do nich Niemiec i bił je strasznie laską  A gdy jednej złamał się rydel przy kopaniu, Niemiec bił ją laską grubości ręki, aż upadła jęcząc. Niemiec twierdził, że złamała rydel naumyślnie. W ogóle potrafili bić tak, że ciało odpadało od kości. Tym, cośmy dostawali od innych więźniów, dzieliliśmy się z Babcią, żeby była mniej głodna.

W 10 dni po naszym przyjeździe do Oświęcimia Marutka zachorowała na „durchfall”  [biegunka]. Jest to choroba w rodzaju czerwonki, tylko bez krwi. W Oświęcimiu wszyscy na to chorowali na skutek wody, którą dostawaliśmy do picia. Woda ta była czerwono-bordowa i barwiła po umyciu nawet ręce, zęby i włosy. Nawiasem mówiąc była to najlepsza woda, bo 2 inne były czarne i niemożliwe do picia, tylko do prania.

Marutkę dnia 23 sierpnia zabrano na rewir. Zaraz po jej odejściu zabroniono dzieciom oddalać się z bloku przez najbliższe 9 dni. Ponieważ byłem chory i nie mogłem spać w bloku, który był właściwie bardziej zamieszkały przez pluskwy, mniej przez dzieci, uciekłem po kryjomu do pani Zofii. Jak mnie przyłapano, sztubowa zbiła mnie pasem i kazała klęczeć. Ja jednak uciekałem dalej, by móc się przespać i więcej zjeść. W dniu 30 sierpnia zachorowałem na zapalenie uszu i poszedłem do Marutki na rewir. Trzeba zaznaczyć, że wszyscy w Oświęcimiu chorowali na uszy wskutek warunków, w których mieszkali. Mieliśmy to szczęście w tym nieszczęściu, że od tej pory chorowaliśmy ciągle. Byliśmy do chwili wywiezienia nas z Oświęcimia na rewirze. Szczęście dlatego, że rewir jako szpital miał lepsze warunki, ale jedzenie, które nam dawano, stale się pogarszało i później było rozpaczliwe. Na rewirze była też szrajberka blokowa i rewir-capo. Wszystkie miały białe opaski na rękach.

Początkowo, choć jedzenie pogarszało się, nie odczuwaliśmy tego, bo obie nasze opiekunki panie Zofie [przynosiły nam jedzenie], prawdopodobnie to, co same dostawały z paczek, ale po pewnym czasie zamknięto bramy lagrów i nie mogły do nas przychodzić. Okropność jedzenia odczuliśmy od razu. Uratowała nas pani dr Kościuszko [Stefania Kościuszko], która dała nam dietę. Pani dr Kościuszko była naszym aniołem opiekuńczym i nigdy nie będziemy w stanie spłacić jej długu wdzięczności za to, co dla nas robiła. Obiecała nam nawet, że jeśli wyjdziemy z Oświęcimia, weźmie nas do siebie i będzie szukać Mamusi. Tymczasem matka nie mogłaby opiekować się nami serdeczniej niż ona. Robiła, co mogła, będąc sama też więźniem. Tam też spotkaliśmy koleżankę Mamusi panią Ninę, która nas często odwiedzała. Niedługo po naszym przyjściu, Babcię postawiono w transporcie do Niemiec. Dzięki pani Ninie i pani dr Kościuszko, które nie ulękły się popychać, szturchać itd. udało się Babcię uwolnić z tego transportu i jako chorą umieścić u nas na rewirze. Odtąd byliśmy we trójkę.

Marutka chorowała na durchfall 2 miesiące, zaraz potem, zachorowała na zapalenie uszu i miała trepanację obu uszu i 2-krotnie przekłuwane bębenki. Było to 11 listopada. Trzeba zaznaczyć, że po przyjściu na rewir zabierano wszystkie ubrania, nawet koszule i nieraz przez dwa dni chory leżał lub chodził nago, zanim coś dostał. Naturalnie każdy przechodził kąpiel, o której pisałem już poprzednio. Nic też dziwnego, że Maruteńkę przeziębili i dostała poza tym zapalenia płuc, jednego płuca. Na nasze nieszczęście pani dr Kościuszko wyszła z Oświęcimia. Krótki czas po trepanacji czaszki Marutkę i nas zabrano na Brzezinki. Chorych przewieziono wyjątkowo samochodem, a zdrowi szli. Jakoś nie rozdzielono matek z dziećmi. Jak przyjechaliśmy był taki straszny tłok, że dorośli spali po 3 osoby na łóżko. Ja na szczęście spałem z Babcią, a Marutka, jako bardzo ciężko chora, sama. Zrobiła to pani doktor, która była po pani dr Kościuszko, i której nas pani dr Kościuszko poleciła. W nocy dostaliśmy jedzenie. Chorzy leżeli prawie na samych deskach i dlatego mieliśmy wszyscy straszne odleżyny. W nocy przy nas dyżurowała nacht-wacha  [nocna warta], a żeby z bloku nikt nie wychodził – tor-wacha [strażnik w bramie]. Mnie 3 razy wyznaczono na wywiezienie do Niemiec na zniemczenie, ale za każdym razem byłem chory i miałem gorączkę, gdyż wiele razy miałem nawet 40 stopni z kreskami. Na uszy chorowałem 4 razy, chorowałem też na durchfall. Maruteńkę przeziębiono w tych warunkach i dostała obustronnego zapalenia płuc. Następnie zachorowała na dyfteryt i zabrano ją na blok 32-1 zakaźny, a my z babcią zostaliśmy na 24. Nigdy już więcej mojej Siostrzyczki nie zobaczyłem. Na skutek chorób, warunków, chociaż niby lepszego na rewirze życia, i mimo ratowania Jej przez inne matki, które odlewały po trochę mleka przydzielonego dla ich niemowląt, Siostrzyczka moja z głodu i wyczerpania, w strasznych męczarniach umarła dnia 18 grudnia 1944 r. w dniu moich urodzin. Pani doktor Perzanowska, która ostatnio nas leczyła, robiła, co mogła, lecz i ona była bezsilna, bo też była więźniem. Zawołała Babcię i Marutka umarła na rękach Babci. Babunia nie mogła być długo przy Jej zwłokach, bo u nas robiono odwszanie, bała się, że mnie przeziębią.

Muszę zaznaczyć, że jak opowiadała jedna z pań, Maruteńka miała wyjątkowy pogrzeb. Pozostawiono Jej ciało przez parę godzin na łóżku i nie wyrzucano jak zwykle do waschraumu [umywalni]. Później zabrano Ją przed blok w koszulce, bo normalnie brano nagich, przykryto wyjątkowo białymi prześcieradłami i modlono się przy niej. Pani dr Perzanowska odprowadziła Jej ciało, dokąd mogła, gdyż zawieziono Ją do krematorium i spalono.

Później, po wysadzeniu krematorium trupy leżały na ziemi całymi stosami. Umierano w Oświęcimiu ogromnie. Z jednego bloku codziennie wynoszono po kilka osób zmarłych. Jak przeżyliśmy z Babcią – nie wiem. Ja chorowałem coraz więcej, a Babunia zachorowała na nogę. I tak w ciężkich warunkach głodni i zmarznięci leżeliśmy do końca.

Na Boże Narodzenie blokowa z koca poszyła zabawki i powypychała je wiórkami. Wigilię mieliśmy wyjątkowo dobrą, bo dzieci miały kartoflankę z obieranych kartofli i były kartofle w zupie. Normalnie dawano zupę ze zgniłych kartofli nieobieranych, które rzadko można było znaleźć w zupie i ze zgniłej brukwi. Na początku tylko dawano nam te świetne porcje, o których pisałem, ale to trwało krótko. Tak doczekaliśmy do 17 stycznia, w którym to dniu wypędzono wszystkich z Oświęcimia zostawiając tylko starców, dzieci i bardziej chorych. Rodziców oddzielono od dzieci i pognano.

Jak później dowiedzieliśmy się, kto padał ze zmęczenia na drodze roztrzaskiwano mu czaszkę maczugą. Nas pozostawiono i przepędzano z miejsca na miejsce. Najpierw na 16-tkę, blok starców, który się zapalił, ale na szczęście pożar został ugaszony. Wieczorem znowu na 24., gdzie nocowaliśmy i rano znowu na 8. I znowu na noc na 24. i rano znowu na 6., gdzie byliśmy prawie do samego końca. Gdy Niemcy zaczęli uciekać, przestano rozdawać nam jedzenie i siedzieliśmy w ogóle głodni. Dopiero, gdy Niemcy wyszli wszyscy, rzucono się na magazyny i zaczęto gotować. Gdy więźniowie rzucili się na kuchnię zaczęto strzelać z karabinu maszynowego i zabito 100 osób. To był wyczyn ostatniego Niemca. Zapomniałem dodać, że w Oświęcimiu były pieniądze lagrowe, za które można było kupić wino gorsze i lepsze za 50 fenigów i za 1 ½ marki wodę sodową i papier higieniczny. Ponieważ Babcia miała chorą nogę a ja byłem za mały, więc żyliśmy z tego, co nam współtowarzysze niedoli przynieśli. Niestety wszystko było słone, albo [miało] mało białka, a ja miałem chore nerki. Wskutek tego zachorowałem tak ciężko, że miałem nawet wodę w brzuchu i pęcherzu. Zapomniałem dodać, że ciągle odwszanie połączone z kąpielami doziębiały wszystkich do reszty. Przed odejściem Niemcy spalili lagier męski, na szczęście po wypędzeniu z niego ludzi. Zapowiadali nam, że wszystkich nas uśmiercą elektrycznością, a Oświęcim spalą i śladu nie zostawią. Dzięki Bogu nie zdążyli tego zrobić. Po paru dniach przyszła ludność cywilna z Oświęcimia i zaopiekowała się nami. Później przyjechała PCK z Krakowa i zaczęto nam przywozić żywność, lekarstwa, doktorów i autobusy po chorych. Nas z Babcią zabrano do Krakowa w stanie beznadziejnym, bo Babcia miała gangrenę w nodze, a ja, jak już pisałem, nawet siedzieć nie mogłem. W szpitalu św. Łazarza w Krakowie byłem 2 miesiące, gdzie nas wreszcie odnalazła Mamusia 11 marca. Do dziś dnia jestem bardzo chory i leczyć się stale muszę. Serce, nerki, woda w brzuchu i pęcherzu, anemia, awitaminoza itd. Oto stan mego zdrowia po Oświęcimiu, a mam przecież dopiero 10 lat.

PCK zabrało nas z 6. bloku na 16. i tam miałem wypuszczoną wodę z brzucha i przekłuwany pęcherz, ale to nic nie pomogło i stan mój się pogorszył. Lekarze nie robili nadziei utrzymania mnie przy życiu. Pani dr Łaniewska starała się, jak mogła, by mnie leczyć, dostawałem nawet po puszce śmietany i placki z cukrem z białej mąki. I tak było, że żyjemy z Babcią zawdzięczamy opiece lekarzy i sióstr ze szpitala św. Łazarza w Krakowie. Muszę jeszcze zaznaczyć, że Babcia przed powstaniem ważyła 66 kg, a po pół roku Oświęcimia ważyła 39 kg.

Fotografia Bohdana z matką zrobiona z okazji przystąpienia do Komunii św., Kraków 1945 r.
Fotografia Bohdana z matką zrobiona z okazji przystąpienia do Komunii św., Kraków 1945 r.
Poświadczenie pobytu Bohdana Janiszowskiego w szpitalu św. Łazarza w Krakowie
Poświadczenie pobytu Bohdana Janiszowskiego w szpitalu św. Łazarza w Krakowie
Poświadczenie pobytu Heleny Okińczyc w szpitalu św. Łazarza w Krakowie
Poświadczenie pobytu Heleny Okińczyc w szpitalu św. Łazarza w Krakowie
Legitymacja Bohdana wydana przez Polski Związek Więźniów Politycznych, 1946 r.
Legitymacja Bohdana wydana przez Polski Związek Więźniów Politycznych, 1946 r.
Przemarsz byłych więźniów. Na pierwszym planie Bohdan Janiszowski
Przemarsz byłych więźniów. Na pierwszym planie Bohdan Janiszowski

Powiązane hasła

”None