menu

Boska Miłosława – Moje Wspomnienia

Boska Miłosława – Moje Wspomnienia

Miłosława Boska z d. Zaleska, ur. w 1919 roku, swoje dzieciństwo i młodość spędziła najpierw w Kiszyniowie, a następnie w Warszawie – mieście pochodzenia swojego ojca. Tam też, w 1931 roku poślubiła Witolda Boskiego, z którym spędziła jedynie kilka szczęśliwych lat – zginął na początku wojny w walkach pod Modlinem. W czasie Powstania Warszawskiego mieszkała na Bielanach przy ul. Kleczewskiej z siedmioletnią córką Ewą oraz teściową Bronisławą Boską. Po zaprzestaniu walk, kobiety zostały wypędzone z domu i przewiezione transportem samochodowym do Pruszkowa. Autobus, którym jechały, zatrzymał się na dłuższą chwilę przed bramą obozu Dulag 121, co umożliwiło pasażerom pospieszną ucieczkę. Przez kolejne dni, aż do momentu wyjazdu do Olkusza, gdzie przebywała córka Bronisławy Boskiej, ukrywały się w pobliskich domach – w te dni doświadczyły wiele ofiarności i gestów pomocy od pruszkowskiego społeczeństwa. W 1948 roku Mirosława Boska wraz z córką wypłynęła do Kanady, gdzie Pani Miłosława zmarła, nie powróciwszy już nigdy do kraju. Swoje wspomnienia spisała w Kanadzie  z myślą o swojej córce, Ewie. Prezentujemy fragment relacji po raz pierwszy opublikowanej w 1986 roku w języku angielskim. Jej tekst w 2019 roku przekazał Muzeum Dulag 121 syn Ewy Boskiej, który podczas swojej pierwszej podróży po Polsce odwiedził miejsca związane z przeszłością swojej rodziny.

Kiedy generał Bór-Komorowski wydał swój rozkaz o rozpoczęciu Powstania, Janek [młodszy brat zmarłego Witolda Boskiego – przyp. red.] był w domu, przygotowując się do wyjazdu na wyznaczony sobie odcinek w Śródmieściu, planując wyjazd tak, żeby być na miejscu jeszcze przed godziną piątą po południu. Przedwczesne strzały na Żoliborzu pomieszały mu szyki, tak jak wszystkim innym powstańcom z Żoliborza, czyniąc punktualne stawienie się na oznaczone miejsca po prostu niemożliwym. Nic innego nie pozostawało Jankowi, jak stawić się przed miejscowym komendantem organizacji i zaraportować o niemożności wyjazdu na wyznaczony posterunek. Babcia uszyła mu opaskę biało-czerwoną ze wstążek Ewy i przymocowała do rękawa, po czym Janek dołączył do grupy miejscowych Powstańców. Nieoczekiwane i przedwczesne strzały na Żoliborzu zaalarmowały Niemców i spowodowały walki w różnych miejscach – jak również na Bielanach.

Jan Boski. Fot. z pryw. arch.

Słysząc strzały miejscowa ludność zaczęła natychmiast kopać długie rowy w poprzek ulic, ustawiając barykady ze wszystkiego, co się dało: z desek, ze starych mebli, z płyt powyrywanych z chodników – żeby nasi żołnierze mogli się za nimi skryć. Po jakimś czasie grupa naszych chłopców znikła za rogiem którejś z ulic i nagle zaczęły nas dochodzić odgłosy zaciętej walki. Przestraszone i zaniepokojone, starałyśmy się zająć zmywaniem naczyń pozostawionych przez naszych Powstańców po zjedzeniu przygotowanych przez nas posiłków. Słyszałyśmy odgłosy strzałów, zdawałoby się, dochodzących nas z bliska – wydawało się nam, że bitwa toczy się gdzieś w pobliżu, schowałyśmy się więc z babcią i Ewą do naszej piwnicy. Raptem, po tych strzałach i odgłosach walki, nastąpiła cisza. Nie mogłam znieść tej nagłej ciszy, moja imaginacja zaczęła mi podsuwać myśli o naszych żołnierzach, może rannych, a Janek…

Nie myśląc o tym, że mogłoby to być niebezpieczne, wyskoczyłam z piwnicy i zaczęłam jak szalona przebiegać pobliskie uliczki, zupełnie opustoszałe, nie mogąc zrozumieć, dlaczego naraz tak wszystko ucichło. W rzeczywistości, jak nam później powiedziano, walka nie toczyła się tak blisko, jak nam się zdawało. Naszym chłopcom udało się przemknąć na sąsiedni Żoliborz i stamtąd można było teraz znów słyszeć nie tylko odgłosy walki, ale również straszliwe gwizdy spadających bomb.

Bielany były również bombardowane, ale stosunkowo rzadko; przy tym były to małe bomby, które nie czyniły wiele szkody, spadając jakimś dziwnym trafem przeważnie w nasze ogródki. Mimo to mieszkańcy, bojąc się, że bomby mogą również trafić w domy, postanowili wykopać w jednym z większych ogródków głęboki rów, w którym mogłoby się pomieścić co najmniej kilkanaście osób. Rów miał być przykryty deskami lub starymi drzwiami, gdyby ktokolwiek je miał, a na to miała być nasypana ziemia, w którą miano wetknąć jakieś rośliny lub trawę, żeby zatuszować ślad kryjówki. Nie wiem, dlaczego zgodziłyśmy się z babcią, żeby rów miał być wykopany w naszym ogródku – nasz plac był nieco większy, bo przy narożniku, ale nie tylko ja byłam właścicielką narożnika. Przy wykopanym rowie były wejścia z dwóch stron. Każdy z mieszkańców miał wyznaczone dla siebie miejsce.

Bronisława Boska. Fot. z pryw. arch.

My z babcią i Ewą miałyśmy siedzieć z samego brzegu rowu od lewego wejścia, które było tuż przy naszym domu. Kiedy posłyszałyśmy gwizd spadającej bomby, babcia natychmiast, trzymając Ewę za rękę, biegła do schronu, a ja za nią, trzymając na smyczy naszego psa – olbrzyma, Jima. Kiedy bomby zaczęły częściej pogwizdywać nad naszymi głowami, a my wystraszeni, zaczęliśmy głośno się modlić, Jim – który przez cały czas kręcił się na smyczy skomląc z cicha, nagle wyrwał się z mojej ręki i wyskoczył na zewnątrz ujadając najokropniej na przelatujący nad nami samolot. Biegał nad naszymi głowami, a myśmy truchleli, wyobrażając sobie, jak nasze starannie powtykane słoneczniki i krzaczki są teraz porozrzucane na wszystkie strony, ujawniając samolotowi nasz schron. Ale widocznie samolot ukończył swój rajd, bo pomimo tego szczekania odleciał, a myśmy musieli na nowo posypywać trawą po wierzchu nasza kryjówkę. Nawiasem mówiąc, ten schron, który kopało i budowało około piętnastu ludzi i to przeważnie mężczyzn, później, w marcu 1945 roku, gdy wróciłam do domu, musiałam zasypać sama jedną, tyle, że ktoś poodwalał deski, którymi schron był przykryty. Po wypadku z Jimem oddałam psa właścicielowi sklepu spożywczego, który bardzo był rad, że „taki” pies będzie mu pilnował i sklepu, i domu.

Pewnego dnia obiegła Bielany wieść, że polscy powstańcy na Żoliborzu w czasie walk z Niemcami odkryli wytwórnię oleju, która miała być wkrótce wysadzona w powietrze przez żołnierzy. Ale w wytwórni było tyle jeszcze oleju, że pozwolono naszym brać, ile kto mógł, zanim nastąpi zniszczenie budynku. Najpierw mieszkańcy Żoliborza dobrali się do tak pożądanego w czasie wojny produktu, a gdy wiadomości dotarły do Bielan, nasi ludzie również, uzbrojeni w gąsiory, wiadra lub bańki ruszyli poprzez puste, piaszczyste pole na Żoliborz. Po środku pola stała budka strażnicza niemiecka, na platformie, do której prowadziły schody. W budce stał żołnierz niemiecki z karabinem, który wprawdzie spoglądał z wysoka na przechodzących ludzi, ale mogło się zdawać, że nie zwraca na nich zbytniej uwagi.

Owego pamiętnego dla mnie dnia, nie czułam się dobrze, wyszłam jednak przed dom, żeby „odetchnąć świeżym powietrzem”. Godzina była dość późna, około piątej po południu, gdy nagle zobaczyłam kobietę z wysiłkiem niosącą wiadro wypełnione olejem rzepakowym. Zaczęłam ją wypytywać, skąd niesie ten „skarb”, tak dla wszystkich cenny, i ona powiedziała mi o olejarni na Żoliborzu i o tym, że każdy może brać tyle oleju, ile udźwignie. Bez namysłu, wbiegłam do kuchni, chwyciłam pustą bańkę blaszaną i nic nikomu nie mówiąc, pobiegłam w stronę Żoliborza przez pusty plac. Plac był obszerny, piaszczysty, rzadko pokryty zeschłą trawą i zielskiem, a że w podnieceniu zboczyłam z utartej ścieżki nie łatwo było mi biec, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że robi się coraz później. Starałam się iść prędko i oczywiście, zauważyłam budkę ze strażnikiem, ale starałam się nie patrzeć w jego kierunku, żeby nie ściągnąć na siebie uwagi Niemca. Byłam już na środku pola, ale wciąż jeszcze dzieliła mnie spora odległość od strażnika, gdy wtem posłyszałam tak dobrze mi znany i zawsze napędzający strachu gwizd kuli. Po kilku powtarzających się tego rodzaju dźwiękach ze strachem uświadomiłam sobie, że za każdym moim krokiem pada strzał i kulka karabinowa uderza w piasek tuż koło mojej nogi. Wystraszona do ostatecznych granic przystanęłam i popatrzyłam w kierunku budki. Niemiec najwyraźniej patrzył teraz wprost na mnie, trzymając w rękach karabin przy oku, jakby chciał wycelować strzał w moim kierunku. Rzuciłam blaszankę w piasek, zawróciłam napięcie i zaczęłam iść w stronę domu. Serce mi waliło, nogi miałam, jak z waty, ale starałam się iść równym krokiem, żeby go swoją osobą bardziej nie rozdrażnić, gdybym okazała, że ogarnęła mnie panika. Niemiec wystrzelił jeszcze kilka kul, jedna przedziurawiła mi nawet spódnicę. Wreszcie, zmęczony prawdopodobnie swoją „zabawą”, zaprzestał strzałów. Nigdy w życiu nie byłam tak przerażona i wściekła, gdyż mimo wszystko wracałam do domu z pustymi rękami. Babci nawet nie wspomniałam o tej nieprzyjaznej przygodzie.

W jakiś czas po tym incydencie Niemcy zaczęli zabierać mieszkańcom kury, kurczęta, króliki, wszystko to, co przez kilka lat pozwalało się nam wyżyć w okresie okupacji niemieckiej. Z piwnicy naszej sąsiadki wyciągnęli tuczonego wieprza, trzymanego tam w ciągu prawie pięciu lat. Trzech Niemców musiało go pchać po wąskich schodach. Kwiczał tak okropnie, jakby go zarzynano, ale go wydostali i wywieźli. Po tym fakcie, straciliśmy wątłą nadzieję, że może jednak jakoś na tych Bielanach zdołamy się uchować aż do końca wojny.

A potem zaczęła się historia ze szczurami. Nigdy nie było w naszej piwnicy szczurów – po prostu nie myślało się o nich, jako że nigdy ich nie widzieliśmy na naszych terenach. Ale pewnego pięknego dnia w końcu września, gdy już zabrano wszystkim ich drób, kury i króliki, a ciężkie walki wciąż toczyły się na Żoliborzu – stanęłam przy oknie wychodzącym na ogródek i z przyjemnością poddawałam twarz wciąż jeszcze ciepłym promieniom słońca. Okno do połowy było przykryte rozrośniętymi, mocnymi gałązkami dzikiego wina z ich liśćmi, częściowo czerwonymi, i z gronami granatowych jagód zwisających luźno gronami z gałązek. Raptem, z poza jagód dojrzałam małe, wąskie, bardzo ruchliwe pyszczki młodych szczurków z ich oczkami jak czarne paciorki, w futerkach koloru piasku i długimi, nagimi ogonami, którymi wykręcały na wszystkie strony usiłując się wdrapać z jednego grona na drugie. Pociągały się wzwyż ostrymi pazurkami na jeszcze nie owłosionych łapkach – moja obecność zupełnie ich nie przestraszała. Bezczelne, błyszczące oczka zdawały się śmiać wprost w moja twarz – był to widok fascynujący i zarazem odpychający. Wyglądało na to, że te małe szczurki już wiedziały, że to nie my, ludzie – ale one, szczury, staną się wkrótce panami opustoszałych domów. Kazałam natychmiast wyciąć całe dzikie wino aż do korzeni i spalić wszystkie gałęzie w końcu ogrodu.

Ponieważ walki na Żoliborzu przybierały na sile każdego dnia, była obawa, że jakaś zabłąkana kula niesiona wiatrem albo odprysk pocisku odbity rykoszetem może nas zranić  – nie było więc bezpiecznie wychodzić teraz z domu, ale wobec braku wody musiałyśmy obie z babcią chodzić na zmianę do studni oddalonej od nas spory kawał drogi. Studnia ta była jedynym źródłem świeżej wody, chociaż chodzenie tam nie należało do przyjemności. Niemcy umieścili tam armaty, po jednej z każdej strony. Nigdy nie było wiadomo, kiedy któraś z tych armat wystrzeli z tak silnym hukiem, że za każdym razem kurczyłam się ze strachu. Nie było elektryczności ani gazu, ale nasze piece kuchenne na górze i w piwnicy były opalane drzewem, zawsze więc można było coś ugotować.

Wracając do zabłąkanych kul, muszę opowiedzieć, jaką przygodę miała nasza babcia. Pewnego dnia wracając z kubłem wody, została trafiona w czoło tuż nad okiem, kulą nie kulą, może jakimś odłamkiem, bo ranka zaczęła krwawić. Przeraziłam się na widok krwi, ale babcia, nie tracąc spokoju, obmyła twarz zimna wodą i po obmyciu okazało się, że ranka jest bardzo mała i nie wygląda groźnie. Nie mniej babcia poszła do pobliskiego szpitala, gdzie doktór po zbadaniu oświadczył, że w czole babci utkwił mały kawałeczek metalu, którego usunięcie mogłoby być niebezpieczne ze względu na bliskość oka, a  pozostawienie go na miejscu niczym babci nie groziło. W szpitalu zrobiono jej opatrunek i obandażowano głowę. Miałyśmy jednak dużo wątpliwości, czy rzeczywiście pozostawienie odłamka w babcinym czole niczym jej nie groziło.

Jak to się często zdarza, zmartwienia często idą w parze. W tym samym czasie, kiedy babcię zranił odłamek kuli, Ewa na skutek nieodpowiedniego odżywiania zapadła na chorobę, która była czymś w rodzaju biegunki, a ponieważ w tym czasie trudno było o doktora, próbowałam leczyć ją domowym sposobem, opierając się na doświadczeniu babci. Poradziła mi dawać Ewie w ciągu 10-u dni rozpuszczoną w szklance gorącej wody jodynę, zaczynając od jednej kropli i dodając po jednej kropli każdego następnego dnia. Po dziesięciu dniach następował proces odwrotny, należało zmniejszać po jednej kropli jodyny dziennie, aż ostatnia porcja wody zawierała tylko jedną kroplę lekarstwa. Kiedy zaczęłam dawać jej ten lek, wydawało się nam, że to jej jednak pomaga.

Pewnego dnia, gdy stałam w pokoju, mieszając łyżeczką przygotowaną miksturę dla Ewy, przez otwarte drzwi weszło do pokoju trzech oficerów niemieckich. Zaskoczona ich widokiem, bo nie posłyszałam ich kroków na tarasie, stałam jak wryta, automatycznie mieszając łyżeczką w szklance. Jeden z nich zapytał mnie o coś po niemiecku, ale nie zrozumiałam, o co mu chodzi. Nie znałam niemieckiego. Twarz pytającego mnie oficera nagle poczerwieniała, widocznie zdenerwowało go moje milczenie i bezmyślne kręcenie łyżeczką, gdyż nagle gwałtownym ruchem uderzył obiema rękami w szklankę od spodu tak silnie, że szklanka wyleciała mi z ręki, a gorący płyn z jodyną częściowo poparzył mi twarz. Stłuczona szklanka leżała na podłodze, a ja stałam jak skamieniała. Na szczęście na ratunek przyszły mi niemieckie bomby, które w tym czasie uderzyły na Żoliborz. Świst i łoskot  rozrywających się bomb, łączył się z hukiem walących się domów. Wszyscy trzej Niemcy wyskoczyli na taras i jakże ich cieszyło bombardowanie bezbronnego Żoliborza! Śmiejąc się hałaśliwie aż przysiadali z wielkiej uciechy, waląc się rękami po kolanach w przypływie radosnego uniesienia. Tak, to mnie uratowało, ale słuchając tego wszystkiego pomyślałam ze ściśniętym sercem o mojej mamie i wszystkich mieszkańcach Żoliborza. Widząc, że cała trójka rechocząc i omal zataczając się od śmiechu zaczyna schodzić z tarasu zmierzając ku wyjściu – zamknęłam wejściowe drzwi i poszłam na górę do babci i Ewy.

Nie pierwszy raz zdarzyła się nam taka niespodziewana wizyta Niemców. Pod pretekstem „sprawdzania” terenu wchodzili do naszych domów i przy okazji zabierali wszystko, co im się podobało. Pamiętam, jak pewnego późnego popołudnia, kiedy zaczynało się zmierzchać, przygotowywałam dla Ewy kąpiel w dużej misce, do której już wlałam nagrzaną wodę. Od pewnego czasu sypiałyśmy teraz na dole, w pokoju „z pianinem” – jako że przylegały do niego schody wewnętrzne i był na parterze, wydawał się nam bardziej bezpieczny. W pewnym momencie usłyszałyśmy na tarasie głośnie stąpania ciężkich, niemieckich butów, ich grzmiące głosy i hałaśliwe rechotanie. Zaczęli głośno walić w drzwi, a kiedy babcia uchyliła szparkę, siłą wtargnęli do wewnątrz odpychając babcię i z przedpokoju wchodząc do pokoju, gdzie wszystko było już przygotowane do spania. Z przerażeniem spostrzegłyśmy, że wszyscy żołnierze – a było ich pięciu czy sześciu, byli pijani. Trzymałam Ewę mocno za rękę, bo widziałam, że jest wystraszona i może za chwile wybuchnąć płaczem. Jeden z żołnierzy widząc pościel rozłożoną na kanapie, najwidoczniej mając coś brzydkiego na myśli, zaczął mnie ciągnąć w kierunku kanapy, usiłując odłączyć mnie od Ewy. Babcia głośno krzyknęła i zaczęła biec mi na ratunek. Inny żołnierz, bełkocąc coś ze śmiechem, złapał moją torebkę i widząc, że jest pusta, cisnął nią o ziemię, klnąc na cały głos. Ogarnęła go wściekłość i zaczął niszczyć wszystko, co było na jego drodze. W skorupy obróciła się jedna z większych waz, którą zrzucił na podłogę. Moja książeczka do nabożeństwa została zmieciona ze stolika na podłogę jednym machnięciem brutalnej pięści. Ewa szarpana na wszystkie strony to przez żołnierza, to przez babcię i przeze mnie zaczęła w końcu głośno płakać. Nie wiem, jakby się to zamieszanie skończyło, gdyby raptem nie rozległ się strzał. We drzwiach stał oficer niemiecki, w ręku trzymał wciąż dymiący rewolwer. Zrobiła się natychmiastowa cisza. Oficer powiedział  po niemiecku coś, co brzmiało jak rozkaz i wszyscy żołnierze, jeden za drugim wyszli, posłusznie. Oficer, wciąż trzymając rewolwer w ręku, wyszedł za nimi bez słowa.

Następnego dnia dwóch żołnierzy niemieckich i jeden oficer zajechali przed nasz dom wozem zaprzężonym w konia. Żołnierze zeskoczyli z wozu i otworzyli bramę na rozcież. Oficer rozkazał nam wyjść. Posłusznie wyszłyśmy jak stałyśmy, nic nie zabierając. Poszłyśmy okrężna drogą naprzeciwko, do domu Piotra i jego żony. Nasze ogródki stykały się. Mogłyśmy przez okna ich domu widzieć wszystko, co się u nas działo. Wszyscy trzej Niemcy weszli do środka i za chwile zaczęli wynosić wszystko, co się dało zabrać. Ubrania, obuwie, pościel, koce, dywany, nawet co lepsze umeblowanie. Mając wóz napełniony po brzegi, zamknęli za sobą bramę i odjechali. Czekałyśmy niemal całą godzinę na ich ewentualny powrót, ale widocznie byli zadowoleni z tego, co zabrali. Zaczynało się zmierzchać, więc przeszłyśmy od naszych sąsiadów ogródkami, korzystając z poprzecinanych siatek. Przemknęłyśmy się po cichu do domu. To, cośmy zobaczyły, można wyrazić tylko jednym słowem – klęska. Zabrali wszystko, to prawda, ale przeoczyli naszą kryjówkę, mieszczącą się u góry przy końcu klatki schodowej. Był tam spory kąt, z którego przy ogólnym remoncie zrobiono jeszcze jeden schowek z półkami, nadający się na pościelową bieliznę. Za półkami zostawał jeszcze spory trójkąt pustej przestrzeni. Szafa była zaopatrzona w drzwi. Naturalnie, żeśmy szybko pobiegły do naszej kryjówki. Z półek wszystko było zmiecione, ale u samego dołu szafy stała pionowo deska oparta o niedochodzącą do podłogi ściankę szafy. Odsunęłyśmy ruchomą deskę… Dwie duże walizy stały tam dokładnie tak, jak żeśmy je postawiły. Zajrzałyśmy do wewnątrz: w jednej była cenna mamy japońszczyzna, a w drugiej bardziej cenne skóry baranie, doskonale wyprawione, mięciutkie, istny skarb. Nie mogłyśmy w żaden sposób tego zabrać. Trzeba było to wszystko zostawić tak, jak było. Zasunęłyśmy pionowo ustawioną deskę, żałując tylko, że zamiast nieprzydatnej w tych warunkach porcelany nie schowałyśmy czegoś bardziej przydatnego, jak ubrania lub obuwie. W ciągu nocy sen nasz był ciągle przerywany obawami, że Niemcy mogą tu jeszcze wrócić, ale okazało się, że na tę noc dali nam wreszcie spokój. Nie przypuszczałyśmy tylko, że to będzie ostatnia noc spędzona pod naszym dachem.

Nazajutrz od wczesnego ranka panował niezwykły ruch na naszej ulicy. Zauważyłyśmy, że żołnierze niemieccy chodzą od domu do domu. Było ich trzech, wszyscy trzymali w rękach karabiny z bagnetami na końcu i pod broda mieli nasunięte paski od hełmów – znak, że dostali rozkaz od swoich władz oficjalnego wystąpienia.

Na Żoliborzu panowała niezwykła cisza. Dowiedzieliśmy się, że Powstanie nasze nie udało się i że powstańcy wraz z przywódcami musieli się poddać i zostali przez Niemców wywiezieni do obozów koncentracyjnych w Niemczech jako jeńcy wojenni. Teraz zrozumiałyśmy, dlaczego trzech Niemców chodzi z karabinami od domu do domu na naszych Bielanach. Dostali rozkaz wyrzucania ludzi z domów. Na ulicy zaczęły się tworzyć małe grupki i stało się dla nas jasne, że Niemcy ewakuują nie tylko Polaków z dzielnicy bielańskiej i z Żoliborza, ale na pewno i z całej Warszawy.

Widząc i słysząc, co się dzieje, babcia pospieszyła do domu, żeby spakować rzeczy, które zamierzała wziąć ze sobą; ułożyła z prześcieradła zgrabny tobół, pokrywający zwyczajny worek, w którym starannie wszystko poukładała. Tobół zarzuciła na plecy, a na końcu prześcieradła związała pod pachami i na piersiach tak umiejętnie, że trzymał się mocno, choć był dość ciężki. Włożyłam na siebie swoje fokowe futro, które Witold w jednym ze swoich listów z wojska polecił mi kupić za resztę oszczędności w PKO – i zapakowałam ręczną torbę, na samym spodzie układając srebrnego lisa, którego za czasów „barowych” dostałam w prezencie na imieniny od babci i Janka, na lisie położyłam trochę rzeczy i bielizny Ewy i mojej, a następnie trochę jedzenia i termos z gorącą herbatą. Ewa miała pod swoją opieką małą teczkę z lekarstwami w osobnym pudełku i ważnymi dokumentami. Babcia powiedziała mi, że ma w tobole również srebrnego lisa dla swojej córki, Wandy, co mnie ucieszyło, zastanawiało mnie tylko, jak sobie babcia wyobraża sprawę doręczenia córce tego prezentu. Pieniądze i obrączkę z inicjałami Witolda włożyłam do małego, płóciennego woreczka, który przypięłam do stanika agrafką.

Kiedy trzech niemieckich żołnierzy weszło do naszego domu, siedziałyśmy na kanapie całkowicie gotowe do wymarszu, ale widząc ich karabiny wycelowane w nas nałożonymi na broń bagnetami i wrogie, zacięte twarze, gdy w dodatku jeden z nich szczeknął jeden z niewielu niemieckich wyrazów, które rozumiałam – „Raus!!”, obydwie po prostu nie mogłyśmy przez chwilę ruszyć się z miejsca. Byłyśmy jak sparaliżowane, a Ewa rozpłakała się i głośno wykrzyknęła: „Mamusiu, jak oni mogą nas wyrzucać z naszego własnego domu? Gdybym miała strzelbę, to bym ich ZASTRZELIŁA!!” Bez słowa babcia podniosła się ze swym tobołem na plecach, ja wzięłam torbę i teczkę do ręki i trzymając drugą ręką dłoń mojej siedmioletniej córki, wyszłam z babcią przed dom.

Wszyscy ewakuowani mieszkańcy Bielan otrzymali rozkaz zgrupowania się na ulicy Kasprowicza przed dwoma dużymi budynkami. Jeden był przeznaczony dla ludzi starych i ułomnych, drugi dla młodych kobiet z dziećmi. W żaden sposób nie można było babci zakwalifikować do osób starych lub ułomnych – miała doskonałą prostą postawę i zupełnie młodą twarz, toteż bez żadnych zastrzeżeń ze strony Niemców weszłyśmy wszystkie trzy do budynku przeznaczonego dla młodych kobiet. Było to dla nas wielka pociechą, że w ogólnym chaosie byłyśmy razem. Nasza grupa, licząca około dwudziestu kobiet plus dzieci, została skierowana do pokoju na czwartym piętrze, gdzie mogłyśmy siedzieć lub leżeć na twardej, ale względnie czystej podłodze. Tuż obok naszej trójki usadowiła się pani R. ze swymi dwiema córkami, jedna miała dwanaście lat, druga nie więcej niż osiem miesięcy. Pani R. od razu zajęła się swoim maleństwem, wyciągnęła czystą pieluszkę z pięknej skórzanej teczki swojego męża, w której umieściła wszystko, co było potrzebne dla niemowlęcia. Przewinęła małą i dała jej butelkę z jeszcze ciepłym mlekiem, a myśmy wypiły trochę herbaty z naszego termosu, bo w pokoju było już prawie ciemno, i ponieważ wszystkie trzy byłyśmy bardzo zmęczone, przykryłyśmy się naszymi paltami i prawie z miejsca usnęłyśmy. Ale w nocy obudziły nas nagle głośne krzyki i ciężkie stąpania butów żołnierzy niemieckich.  Zobaczyłyśmy, że Niemcy przy świetle latarek elektrycznych sprawdzają dokumenty wszystkich kobiet, świecąc latarkami w ich twarze. Mówiono potem, że jakaś młoda dziewczyna, na której towarzystwo liczyli, wymknęła im się z rąk i szukali jej teraz po całym budynku. Następnego dnia pani  R. stwierdziła, że piękna, skórzana teczka jej męża wraz ze wszystkimi drobiazgami i pożywieniem dla dzieci, zniknęła podczas nocy. Nie było wątpliwości, kto ją sprzątnął.

Tego ranka wstałyśmy wszystkie wcześnie, żeby się przygotować na wszelkie możliwe ewentualności, które nas mogły czekać. Mówiono, że ludność z Bielan ma być ewakuowana, ale nic pewnego nie wiedziałyśmy. Około południa dopiero mieliśmy pewność, że nas gdzieś wywiozą. Na ulicę Kasprowicza zajechał długi konwój piętnastu ciężarówek wojskowych. Gromada ludzi, rozgorączkowana i niespokojna, stała na chodnikach w oczekiwaniu. I nagle rozniosła się wieść, nie wiem skąd, że mamy być wywiezieni do obozu niemieckiego w Pruszkowie, małym mieście niedaleko Warszawy. Ludzie zaczynali wsiadać, pchali się do pierwszych wozów, żeby usiąść najbliżej wejścia, bo tam było lepsze powietrze. Wewnątrz ciężarówek, krytych nieprzepuszczalnym brezentem, mogło być duszno nie do wytrzymania. Babcia ze swym ciężkim tłumokiem na plecach, z kosmykami włosów wiszącymi spod przekrzywionego obandażowania, również starała się dostać do jednego z pierwszych wozów, ale wciąż ją odpychano od wejścia i widać było, że jest kompletnie wyczerpana.

Zamiast pchać się za babcią, ujęłam Ewę mocno za rękę i zaczęłam przyglądać się pustym ciężarówkom konwoju. Nawet z daleka mogłam zauważyć, że kilka ostatnich wehikułów wygląda jak autobusy zaopatrzone w okna i drzwi – przyspieszyłyśmy więc kroku i doszłyśmy do ostatniego wozu. Nikt na nas nie zwracał uwagi. Okienko na froncie ostatniego wozu, który, jak okazało się z bliska, był naprawdę autobusem, było uchylone, a przy kierownicy siedział żołnierz ze znudzona miną. Nie znając niemieckiego, zapytałam go „ni w pięć ni w dziewięć” po francusku: „Parlez-vous francais?” (co znaczyło: czy pan mówi po francusku?) i okazało się, że żołnierz pochodził z miejscowości we Francji leżącej na pograniczu niemieckim i, choć był Francuzem, mówił również po niemiecku. Nie było najmniejszego sensu walczyć o miejsce w pierwszych wozach. Najpierw wyjaśniłam mu szybko, o co chodzi, upewniłam się, że pozwoli nam z babcią wsiąść do swego autobusu, a potem szybko pobiegłyśmy po babcię. Biedaczka niemal rozpłakała się na nasz widok, myślała, że już wsiadłyśmy do któregoś wozu i że zgubiłyśmy się na dobre. Szybko wyjaśniłam jej, o co chodzi i nie tracąc czasu pędem ruszyłyśmy w stronę ostatniego wehikułu, a za nami pani R. z dziećmi i jeszcze kilka innych osób. Za chwilę siedziałyśmy wszystkie w wygodnym wozie, gdzie było pełno powietrza i już spokojniej oczekiwałyśmy, co nam przyniesie najbliższa przyszłość.

Gdy dojechałyśmy do Pruszkowa i konwój przystanął przed wejściem do niemieckiego obozu ogrodzonego wysoką siatką z rozpiętym nad nią drutem kolczastym, otworzono natychmiast szerokie wrota i na wyasfaltowany teren obozu wjechało zaledwie kilka pierwszych ciężarówek, reszta zaś pozostała na ulicy, oczekując swojej kolejki. Nastąpiło małe zamieszanie z wysiadaniem naładowanych do wozów ludzi, usuwaniem pustych ciężarówek, aby zrobić miejsce dla następnych. Ostatnie wozy konwoju wciąż jeszcze znajdowały się w dość dużym oddaleniu od wejścia do obozu. W pewnym momencie zauważyłyśmy z babcią, że w kilku wozach przed nami wszczął się jakiś dziwny ruch. Zaczęła się masowa ucieczka ludzi, której kierowcy wozów przyglądali się obojętnie, zapewne przekupieni przez uciekających. Widząc to zaczęliśmy i my wtykać naszemu kierowcy, co kto mógł – pieniądze lub biżuterię. Babcia dała mu litrową butelkę „czystej wyborowej” i zdaje się, że był z tego najbardziej zadowolony. Przez otwarte okna wyrzucaliśmy najpierw toboły chwytane niemal w locie przez miejscową ludność, potem ostrożnie tą samą drogą wysadzałyśmy dzieci, które wraz z tobołami natychmiast zanoszono do pobliskiego sklepu. Na końcu, drzwiami jak przystało, wysiadały rozgorączkowane, niespokojne matki, na które już czekały w sklepie wystraszone dzieci.

Ludność Pruszkowa była wspaniała w swej chęci niesienia pomocy. Ale ta pomoc nie ograniczała się tylko do ułatwienia nam ucieczki. Gdy się mniej więcej wszystko uspokoiło i ulica przybrała normalny wygląd, a w sklepach, w których schroniliśmy się rozdano nam po kubku gorącej zupy, tutejsi mieszkańcy poprzydzielali nam lokum w swoich mieszkaniach i domach. Spaliśmy w piwnicach, na siennikach wypchanych słomą, przykrywaliśmy się paltami i czym się dało i byliśmy szczęśliwi, że mamy dach nad głową i że nie jesteśmy w obozie. Bywało, że musieliśmy zmieniać gospodarzy – gdyż patrole niemieckie przetrząsały miasto, dobrze bowiem wiedziano, że spora grupa ludzi „urwała się” z konwoju. Jakież to było ryzyko dla tych zacnych mieszkańców Pruszkowa tak ofiarnie nam pomagających! Zdarzały się przecież wypadki, że kogoś wytropiono i wsadzono do obozu. Jakąż karę wyznaczono tym, którzy pomagali uciekinierom? Należy podkreślić, że to, co robili dla nas pruszkowianie, robili z dobrego serca, nie było mowy o jakichkolwiek nadużyciach. Nie chciano pieniędzy – gdyby ktoś miał i chciał zapłacić za własne utrzymanie – mogłoby być to zaakceptowane. Przenoszono nas z jednej piwnicy do drugiej nie tylko z powodu częstego patrolowania żołnierzy niemieckich, bano się również donosów, bo to się zdarzało. W wypadku przenosin, w opustoszałej piwnicy kładziono jeden materac na drugim, okrywano łachmanami i dla niepoznaki rozkładano na nich rozmaite drobiazgi gospodarskie.

Pamiętam, jak we wcześniejszym okresie okupacji niemieckiej pewna majorowa bardzo skutecznie i przez długi okres czasu ukrywała swego męża, zresztą już emerytowanego, ale zawsze – wojskowego. Trzymała go we własnym domu na strychu, a całe mieszkanie było po prostu zawalone rozmaitymi ciuchami, starzyzną, wszystko to nie pachniało ładnie, nic dziwnego więc, że szpicle widząc w dodatku starszą już kobietę najwyraźniej nieco pomyloną, przeprowadzali swoje oględziny bardzo pobieżnie i czym prędzej wymykali się z domu.

Wracając do naszej sytuacji, muszę z przykrością stwierdzić, że po jakimś czasie, wszystkie trzy zostałyśmy zawszone i to było straszne odkrycie. Ale babcia zawsze pomysłowa i zaradna postanowiła napisać do swej córki, Wandy, do Olkusza, który wówczas, zgodnie z zarządzeniami niemieckimi, należał już do Reichu. Wanda, znając niemiecki ze szkoły, w czasie okupacji poduczyła się trochę tego języka, a że jeszcze przed wejściem Niemców pracowała jako urzędniczka w Magistracie Olkuskim, więc ją na tej samej posadzie zostawiono. Babcia opisała Wandzie w swym liście naszą sytuację w Pruszkowie i podała swój adres na „Poste Restante” w miejscowej poczcie. Po otrzymaniu listu od babci, Wanda zdołała wystarać się u niemieckich autorytetów w Olkuszu o pozwolenie na legalny przyjazd rodziny do Olkusza. Wysłała dokument wraz ze swoim listem do babci według wskazanego adresu. Był to dokument, który dzięki Wandzie wyzwolił nas z ciągłego ukrywania się. Babcia kupiła bilety na pociąg, który szedł do Olkusza okrężną drogą przez Katowice, gdyż stacja Tunel, która wzięła swą nazwę od prawdziwego tunelu, zasypanego w tym czasie przez bomby Niemców – nie nadawała się do użytku. Nie dało się jednak uniknąć przesiadki na podwarszawskiej stacji Włochy, gdzie musiałyśmy przeczekać dobrych parę dni, żeby uzyskać połączenie z pociągiem na Katowice – Olkusz.

Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy ubrudzone i zawszone przybyłyśmy w końcu do małego domku babci na Czarnej Górze. To był domek, w którym babcia mieszkała tyle lat i tu wychowywała swoje dzieci. Tutaj przywiózł mnie Witold jako swoją narzeczoną i tu poznałam całą jego rodzinę. I nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy babcia – gdy mnie zobaczyła – otworzyła szeroko ramiona, żeby mnie powitać jako swoją przyszłą synową.

Miłosława Boska. Fot. z pryw. arch.
Witold Boski. Prawd. Bielany. Fot. z pryw. arch.
Wanda Boska w lisie wyniesionym przez matkę z Warszawy. Olkusz. Fot. z pryw. arch.

Powiązane hasła

”None