menu

Ciszewska Janina – Wysłana do obozów koncentracyjnych

Ciszewska Janina – Wysłana do obozów koncentracyjnych

Janina Ciszewska z d. Buszkowska (ur. 1933 zm. 2014) w okresie okupacji mieszkała w Warszawie przy ul. Freta. W czasie Powstania Warszawskiego wraz z matką, Władysławą, została wygnana ze Starego Miasta do obozu Dulag 121, skąd wysłano je do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, a następnie do Neustadt-Glewe. W 2013 roku podczas wizyty w Muzeum Dulag 121 pani Janina opowiedziała o swoim powstańczym exodusie, przywołując sceny, które najtrwalej zapadły w jej pamięci.

Kiedy broniło się Stare Miasto, myśmy siedziały w piwnicach. Pewnego dnia Niemcy przyszli i powiedzieli, że jak nie wyjdziemy, to oni puszczą granat i się do nas dostaną. Wtedy wyszłyśmy [i przedostałyśmy się] do kościoła św. Jacka, gdzie był szpital powstańczy. Tam siedziałyśmy ze trzy dni. Jak Niemcy przyszli później do tego kościoła to jakiś facet [powiedział], że jeżeli nie wyjdziemy, to oni po prostu zniszczą kościół. Ktoś coś wziął na patyk, chyba jakieś kalesony i wyszliśmy. Wtedy nas pognali do Pruszkowa.

Czy pamięta Pani którędy?

Ulicami żeśmy szły, tak pod górkę. Myśmy nie jechały. Na Wolę nas wzięli, do kościoła – nie pamiętam, jaki to kościół był. Później z tego kościoła przepędzili nas.

Czy całą drogę do Pruszkowa były pędzone Panie pieszo?

Tak, cały czas. Pamiętam, że dzieci, takie noworodki, leżały w takich pudełkach znalezionych na ulicy. Ludzie przynosili mleko i w te pudełka tym dzieciakom wlewali. Nie wiem, co oni z nimi zrobili.

Co zapamiętała Pani z pobytu w Dulagu?

Pamiętam tylko, że siedziałyśmy na szynach. To był tłum ludzi, jeden na drugim prawie siedział, bo to nie tylko [były osoby] z Warszawy. Nie pytałam się zresztą skąd są, z nikim tam człowiek nie rozmawiał, bo nie miał jak i nie myślał o tym. Myślał, jak uciec. Było tak tłoczno, że nawet nie było jak się ruszyć. Żeby przekimać człowiek musiał się położyć skulony.

Jeść nie dawali. Ale jednak ludzie w tym czasie… było widać, że jeden drugiemu chciał pomagać. Teraz tego nie ma, teraz o tym się nie słyszy. Ludzie miejscowi przychodzili i donosili [żywność]. Niemcy utrudniali to wszystko, ale jakoś się czasem udawało. Bo przecież, [żeby] tydzień czasu przeżyć, to musiało się coś jeść. Nie pamiętam już co tam się jadło, ale chleb na pewno.

Jak długo były Panie w obozie?

Chyba byłyśmy z tydzień, ale trzeba było się ukrywać, uciekać z miejsca na miejsce, dlatego, że oni doprowadzali następne osoby, a stale zabierali tych, co przyszli wcześniej. Moja mama, która cały czas ze mną była, miała kolegę w Pruszkowie i myślała, że nam się uda do niego uciec. Łaziłyśmy, bośmy szukały wyjścia, żeby się do niego dostać. Ale się nie udało. Tyle było tych Niemców z psami, że mowy nie było.

Czy szukałyście pomocy np. u sanitariuszek?

Tam chodziły sanitariuszki, coś podawały. Ale to wszystko było tak zorganizowane, że ci Niemcy to  nawet za nimi chodzili. Tam było tych Niemców prawie tyle samo co nas, tak pilnowali.

Później podstawili wagony, takie bydlęce, no i w te wagony nas wcisnęli. Było ciasno, trzeba było leżeć. Pamiętam, że ja buta miałam pod głową i rzuciłam tym butem, bo ktoś mnie kopał w nogi. Wzięłam tego buta i cisnęłam, żeby mi ktoś nie przeszkadzał spać. Później myślę „Matko święta, przecież ja buta wyrzuciłam”, proszę „Teraz oddajcie mojego buta”. Tam ktoś mówi „Tutaj jest. Nie krzycz, bo ja go mam. Zaraz ci rzucę”. Długo żeśmy jechały, chyba z miesiąc. Tam też ludzie podchodzili, podawali jedzenie – kromkę chleba, jabłko czy coś innego. Kto nie zjadł, ten umarł.

Później, w tym obozie, myśmy dwie czy trzy noce, zanim nas wzięli do spisu, leżały na ziemi na słomie. Obok, nie wiem ile tam było, co metr czy półtora metra, stały patyki i to było przegrodzone też słomą, a góra była pusta. To już był wrzesień, koniec sierpnia, było już zimno. Dzień i noc myśmy tam czekali. Później nas wzięli do kąpieli. Niemcy byli tacy strasznie pedantyczni. Dlatego nas tam trzymali, bo spisywali, co my mamy. Że niby nam to wszystko oddadzą, ale guzik oddali. Ja to nic nie miałam, ale moja mama miała trochę złotek, miała też pastę do zębów i kawałek mydła. Dziwiłam się, jak ona to przechowała, bo Niemcy bez przerwy robili takie przeszukiwania.

Pani mama wyniosła to z Warszawy? Udało się Paniom zabrać ze sobą coś jeszcze w momencie wypędzenia?

W mieszkaniu nic nie było, bo oni zbombardowali cały dom. Tylko tyle mogłam wziąć, co na siebie, nic nie można było, nawet nie było jak, gdzie by to się trzymało? Moja mama wzięła te złotka, ja nic. Tylko ubranie, a później oni i to ubranie zabrali, a dali te pasiaki. Na początku brakło im tych pasiaków, dopiero później je dali. Dostałam też taką sukienkę koloru czerwonego w czarne groszki i do tego sweter, żółty jak żółtko. Moja mama za chleb wymieniła to, bo mnie było widać z daleka.

Czy w Ravensbrück dużo było kobiet, które też przyjechały z Warszawy?

Wie pani co, może było dużo, ja specjalnie się tym nie interesowałam. Nas było pięć koleżanek, wśród nich były dwie siostry – Ela i Sabina. Zresztą, nie miałam możliwości, nie było jak, bo tak się wstawało wcześnie… Najpierw żeśmy spały na łóżkach pojedynczo, a później po dwoje, po troje, ja z Sabinką. Ona się mną opiekowała, mimo, że była w moim wieku albo trochę starsza. Jak wstawałam to Sabina mi stale biła wszy, ja nawet nie mogłam patrzeć na to. Niemcy brali co tydzień te ubrania, wsadzali je w coś, ubrania przychodziły takie gorące, ale później… Te wszy były takie wielkie, że człowiek na sam widok dostawał torsji. Rozbierałam się, dawałam jej, szukała, stukała. Po wojnie odnalazłam ją w Warszawie, ona pracowała w takim ośrodku na Długiej, z chorymi. Jak już ją odnalazłam, to tydzień później umarła. Jej siostra, Ela, pojechała na Śląsk, bo chciała jechać z chłopakami, którzy nas do Polski wieźli, a oni byli przeważnie ze Śląska.

Niedawno córka zorganizowała takie spotkania starszych osób. Ja już na nie nie chodziłam, bo już nie mogłam, ale raz takie dzieciaki przyszły do mnie, jeden napisał do mnie list. Ja się go spytałam, co się stało, że on napisał, a on mówi „bo mi się podobało, że się pani z Niemką pobiła”.

Jak to się stało, że pani się z Niemką pobiła?

Stałyśmy na apelu, a te Niemki między nami chodziły…

Czy było to w Ravensbrück czy w Neustadt-Glewe?

W Neustadt-Glewe. Ja już wtedy w fabryce pracowałam, w fabryce samolotów. Jak się stało na apelu, to Niemki, ausierki, chodziły z psami, także jak coś się działo, to się człowiek bał, bo mogła tym psem poszczuć, mógł pogryźć. Nieraz się coś powiedziało do drugiej z daleka. Ja nie wiem, jak to się stało, ale koło moich nóg przeleciał wróbel i ja mówię do koleżanki –  bo nas było pięć koleżanek – „Zobacz, Sabinka, wróbel, będzie się rodziło dziecko”, a ona „Nie wygłupiaj się, przecież wróbel ma jajko, nie rodzi” i zaczęłyśmy się śmiać. A ta Niemka do mnie doskoczyła i mi dała w łeb, no to ja jej oddałam i zaczęłyśmy się łomotać. Byśmy ją tam zatłukły, ale inna Niemka przyleciała, dała nam po plecach. Sabinka dobrze mówiła po niemiecku i mówi tak: „Teraz to uważaj, bo jak my cię złapiemy, to nie wyjdziesz żywa”, no i ta Niemka się bała, bo ona mieszkała razem ze mną w jednej sali. Ja im to opowiedziałam.

Gorsi byli Ruscy. Jak nas wyswobodzili, to strach było iść, bo oni po prostu… myśmy były szkielety, a oni po prostu gwałcili te dziewczyny. Myśmy miały taką historię z moją mamą. Mieszkałyśmy w barakach, a obok, w takim bardzo ładnym domu, mieszkały ausierki, które nas pilnowały. Jak się wyzwoliło to miasto, Neustadt-Glewe, to te ausierki uciekły, nikogo nie było. Myśmy poleciały z mamą i z tymi moimi koleżankami szukać jedzenia na mieście. Trafiłyśmy na taką willę i myśmy do niej weszły z koleżanką, żeby poszukać jedzenia. Idziemy, są otwarte drzwi, bardzo ładne, stoi łóżko, obok łóżka szafka, a na tej szafce butelka wina i koszyk. Ja wzięłam ten koszyk i tą butelkę wina, bo nic innego w tym pokoju nie było. Były takie schody do góry i mówię do Eli „Idziemy na górę”, ona „Zobaczymy, co tam jest”. Żeśmy szły, szły, a z tych schodów schodzi taki „kałmuk”, karabin ma i tylko mówi „mołodyca” i do mnie sunie. Niedobrze mi się zrobiło i myślę „Co tu zrobić?”, ale był pijany jak diabli. Wzięłam tą butelkę wina, a ponieważ miał karabin, to uderzyłam w ten karabin i jemu zalało twarz. On coś tam powiedział, nie wiem po jakiemu, pewnie mnie zemścił. Mówię „Ela, uciekamy” i myśmy biegiem do okna i wyskoczyłyśmy oknem na ulicę. Tam już stała moja mama i wojskowi, którzy przyszli w międzyczasie. Obchodzili ten teren i mama i koleżanki powiedziały, że my tu jesteśmy i oni przyszli, żeby nas wyswobodzić od tych bandziorów. My mówimy im, że się wybieramy do Warszawy, ale nie mamy co jeść, musimy sobie znaleźć trochę jedzenia, a później pomyśleć, jak tu pojechać. A on mówi „To wy jeźdźcie z nami, bo my jedziemy do Warszawy”. Oni jechali do Polski wozami i wzięli nas ze sobą. A we Wrześni graniczna straż, Ruscy, stwierdzili, że my jesteśmy „szpiony”, moja mama znała dobrze rosyjski, że my jesteśmy szpiegi i oni nas aresztują. I zaaresztowali.

Co było dalej?

Wzięli nas, wsadzili nas do piwnicy. Siedzimy w tej piwnicy, a co mamy robić? Siedziałyśmy chyba z tydzień. Moja mama mówi, że coś trzeba zrobić. Tam była taka dziewczyna, nie wiem, czy się z nimi przyjaźniła, w każdym razie mówię do tej dziewczyny: „Powiedz tym bałwanom, że my nie jesteśmy żadne „szpiony”, tylko wracamy z Niemiec”, przecież widzi, jak my jesteśmy poubierane, w tych pasiakach, mówię, niech się nie wygłupiają, bo my z Niemiec jedziemy, jesteśmy z obozu i niech oni nas wypuszczą.,, Co z nami tu zrobią, zabiją nas? Czy my w wojsku byłyśmy?’’ – pytam. I oni wzięli nas na przesłuchanie i wypuścili nas. Dali nam takie rozpiski „powracający z obozu tego i tego, nie pobiera się opłaty za przejazd pociągu” i tak żeśmy się dostały do Warszawy. Ale nie zapomnę tych Ruskich. Tylko na fotografii się spotyka takie typy, takie straszne, nie mogę sobie wyobrazić nic innego, ze strachu by człowiek umarł chyba. Także miałam trochę przygód.

 A mój ojciec, jego wzięli do wojska już w marcu i cały czas był w armii Maczka, i nie pisał do nas, tylko przesyłał nam przez kolegów to i tamto, bo inaczej by nas zamknęli gdzieś u Ruskich, bo oni byli tak wrogo nastawieni, nie wiem, dlaczego. Niemcy byli okropni a oni jeszcze gorsi.

Kiedy wróciły panie do Warszawy?

Dokładnie to nie wiem. Chyba we wrześniu. Koleżanka mojej mamy miała niezniszczony dom na Chmielnej mieszkała i myśmy tam do niej poszły. Miała dwa pokoje z kuchnią, ale wtedy dali jej rodzinę robotniczą z dzieciakiem takim, z 7 lat miał. Był z piekła rodem. Mieszkałyśmy tam ze dwa miesiące. Dobrze, że była. Moja mama mogła jechać do ojca, do Anglii, ale nie chciała. Zostałyśmy w Warszawie. Później ja pracowałam w wojsku, ale jak ojciec wrócił, to uznali mnie za niepewną politycznie. Wywalili mnie z pracy i nie mogłam innej dostać. Poradzili mi, żeby się nie przyznawać gdzie pracowałam, mówić, że utrzymujemy się razem z moją mamą z szycia – moja mama była krojczynią w domu mody, pięknie szyła i faktycznie szyła trochę dla ludzi. Dopiero jak szłam na emeryturę, to ujawniłam, że pracowałam w wojsku.

Niemcy nam na początku organizowali w Niemczech wakacje, ja byłam dwa razy u nich po trzy tygodnie, później wykupywali nam wczasy w Polsce. Ale w tych Niemczech to była bajka, coś fantastycznego, aż łzy same leciały, bo ci Niemcy, młodzi ludzie, dzieciaki, tak się opiekowali nami. Kiedyś stałyśmy przed szkołą, gdzie było z czterech chłopaków z kwiatkami. Jeden do mnie podszedł i się mnie pyta, czy ja bym chciała, żeby oni zrobili sobie ze mną zdjęcie. Ja mówię „Zrobisz to zdjęcie, ale pod warunkiem, że to zdjęcie będzie w gazecie”. No i było.

Powiązane hasła

”None