menu

Chmielewska-Jakubowicz Maria – Nasze wygnanie ze Starówki

Chmielewska-Jakubowicz Maria – Nasze wygnanie ze Starówki

Maria Chmielewska-Jakubowicz, ur. ok. 1928 r., w czasie okupacji mieszkała wraz z matką Haliną Chmielewską, ur. ok. 1899 r., na Starym Mieście. Halina Chmielewska, z wykształcenia lekarz-pediatra, w trakcie Powstania leczyła rannych powstańców punkcie opatrunkowym Dywizjonu Motorowego AK, prowadzonym przez dr Chmielewską w piwnicach Hotelu Polskiego przy ul. Długiej 29, jej córka natomiast pomagała jako sanitariuszka w domu po przeciwnej stronie ulicy. 2 października, po upadku Starówki, zostały wygnane z miasta do obozu przejściowego w Pruszkowie. Tam Halina Chmielewska, podobnie jak inni przybyli z nią lekarze, zatrudniła się do pomocy więźniom. Podczas pracy sporządzała listy chorych, na które nielegalnie wpisywała osoby zdrowe, umożliwiając im wyjście z obozu. Po miesięcznym pobycie Halina Chmielewska z córką z Dulagu 121 zostały przewiezione do Ożarowa. Prezentujemy fragmenty wspomnień spisanych około 1976 r., wydanych w publikacji „Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944” [Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992, T.1, s.196-215]. Zachowujemy styl tekstu zgodny z oryginałem.

Na dzień przed upadkiem Starówki mama przeszła z łącznikiem za ostatnią barykadą po mnie i zabrała mnie ze sobą do Hotelu Polskiego. Sanitariat wraz z całym personelem i lżej rannymi, według planów, miał przejść do Śródmieścia kanałami w ostatniej chwili. Mama za wszelką cenę chciała być ze mną razem.

Wieczorem dnia 1 września przychodzi rozkaz, że mamy się ewakuować. Jest to chwila bardzo trudna, ponieważ musimy zostawić w piwnicy tych rannych, którzy nie nadają się do transportu. Wychodzimy z Hotelu Polskiego z grupą pod dowództwem porucznika „Żaby” [por. rez. „Żaba” Tadeusz Schuch (ok. 1912-1975), drugi zastępca dowódcy Dywizjonu „Motorowego” Ośrodka Motorowego” Obszaru Warszawskiego AK; w Powstaniu oficer operacyjny – przyp. red.]* – około trzydziestu osób: sanitariat, lżej ranni, którzy mogą sami iść, kilku cywilów. Sam porucznik „Żaba” jest ranny, oparty na ramionach dwóch sanitariuszek. Pod jego dowództwem mamy przedostać się kanałami do Śródmieścia. Przechodzimy do kanału pod numerem Długa 28, potem do drugiego przy rogu placu Krasińskich, potem do trzeciego w okolicy Hipoteki [przy ul. Hipotecznej, która łączyła ul. Długą z Daniłowiczowską – przyp. red.]. Niestety nigdzie nie ma miejsca dla przejścia grupy porucznika „Żaby”, bo czekają długie kolejki tych powstańców, którzy jeszcze od dnia poprzedniego nie zdołali się przedostać do Śródmieścia. Jest to noc z pierwszego na drugi września – ostatnia noc na Starówce. Dokoła jest kilka pożarów, z których łuny biją w niebo. W okolicy Arsenału [przy ul. Długiej 52 – przyp. red.] jest pożar, palą się jakieś wióry czy nasiona i wiatr tysiące ich przez całą noc unosi w powietrzu przenosząc ze strony zachodniej ku wschodowi. Przez całą noc słychać pojedyncze „pukania” to „gołębiarze” biorą nas na cel. Trzykrotni lub czterokrotnie może w odstępach godzinnych są naloty. Samoloty zrzucają bomby. W świetle „świec zapalających” jest jasno dokoła jak w dzień. Warkot samolotów, wybuchy, huki, detonacje, bliżej i dalej, pojedyncze „pukania”, te tysiące ogników, dym i łuny – sprawiają wrażenie piekła. Jesteśmy całkowicie bezbronni, z gołymi rękoma, na tych gruzach wśród śmiercionośnych sił. Podczas najsilniejszego bombardowania pod murem Hipoteki wydawało mi się, że są to ostatnie sekundy życia. Po tej nocy, gdy do nas wiadomość, że kanał wiodący od Hipoteki do Śródmieścia jest zasypany, a idący musieli zawrócić, zaczęto szukać zapałek, by spalić worek z dokumentami.

Nastał ranek 2 września. Znajdowaliśmy się w bramie ulicy Długiej 25. I wtedy usłyszeliśmy wrzaski niemieckie dochodzące z kilku stron. Zobaczyłam wielu Niemców W hełmach, w długich płaszczach nieprzemakalnych, z lufami karabinów skierowanych na ludność cywilną, i uświadomiłam sobie, że to już koniec. Po kilkunastu czy więcej minutach Niemcy usunęli ludzi z piwnic i z klatek schodowych i zaczęli nas pędzić w kierunku pasażu i Hipotecznej. Zanim jeszcze to nastąpiło zdjęłam opaskę i rzuciłam na schody Kina Miejskiego [Kino Miejskie mieściło się w gmachu d. Operetki, później Teatru im. w. Bogusławskiego przy ul. Hipotecznej 8 (w tym miejscu przebiega Trasa W-Z); przejście z Długiej na Hipoteczną nazywano pasażem – przyp. red.]. Po przejściu przez ciemny pasaż wychodzimy na zwalone gruzy na środku ulicy Hipotecznej. Niemcy przez cały czas wrzeszczą, lufy karabinów są stale na nas nastawione. Na Hipotecznej też wychodzą z bram, klatek i piwnic ludzie starzy, kobiety z dziećmi. Niosą walizki, tobołki. Są w paltach i zimowych ubraniach i niosą ten cały swój dobytek przez cegły i gruzy. Z wielkim trudem dochodzimy na uginających się nogach do Daniłowiczowskiej. Po lewej stronie dom „Pod Królami” [Pałac Daniłowiczów siedziba Biblioteki Załuskich, zw. domem „Pod Królami”, wypalony w Powstaniu; odbudowany – przyp. red.]; po prawej wypalony dom Spiessa [skład materiałów aptecznych i lekarskich fabryki Spiessa, dziś nie istnieje – przyp. red.]. Odór octu z piwnic tego spalonego domu dochodzi okropny. Gryzie w oczy i w gardle. Przy więzieniu [Areszt centralny przy ul. Daniłowiczowskiej – przyp. red.] gruzy dochodzą do wysokości pierwszego piętra.

Niemcy wrzeszczą i dzielą nas na grupy: moja pierwsza grupa, moja druga grupa, moja trzecia grupa… wskazują kierunek: Theaterplatz. W tym momencie uświadamiamy sobie, że na placu Teatralnym będzie nasza egzekucja. Widzę, że wiele osób znajomych, które wczoraj jeszcze i w nocy miały na sobie panterki, orły i opaski, ma cywilne ubrania, spodnie, koszule, swetry. To jest zupełnie sekundowe wrażenie. Naprzeciw nas przez ulicę Daniłowiczowską idą od strony placu Teatralnego Kałmucy. Widzę, że zdzierają ludziom z rąk zegarki, macają kobiety, szarpią i zdzierają im łańcuszki złote z szyi. Widzę, że mężczyznom wyciągają dewizki i zegarki z kamizelek. Podchodzi do mnie Kałmuk i szarpie mnie za zegarek. Po niemiecku tłumaczę mu, że to jest mój pierwszy zegarek, który dostałam od mojego ojca, że mój ojciec nie żyje: Kałmuk nic nie rozumie po „niemiecku i zegarek mi zabiera. Potem zabiera mi jeszcze dwa pierścionki.

Idziemy dalej ulicą Daniłowiczowską po gruzach. Ludzie przewracają się, dzieci płaczą, niektórzy nie mogą udźwigać walizek i rzucają je po przejściu kilkudziesięciu zaledwie metrów na gruzy, w związku z czym przejście dla następnych idących jest utrudnione. A tymczasem ci, którzy idą przed nami, są już zupełnie obrabowani przez własowców. Po raz pierwszy widzimy własowców tak blisko, są skośnoocy, mają wystające kości jarzmowe policzków i zupełnie dziobate po ospie twarze.

Przy wejściu na plac Teatralny nie widać śladów egzekucji i nasze pierwsze wrażenie jest takie, że tu nas chyba nie rozstrzelają. Mijamy pałac Blanka [przy ul. Senatorskiej 14, wypalony podczas Powstania, odbudowany – przyp. red.] i ruiny wypalonego Ratusza [dziś w tym miejscu znajduje się pomnik Bohaterów Warszawy – przyp. red.]. Z odcinka ulicy Senatorskiej pomiędzy Miodową a Daniłowiczowską wychodzi ludność cywilna z okolic Miodowej: idą księża, zakonnice i zakonnicy. Idą w czarnych sutannach, w czarnych i brązowych habitach. Migają wśród tłumu białe kornety zakonnic. Wszyscy duchowni prowadzą albo niosą rannych i starców. Ciężko rannych niesie czterech zakonników w kocu. Wygląda to tak, że cztery osoby trzymają za cztery rogi koca, w którym znajduje się ranny, albo dwie osoby niosą koc z przodu i z tyłu, wygląda to jak worek, prawie ciągnięty po ziemi. Wśród ludności cywilnej przeważają kobiety i dzieci ale nie brak też i mężczyzn. Z mieszkańcami Starówki idzie bardzo wielu ludzi z Woli, którzy tu od 6 sierpnia znaleźli schronienie.

Na ulicy Senatorskiej, tuż przy Galerii Luksemburga [pasaż handlowy z oszklonym dachem prowadzący z ul. Senatorskiej do ul. Niecałej – przyp. red.], stoją na chodniku jakieś stoły za którymi są Niemcy, i są tu jakieś wielkie gary i kotły z wodą. Ludzie nabierają ją i piją. Oczywiście nie mamy żadnego naczynia, ale Bujalscy mają butelkę, do niej nalewają i każdemu dają po trochu pić. Z tej jednej butelki pije po kilkanaście osób. Ktoś mówi, że woda jest zatruta, ale nikt nie zwraca na to najmniejszej uwagi. Jesteśmy bardzo spragnieni, od wielu dni nie piliśmy wody.

Przy dojściu do placu Bankowego koło figury [św. Jana Nepomucena – przyp. red.] (tu gdzie dziś znajduje się Poczta) leży na ziemi powstaniec, ranny w kręgosłup. Dotąd go nieśli i tu go zostawili. Czeka – jak mówi – na transport. Dalej pędzą nas wąską ulicą Elektoralną. Jest potworny smród świeżej spalenizny i spalonych ciał ludzkich. Przez „oczodoły” dawnych sklepów widać, jak drży rozgrzane powietrze nad żarzącymi się jeszcze gruzami. Po prawej stronie spalony szpital Św. Ducha, tak jak wypalone wszystkie domy.

I tu zaczyna się następny rozdział naszej gehenny. Podchodzą do idących w pochodzie kobiet i dziewcząt Kałmucy i prowadzą je w gruzy. W idącym tłumie poruszenie, że będą to gwałty. Nie wiadomo jeszcze, co będzie dalej. Rozszalałe matki wyciągają z gruzów córki, kuzynki, mężowie własne żony… Idziemy dalej. Reakcja ludzi w pochodzie jest bardzo różna. Zwłaszcza starsze kobiety piętnują, inni ludzie bronią, inni posępnie milczą. Wyciągnięte gruzów zgwałcone lub nie zgwałcone idą zupełnie roztrzęsione dalej. Przechodzą przez Chłodną mijamy kościół Karola Boromeusza. Nadal smród i swąd dokoła. Świeci słońce i niebo jest bardzo niebieskie. Słychać oddalone huki, pewni ze Śródmieścia. Mijamy narożnik Chłodnej i Żelaznej, tu gdzie za czasów getta był ten pamiętny most [14]. Idąc przez Wolską niektórzy idący (mieszkańcy Woli) rozpoznają znajome domy i oczodoły wypalonych mieszkań. Przy rogu ulicy Działdowskiej są znajome mamy pielęgniarki w białych fartuchach. Od nich dowiadujemy się, kto z lekarzy jeszcze żyje, a kogo zamordowano. Siostry rozdawały dotąd idącym w pochodzie jedzenie, teraz już nic nie mają.

Na ulicy Wojskiej Niemcy fotografują nas wielokrotnie. Widocznie jesteśmy dla nich bardzo interesującym obiektem. Pochód trwa bardzo długo, niektórzy ludzie padają ze zmęczenia, inni siadają na ziemi. Niemcy nie pozwalają zatrzymywać, stale wrzeszczą „Raus!” i pędzą dalej. W tym pochodzie mama przez cały czas od placu Teatralnego szukała na próżno swojego brata, Wujka Zygmunta, ostatniego żyjącego członka naszej rodziny. Ludzie znajomi widzieli go, że wyszedł z Długiej. Był to „ostatni” ślad, że chyba wyszedł z Powstania żywy. Ponad wszystkimi głowami powiewa jak ostatni sztandar Powstania zielono-żółta albo żółto-zielona lekka jedwabna sukienka młodej całkowicie poparzonej kobiety. Wysoki, młody mężczyzna niesie ją na rękach albo na szyi. Ręce jej zwisają w brązowożółtych bandażach po jednej stronie, a nogi po drugiej. Co jakiś czas ten mężczyzna przystaje, siada na jakichś cegłach czy płytach chodnika i trzyma ją na kolanach. I znowu ciało jej zwisa, ręce po jednej stronie, a nogi po drugiej. Twarzy jej i włosów nie widać. Głowę ma zabandażowaną brudnym, brązowym bandażem. Widać tylko szparki oczu i ust. Wygląda zupełnie jak maska, jak kukła. Jest to jakiś wymowny symbol jeszcze ratującego się. życia.

Przy kościele Św. Stanisława przy ulicy Wolskiej następuje jeden z bardziej tragicznych epizodów naszej wędrówki. Niemcy oddzielają mężczyzn od kobiet. Ci ojcowie, który dotąd nieśli dziecko lub bagaże, muszą wszystko porzucić. Popłoch, rozpacz, tumult, krzyki stają się coraz bardziej tragiczne. Ludzie próbują się szarpać, stale coś lub ktoś upada na ziemię. My z mamą trzymamy się mocno, żeby się nie zgubić. Kobiety przy pożegnaniu nie chcą się rozstać z mężami, Niemcy rozpędzają ich i rozpychają kolbami karabinów. To rozrywanie rodzin jest straszne. Krzyki i rozpacz potęgują się. W ciągu kilkunastu minut Niemcy pędzą mężczyzn w kolumnach czwórkami. Długa to i tragiczna jest defilada. Przed bezradnymi kobietami stojącymi po obu stronach ulicy z dziećmi i tobołkami idą środkiem jezdni równo, prawie marszowym krokiem mężczyźni, pilnowani przez Niemców z karabinami. Pamiętam nazwiska: kapitan „Hart” i magister Suchojad – farmaceuta ze Starówki, słyszałam wtedy i inne znajome nazwiska. Słychać rozpaczliwe ostatnie polecenie: „Napisz do mamy”, albo: „Pilnuj dzieci!”. Ten pochód trwa bardzo długo wśród narastających szlochów kobiet, krzyków dzieci i wrzasków niemieckich: „Ruhe!”.

Za wiaduktem kolejowym idąc w lewo ulicą Bema widzimy po lewej stronie pierwszy nie wypalony dom z oknami. W tych oknach są Niemcy, śmieją się z nas i wykrzykują po niemiecku. Przy ulicy Bema dalej są zagony, ludzie odchodzą w bok w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Niemcy nie pozwalają się oczywiście oddalać. Weszłam w te zagony, znalazłam jakiś podgniły głąb kapusty i zjadłam. Potem podniosłam z ziemi zadeptany kawałek suchej kiełbasy, wytarłam go o spódnicę i też zjadłam. W pobliżu Dworca Zachodniego był jakiś dłuższy postój (może pół godziny, może i godzina). Było już popołudnie około godziny siedemnastej – osiemnastej (nie wiem, po raz pierwszy nie miałam przecież zegarka). Był tu kran pod gołym niebem, napiłam się dużo wody gołymi, brudnymi rękoma i umyłam się.

Wkrótce załadowano nas do wagonów pociągu elektrycznego. Było względnie luźno, usiadłam przy oknie. Pociąg rusza, prawdopodobnie do obozu Pruszkowie. Przejeżdżamy Włochy, pociąg nie zatrzymuje się, ale zwalnia. Pamiętam ludzi stojących na ulicy, którzy kiwali ku nam rękoma i płakali. Dojeżdżamy do Ursusa, pociąg staje na zupełnie pustej stacji. Jest tylko kilku Niemców z karabinami. Nikt nie wsiada, nikt nie wysiada, chociaż drzwi od wagonów są otwarte. W momencie gdy pociąg z wolna rusza, wysuwa się poprzez te otwarte drzwi jedna z naszych sanitariuszek z Hotelu Polskiego, harcerka Marysia. [Maria Draber, pielęgniarka – przyp. red.] Bardzo spokojnym krokiem idzie przez zupełnie pusty peron w Ursusie. Tym sposobem Marysia uratowała się i nie była w obozie. Po przejechaniu dworca w Ursusie ktoś z naszego transportu wyskoczył, były strzały. Widziałam młodego mężczyznę, który przekoziołkował w rowie, chyba został postrzelony. W Pruszkowie pociąg wjeżdża poza mur, do wnętrza obozu. Były to dawne warsztaty kolejowe. Jak nam mówiono, tego dnia Niemcy wypędzili ze Starówki około 70 tysięcy do 100 tysięcy ludzi [Edward Kołodziejczyk w opracowaniu „Dulag 121” („Przegląd Pruszkowski” 1981, z. 2, s. I) podaje, że w nocy z 2 na 3 września było w obozie 43 tys. warszawiaków – przyp. red.]. Władowano nas do ogromnej, zupełnie pustej hali, takiej jak Hala Mirowska. W jednej ścianie tej hali, był bardzo duży balkon. Była godzina około dziewiętnastej. Było nas około 20-30 osób znajomych, pacjentów, sanitariuszki z Hotelu Polskiego. Wszyscy ci ludzie trzymali się blisko mamy wiedząc, że jest kobietą energiczną. Położyliśmy się pokotem na ziemi i od razu posnęliśmy ogromnie zmęczeni.

Następnego dnia była niedziela, 3 września. Dzień był bardzo słoneczny. Mama spotkała znajomych lekarzy, którzy byli już z innymi lekarzami. Stanęli w grupie około 8-10 osób i dyskutowali, czy starać się szybko z obozu wydostać poza mury, czy też w obozie zostać i pracować. Przeważyła opinia, że należy w obozie zostać, przeczekać wysłanie do Niemiec i na razie pracować i starać się zwalniać jak najwięcej młodych ludzi, co właśnie w tej chwili należy do polskich lekarzy. Wkrótce wszyscy ci lekarze dostali się do stołów funkcyjnych oficerów niemieckich i lekarzy-oficerów niemieckich i kolejno zgłaszali się do pracy. Długie to były stoły. Ja stałam tuż obok mamy. Wszyscy dostali zezwolenia na stołowanie się w pracowniczej stołówce obozowej i zezwolenia na chodzenie po terenie obozu. Mama jako lekarz pracujący, ja jako członek rodziny. Przez cały wrzesień, gdy trwało nadal Powstanie – mama pracowała tu od rana do godziny około trzynastej, potem były chyba dwie godziny przerwy na obiad i znowu po południu do osiemnastej czy dziewiętnastej. Praca wyglądała w ten sposób, że na balkonie było coś w rodzaju ambulatorium. Pracowała tam mama, doktor Hałacińska – ftyzjatra [Felicja Hałacińska (ur. 1901) lekarz ftyzjatra w szpitalach we Lwowie; dyplom uzyskała w Akademii Medycznej we Lwowie w r. 1924 – przyp. aut.], i lekarz Niemiec w mundurze oficera. Mamę znało bardzo wielu ludzi z naszej dzielnicy, ponieważ wielu, z nich latami leczyła dzieci. Znali mamę ludzie w „akcji”. Doktor Hałacińska, bardzo dzielna lekarka, mówiła biegłe po niemiecku. Ten lekarz Niemiec, zresztą przychylnie ustosunkowany do obu, lekarek, ale niewiele interesujący się tym, co one robią, był właściwie tylko figurantem: miał stempel z niemieckim „ptakiem”. Zaświadczenie zatwierdzające, że człowiek jest chory i postemplowane tą pieczęcią torowało drogę poza mur. Do mam zgłaszali się chłopcy z Powstania, pacjenci, sąsiedzi, znajomi znajomych, którzy ją dawniej znali. Natychmiast porozumiewały się wzrokiem z doktor Hałacińską i „ustalały” coraz to inne rozpoznania: złamana ręka, gruźlica płuc, objawy ostrego bólu brzucha i inne. No i im kto, był młodszy, a wyglądał na powstańca sprzed kilku dni, otrzymywał skierowanie do szpitala w Milanówku. Ilu z tych ludzi dotarło do tego szpitala – nie wiadomo, w każdym razie mogli wyjść z obozu. Zaświadczenia były napisane po niemiecku, z rozpoznaniem po łacinie, podpisane i podstemplowane przez tego lekarza-Niemca. Oczywiście było wiele osób chorych na biegunkę, na anginę, z ropniami skóry, ale cóż mogli pomóc nawet najlepsi specjaliści warszawscy wobec kompletnego braku leków przy maksymalnie antysanitarnych warunkach panujących w obozie. Już po wojnie, gdy studiowałam medycynę, opowiadała mi mama, że najbardziej tragiczne były w tym ambulatorium sytuacje, gdy zgłaszały się matki przyprowadzające zgwałcone przed kilku dniami córki z pytaniem, czy mają one objawy chorób wenerycznych.

W południe chodziliśmy na obiad do stołówki i wtedy można było spokojnie porozmawiać. Widziałam i inne bloki, widziałam przygotowywanie transportu do wysyłki do Niemiec. Kobiety z dziećmi i ludzi starych wywożono na teren Generalnej Guberni. Pewnej nocy mama powiedziała mi, że następnego dnia mam przyjść o oznaczonej godzinie do doktor Hałacińśkiej przypomnieć jej, że mnie leczyła w czasie wojny, że moi rodzice umarli na gruźlicę, a ona dalej będzie wiedziała, co ma robić. Mam zachowywać się tak, że mamy nie znam i na nią nie patrzeć. O oznaczonej godzinie stanęłam przed doktor Hałacińską, która zadała mi kilka pytań, byłam bardzo zdenerwowana. Stałam tyłem do mamy siedzącej obok (chodziło głównie o to, by lekarz-Niemiec nie zorientował się, że mamy identyczne nazwiska). Doktor Hałacińska bardzo dokładnie mówiła temu lekarzowi o tym, jak to moi oboje rodzice umarli w czasie wojny na gruźlicę, że mam otwartą gruźlicę i wszystkim zagrażam i że niedługo umrę. On podjął decyzję i krzyczał: „raus, raus, weg, weg” – i podpisał wszystko, co tylko mu podyktowała. Stałam zupełnie osłupiała, jak to się wszystko odbywało. A podyktowała mu „Tuberkulose, Lungenenzundung”, podpis, data i stempel z ptakiem. O mało nie oszalałam z radości, już chciałam podskakiwać i tym tysiącom ludzi krzyczeć, że mam taki papierek, ale się jakoś opanowałam.

Pewnego dnia mama pokazała mi przed blokiem Prezydenta Wojciechowskiego z żoną. Ludzie mówili dokoła nich: „Patrzcie i Prezydent Wojciechowski jest z nami.” Przy bramie obozowej rozpoznała Zelwerowicza. W kuchni obozowej pracował przy wywożeniu śmieci jeden z moich kolegów sprzed Powstania, syn warszawskiego lekarza. Opowiadał on, że ludzi specjalnie zasłużonych, których trzeba szybko z obozu wydostać, wywozi się nocą pod obierkami kartofli w samochodach. On to przyniósł mi może dwa razy śliczne, czerwone pomidory. Raz mama kupiła mi jabłka z „przerzutu” zza muru, to znaczy z miasta Pruszkowa. Wydała na nie ostatnie pieniądze i więcej pieniędzy nie miałyśmy.

W bloku numer pierwszy widziałam umierającą właścicielkę naszego domu ulicy Długiej. Okropne jest takie konanie na ziemi w bloku obozowym, gdy ludzie obok jedzą, iskają się, śpią, kłócą lub przepakowują swoje tobołki. Ludzi zmarłych w obozie grzebano na cmentarzu w Żbikowie. Na specjalną uwagę zasługuje latryna obozowa. Na zewnątrz bloku, ale na terenie do niego przylegającym, pod gołym niebem, był kawałek ziemi odgrodzony parkanem drewnianym z niewielkim wejściem do środka. Wewnątrz znajdowały się deski tworząc około 20-30 „oczek”. Pod tą szachownicą z desek znajdował się wielki dół pełen cuchnących fekalii. Także pokryte były fekaliami deski, Po których należało przejść, aby dojść wśród kucających i załatwiających się, kobiet do jakiegoś wolnego oczka. Publiczne załatwianie czynności fizjologicznych było początkowo dla mnie okropne. Przy moim pierwszym zetknięciu z latryną wchodziłam kilkakrotnie i uciekałam dławiąc się i łzawiąc, nie mogąc zupełnie przemóc wstrętu, aby załatwić się. W końcu przemogłam się z wielkim trudem. Widok, smród, odgłosy były zupełnie nie do zniesienia. Nade wszystko ogarniał mnie lęk, że poślizgnę się i wpadnę do dołu. Trudno jest o tym mówić, trudno opisywać, tym niemniej wszystko jest dla ludzi. W końcu przemogłam się i do latryny chodziłam sama.

Obóz w Pruszkowie był punktem przejściowym. Ludzie byli tu dzień, dwa, a potem transportem byli wywożeni dalej. My w obozie byłyśmy prawie cały miesiąc wrzesień, stąd też trochę więcej życia obozowego widziałam. Spanie w obozie odbywało się w ten sposób, że ludzie kładli się na ziemi pokotem, jak popadło, albo układali się spać na matach, o ile były wolne. Maty były o wielkości nieco większej od dużego tapczanu. Na jednej macie spało nas siedem osób, to znaczy sześć kobiet i jeden mężczyzna, doktor Wojciechowski [Bolesław Wojciechowski nauczyciel akademicki anatomii prawidłowej. W czasie okupacji u prof. Edwarda Lotha w Warszawie, Po wojnie u prof. Michała Reichera w Gdańsku – przyp. aut.], który tu w obozie spotkał żonę. Była ona w ostatnich tygodniach ciąży. Układaliśmy się spać, gdy zapadał zmrok, światła żadnego nie było, i kładliśmy się wszyscy na jednym boku, a po kilku godzinach dr W. budził nas i kazał się przekładać na drugi bok. Wszystkie maty były gruntownie zawszone. Po jednej czy dwóch nocach właściwie całe ubranie, bielizna, głowa były we wszach. Ja miałam w kilka dni po przyjściu do obozu ścięte włosy do gołej skóry przez mamę małymi nożyczkami od manicure. Na skórze miałam wiele ropni.

Z moich obserwacji blokowych muszę powiedzieć, że jedzenia w obozie było stosunkowo dosyć. Ludność cywilna miała dostarczane jedzenie w kotłach polowych przed każdy blok. Na teren ogrodzony przed blokiem podjeżdżały kotły kilka razy w ciągu dnia. Ludzie ustawiali się w kolejkach i nabierali w swoje naczynia, ile kto chciał i ile razy kto chciał, to znaczy ci, co byli pierwsi, nabierali w jakieś naczynie i zjadało z niego po kilkanaście osób, a potem natychmiast ustawiali się w kolejce po następne jedzenie. Nieraz było tak, że przez kilka godzin nie było żadnego kotła, a nieraz tak, że zanim jeden kocioł opróżniło się, to już podjeżdżał następny i można było czerpać następną, gorącą zupę. Ludzie jedni drugim pożyczali swoje brudne miski po jedzeniu, do następnego jedzenia. W stołówce pracowniczej była ta sama zupa, tylko jadło się w miskach i na ławach, przy stołach. Najlepiej pamiętam zupę pomidorową z kluskami lub z pęczakiem. Zupa była gęsta, a pęczaku było dużo.

Po kilku pierwszych dniach pobytu w obozie, korzystając z możliwości po ruszania się po terenie, wychodziłyśmy o zmierzchu na rampę, na której wyładowywano kolejnych wygnańców z Warszawy. Pytali nas, gdzie są, i jak tu jest, a my z kolei pytaliśmy ich, z jakich są ulic i kto mógł, pomagał im nosić walizki. Ludzie z innych dzielnic aniżeli Starówka mieli znacznie więcej bagaży, byli lepiej ubrani i mniej było wśród nich rannych. Pamiętam dokładnie, że pierwsi, których się pytałam, odpowiadali: „Oboźna – Radna – Leszczyńska – Tamka.” „To padło Powiśle”, zorientowała się mama. Ci z obozu pytali ludzi z Powiśla o różne domy, o znajomych, o kogoś z rodziny. Odpowiadali, że wszystko spalone, że pali się Śródmieście.

Codziennie rano patrzyłam, jak pod bloki podjeżdżają podwody, aby wywozić z obozu chorych i rannych. Zajmowały się tym siostry niepokalanki, które z wielkim sercem i spokojem bardzo wiele tym ludziom pomagały. Na jeden wóz zabierano od kilku do kilkunastu osób. Pewnego dnia rano stoimy z mamą, która dostała skierowanie do szpitala. Siostry niepokalanki usadawiają ludzi na fukach i sprawdzają, czy wszyscy mają ważne zwolnienia, aby przejechać przez bramę. Na jednej furze wyjeżdża nas 12 osób. Jedziemy przez pola koło kościoła w Żbikowie. Siostry dowożą nas do Ożarowa. Tu jakieś dobre panie stoją na stacji z jedzeniem i częstują. Można jeść, ile się chce. Nie wiem, czy były to żony kolejarzy, czy panie z RGO, ale zawsze przejeżdżając przez Ożarów czule je wspominam.

Z Ożarowa pojechaliśmy otwartym wagonem towarowym do Sochaczewa, bo jedna z obecnych pań zdecydowała, że zabiera nas do krewnych, którzy mają młyn w Chodakowie. Wieczorem z Sochaczewa do Chodakowa poszłyśmy pieszo, i doszłyśmy do młyna. Gospodarze przyjęli nas bez entuzjazmu, ale z godnym spokojem. Ten pierwszy wieczór był dla mnie dużym szokiem i wstydem zarazem. Zobaczyłam normalny dom, mieszkanie ze światłem elektrycznym, bardzo przytulne, może nieco staroświeckie.

Zupełnie nie umiałam się poruszać w tym otoczeniu. Po umyciu wprowadzono nas do dużej jadalni z lampą nad stołem, który był przykryty niebiesko-białym obrusem. Przy stole siedziało ponad 20 osób. Była to rodzina gospodarzy i wygnańcy z Warszawy, którzy tu wcześniej znaleźli schronienie. Na stole było bardzo dużo dobrego jedzenia. Usiadłam na miejscu, na którym mi kazano usiąść i zupełnie nie wiedziałam, co mam robić. Wprawdzie od życia w moim domu upłynęło zaledwie dwa miesiące, ale dla mnie był o wiek cały. Tak niezdarnie posługiwałam się nożem i widelcem, że zwracałam ogólną uwagę. I chociaż dania na stole wyglądały bardzo apetycznie, bałam się nabierać cokolwiek na talerz, bo wszystko „leciało mi z rąk”. Dorośli umieli jeść, ja nie, chyba zapomniałam, jak się je w normalnych warunkach. Czułam się bardzo skrępowana i zakończenie kolacji przyjęłam z uczuciem dużej ulgi. Po kolacji zaprowadzono nas na stych po drabinie. Tu w małym pokoiku było jedno łóżko duże, które zajęłyśmy z mamą, a drugie, małe, na którym, ulokowała się pani Pola. [Paulina Karczewska – przyp. aut.] I tak zaczęło się nasze życie we trzy w tym pokoiku na strychu. Trzy razy dziennie schodziłyśmy na posiłki do jadalni. […] Dopiero tu we młynie w normalnych warunkach zaczęłam z dnia na dzień coraz dokładniej rozumieć, co zabrał nam ogień na Długiej. Zdałam sobie sprawę, że nie mamy zupełnie nic swego, ani dachu nad głową, że jesteśmy zupełnie nędzarkami.

*Przypisy, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą z publikacji „Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944”. W niektórych przypadkach zostały skrócone.

Powiązane hasła

”None