menu

Ciszewska Bożena – Wojna oczami dziecka

Ciszewska Bożena – Wojna oczami dziecka

Bożena Ciszewska z d. Winek, ur. w 1941 r., podczas wybuchu Powstania mieszkała na Śródmieściu przy ul. Nowogrodzkiej z matką Stefanią oraz ojcem Władysławem, który brał udział w walkach. Po kapitulacji państwo Ciszewscy z córką zostali pieszo przygnani do obozu przejściowego w Pruszkowie. Uwolnieni podczas selekcji dotarli do Rogowa, a następnie osiedlili się w Giżycku. Po wojnie powrócili do Warszawy. W spisanych w 2015 roku wspomnieniach Bożena Ciszewska, opierając się na opowieściach rodziców oraz własnych wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa opowiada o losach swojej rodziny.

Było cicho, lecz w mojej głowie cykał jakiś wewnętrzny zegar, który odmierzał miniony czas. Od mojego bowiem urodzenia minęło wiele lat, a jednak z mojej pamięci nic nie zginęło. To, co przeżyłam w latach swojego dzieciństwa pozostało na zawsze w moim sercu. O tym właśnie pragnę opowiedzieć, bo oglądając kolejny raz film „Zakazane Piosenki”, uświadomiłam sobie, jak ważny był dla mnie ten okres mojego życia. Piosenka „Warszawo ma” śpiewana przez Zofię Mrozowską w tym filmie wywołała u mnie pewną tęsknotę do lat, może trudnych, ale zarazem pięknych. Do lat, które prawdopodobnie ukształtowały mój charakter i osobowość…

Urodziłam się 7 maja 1941 roku w Warszawie podczas niemieckiej okupacji. Mieszkaliśmy wtedy nadal na ul. Nowogrodzkiej 27. Rodzice radzili sobie jak mogli, bo innego wyjścia nie mieli. Kiedy miałam 3 latka wybuchło Powstanie Warszawskie. Mój Tatuś brał czynny udział w tym Powstaniu. Należał do AK i miał swój pseudonim „Rot”. Często więc wychodził z domu. Zawsze pożegnał się ze mną, bo byłam oczkiem w głowie Tatusia. Pewnego razu bardzo się spieszył i zapomniał się pożegnać, ale ja nie zapomniałam. Otworzyłam drzwi i zawołałam: „tatusiu  b u z i”. Musiał więc się wrócić, co zrobił chętnie i pożegnał się ze mną, jak zawsze to robił. W tym jednak czasie przez naszą bramę przeleciała seria kul, które z pewnością trafiły by go trafiły. Tym sposobem uratowałam życie mojemu kochanemu Ojcu na długie lata, choć mogłoby być na dłużej. Nigdy o tym fakcie nie zapomniał, bo wspominał przy każdej możliwej okazji. Czułam i czuję się dumna z tego, że mając tak niewiele lat mogłam coś zrobić dla swojej tak bliskiej sercu osoby.

Powstanie nadal trwało w Warszawie robiąc spustoszenie zarówno w mieście jak i w ludziach. Dookoła płonęły domy, kule świstały nad głowami. Kiedy mój tatuś został ranny i znalazł się w szpitalu powstańczym, bo miał przestrzeloną prawą rękę, a kula utkwiła w lewym boku, to Mama biegała pod obstrzałem kul do szpitala. Tak bała się o swojego męża. Nie myślała wtedy o sobie, bo przecież rożnie mogło być, ale nic się na szczęście mamusi nie stało. Kiedy jednak tatuś wyszedł ze szpitala, nic już nie mógł robić. Nie mógł też już walczyć, bo rany długo się goiły. Kula pozostała w boku mego taty niemal do końca życia.

W tym Powstaniu Warszawskim brał również udział siostrzeniec mojego taty Stefan Borkowski z Trzcianki, który od kilku lat mieszkał z nami w Warszawie. Miał 16 lat i uważał to za swój obowiązek. Ponieważ był wysoki i szczupły otrzymał pseudonim „Piętrowiec”. W czasie jednej z akcji tuż przy Stefanie Borkowskim rozerwał się granat i Stefan został ranny w biodro. Był małoletnim chłopcem, a jednak  poszedł walczyć o Warszawę. Po tym wypadku i otrzymaniu pomocy wrócił na jakiś czas do swoich rodziców do Trzcianki.

Jeszcze mój tatuś miał rękę na temblaku, kiedy Powstanie jednak upadało. Do mojej rodziny dochodziły złe wieści. Brat mamy, osiemnastoletni Staś, zaginął, a mój dziadek został rozstrzelany, nic dokładnie jednak nie było wiadomo. Reszta całej rodziny gdzieś się zawieruszyła w tym całym zamieszaniu wojennym. Ale i przed nami była wielka niewiadoma. Warszawa zburzona doszczętnie, nasze mieszkanie na Nowogrodzkiej zbombardowane, a warszawiacy wypędzani z Warszawy i brani do niewoli lub wywożeni na roboty do Niemiec. W tym korowodzie warszawiaków szli również moi rodzice ze mną na ręku. W końcu głodni, brudni i zmęczeni dotarli do dworca Warszawa Zachodnia. Tam jednych Niemcy wsadzali do wagonów towarowych, którymi wywozili do obozu pruszkowskiego inni, tak jak moi rodzice musieli iść na pieszo dalej aż do tego samego obozu pruszkowskiego, bo byli młodsi.

W tym obozie okazało się, że będą rozdzielać kobiety z dziećmi i mężczyzn. Mama sobie nie wyobrażała, żeby tatusia nie było z nami dwiema. Mama była jeszcze taka młoda, ale i w tym wypadku zdobyła się również na odwagę, tak jak w przypadku szpitala powstańczego, kiedy chodziła pod obstrzałem kul do taty. Kiedy Niemiec podszedł i chciał tatusia od nas zabrać na jedną stronę, a nas dwie na drugą stronę, Mama wręcz błagała, żeby tego nie robił, bo tatuś był ranny i jeszcze słaby, a mama ze mną na ręku. Nie wiadomo w jaki sposób udało się mamie przekonać tego Niemca, ale nie rozdzielił moich rodziców i na dodatek puścił ich wolno. Prawdopodobnie wtedy też chciał dać mnie cukierka, którego ja nie wzięłam. To moja mama wzięła od Niemca tego cukierka i dała mnie z obawy przed Niemcem. Może miał swoje dzieci? Któż to dziś wie? Miał na pewno dobre i wrażliwe serce. Ale wielu takich nie było.

Po tych wszystkich perypetiach moi rodzice ze mną dotarli pod Koluszki do Rogowa do rodziny mojego dziadka Michała. Tam zawsze moja babcia Kasia jeździła ze swoimi dziećmi na wakacje jeszcze przed wojną. Teraz pomocy potrzebowaliśmy my we troje. Tą pomoc otrzymaliśmy, bo byliśmy głodni i brudni. Zmęczeni i niczego nie mieliśmy na zmianę, jeśli chodzi o odzież. Ta rodzina zadbała o wszystko. Nasze ubrania zostały uprane, a nowe dostaliśmy na zmianę. Byliśmy też nakarmieni i traktowani z godnością. Moi rodzice starali się nie być ciężarem dla gospodarzy. Pomagali, jak mogli. Była to dokładnie mówiąc Wieś Marianów koło Rogowa. Byliśmy u tej rodziny przez kilka miesięcy, bo dłużej już nie wypadało nadużywać gościnności i tak życzliwych ludzi. Wtedy mój Tatuś postanowił, że pojedziemy w Jego rodzinne strony, a więc do Cyganówki pod Garwolinem, gdzie była blisko Trzcianka, w której mieszkał z rodzicami Stefan Borkowski. W Cyganówce mieszkał brat mojego Taty, Aleksander z żoną i dwojgiem dzieci. Okazało się, że moja Mama spodziewa się drugiego dziecka. Był to już rok 1945. Do Warszawy nie było do czego wracać.

Zamieszkaliśmy u stryjka Olka, ale nie było wiadomo co dalej z nami będzie? Tymczasem trzeba było poczekać na rozwiązanie Mamy, która pomyliła się w obliczeniach i przesiedziała dwa miesiące w szpitalu w Garwolinie. Nie chcąc siedzieć bezczynnie szyła w tym szpitalu fartuchy dla lekarzy i pielęgniarek. W tym czasie mną zajmował się Tatuś, który też zawsze coś u kogoś zrobił, żeby zarobić na życie. Ta Cyganówka to piękne miejsce. Dookoła piękne lasy, rzeka, pola obsiane żytem, pachnące łąki. To właśnie zapamiętałam z tamtego okresu swojego dzieciństwa i nie tylko. Wszystko było w mojej pamięci jako dziecka. Czułam bowiem tą całą atmosferę grozy, która nas otaczała przez te trudne lata. Byłam też chora na płucka, o czym nikt nie wiedział, ale właśnie tamto powietrze i krowie mleko uratowały mi życie. To jeszcze nie wszystko. W październiku 1945 roku urodził się mój brat Waldemar. Kiedy miał dwa miesiące odezwał się do nas mój chrzestny ojciec Stanisław, że na Wschodzie w Giżycku są wolne mieszkania Były do dla Polski Ziemie Odzyskane, które powoli zostały zasiedlane. Sam już tam pojechał i zamieszkał z rodziną. Moi rodzice długo się nie zastanawiali nad tą decyzją. Skorzystali z podpowiedzi Stanisława i pojechaliśmy już we czworo do Giżycka na Mazury.

Mieszkaliśmy tylko cztery lata w Giżycku, a potem wróciliśmy do swojej Warszawy, jednak jakże innej, zniszczonej. Stefan Borkowski pozostał w Giżycku. Wydoroślał, wyuczył się zawodu elektryka i założył rodzinę. Miał 4-ch synów: Zdzisława, Jerzego, Waldemara i Wojciecha. Dziś nazwisko Stefana Borkowskiego widnieje na tablicy w Muzeum Powstania Warszawskiego wśród małoletnich chłopców, którzy brali udział w Powstaniu Warszawskim. Synowie i wnuki Stefana Borkowskiego są na pewno dumni z ojca i dziadka. Po naszym powrocie do Warszawy moje serce aż bolało kiedy patrzyłam na jej ruiny, chociaż byłam dzieckiem. Powoli jednak życie musiało wracać do normalności, ale my już nie wróciliśmy ani do normalności ani do swojego mieszkania na ulicy Nowogrodzkiej, bo go nie było. Zamieszkaliśmy u brata Tatusia, Józefa, na Jelonkach, a więc nie u siebie. Życie zmieniło się całkowicie nie tylko dla mnie, ale i dla moich rodziców. W mojej jednak pamięci pozostały lata najwcześniejszego dzieciństwa, bo bardzo dużo z tamtego okresu pamiętam. O wielu jednak sprawach opowiadali mi moi rodzice, wiedząc jak bardzo te sprawy mnie interesowały i do dziś interesują, chociaż przekroczyłam jakiś czas temu siedemdziesiątkę. Jestem im wdzięczna, że potrafili zaszczepić we mnie tą miłość do obowiązku i do miejsc, w których przyszło nam mieszkać. Jestem też dumna, że mój tatuś brał udział w Powstaniu Warszawskim, chociaż był ranny dość poważnie, bo to utwierdziło mnie w przekonaniu, czym jest obowiązek wobec Ojczyzny. Jestem pewna, że właśnie ten okres najwcześniejszego dzieciństwa ukształtował mój charakter i moją osobowość, dzięki czemu mam dziś o czym pisać. A pisać bardzo lubię, nie tylko prozę, ale i wiersze. Czuję się też przez to wyróżniona, że dane mi było żyć w rożnych okresach i czasach naszej Polski.

Powiązane hasła

”None