menu

Cichomski Andrzej – rozmowa

Cichomski Andrzej – rozmowa

Andrzej Cichomski, ur. w 1933 r., podczas Powstania Warszawskiego mieszkał wraz z matką, Krystyną Ciechomską z d. Baranowską, na Mokotowie przy al. Niepodległości 52. Jego ojciec został wzięty do niewoli  w 1939 roku podczas obrony Warszawy i do końca wojny więziony był w Oflagu II C Woldenberg. Wychowany w duchu patriotycznym, w rodzinie, której większość członków należała do konspiracji,  sam włączany był do rozmaitych działań, m.in. przenoszenia przesyłek i meldunków, zarówno przed Powstaniem, jak i w jego trakcie. Pod koniec września, kiedy nastąpiło główne natarcie wojsk niemieckich na Mokotów, został wypędzony z piwnicy willi przy al. Niepodległości, gdzie ukrywał się  wraz z krewnymi oraz rannymi powstańcami. Cudem uniknąwszy  rozstrzelania, został popędzony do punktu zbornego na Służewcu. Następnego dnia, w trakcie marszu do Pruszkowa, dzięki pomocy konwojującego transport Niemca, udało mu się uciec z transportu. Rozmowa z Panem Andrzejem Cichomskim została przeprowadzona w Muzeum Dulag 121 w 2019 roku.

 

Nazywam się Andrzej Cichomski. Urodziłem się w Warszawie w 1933 roku.

Proszę powiedzieć, gdzie mieszkał Pan z rodziną w czasie okupacji?

Wtedy to była aleja Niepodległości 52, teraz jest tam numer 54. To był dom mieszkalny, pięciopiętrowy, stojący samotnie. Raczej solidnie zbudowany, mocny, bo wytrzymał wiele bombardowań. Od strony wschodniej, wschodnio-południowej znajdowała się willowa część Mokotowa, część była przy ulicy Naruszewicza. Budynek stał na rogu ulicy Naruszewicza. Mieszkaliśmy tam od roku 1938, bo przedtem mieszkaliśmy na złej ulicy Opaczewskiej.

Z ilu osób składała się rodzina?

Całą okupację mieszkała z nami moja babcia, mama mojej mamy, Maria Baranowska, siostra mamy Wanda Baranowska, która była ciężko chora, bo miała tzw. twardą gruźlicę, moja mama Krystyna i ten niedorobiony słabeuszek, czyli ja, bo muszę nadmienić, że przede mną było tylko parę lat życia, jak stwierdzili lekarze. I to było kategorycznie stwierdzone – prof. Barański orzekł, że jak dożyję dwudziestu lat, to w ogóle będzie cud. Widać, cud się stał. W tym okresie byłem bardzo mikry. Trochę w górę poszedłem dopiero od piętnastego roku życia. A tak to byłem mikry. W czasie Powstania miałem jedenaście lat.

Czyli był Pan po prostu małym chłopcem.

Tym bardziej małym, że nikt nie dawał mi więcej jak osiem. To było ze względu na chorobę niestety, po której, chwała Bogu, nie zostało chyba nic, skoro lekarze stwierdzają, że mam serce niesamowicie zdrowe. Miałem z tym kłopoty i byłem zły na siebie, bo kiedy byłem harcerzykiem, ze względu na mój wygląd – taki strasznie dziecinny – nie chciano mnie używać do jakichś akcji związanych, powiedzmy, z walką czy czymś podobnym. Chodziłem tylko z rozkazami, przenosiłem różne rzeczy, a najczęściej siedziałem w punkcie obserwacyjnym.

Nie wspomniał Pan o swoim ojcu…

Ojciec mój był wzięty do niewoli niemieckiej z obrony Warszawy w 1939 roku. Był w Oflagu Woldenberg, obecnie Dobiegniew na Ziemiach Odzyskanych. Przesiedział tam całą wojnę. Pod koniec wojny, jak wojska sowieckie nadchodziły, pognali ich i wylądował w późniejszej strefie amerykańskiej. Tam był jeszcze do 1946 roku. Na przełomie 1946/1947 roku wrócił do Polski. Nie bardzo chciano puszczać oficerów z powrotem do Polski, ale ojciec z grupą się uparł, że chcą wracać. I wrócił.

Czym się przed wojną zajmowali Pana rodzice? Pana Ojciec był wojskowym?

Mój ojciec skończył szkołę rolniczą i Wojskową Szkołę Oficerską Rezerwy. Poza tym był komendantem Strzelca na powiat wołomiński. Cały czas pracował jeszcze w kółkach rolniczych, wystawy różne organizował, rolnicze oczywiście, wykłady miał. I tak do wojny. W wojnę oczywiście z pierwszym poborem i w stopniu podporucznika brał udział między innymi w bitwie nad Bzurą. Stamtąd wyprowadzał tabory. Później uczestniczył w obronie Warszawy i z Warszawy wzięto go do niewoli.  Mama cały czas pracowała. Dopóki nie wyszła za mąż za ojca, to pracowała w Dowództwie Okręgu Korpusu w Warszawie jako urzędniczka. Ale w chwili wyjścia za mąż musiała się zwolnić z wojskowej instytucji. Pracowała bodajże od 1937 roku – dokładnie to już nie powiem Pani – w fabryce silników elektrycznych (Rohn–Zieliński) w Warszawie. Oni produkowali silniki do tramwajów. W czasie okupacji też cały czas u nich pracowała, bo jej nie zwolnili. Rohn jako Niemiec oczywiście nadal był dyrektorem. Zieliński podpisał volkslistę, co było jednak uzgodnione z podziemiem. I matka tam całą okupację pracowała jako urzędniczka.

Co Pan zapamiętał z życia w okupowanej Warszawie? Co najbardziej utkwiło w Pańskiej pamięci?

Przelewać się nie przelewało, to wiadomo. Ciężko było. Jeśli chodzi o wyżywienie, to pamiętam, że rano była  kasza niekraszona, na obiad kasza kraszona i na kolację kasza niekraszona. Najbardziej utkwiło mi w pamięci takie rodzinne wieczorne czytanie przez matkę polskich książek historycznych.

Jeszcze zapomniałem dodać, że od 1942 roku przez zieloną granicę przeszła moja siostra cioteczna, której matka została wysłana bodaj z pierwszym czy z drugim transportem do Oświęcimia, a ojciec, właściwie ojczym, już wtedy został stracony w Kcyni. Był nadleśniczym i złapali go na tajnym uboju świń. To się zakończyło wyrokiem śmierci dla niego, a dla ciotki wywózką do Oświęcimia, gdzie zginęła. W 1943 roku powiadomili nas o jej śmierci. Wychowywała się więc ze mną Iza, która była starsza ode mnie o rok i osiem miesięcy.

Jedyna mama pracowała. Siostra mamy nie mogła pracować ze względu na chorobę, a ja i babcia – wiadomo. Mama tyrała za wszystkich. Ze względu na tę swoją wadę serca, nieuleczalną ponoć, nie mogłem nic robić. Ale niestety trzeba było i węgla przynieść, i po zakupy czasem ganiać na Puławską, i przynieść to, co było najbardziej potrzebne. To po szkole robiłem zawsze. A wieczorem było to, co najpiękniejsze, czyli czytanie przez matkę tych książek.

Czy którąś z tych lektur zapamiętał Pan szczególnie? Jakie to były książki?

Proszę Pani, począwszy od wierszy Bełzy, które mama bardzo lubiła i nam czytała, skończywszy na książkach historycznych . W tej chwili wiele tytułów nie pamiętam, ale sięgnęła i po Trylogię. To było codziennie na dobranoc. Jak było światło wyłączone, to przy świeczkach. Mam taki wiersz przez siebie napisany – ale go nie zabrałem – właśnie o tych wieczorach, kiedy matka czytała, gdy w każdej chwili można się było spodziewać łomotu do drzwi, bo zagrożenie było stałe ze względu na tajne komplety, które się odbywały w naszym domu przez całą okupację.

Początkowo chodziłem do szkoły podstawowej na ulicy Woronicza – przy pierwszej przecznicy Naruszewicza od strony Puławskiej, ale tylko rok, do drugiej klasy, bo od razu poszedłem do drugiej klasy powszechnej. Później Niemcy nas wyrzucili i zrobili tam koszary. Od tego czasu zaczęły się tajne komplety u nas w domu. Oficjalnie byłem uczniem szkoły podstawowej Giżyckiego przy pętli Wierzbno, po drugiej stronie Puławskiej. Było tam też liceum Giżyckiego. Przez rok tam chodziłem, dopóki też nie zostało to zlikwidowane. Oficjalnie byliśmy uczniami szkoły podstawowej na Dolnej. Tylko w razie jakiejś kontroli byliśmy powiadamiani i wtedy tam się zgłaszaliśmy do szkoły i byliśmy na lekcjach tego dnia. A wszystkie lekcje odbywały się u nas w domu.

Oprócz nas, dzieciaków, dla których robiono w naszym domu szkołę podstawową, czyli powszechną, jak wtedy mówiono, to jeszcze przychodziła starsza młodzież, która miała w granicach siedemnastu–dwudziestu lat. Kiedy mieli swoje spotkania, ja wychodziłem przed dom, jakieś zabawki, jakieś żołnierzyki brałem i tam się bawiłem. Na piasku – wokół były pola przecież. Moim zadaniem było obserwować, czy gdzieś Niemcy nie nadjeżdżają z jakąś interwencją, i szybko dać znać na górę.

Dzień w dzień po szkole jeździłem na wiadomą mi metę, gdzie tylko stawałem w korytarzu, tornister miałem na plecach, z tornistra wyjmowali moje zeszyty, książki, coś wkładali. Ja z tym jechałem tramwajem znowu na znany mi numer w Śródmieściu. Zawoziłem tam i znowu władowali coś, i z powrotem przywoziłem. Dopiero później po tej czynności, że tak powiem, wracałem do domu. Takie życie było. I nie wiem, może ktoś potępiłby matkę, że się nie bała. Ona jednak się bardzo bała, ale u nas w rodzinie najważniejsze było jednak to, co się robi i że to powinno się robić dla ojczyzny, nie czekając żadnych nagród. To było najważniejsze. Także ten patriotyzm był wpajany u nas od dziecka. Od małego. Tak przebiegały te dni okupacji. Ciężkie, bo ciężkie. Od ojca co miesiąc przychodziły listy. Odpisywałem na te listy. Mama zawsze mały dopisek robiła, bo rodzice byli w tym okresie… Nie mieli rozwodu, tylko…

Separację.

Separację. Po wojnie ojciec wrócił i nadal było cudowne małżeństwo.

To wspaniale, że tak to się skończyło. Rozumiem, że w związku z kompletami, które się odbywały u Państwa w domu nie było żadnej niemieckiej interwencji?

Nie, tych nie było. Niemniej…

Był strach.

Był strach. I z rodziny bardzo licznej, bo w sumie w Warszawie było dziewięćdziesiąt kilka osób, to okupację przeżyło – jak kiedyś liczyliśmy – siedemnaście osób. Odrzut był duży, duży odrzut…

Tragiczne doświadczenie rodzinne.

Tak, niestety.

Proszę mi powiedzieć, czy spodziewaliście się Państwo w rodzinie wybuchu Powstania? Czy ten temat przewijał się w  rozmowach między mamą, babcią a Panem. Czy się mówiło na ten temat?

Proszę Pani, tak. Nasza rodzina właśnie cała była w Armii Krajowej. Jedna babcia była  w stopniu kapitana, druga w stopniu porucznika. I dziadek, mąż jednej z ciotek, jednej i drugiej z tych babć, ale ja na nie zawsze mówiłem „ciocie”. Obydwaj byli w stopniach oficerskich. Obydwaj byli porucznikami, też w AK cały czas. Czyli większość rodziny…

Była zaangażowana.

…i to bliższej i dalszej. Wszyscy, wszyscy byli w konspiracji. Tak więc cały czas żyliśmy tą atmosferą. I oczywiście atmosferą wychowania w duchu naprawdę patriotycznym. Powiem Pani taką rzecz – w czasie Powstania porucznik Jurkowski kiedyś zapytał moją mamę: „Krystyna, czy ty się zgadzasz na to, żeby ten dzieciak ganiał gdzieś z czymś, jakimiś rozkazami czy czymś innym?”. Odpowiedź matki – bo to przy mnie było – brzmiała: „Ja się boję, ale to jest – on tak uważa – jego obowiązkiem, to jest jego obowiązkiem”. Takie było podejście do tych spraw. Tak więc Powstania się spodziewaliśmy. To był przecież okres wakacji.  Te zawsze spędzałem u babci, matki ojca w Wołominie, gdzie miała majątek. Już właściwie pozostałość, bo resztę pozabierali, ale jeszcze zostało kilkanaście hektarów. Dworu już nie było, był w stanie odbudowywania, bo został zburzony bombą w 1939 roku. Piękny, modrzewiowy dwór. Nazywało się to Kolonia Gródek. Była ona częścią miasta Wołomin, znajdowała się dwa kilometry od centrum Wołomina, ale były to tereny wiejskie. Została wydzielona z wsi, których tam  było kilka – Lipniki: Nowe, Stare, Kąty i tak dalej. Teraz tam jest Wołomin Słoneczna, taka dzielnica. Przyjeżdżałem tam zawsze na wakacje do babci. Wiadomo, jak na wsi to człowiek miał tak zwaną wyżerkę lepszą. Prawda? Babka ściągała wszystkie swoje wnuki do siebie na wakacje. I to były nasze wczasy.

Na kilka dni przed Powstaniem matka wyłączała mnie od wszelkiej pracy organizacyjnej: „Teraz w wakacje masz siedzieć u babci”, ale na trzy dni przed Powstaniem przyjechała i zabrała mnie. Wtedy powiedziała mi otwarcie: „Już się szykuje Powstanie, lada dzień może wybuchnąć”. No i zabrała mnie do Warszawy. Powstanie zastało mnie na Mokotowie. Od razu zgłosiłem się, że chcę pomagać. To był taki zapał dziecięcy, młodzieńczy, ale nie ten, który jest budowany przez chęć przygody czy zabawy w wojenkę, tylko budowany tymi rozmowami o Polsce, o historii Polski, o patriotyzmie. Tymi domowymi rozmowami.

Siedziałem w punkcie obserwacyjnym i stamtąd biegałem z tym, co mi kazali przekazać do dowódcy odcinka – porucznika „Jurkowskiego” [pseudonim Zbigniewa  Bednarskiego – przyp. red.], który dowodził plutonem O-3 batalionu „Olza”, kompanii [Ludwika] Kotowskiego. Oni stali na rogu Odyńca w budynku „Alkazar I” [punkt oporu przy ul. Odyńca 55 – przyp. red.]. „Alkazar I”, ponieważ dom „Pudełko” [al. Niepodległości 52 – przyp. red.], miał jeszcze drugą nazwę – „Alkazar III”.  To był samotnie stojący budynek u zbiegu ulic Naruszewicza i alei Niepodległości. Od strony Puławskiej dzielił go wąski pasek wolnej ziemi, jakieś sto metrów, dalej były już ulice, dzielnica willowa. Od strony przeciwnej były pola uprawne. Latem zboże szumiało. Pamiętam, że po drugiej stronie Naruszewicza była olbrzymia plantacja truskawek. Były też kartofle. I dopiero dalej – nie przypomnę sobie nazwy tej ulicy – były gospodarstwa rolne, gdzie mieszkali ci, którzy je uprawiali. Tam już była część zajęta przez okupanta. Także „Alkazar”, „Pudełko” były pierwszą linią obrony Mokotowa. Stały na straży.

Jak przywitaliście to Powstanie? Z radością, z lękiem, z przerażeniem?

Nie, proszę Pani, lęku nie było. Po prostu człowiek nagle poczuł się wolny. To był kawałek Polski, naprawdę Polski. Nie było tego okupanta nad nami. Ten okupant był na sąsiedniej ulicy, ale myśmy już żyli w Polsce, myśmy… Nie zapomnę, proszę Pani, momentu, jak Rosjanie podeszli pod Pragę i nawet z artylerii ostrzeliwali pozycje niemieckie, które były za nami. Jaka wtedy euforia zapanowała wśród powstańców! Wszyscy mówili: „Parę dni, Rosjanie wejdą, wszyscy pójdziemy na defiladę tam, gdzie zawsze marszałek Piłsudski przyjmował, czyli na Pole Mokotowskie”. To była euforia, to była radość. Później, jak front się oddalił, to wtedy jakaś trwoga przyszła. Zawiedzione nadzieje.

Wiedzieliście, że nie dostaniecie pomocy?

Tak. Już oficjalnie było wiadomo, że tamta strona odmówiła. Teraz, patrząc z perspektywy obecnej, wiadomo, że Powstanie było chęcią przejęcia Warszawy przed nimi, pokazania, że my mamy swoje państwo.

Byłem kiedyś – chyba pięć lat temu, przed samą rocznicą wybuchu Powstania – zaproszony do zakładu karnego w Ustce, żeby przeprowadzić rozmowę ze skazanymi. Powiem Pani, że dotąd nieraz się zastanawiam, jak to się stało. Było powiedziane, że taka pogadanka będzie trwać  półtorej godziny, trwała sześć godzin. Więźniowie na obiad nie poszli. Parę osób poszło oczywiście, ale większość została, bo prowadziłem to w formie dyskusji. Na wstępie parę słów powiedziałem o Powstaniu, a później padały pytania, odpowiedzi i odpowiednio rozwijanie tych odpowiedzi. Byłem zaskoczony, mile oczywiście, chęcią dowiedzenia się tej historii. Nie tej, w której byli wychowywani, zakłamanej. To było piękne przeżycie dla mnie. Jedna rzecz ich bardzo interesowała – co by się stało, gdyby nie wydano rozkazu o wybuchu Powstania. Tłumaczyłem im to w ten sposób, że przez pięć lat szkolone były kadry wojskowe, szkolone kadry pomocnicze, przygotowywania do tego zrywu były. Opanowanie tego było już bardzo trudne, zwłaszcza wśród młodzieży, która miała broń w ręku. Mogła być obawa, że jeśli nie nadejdzie rozkaz wybuchu, to nastąpią pojedyncze, samodzielne wystąpienia bojowe, które mogą się bardzo źle odbić. Powstanie dobrze się nie odbiło na tym wszystkim, to wiadomo. Tyle osób zginęło… Naszą Warszawę całkowicie zniszczono. Ale w moim mniemaniu to było nieuniknione, i koniec. A poza tym sama ta euforia ludności cywilnej, która się poczuła rzeczywiście wolna  na skrawku Polski. To była ich Polska, to była wolność. W każdej chwili mogła bomba im zlecieć na głowę, ale to się nie liczyło. Mamy wojsko nasze, wspaniałych żołnierzy, którzy nas bronią. Nikt nie przypuszczał, że to się w ten sposób skończy. Później, z czasem, może tak, ale na początku niewiele było osób, które popadały w nastroje przygnębienia. Raczej niewiele było. Większość do końca jednak twardo stała przy tym. Ale jak się stało, tak się stało.

Co było największym trudem tego życia w walczącym mieście? Czy to był trud związany z psychicznymi obawami, z lękami? Czy to była taka zwykła codzienność – to znaczy brak podstawowych rzeczy?

Proszę Pani, braki były. I to olbrzymie braki, bo i w wyżywieniu, i we wszystkim. Moja matka nocami chodziła z żołnierzami na wypad po żywność. Na stronę niemiecką przechodzili, przynosili coś. Poza tym pracowała w kuchni żołnierskiej, przygotowując posiłki. To wszystko było dla Powstania, dla nas wszystkich. I to było to – co cały czas mówię i zaznaczam – zachłyśnięcie się nagłą wolnością… która, jakakolwiek by nie była, była nasza. I prawem czucia się tym, kim się jest, czyli Polakiem. To było najważniejsze, to się liczyło. To, że ta bomba może spaść? Jak spadnie, to spadnie, najwyżej guza nabije, może coś więcej. To było cudowne.

24 września. Dzień przed tym porucznik Jurkowski powiedział mi, że się oni się wycofują głębiej, „ale ty zostajesz, bo jest czterech rannych, musisz z nimi zostać”. I kazał mi zostać. Następnego dnia koło godziny dziesiątej chyba wszyscy byliśmy w sąsiedniej willi pana Nowaka, pamiętam. Była to ładna willa z ogródkiem, stykała się z naszym domem. Nasz dom został dość mocno zniszczony, a piwnice były przepełnione, więc  przenieśliśmy się do willi. Cisza taka panowała. Cisza, cisza, cisza. W końcu ciotka Wanda jako jedyna w tym towarzystwie znająca język niemiecki powiedziała: „Próbujemy, wychodzimy”. Oczywiście wyszła, od razu białą flagę wystawiła i powiedziała: „Tu są same kobiety, same kobiety, dzieci i ranni”. I wygnali nas stamtąd.

Czy ranni mogli iść o swoich siłach?

Tak. Jeszcze szli o swoich siłach. Wyszliśmy na drugą stronę, nie od Puławskiej, tylko w przeciwnym kierunku, od strony polnej drogi. Tam nas ustawili pod murem. Stało czterech rannych, ja stałem zaraz za nimi, krótka przerwa, i cała ludność cywilna, która tam była. I były też między tą cywilną gromadą dwie sanitariuszki, które oczywiście zdjęły umundurowanie, by wyglądać jak mieszkańcy, normalni cywile. Oczywiście wtedy byliśmy dla tych Niemców bandytami. Dość długo pod tym murem nas trzymali, esesmani tylko chodzili. Była tam taka ścieżka ukosem prowadząca przez tę drogę polną. Dalej ścieżka przez te pola uprawne wiodła do osiedla domów i gospodarstw. W pewnym momencie Niemiec podchodzi, każe jednemu z powstańców iść tą ścieżką. Jakieś dwadzieścia–trzydzieści metrów odszedł, seria. Po jakichś dziesięciu minutach – trudno mi powiedzieć w tej chwili, jaki był odstęp czasu, ale tak mniej więcej koło dziesięciu minut – drugiemu każe iść. Historia się powtarza. Później trzeciemu każe iść. Czwartemu każe iść. Tak w odstępach dziesięciominutowych wszystkich rozstrzelali. I nie mija dziesięć minut, jak mnie każe iść. To idę. Idę i tak trochę głowę spuściłem, ale podniosłem, spojrzałem na matkę. A matka w tym momencie pokazała głową do góry i znak krzyża tylko zrobiła. I szedłem spokojnie. Idę i idę dłuższy czas. W końcu nie wytrzymałem, oglądam się. A za mną sznurem puścili gęsiego wszystkich tych, którzy stali pod murem. To pole było pod ostrzałem pozycji polskich, tych, którzy się wycofali. I wtedy Niemcy jak na defiladzie spokojnie pod naszą opieką ruszyli.

Czyli wykorzystali was jako tarcze?

Tak. A jak po tamtych czterech mnie kazali iść, to – proszę mi wierzyć – w zasadzie wiedziałem, po co idę, i nie było strachu. Nie było strachu jakiegoś. Nie wiem, może człowiek jeszcze był dzieckiem, może sobie nie zdawał bardzo sprawy, ale… Byłem pewien, że za chwilę padną strzały.

Opowiada Pan wstrząsającą historię. Co się dalej wydarzyło?

Proszę Pani, pognali nas – już nie powiem, jakimi ulicami – w kierunku Służewca. Tam była jakaś willa, parę domostw stało. Zebrał się nas już tłum, bo też z dalszych ulic już było sporo ludzi. Było tam chyba ponad dwa tysiące cywilów. Wyszedł jakiś esesman i oczywiście po niemiecku przemówił. Ciotka Wanda nam to przetłumaczyła, powiedziała w skrócie: jesteśmy bandytami, zasługujemy tylko na rozstrzelanie i tak dalej. Pognali nas później na tory wyścigów konnych. Tam nas do tych stajni zapędzili. To były takie olbrzymie hale, stajnie, do których nas wszystkich wepchnęli. Nabite to  było niesamowicie. Kto znalazł trochę słomy, to znalazł. Kto nie, to na tym betonie przeleżał całą noc. Następnego dnia uformowali z nas konwój. Już było nas kilka ładnych tysięcy czy nawet kilkanaście tysięcy. Pognali nas w stronę alei Krakowskiej i dalej na Włochy.

Jak ludzie zachowywali się w tym pochodzie?

Panowała cisza. Ludzie między sobą wymieniali jakieś uwagi, ale raczej smętne, bo wiedzieliśmy, że zmierzamy do Pruszkowa.

Wiedzieliście już to, że tam jest obóz przejściowy?

Tak. I tam spodziewaliśmy się rozesłania po jakichś innych obozach, przecież było tych obozów dużo, więc tego się spodziewaliśmy. Szedłem tak trochę z boku. Nie tyle z boku, ile obok pochodu, jakieś parę kroków. Wyprzedziłem może rodzinę i tak też myślałem o tym wszystkim, gdy, na trasie między aleją Krakowską a Włochami, już za torami kolejowymi podszedł do mnie konwojent.

Niemiec?

Niemiec. Nic nie mówiąc, tak na ręku wyciągnął cukierki i szturchnął mnie, częstując. Spojrzałem na niego, pokręciłem głową i mu powiedziałem: „Ja od Szkopa nie biorę”. Odszedł. Nie zareagował, ale po pewnym czasie podchodzi do mnie jakaś kobieta i mówi, że ten Niemiec podszedł do niej i powiedział jej, że zrozumiał to, co powiedziałem, ale on chce mi pomóc uciec. „On powie, kiedy masz uciekać i gdzie”. Powiem szczerze, pierwsza myśl to było to, że to po prostu podpucha i…

Będą strzelać.

Tak. Ale ona mówi: „Słuchaj, powiedział mi, że ma syna podobnego do ciebie. Jak ciebie zobaczył, to mu się syn przypomniał, który jest w Wiedniu, a on boi się o jego życie”. Poza tym powiedziała mi: „Słuchaj, dzieciaku, co masz do wyboru? Obóz jakiś, gdzie najprawdopodobniej będzie ostatni, czy śmierć tu, albo jego dobre intencje”. Powiedziałem, że sam nigdzie nie uciekam. Jeśli uciekam, to tylko z matką. Ona odeszła, później kazała mi iść blisko matki. Tak do pewnego momentu. Stała tam po prawej stronie drogi szara, odrapana kamienica, nie pamiętam dwu- czy trzypiętrowa, samotna, w polu. Frontem do drogi. Później, jak się przekonałem, miała takie skrzydło komórek, podpiwniczone zejście do piwnicy. Już konkretnie nie powiem, bo to wszystko się zatarło w pamięci. I rzeczywiście konwojent podszedł i nas popchnął, po prostu popchnął. Pokazał ten dom, żeby tam uciekać. Sam – w momencie, jak myśmy odskoczyli – zaczął biec w przeciwną stronę, krzyczeć: „Halt”, i strzelać w powietrze. Po prostu odwrócił uwagę innych konwojentów. Myśmy wpadli za ten dom i tam schodami do piwnic jakichś zbiegliśmy. Jeszcze jacyś konwojenci, widać, dostrzegli, gdzie myśmy pobiegli i zaczęli za nami drzeć mordy na tym podwórku, ale podarli się i poszli. Za chwilę przybiegła do nas jakaś starsza pani i powiedziała: „Chodźcie szybko na górę, bo tu już z poprzednich konwojów też parę osób mamy. Jesteście naszymi gośćmi”. Od razu. I w ten sposób uciekliśmy. Ale mało tego – powiem jeszcze, że jak ten konwojent podszedł do nas, matka początkowo nie chciała uciekać, pokazała mu na swoją matkę, swoją siostrę i na moją cioteczną siostrę. On kiwnął głową, że wszystko w porządku i za chwilę ich wypuścił gdzie indziej. W ten sposób uciekliśmy. Później pieszo ścieżkami doszliśmy do Piastowa.

Pozostałym kobietom również udało się uciec?

Tak, też ich wypchnął, tylko kawałek dalej. To było dla nas zaskoczenie. I wśród okupantów byli ludzie. Trzeba też wziąć pod uwagę, że oni, czując, że zbliża się ich koniec, zaczęli zmieniać swoją mentalność. Chociaż myślę, że to był taki jego jakiś ludzki odruch. W ten sposób zniknęliśmy z tego konwoju. Później dotarliśmy do Piastowa, dostaliśmy się do domu dziadka. Wchodzimy, a tam pełno Niemców. On miał ładną dużą willę, przyjął nas, mówi: „Wchodźcie do środka”. Cała willa była zajęta przez Niemców, a dziadek z żoną mieli tylko jeden pokoik, ale oczywiście przyjęli nas. Ich to nie obchodziło. Dziadek mówił, że w okolicy już dużo jest uciekinierów z Warszawy. Ci Niemcy to byli frontowi żołnierze. Ich tam traktowano jako normalną rzecz w tamtym okresie.

Do końca wojny przetrwaliście w Piastowie?

Nie. W końcu [Niemcy] zaczęli się trochę interesować kto, co, jak. Przenieśliśmy się więc do Błonia, też do rodziny. W Błoniu przezimowaliśmy i później już pociągiem dobiliśmy do Kielc, też do rodziny. Tam nas zastało wyzwolenie. W styczniu 1945 roku.

Wrócę na chwilę do pewnej sprawy. W momencie, kiedy opuszczaliście Warszawę, ten swój dom czy też willę, byliście w stanie coś z sobą zabrać?

Prawie nic. Mieliśmy dwie małe walizeczki. W zasadzie nic. Jak wyciągnęli nas z piwnic, to mieliśmy z sobą takie małe walizeczki, w których były jedynie najważniejsze rzeczy.

Czyli wszystkie pamiątki, zdjęcia…

Wszystko zostało. Pamiętam w pokoju stołowym wisiał olbrzymi obraz – autentyk Fałata, „Polowanie”. Z tego cyklu „Polowania” Fałata. Wszystko zostało.

I wszystko przepadło?

Wsio, jak mówią nasi „przyjaciele”.

Kiedy Państwo wrócili z Kielc do domu, do Warszawy?

Trochę się to skomplikowało, bo po wyzwoleniu wróciłem tylko ja z matką. Cała rodzina – to znaczy babcia, ciotka i siostra – została tam, w Kielcach, u babci, która tam mieszkała. Mnie matka wzięła. Przyjechaliśmy do Warszawy. To był maj czy kwiecień jeszcze? Nie, maj był. Proszę Pani, przyjechaliśmy do Warszawy, na Saskiej Kępie rodzinę znaleźliśmy i na parę dni się zatrzymaliśmy. Potem jednak za namową rodziny wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane, do Zielonej Góry.  Na przełomie 1946 i 1947 roku wrócił ojciec. Ze względu na przebywanie całą okupację z osobą z twardą gruźlicą zostałem wysłany do sanatorium do Zakopanego, w którym byłem osiem miesięcy. Sanatorium Przeciwgruźlicze Uniwersytetu Jagiellońskiego było na Bystrym. I tam osiem miesięcy spędziłem. W tym czasie rodzice wrócili do Warszawy, jednak nie mieszkali w Warszawie, bo wiadomo, z mieszkaniami było ciężko, tylko w Wołominie, w tym majątku babci. I dotąd tu siedzimy. Tak więc wyjechałem z Zielonej Góry do Zakopanego, a z Zakopanego wróciłem już do Wołomina.

W Wołominie chodziłem do szkoły. Nie skończyłem ogólniaka. Złożyłem papiery, bo chciałem studiować, ale oczywiście nie było dla takich jak ja miejsca ze względu na pochodzenie i tak dalej. Poza tym zawsze wytykali mi, że harcerstwo w czasie okupacji podlegało Armii Krajowej i że cała rodzina była z tym związana. Wtedy ojciec mi powiedział: „Andrzeju, po ogólniaku jesteś nikim. Idź szybko do szkoły zawodowej. Póki my żyjemy, masz mieszkanie, wyżywienie, a na resztę już musisz sobie sam zarobić”. I rzeczywiście poszedłem do Liceum Telekomunikacyjnego Ministerstwa Łączności. Co prawda, zupełnie nie po mojej myśli, bo ja byłem raczej humanistą, a nie od nauk ścisłych, ale poszedłem tam. Skończyłem. I całe życie pracowałem. I polubiłem ten zawód i do końca już w nim byłem.

Z tym że w międzyczasie, już jako dorosły, poszedłem sobie na filozofię, ale tylko 2,5 roku zrobiłem. Poszedłem nie dla zawodu, tylko po prostu dla rozwinięcia umysłu, bo jednak to jest piękna nauka i do niej mnie ciągnęło. Jednocześnie studiowałem  i pracowałem. Oczywiście jak się trzyma kilka srok za ogon, to tak się kończy jak te moje studia. Ale do końca pracowałem, miałem uznanie, byłem najwyższej klasy specjalistą w swoim zawodzie, w pracy, bo ponad dwadzieścia siedem lat pracy na kolei. Skończyłem jako kolejarz. Jestem emerytem kolejowym.

Proszę Pana, chciałam Pana zapytać, chociaż to już się przewijało w tej naszej rozmowie, jak Pan dzisiaj po latach myśli o tym wszystkim? Co Pan przeżył w czasie wojny i w czasie Powstania? Nie żałuje Pan tego swojego…

Nie, nie żałuję, choć zdaję sobie sprawę, że dzieciństwo zostało mi zabrane, bo zbyt wcześnie człowiek musiał myśleć kategoriami dużo starszymi. Prawda? To było zabrane, ale miałem tak cudowną rodzinę, a przede wszystkim matkę, która mimo wszystko dała mi poznać to dzieciństwo piękne, otoczone miłością, bo taka była ta nasza rodzina.

Jak byłem już dorosły, pracując w delegacji, przyjeżdżałem czasem raz na dwa tygodnie do domu, czasem raz w tygodniu, bo w całej Polsce pracowałem. Ojciec już nie żył. Matka witała serdecznie. Często już będąc starym bykiem, siadałem matce na kolanach, przytuliła mnie. Matka, jak przyjeżdżałem, siadała na kolanach, opowiadaliśmy sobie, jak tydzień minął, jak to, jak tamto. W takiej atmosferze się wychowałem i później starałem się przekazywać to dalej.

To bardzo piękne wspomnienie i bardzo piękna postawa życiowa. Dziękuję za rozmowę.

Powiązane hasła

”None