menu

Ciesielska Maria – rozmowa

Ciesielska Maria – rozmowa

Maria Ciesielska, urodziła się w 1923 roku w Pruszkowie. Ukończyła Gimnazjum im. Julii Stakowskiej w Warszawie, następnie pracowała w pruszkowskiej Fabryce obrabiarek Stowarzyszenia Mechaników. Od 1943 roku należała do konspiracji. W okresie Powstania Warszawskiego i po upadku Powstania jako sanitariuszka pomagała rannym i chorym warszawiakom w szpitalach przy ul. Pięknej oraz w Tworkach, a w jej rodzinnym domu przy ul. Bolesława Prusa schronienie znalazło wielu więźniów wyprowadzonych z pruszkowskiego obozu. Rozmowa z Panią Marią, w której opowiada m.in. o pomocy pruszkowskiej służby zdrowia dla wygnanej ludności ze stolicy, została nagrana w 2018 roku.

 

Od czego zaczniemy?

Od samego początku. Kiedy się Pani urodziła?

25 marca 1923 roku. Mam 95 lat.

Czyli kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, miała Pani lat 21. Była Pani młodą dziewczyną. Gdzie Pani wtedy mieszkała?

Mieszkałam chyba na Bolesława Prusa 10 [w Pruszkowie]. To jest zaraz koło parku [Sokoła], koło pałacyku, gdzie stoi fontanna. Z rodzicami, miałam dwoje starszych rodziców.

Czym się zajmowali Pani rodzice?

Tata na kolei pracował. W czasie rewolucji październikowej rodzice przebywali w Moskwie, bo mój tata został tam wywieziony do pracy. Tak było. Miałam dwoje rodzeństwa. Jedno miało wtedy dwa latka, drugie kilka miesięcy. Rodzice mieszkali w Moskwie, potem w Mławie, w końcu przeprowadzili się do Pruszkowa. Tata pracował na kolei w Warszawie, a ja się urodziłam w Pruszkowie.

Tata nie miał do czynienia ze żbikowskimi Warsztatami Taboru Kolejowego tylko z warszawskimi? Dojeżdżał do Warszawy do pracy?

Tak, pracował w Warszawie. Warszawa Czyste to się nazywało. To było tu, gdzie Warszawa Zachodnia.

A Pani mama?

Mama moja nie pracowała. Mogłabym jeszcze o tacie mówić. Był w wojsku w Rosji, ale został wykupiony, że tak powiem, i wyjechał do Ameryki, ale nie wytrzymał tam. Trzy lata tylko tam był i wrócił do Polski. Potem pracował na kolei, został wywieziony do Rosji, wrócił, ale cały czas pracował.

Wtedy był jeszcze kawalerem, tak?

Tak, wtedy był jeszcze kawalerem. Dopiero jak wrócił do Mławy, założył rodzinę. W ogóle to jego rodzina pochodziła z Pomorza i z okolic Mławy. I mama moja też z Mławy była. Potem rodzice się przeprowadzili do Pruszkowa. Ja się tu pierwsza urodziłam. Znaczy pierwsza w Pruszkowie, bo miałam starsze rodzeństwo. Siostrę miałam jedenaście lat starszą, brata jednego dziewięć lat starszego i jednego cztery lata starszego. Oni urodzili się w Mławie. Mój starszy brat skończył podchorążówkę i był podporucznikiem.

Spytam się od razu o imiona. Jak Pani tata miał na imię?

Jan. Mama Józefa z domu Rzeszotarska.

A rodzeństwo?

Siostra moja Jadwiga. Brat jeden Czesław, drugi Edward.

Czesław starszy?

Tak. I Czesław jako podporucznik prowadził POW w szkołach średnich, w gimnazjum, u Mechaników, tutaj w Pruszkowie. W 1939 roku, jak wybuchła wojna, został powołany, było pospolite ruszenie i dostał się do niewoli, w oflagu był sześć lat.

Gdzie?

Chyba w Prenzlau [obóz jeniecki Oflag II A – przyp. red.]. Potem miał stopień kapitana. Wrócił w 1945. W oflagu miał nawet usuwaną nerkę, był operowany. Po powrocie ukończył studia prawnicze.  Ja skończyłam gimnazjum Statkowskiej [Prywatne Żeńskie Gimnazjum i Liceum Julii z Jankowskich Statkowskiej w Warszawie – przyp. red.] i liceum. Potem zrobiłam jeszcze różne kursy. Pracowałam najpierw jako kreślarz na desce, potem przeniosłam się do księgowości. Następnie byłam kierownikiem finansowym w Stowarzyszeniu Mechaników, a potem przeszłam do CBKO [Centralne Biuro Konstrukcji Obrabiarek – przyp. red.]. Mam nawet medal z CBKO, proszę zobaczyć. Nie skończyłam studiów, ale ukończyłam bardzo dużo kursów zawodowych, chyba dwa fakultety bym miała. I pracowałam jako rewident finansowy do emerytury. Potem dostałam medal jako zasłużony pracownik.

Co Pani zapamiętała z  czasów okupacji? Rozumiem, że wtedy jeszcze cała rodzina mieszkała razem z wyjątkiem brata Czesława, który został na początku wojny zesłany do oflagu?

Siostra była mężatką, miała już rodzinę, mieszkała w Warszawie. Mąż jej był inżynierem, pracował w czasie okupacji w Pruszkowie u Mechaników. Został wywieziony. Przyszli do niego do domu o czwartej rano i wywieźli go do Wrocławia. Mojego młodszego, który też pracował u Mechaników, tak samo. Do końca okupacji byli we Wrocławiu. Tam był ten zakład Mechaników przeniesiony. Ja byłam z rodzicami. Jeszcze się dokształcałam. Potem, w 1943 roku, zaczęłam pracować u Mechaników jako kreślarz na desce. Tam pracowały moje koleżanki, znajome. I tam też pracowała pani Sobolewska [Barbara Sobolewska – lekarka w szpitalu na Wrzesinie, należała do Wojskowej Służby Kobiet – przyp. red.]. Ona mieszkała na Ostoi, jej ojciec był przed wojną dyrektorem elektrowni, a ona była moją pierwszą drużynową. I u niej spotykałyśmy się na kursach PCK. Ale były też inne kursy i spotkania, i dokształcania w przenoszeniu gazetek, różnych meldunków. Przysięgę instruktorską też składałam u pani Sobolewskiej, w jej domu na Ostoi.

W którym roku?

W 1943, szybko.

Oni mieszkali w takiej willi. Na Ostoi teraz są zabudowania, ale kiedyś tam było tylko kilka stawów, glinianek. Przed wojną w Pruszkowie były nawet wytwórnie cegieł. Do ich produkcji potrzebna była glina. Tutaj jest gliniana ziemia i dlatego powstały te stawy, glinianki. Tam przed wojną się chodziło też kąpać i opalać.

Pamiętam, jak doszło do tej przysięgi, nas było cztery i ona piąta, bo była naszą drużynową. Składałyśmy to przyrzeczenie. Słów już nie pamiętam, ale przypominam sobie, że był ktoś z nami. Wtedy się wszystko oddawało Polsce. Miałam takich rodziców – przecież jeden brat był w niewoli, drugi był wywieziony do Wrocławia, a jak ja szłam na to Powstanie, do tej przychodni, do ośrodka zdrowia – słowa nie powiedzieli. Ale ta przysięga… Noc była, pamiętam, ale przed godziną policyjną. Tam po ósmej czy dziewiątej nie można było wychodzić na ulicę.

Pamięta Pani, kto z Panią składał tę przysięgę?

Marysia Michalak – była lekarzem, potem pracowała w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie i była też w Tworkach w szpitalu. Z męża się nazywała… Nie pamiętam już jak. Ona mieszkała na Ochocie, tam, gdzie jest cmentarz żołnierzy radzieckich. Medycynę skończyła. A druga Jadwiga Koncman [?] z męża Koral. Też nie żyje już dawno. Ona pracowała w biurze w Warszawie, tam też mieszkała. Po zaprzysiężeniu była w szpitalu, ale nie na Tworkach, tylko na Pięknej. I Basia Sobolewska, też muszę o niej powiedzieć. Ona pracowała na Wrzesinie w szpitalu, bo blisko mieszkała, na Ostoi właśnie. Miała  narzeczonego w oflagu w Niemczech. I wzięli ślub. Pamiętam, że byłam w kościele. Ojciec ją prowadził do ślubu, a jej narzeczonego, tam w obozie, prowadził jakiś kolega. O tej samej godzinie. Potem, jak się skończyła wojna, to ona wyjechała do niego do Niemiec, razem wrócili i potem mieszkali w Komorowie.

Piękna historia!

Widzi Pani. Nagrana?

Nagrana.

Miała albo dwóch synów, albo syna i córkę.  Pamiętam, bo potem nawet mieszkali w Pruszkowie na Kościuszki przez pewien czas. Pamiętam, że jak zmarła, to miała napisane „żołnierz AK” na nekrologu.

Gdy wybuchło Powstanie, to całą noc tam spędziłam w szpitalu przy ulicy Pięknej. Czekaliśmy, bo Pruszków był wtedy zmobilizowany. Ci, którzy byli w AK czy innym zgrupowaniu, mieli zgromadzenie na Ostoi. Jedna z moich koleżanek tam była. Całą noc tam spędzili. Potem nie wiedzieli, co z sobą zrobić. [Gdyby] Niemcy byli tego świadomi, mogliby ich wtedy wszystkich wystrzelać. A ja byłam właśnie w tym szpitalu, czekaliśmy.

Coś się wtedy wydarzyło?

Nie. Ale zdarzyła się jakaś historia w elektrowni pruszkowskiej. Nie wiem, czy Pani słyszała, czy nie, tam nawet byli ranni. Znam to tylko z opowiadań.

Podczas Powstania Warszawskiego cały czas byłam w kontakcie z panią Sobolewska, z dr. Włodarczykiem [Tadeusz Włodarczyk, pseud. „Broda” – lekarz AK II batalionu VI Rejonu „Helenów”, prowadził prowizoryczny szpital powstańczy przy ul. Szkolnej w Pruszkowie (za: „Szpitale powstańcze w Pruszkowie”, Zdzisław Zaborski)] i innymi – nie pamiętam wszystkich nazwisk. Pamiętam, że jak wybuchło Powstanie, to nie było łączności z Warszawą.

Miałam też kontakt z ośrodkiem zdrowia na Żbikowie, bo tam były panie pielęgniarki, był dr Włodarczyk i pani doktor – nie pamiętam nazwisk – która była też na Tworkach. I dwie siostry jeszcze były.

Ja na początku byłam w szpitalu przy ul. Pięknej. Dziś już dawno go nie ma. Pracowałam jako sanitariuszka przy doktorze, chirurgu. Rannych żołnierzy, którzy byli na warsztatach kolejowych, przynoszono właśnie tam. To był mały szpital i ja tam byłam… – nie pamiętam dokładnie – chyba do końca września, a potem byłam przeniesiona do Tworek. Potem już cały czas już byłam w Tworkach. Już do końca.

Jak wyglądały pierwsze dni sierpnia w szpitalu na Pięknej? Kiedy się zjawili ranni?

Jak zostali przywiezieni z Warszawy na teren warsztatów kolejowych. Nie pamiętam daty. Jak zwieźli ludzi do warsztatów kolejowych, to nie było co jeść, i pamiętam, że ugotowany był taki obiad w kotłach i zanosiliśmy to na warsztaty, bo ludzie nie mieli co jeść.

Pani miała przepustkę? Mogła Pani swobodnie chodzić po terenie warsztatów?

Nie. Nam przynosili rannych do szpitala.

A jak udało się Pani wejść przynosząc obiad?

Jako służba sanitarna. Wtedy jeszcze nie było czegoś takiego, że za głowę brali.

Co Pani zapamiętała z tego momentu pobytu w obozu?

Było strasznie. Przede wszystkim panował bałagan. Ludzie byli pozwijani, nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Żołnierzy to tam nie było dużo. Przecież oni wszystkich żołnierzy zabrali i wywieźli, ale rannych żołnierzy z Dzieciątka Jezus przewozili na Tworki. Już się Tworki organizowały.

Jak wyglądała praca w szpitalu na Pięknej? Co tam Pani robiła?

Jak doktor robił operacje, to pomagałam. Pamiętam operację głowy, jak koleżanka zemdlała [śmiech]. Asystowałam przy opatrunkach, podawało się lekarzowi czy się bandażowało, czy podtrzymywało się chorego. To było takie pomaganie lekarzowi.

Wiele operacji się odbywało?

Tak. Ranni w głowę… sporo. Po kilka dziennie. Starych ludzi też było dużo.

Niekoniecznie pacjentami byli ranni i chorzy?

Też starcy, niedołężni, którzy leżeli oddzielnych w pokojach.

Dzieci też były? Ciężarne kobiety?

Jakoś nie widziałam tam dzieci. Pani Sobolewska przydzieliła mi, już kiedy pracowałam na Tworkach, taki oddział matek z dziećmi, [powierzyła] opiekę nad nimi, ale to krótko trwało, bo przeważnie byłam zajęta żołnierzami, znaczy mężczyznami. To był taki oddział męski.

To już działo na Tworkach. Co zapamiętała Pani z pracy  w tworkowskim szpitalu?

Byłam w pawilonie numer 9. Niemcy wywieźli z Tworek wszystkich chorych psychicznie. Wywieźli ich albo zlikwidowali. Została niewielka liczba gdzieś w podziemiach.

Pani to jakoś widziała, słyszała o tym?

Słyszałam, że byli wywiezieni. Z Tworek.

Kiedy miało to miejsce?

Nie wiem, czy to było w czasie Powstania, czy przed Powstaniem. Sale były puste i tam właśnie powstał taki szpital, w którym leżeli żołnierze. Też raczej szybko wywoziło się ich dalej do Grodziska, do Milanówka, żeby Niemcy się do nich nie przyczepili.

Jak pierwszy raz tam trafiłam, jak tam poszłam, to dano mi oddzielny pokój, gdzie leżał jeden ranny. Cały dzień go obsługiwałam, w ogóle nie odchodziłam. Byłam tam całe osiem godzin. Ale on był w takim stanie… Do dziś to pamiętam. Brzuch, krew mu się lała, wszędzie był pobandażowany i tylko jęczał, i płakał. Młody człowiek. Powstaniec. Wiedzieli jaki jest jego stan, ale ja nie wiedziałam, byłam jeszcze po pierwsze młoda, a po drugie nie byłam zorientowana. A na drugi dzień, jak przyszłam, to już go nie było.  Także pierwszy dzień miałam taki.

Bardzo ciężki. Jak było potem?

No potem miałam takie dyżury na sali. Dyżur nocny, dyżur dzienny, tu opatrunek zmienić, czy coś usłużyć, czy coś załatwić, czy coś podać. Miałam taką salę, gdzie było chyba dziesięciu rannych.

Zdarzył się też taki przypadek, który do dzisiaj tkwi mi w głowie. Był taki młody chłopiec, może miał 14, 15 lat. Miał założony cewnik, bo był ranny gdzieś na dole, i ten cewnik mu wypadł. Miałam wtedy dyżur nocny i na dyżurze nocnym nie było żadnego lekarza, nie było żadnego pielęgniarza, nikogo takiego wykwalifikowanego. Nie wiem, jak ja to zrobiłam. Miałam wtedy 21 czy 22 lata. On strasznie krzyczał, bo mu pękało. Wie Pani, jak to jest z cewnikiem. Miał jakąś operację na nerki. Po takim zabiegu cewnik się wkłada i nie oddaje moczu. I ten 14-letni chłopiec strasznie krzyczał, płakał, prosił, żebym mu to założyła. Nie było lekarza, nie było siostry, żadnej wykwalifikowanej osoby, nie było nikogo. Byłam sama na dyżurze i założyłam to. Nie wiem jak. Potem wszyscy mnie tam trochę hołubili.

Najpierw byłam przez pewien czas na dole – tak dwa, trzy dni – tam byli tacy ciężej ranni. Ale potem mnie przenieśli na taki lżejszy trochę oddział, na górę. To byli raczej młodzi ludzie, wszyscy ranni.

Mam tu nawet z Tworek opaskę. To jest brudne, bo to nie było nigdy prane. Jakbym uprała, toby wszystko zeszło. Tu jest Wojskowa Służba Kobiet, a to jest opaska z Tworek. [Pani Maria pokazuje opaski]

 

 

Rozumiem, że większość pacjentów, z którymi miała Pani do czynienia to byli powstańcy, raczej nie ludność cywilna?

Tak, to był oddział męski. Tylko mówię, że pracowałam też takim oddziale matek z dziećmi, dopiero co urodzonymi. Był tam taki oddział. Ale tam krótko byłam.  A tu to byli młodzi ludzie i raczej tacy, których starali się szybko spławić, że tak powiem. Ale nie dlatego że im przeszkadzali, tylko żeby ulotnili się, żeby Niemcy się do nich nie przyczepili. Wysyłali byli w głąb Polski.

Ile mniej więcej zostawali pacjenci w szpitalach? Czy to w szpitalu w Tworkach, czy przy Pięknej?

Jak najkrócej.

A kto organizował te wyjazdy?

Tego nie wiem. Nie interesowałam się wtedy, byłam zajęta. Zimna woda była. Do dzisiaj mam bolące ręce, niesprawne, zesztywniałe i drętwieją mi, bo zimna woda była.

Przebywali Państwo na terenie szpitala w Torkach cały czas? 24 godziny na dobę?

Nie, mieszkałam w domu, do szpitala na piechotę chodziłam, bo miałam niedaleko.

Wspomniała Pani, że były też dyżury nocne.

Tak, dyżury nocne też. Pamiętam, że kiedyś na pierwszym piętrze byliśmy nocą, wszyscy, na kupie. Było bardzo ciasno. Wiem, że tam jeszcze przebywali na dole jacyś umysłowo chorzy, bo pamiętam, że kiedyś na nocnym dyżurze słyszałam różne krzyki na dole.

Na dole tego budynku?

Tak, tego pawilonu. Nie wiem, tak jakby w piwnicy to było czy gdzieś indziej, nie wiem. Może kogoś tam przetrzymywali.

Mówi Pani, że była pracowała Pani w pawilonie numer 9. Mam taką informację, że pawilonem powstańczym był pawilon nr 2, który znajdował się z lewej strony od bramy.

Tak, z lewej. To może była „dwójka”. Bo to było po lewej stronie.

Trzeba było kawałek podejść czy zaraz po lewej stronie?

Nie, kawałek, niedaleko. Nie pamiętam dokładnie. Bo był z prawej strony też taki punkt sanitarny. Był taki budynek, gdzie przyjmowano na takie pierwsze opatrunki.

Jak duży był pawilon, w którym Pani pracowała?

Spory był. To było kilka pawilonów.

W jakich warunkach leżeli ludzie? Było ciasno?

To były takie koje – trudno powiedzieć. Przecież to nie było eleganckie, to było takie bardzo prymitywne, że tak powiem. Niskie, jak gdyby łóżko polowe. Przywożono tam z Dzieciątka Jezus jeszcze tych rannych i starano się jak najszybciej ich wyleczyć i wysłać dalej z tego szpitala.

A czy zetknęła się Pani z osobami, które nie były chore, tylko zostały uznane za chore, żeby można było je wyprowadzić z obozu? Bo wiem, że to też się zdarzało.

To raczej na Pięknej. Może tak było, że tak krótko, jeden dzień, byli w szpitalu. Ale może zetknęłam się z dwoma  takimi przypadkami.  Wszyscy byli ze sobą zgrani i musieli jeden drugiego poinformować, jak, kogo i gdzie wysyłać. W każdym razie wiem, że wywozili ich do Milanówka i potem gdzieś dalej.

Zdarzało się że Niemcy przychodzili i wyławiali powstańców czy więźniów Dulagu?

Nie, przy mnie się nie zdarzyło. Ale w Tworkach to było kilka pawilonów, więc nie mogę powiedzieć, że w ogóle, nie.

Na terenie szpitala w Tworkach jest też wielu pochowanych. Tam jest cmentarz. Teraz nawet jest to wydzielone – byłam na takim spotkaniu, na którym o tym mówiono.

I tam jest pochowanych ponad 400 osób, a część zmarłych – na cmentarzu żbikowskim.

Na pruszkowskim [mowa o cmentarzu Parafialnym przy ul. Cmentarnej – przyp. red.] też jest wydzielone takie miejsce, gdzie są pochowani. Był taki okres, że na gliniankach wystrzelali ludzi, nawet jest tam pomnik. Na cmentarzu także jest wydzielone miejsce pochowanych powstańców i właśnie zabitych tutaj na gliniankach.

Czy pamięta Pani, czy były leki? A jak były, to skąd? Jakieś środki opatrunkowe? Była wystarczająca ilość?

Mam wrażenie, że to były pozostałości po tym, jak Niemcy trzymali tutaj tych psychicznie chorych.  Gorzej było z wyżywieniem. Pacjenci nie mieli co jeść i ludzie przynosili im jedzenie z miasta. Kuchenka była jakaś taka zrobiona i na tej kuchence sobie coś tam podgrzewali, wie Pani. Każdy ratuje się jak może, prawda?

Pamiętam taką historię. Lekarze to zwalczali, ale pamiętam, że kiedyś jakiś chory mnie poprosił i poszłam do tej kuchenki. Tam stały jakieś potrawy, ale przyszedł lekarz, się zdenerwował i zgarnął to. Ja się wtedy oburzyłam i powiedziałam, że odchodzę ze szpitala, ale naczelny (nie pamiętam nazwiska naczelnego lekarza) nie puścił mnie.

A w szpitalu na Pięknej? Brakowało lekarstw?

Trudno mi powiedzieć. Nie narzekali. Może i brakowało, ale to między sobą lekarze mówili.

Operacje były przeprowadzane przy znieczuleniu?

Tak, ale to różnie bywało. Jak mieli znieczulenie, to dawali, a jak nie, to cięli na żywca. Było bardzo dużo zabiegów. Przez Pruszków przechodziło najwięcej ludzi.

Kiedy pracowała na Tworkach miałam też taką historię. Dwóch takich młodych ludzi – to byli młodzi chłopcy z Powstania – dostało z miasta jakieś smokingi czy garnitury. Dostali od kogoś z miasta, bo nie mieli się w co ubrać. Prosili mnie, żeby im to uprać. A to były smokingi z takimi lampasami. Trzeba to było wypruć, zaszyć i jeszcze guziki przeszyć. Wzięłam to. Akurat niosłam to ze szpitala do domu, żeby im to zrobić. Na Bolesława Prusa był skręt w Kościuszki, a ja mieszkałam zaraz obok. Mój tata wyszedł i powiedział, że z Warszawy z Powstania jakaś moja koleżanka przyszła do mnie. Wtedy się nocowało, przetrzymywało ludzi w domach. Mówił, żebym szybko poszła, a on weźmie ode mnie te ubrania. „Ja to zaniosę do domu, a ty idź, szybko pobiegnij tam do niej”. On poszedł, a ja wróciłam do domu. Wtem z dołu jakiś chłopiec krzyczy: „Pani Ciesielska, Pani ojca Niemcy przejechali i jest ranny”. Mój tata był na emeryturze już przed wojną, miał 60 lat skończone. Wybiegłam. Tata siedział pochylony na krawężniku. Całą głowę miał ranną. Niemcy wjeżdżali od dworca, tata przechodził ulicę i przejechali go. Całą głowę miał poranioną i był poobijany. Ucho przecięte, warga przecięta, nos, oko. Siedział tam na tym krawężniku, wokół niego było sporo osób, bo się ludzie od razu zgromadzili. Podbiegłam, zabieram tatę, ale nie ma tych ubrań. Obok stoi pani, trzyma to i mówi tak: „Jak tata upadł i zaczęli go ratować, to tamta pani to wzięła i chciała zabrać”. Wyobraża sobie Pani? Taka pani na Drzymały mieszkała i powiedziała: „Czemu pani to wzięła?!”. A ona gdzieś uciekła.  Potem doktor Krygier [Ryszard Krygier – lekarz pruszkowski, pomagał również na terenie obozu Dulag 121] przychodził do ojca codziennie, a ja mu robiłam co drugi dzień opatrunki. On powiedział wtedy: „Powinna Pani iść na medycynę” [śmiech]. Zostały ojcu szramy, ale to już był wiekowy człowiek. Usta, nos, ucho miał przecięte. Głowę całą. Był poobijany, ale nie miał złamanej ręki ani nogi. Same stłuczenia.

W którym szpitalu pracował dr Krygier?

On właściwie nie był ze szpitala, tylko w ubezpieczalni pracował. Mieszkał na ulicy Drzymały i tam też przyjmował. Bardzo solidny.

A w szpitalu to przyjmował… doktor Steffen – to był bardzo przyzwoity gość. Żył długo, ponad sto lat. Przed wojną szpital był w prywatnych rękach. To była taka duża rodzina. Byli właścicielami tego szpitala, ale w czasie okupacji szpital został przeznaczony dla ludzi z Warszawy.

Rodzina Steffenów. Doktor Edward Steffen senior pracował w Tworkach, a jego syn – też Edward – był ordynatorem szpitala na Pięknej.

Tak, na Pięknej.

Był też doktor Szupryczyński. On był wtedy młodym lekarzem, bardzo młodym. Opowiem Pani taką anegdotę. To jest prawda, ale taka dobrze o nim świadcząca. To było w czasie okupacji. Mój młodszy brat zachorował na zapalenie płuc. Mieszkaliśmy wtedy na Bolesława Prusa. A może to było po wyzwoleniu? Chyba nie było godziny policyjnej… Mój brat zachorował na zapalenie płuc i jemu się pogorszyło. To były święta. Ja w takich kapciach o dziewiątej wieczorem do niego pobiegłam, a że były święta, on miał gości. Pamiętam to, bo niektóre takie rzeczy się pamięta. Miałam wtedy kilkanaście lat, z 18 najwyżej. Powiedziałam doktorowi, że z bratem jest źle, że się pogorszyło. I wie Pani, że przyszedł. Przyszedł do domu o tej godzinie. Właśnie Szupryczyński. Naprawdę zdarzają się tacy ludzie i to się pamięta.

A znała Pani dr Wolfram? Ona też pracowała w szpitalu na Pięknej.

Dr Wolfram była bardzo zasłużona. I ojca też miała zasłużonego. On pracował na kolei [w Szpitalu Kolejowym – przyp. red.], moi rodzice się u niego leczyli. I to był taki doktor, że jak chłop ze wsi przyjechał o drugiej w nocy i powiedział, że żona jest chora czy syn, to doktor Wolfram się ubierał, wsiadał i jechał. Przyjmował w takim punkcie sanitarnym na 3 Maja, takim czerwonym.

Jego córka Izabela pomagała na terenie obozu.

Tak, była tam, pomagała.

A miały Panie kontakt, rozmawiały z sobą?

Nie, ona miała raczej położne. Inny dział, inny zasięg. Ja nie chodziłam na te tereny i ona też się nie udzielała tutaj. Chociaż ona była taka, że potrafiła ze wszystkimi być. W kościele pruszkowskim jest tablica jej poświęcona.

Zadam jeszcze parę pytań odnośnie pracy w szpitalu. Wiem, że w szpitalach pracowali lekarze, którzy zostali wyprowadzeni z obozu pruszkowskiego. To nie tylko byli pruszkowianie, ale też więźniowie obozu zidentyfikowani jako lekarze, sanitariusze, dzięki czemu uniknęli dalszych transportów i mogli leczyć innych. Znała Pani takie osoby? Słyszała Pani takie historie?

Może i znałam, ale nie kojarzyłam, że to są tacy ludzie, bo pracowało bardzo wielu lekarzy.

Pamięta Pani liczbę lekarzy?

W Tworkach to pracowało kilkunastu.

Plus jeszcze inny personel – sanitariuszki, pielęgniarki.

Tak. Ale w ogóle to [wielu] nie kojarzyłam. Nie myśleliśmy o tym, żeby tak zgłębiać życiorys lekarza czy sanitariuszki. Wcześniej to nawet nie wypadało. Człowiek był od razu taki podejrzliwy – a dlaczego? a po co? Nie, nie można było.

A wiedziała coś Pani o lekarzach narodowości żydowskiej, czy o ukrywających się Żydach na terenie Tworek?

W Pruszkowie mieszkało bardzo dużo Żydów. Szczególnie koło kościoła, na ulicy Kraszewskiego, Bolesława Prusa. Tu jest Kirkut – cmentarz żydowski. I nawet Niemcy [po wojnie] przyjeżdżali go uporządkować, a dziś ktoś się nim opiekuje. I była też kaplica żydowska na Bolesława Prusa, w głębi. Nigdy tam nie byłam.

Pamięta Pani tą społeczność żydowską, która tutaj żyła?

Trochę pamiętam, bo nawet jak na Kościuszki mieszkałam to obok był taki czerwony dom obok poczty. Tam mieszkał Zyg, był krawcem. Na Kościuszki mieszkało sporo Żydów. Przy stacji nie mieszkali i na Żbikowie też kilku. Ale w Pruszkowie samym to było dużo. Nawet było sporo przetrzymanych Żydów w czasie okupacji. Na Bolesława Prusa mieszkał taki Żyd, fotograf Abramowicz. Miał córkę i syna – córka była lekarzem – i oni się obydwoje przetrzymali, na Żbikowie chyba.

Wie Pani u kogo?

Nie, nie wiem u kogo. Gdzieś w piwnicy. I ona po wojnie przyjmowała, a ten syn wysokie stanowisko miał w ministerstwie.

Na tym terenie gdzie powstał obóz Dulag 121 wcześniej, przez krótki czas, był taki żydowski obóz. Czy Pani coś o tym wie? Czy Pani słyszała? Tam przetrzymywali Żydów przez jakiś czas.

Nie, nie wiem. Może mi się coś obiło, ale tak nie kojarzyłam.

A potem w trakcie pracy w szpitalu kojarzy Pani jakieś historie związane z ukrywaniem?

Nie, nie kojarzę. W szpitalu też może byli, tylko to już po cichu.

A jakie jeszcze zapamiętała trudy pracy w szpitalu?

Wyposażenie. Ciężko było z ubraniem, z naczyniami, z wyposażeniem kuchni. Coś ludzie donosili z domów, coś przywieźli z Warszawy ze szpitala Dzieciątka Jezus.

Opowiedziała Pani, ze Pani pomagała  w organizowaniu ubrań cywilnych dla powstańców.

Tak.

Ludzie przynosili?

Tak, tak.

A co się robiło z mundurami, z „panterkami”?

No przeszywało się, przerabiało.

Bardzo dużo ludzi też jeździło na tak zwany szaber do Warszawy po Powstaniu. Warszawa była opuszczona, wszyscy byli wyrzuceni, ale wszystko zostało. Bardzo, bardzo dużo. Jakieś obrazy… Stąd też mieli nawet te smokingi, bo skąd by mieli. Ktoś musiał im dać. Bo wie Pani, smokingi nie były tak używane, tylko to były takie raczej wyjściowe. Jakieś koszule, jakieś coś tam. Coś się uprało, coś się przeszyło, gdzieś trzeba było guzik przyszyć. To się pomagało.

Znała Pani ludzi, którzy nocowali, tych, którzy wyszli z obozu?

U moich rodziców nie raz przenocowaliśmy ludzi. Jak mieli gdzieś dalej rodzinę, to przecież nie mieli gdzie się zatrzymać, zanocować.

U Państwa w domu?

Tak. Ludzie nocowali w prywatnych domach, u mnie także. Przenocowywało ludzi, dawało jedzenie.

A potem gdzie oni szli?

A potem dalej w Polskę gdzieś. Mieli rodzinę gdzieś tam dalej, albo jechali czy do Lublina czy gdzieś tam do Krakowa. Dużo się z Warszawy ludzi osiedliło poza granicami Mazowsza i na Mazowszu tak samo.

Tutaj musiało być niebezpiecznie z warszawskim meldunkiem, bo znowu można było być zamkniętym w obozie.

No tak.

Proszę powiedzieć do kiedy Pani pracowała jako sanitariuszka w Tworkach?

Do końca. Do końca jak szpital był.

I pamięta Pani czy ta ilość pacjentów się zmieniała? Malała?

No tak, tak. Bo to się wszystko kończyło. Ubywało, ubywało, wywozili…

Do stycznia?

Tak. Tutaj nawet jest gdzieś napisane. Styczeń 45 rok. To końca byłam w szpitalu. Dokąd nie zlikwidowali szpitala.

Dlaczego się zdecydowała, żeby pracować, żeby pomagać w szpitalu?

To było patriotyczne, dlatego że byłam w AK. To, że zostałam sanitariuszką, wynikało z patriotycznych pobudek. Roznosiłam też pisma, uczestniczyłam w kolportażu. Pracowałam trochę tak, trochę tak.

Pani Maria Ciesielska w swoim mieszkaniu w Pruszkowie. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

 

 

 

 

Powiązane hasła

”None