menu

Ćwiertnia-Sitowska Irena – Fragment dziennika z lat 1942–1945

Ćwiertnia-Sitowska Irena – Fragment dziennika z lat 1942–1945

Irena Ćwiertnia-Sitowska (ur. 1921 r.), studentka tajnej medycyny, a po wojnie lekarka, w okresie okupacji niemieckiej prowadziła pamiętnik, w którym zapisywała istotne wydarzenia z życia, swoje przeżycia i osobiste spostrzeżenia. Swoje zapiski prowadziła także podczas Powstania Warszawskiego, w domu przy ulicy Puławskiej 83/85, a także podczas exodusu i popowstaniowej tułaczki. Skrót w formie obszernego pamiętnika sporządzony w latach 90. XX w. po raz pierwszy ukazał się drukiem w  2003 roku w nr. 7 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”, a w 2013 roku pani Irena Ćwiertnia-Sitowska przekazała go do Muzeum Dulag 121 razem z małą walizeczką i płóciennym chlebakiem, które miała ze sobą podczas wyjścia z Warszawy. 

Dziennik z lat 1942–1945

[…]
Rok 1944
2 sierpnia, środa

Od rana słychać strzały i detonacje od strony Dworca Południowego.

4 sierpnia, piątek

Wokół widać pożary i słychać ciągłe strzały. Po południu wzdłuż ul. Puławskiej jeździ olbrzymi czołg niemiecki.

Przyniesiono rannego syna pani Ireny Klainowej, sąsiadki z pierwszego piętra. 1 sierpnia poszedł do walki i zaraz został ranny w udo, ma uszkodzoną kość i olbrzymią ranę. W Szpitalu Elżbietanek założono mu gips na całą kończynę, z okienkiem umożliwiającym zmianę opatrunków. Pani Klainowa przybiegła do mnie i prosiła, żebym zaopiekowała się rannym synem. Codziennie rano zmieniałam mu opatrunek. Był zupełnie załamany i bardzo cierpiał. Rana okazała się poważna i bardzo duża. Bandaże wciąż przesiąkały ropą.

14 sierpnia, poniedziałek

Minęło kilka spokojniejszych dni. Przez okno z czwartego piętra widziałam trupy leżące na ul. Puławskiej. Codziennie jeździ czołg wzdłuż i strzela w kierunku barykady ustawionej u wlotu ul. Racławickiej.

Co dzień przybywało rannych. Ze Szpitala Elżbietanek łączniczka, która przedostawała się z materiałami opatrunkowymi, przyniosła mi polecenie od dr. Stypułkowskiego, bym nie zgłaszała się do szpitala (miałam taki zamiar), ale na miejscu opatrywała rannych.

15 sierpnia, wtorek

Samoloty niemieckie bombardowały szpital na ul. Goszczyńskiego. Samoloty sowieckie krążyły nad Okęciem, gdzie znajdowało się lotnisko. Zrzucały bomby. Przybywało rannych. Byłam zajęta ich opatrywaniem. Sąsiadka z oficyny schodząc po schodach do piwnicy, została zraniona odłamkami w obie łydki. Odniosła rany szarpane, a ja nie miałam surowicy przeciwtężcowej.

23 sierpnia, wtorek

Dowiedzieliśmy się, że znów był bombardowany szpital na ul. Goszczyńskiego. Zarządzono ewakuację. Zginęło wielu lekarzy, pielęgniarek i chorych.

30 sierpnia, środa

Doniesiono, że nasz profesor Edward Loth jest komendantem służby sanitarnej AK na Mokotowie w randze pułkownika.

1 września, piątek

Brak światła i wody. Opatruję nadal Zbyszka Klaina. Bardzo cierpi, pod gipsem porobiły się odleżyny i dostały się pluskwy. One najbardziej nękają rannego, powodują palący ból.

10 września, niedziela

Z dala, zza Wisły, słychać głośne strzały artyleryjskie. Trwają obecnie duże naloty na Mokotów. Cieszymy się, że Sowieci idą naszym chłopcom z pomocą.

15 września, piątek

Wielkie bombardowanie Mokotowa. W swej willi na ul. Pilickiej zginął, wraz z żoną i córką, nasz prof. Edward Loth.

16 września, sobota

Obok Puławskiej i Szustra padają bomby. Nie mamy już nic do jedzenia.

18 września, poniedziałek

W piwnicy chłodno, brak wody. Jesteśmy brudni i głodni. Usłyszeliśmy i zobaczyliśmy samoloty zachodnie. Niebo pokryły spadochrony. Zapanowała wielka radość. Mieliśmy nadzieję, że przybywa pomoc!

21, 22 września, czwartek, piątek

Pobiegłam wieczorem na piętro i przez okno klatki schodowej zobaczyłam światła i ognie zza Wisły. Brak wody, a rannych wciąż przybywa.

24 września, niedziela

Ze zbombardowanego kościoła św. Michała przyszedł ksiądz i w piwnicy odprawił mszę świętą. Podczas mszy rozpętało się wokół naszego domu prawdziwe piekło. Ryczały „krowy”, sześciolufowe moździerze. Samoloty zrzucały bomby, które spadały obok nas. Nasz dom jedyny jeszcze stał cały, obok sterczały tytko gruzy. Byliśmy u kresu wytrzymałości. Sytuacja stawała się nie do zniesienia. Rannych coraz więcej, a materiałów opatrunkowych już brak.

25 września, poniedziałek

Znów rozpoczął się wzmożony ostrzał artyleryjski. O dziewiątej rano nastąpił rozejm; z miasta pozwolono wyjść kobietom, dzieciom i rannym. Trwał krótko. Znów rozpoczęła się walka tuż obok naszego domu na ul. Ursynowskiej.

26 września, wtorek

Rano trwała jeszcze zacięta walka. Od godziny czwartej do szóstej po południu znów zawieszenie broni. Wieczorem ponownie walczono na ul. Bałuckiego. Siedzieliśmy w piwnicy z kocami na głowach, by zagłuszyć huki i ochronić się przed spadającymi kawałkami muru.

27 września, środa

Dziś 58. dzień Powstania. Brak żywności i wody spowodował kapitulację Mokotowa. Strzały słychać było jeszcze do godziny jedenastej.

Potem nastąpiła przeraźliwa cisza, świdrująca w uszach. Ktoś wpadł do piwnicy i przyniósł wiadomość, że musimy wyjść na podwórze, aby się wylegitymować. Wokół nas byli Niemcy.

Jedna z mieszkanek kamienicy przy ul. Puławskiej 83 otworzyła kanałek przykryty małą żelazną kratą i schowała biżuterię. Zachęcała mnie, żebym też ukryła swoje cenne przedmioty, lecz ja powiedziałam, że jeśli mnie Niemcy zabiją, to również z tym, co mam przy sobie. Nie miałam zamiaru nic pozostawiać. W podpaskę schowałam pierścionki, bransoletkę i naszyjnik, a zegarek wpuściłam do półbuta.

U wylotu piwnicy wrzeszczał Niemiec: „Alle raus!”. Ktoś z wychodzących zdmuchnął świecę. Wszyscy wybiegli po schodach na podwórko. Po ciemku macałam i szukałam koca z wielbłądziej wełny, mógłby mnie chronić przed chłodem. Niestety, z powodu zalegających ciemności nie mogłam go znaleźć. Z podwórza dolatywały głosy Niemców, ponaglające do wyjścia z piwnicy. Wybiegłam bez koca w obawie, że zostanę sama z dala od znanych mi ludzi. Uderzyło we mnie świeże powietrze i olśniewający blask słońca, niewidzianego przez wiele dni.

Musiałam się śpieszyć, gdyż Niemiec krzyczał: „Macht schnell! Los! Los!”. Chciałam dołączyć do grupy wypędzonych lokatorów z mojej kamienicy. Biegłam za nimi na ul. Ursynowską. Wszystkie domy stojące na tej ulicy płonęły, podpalone miotaczami. Płomień obejmował od piwnic. Widocznie wrzucono do nich pociski zapalające. Gdy minęliśmy zabudowane tereny, popędzono nas przez pola, jeszcze zielone, zalane cudownym słońcem. Byłam tak spragniona przez całe dwa miesiące jego ciepła i widoku. Wokół leżały trupy. Potwornie rozdęte gazami, rozkładające się zwłoki ludzkie. Jednak na przerażenie nie było czasu, gdyż stale słychać było: „Schnell, schnell”, trzeba było biec dalej. Dobrnęliśmy wreszcie na Służewiec. Tu kazano nam się zatrzymać. Czekaliśmy. Na co? Na rozstrzelanie? Czy na transport? Zapadł zmrok. Noc spędziliśmy na drewnianych skrzyniach, pod gołym niebem.

28 września, czwartek

Rano udało mi się pojechać do Pruszkowa z lokatorką z tego samego domu. Okazało się, że jest volksdeutschką. Porozumiała się szybko z Niemcami, którzy pozwolili nam wsiąść do towarowego pociągu. Wielu wygnańców zostało na Służewie. Jechaliśmy pociągiem, a za nami pozostawała płonąca Warszawa. Ostatnim spojrzeniem pełnym rozpaczy żegnaliśmy nasze rodzinne miasto. Przejeżdżaliśmy przez Włochy. Zobaczyłam stojące nieuszkodzone domki i wille. W oknach wisiały firanki, a na parapetach stały kwitnące kwiaty. Tu ludzie żyli normalnie, a my?! Dokąd jedziemy? – niewolnicy, głodni, brudni. W duszy mimo woli zrodziło się uczucie niesprawiedliwości. Odwykliśmy od normalnego trybu życia, domu i spokoju.

Pociąg zatrzymał się w Pruszkowie. Wypędzili nas kolbami z wagonów. Weszliśmy przez ogromną bramę na teren warsztatów kolejowych. W tym momencie zobaczyłam grupę ludzi wypędzonych z domu. Szli w odwrotnym niż my kierunku, na rampę kolejową. Spostrzegłam moją chrzestną matkę (cioteczną siostrę mojej babci) Czesławę Eberhardt. Obok niej szedł jej mąż Zygmunt, prowadził za rękę 13-letniego synka Konrada. Był on ubrany w duży, długi płaszcz. Matka zobaczyła mnie, miała zrozpaczoną minę. Beznadziejnie rozłożyła ręce; pognano ich dalej, minęli mnie i nie widziałam ich już więcej.

Znalazłam się na terenie obozu. Ze wszystkich stron otoczony był murami i kolczastymi drutami. Mury były pokryte poprzyklejanymi kartkami. Zbliżyłam się i zaczęłam odczytywać nazwiska i adresy ludzi, którzy byli w tym miejscu. Dawali znać o sobie. Mnóstwo wygnańców poszukiwało bliskich. Niestety, nie znalazłam nikogo ze swoich. Czy żyją? Gdzie przebywają?

Chlebak, który Irena Ćwiertnia miała ze sobą w Pruszkowie. W środku znajdowały się: 4 kg cukru, zmiana bielizny, sukienka i kawałek kiełbasy. Zbiory Muzeum Dulag 121

Moją grupę skierowano do baraku nr 4. Był przeznaczony dla kobiet, które miały być wywiezione do Rzeszy. Znalazłam się w olbrzymiej hali. Myślałam tylko o jednym: móc się umyć, pozbyć się wielotygodniowego brudu. Na szczęście znalazłam porzucony duży dekiel, napełniłam go wodą i nie zważając na nikogo, rozebrałam się i umyłam. Ach, co za ulga! Lokatorka z mojej kamienicy przez ten czas była bardzo operatywna. Podczas gdy ja odczytywałam kartki, ona wystarała się dla siebie, swojej ciotki i pracownicy o przeniesienie na blok nr 2, który był barakiem przyszpitalnym. Z tego bloku nie wysyłano do Niemiec.

Rozejrzałam się wokół, zaciekawiona, co się dzieje w baraku. Zobaczyłam młodego mężczyznę pełniącego funkcje porządkowe. Nie byłam pewna, czy to Niemiec, czy Polak. Zwróciłam się do niego i w kilku słowach zreferowałam: „Jestem studentką medycyny, chcę się ratować przed wywiezieniem i pragnę się dostać do baraku nr 2”. Usiłowałam mu wcisnąć w dłoń złoty pierścionek, ale wzbraniał się i nie przyjął go. Uśmiechnął się do mnie i pozostawił w niepewności. Po chwili usłyszałam, że ten sam mężczyzna (okazało się, że to Polak pomagający wysiedlonym) odczytał długą listę osób mających przejść na blok nr 2. Wyczytane osoby zgłaszały się i przechodziły na stronę. W pewnej chwili wyczytał nazwisko, nastąpił moment ciszy, nikt się nie zgłosił. Dał mi znak ręką, dołączyłam do grupy wyczytanych. Po chwili uszczęśliwiona przeszłam pod konwojem do baraku nr 2. Tu pomieszczenie nie było tak ogromne jak w hali nr 4. Stały liczne piętrowe prycze, zbite z desek. Można było na nich usiąść lub się położyć. Co za luksus! Roznoszono chleb i dużo białej kawy! Wypiłam jej całe morze. Nie mogłam ugasić pragnienia i głodu. Od kilku dni nic nie jadłam. Po prostu topiłam się w kawie!

Po bloku przechadzał się lekarz, własowiec. Był względnie sympatyczny. Spotkałam dozorczynię i sąsiadkę z mojej kamienicy. Potwornie znużone pokładłyśmy się na pryczach. Przykryłam się własnym płaszczem, wełnianą chustką i zasnęłam.

29 września, piątek

W nocy panował potworny chłód, prowizoryczne przykrycie nie wystarczało. Marzyłam o pozostawionym w piwnicy kocu. Przez barak przeszła dr Julia Bielecka. Zbliżyłam się do niej i przedstawiłam. Doradziła mi, żebym nałożyła na rękę białą opaskę z czerwonym krzyżem. Wtedy będę się mogła swobodniej poruszać po obozie. Rozpytywałam o znajomych lekarzy, którzy mogli się znajdować na terenie obozu. Wymieniła nazwisko dr Grzegorczyk.

Wiedziałam, że była to matka Andrzeja Grzegorczyka, kolegi, uczestnika zebrań Katolickiej Młodzieży Narodowej. Postanowiłam do niej dotrzeć. Na szczęście miałam białą chusteczkę. Oderwałam od sukienki schowanej w walizeczce czerwoną aksamitkę, naszyłam ją na biały materiał i już miałam upragnioną opaskę. Moje współtowarzyszki patrzyły podejrzliwie i pytały, po co to robię. Dałam im wymijające odpowiedzi.

Miałam już wytyczony plan. Przypięłam agrafką opaskę i wyszłam z baraku. Był otoczony drutem kolczastym. Uniosłam go i w momencie, gdy nikt nie był widoczny, wyszłam i udałam się do znajdującego się obok bloku szpitalnego nr 8. Tu dowiedziałam się, że przy naczelnym lekarzu obozu, który decyduje o losach wygnańców, pracuje matka Andrzeja, dr Grzegorczyk. Udało mi się do niej dotrzeć. W krótkich słowach zreferowałam moją sytuację i wyjawiłam, że znałam jej syna Andrzeja. Ze smutkiem powiedziała, że nic o nim nie wie.

Zapytałam ją, czy mogłabym się przydać do pracy, czy mogłaby mi załatwić stanowisko sanitariuszki. Stanowczo mi odradzała. Natomiast poleciła, żebym zgłosiła się do lekarza naczelnego z jej zaświadczeniem, które mi zaraz napisze. Podyktowałam jej moje personalia. Na kartce napisała: Ćwiertnia Irena, lat 16 (miałam więcej, lecz wychudzona i zabiedzona nie wyglądałam na swój wiek), T.b.c. fibrosapulm. anaemia, metrorhagia (gruźlica płuc włóknisto-naciekowa, niedokrwistość, krwawienie maciczne), dr Grzegorczyk, 29.9.1944 r.

Z tym zaświadczeniem wprowadziła mnie do dużej sali, w której za przykrytym stołem siedział naczelny lekarz obozu dr Adolf König Stabsarzt – szef komisji lekarskiej w hali nr 2. Podała mu napisane przed chwilą zaświadczenie i… Stałam kilka kroków przed stołem cała drżąca i blada, z bijącym sercem, czekałam. Czy podpisze podaną przez doktor karteczkę? Popatrzył na mnie, nie badał wcale, chwilę pomyślał i podpisał: A. König 29.9.1944 BI.

Zupełnie oszołomiona wyszłam z sali. Na korytarzu serdecznie podziękowałam dr Grzegorczyk za ocalenie przed wywiezieniem do Rzeszy.

Poleciła mi, bym przyniosła tu do niej swoje rzeczy. Przedostałam się znów przez druty. Pożegnałam sąsiadkę i innych znajomych. Wyjaśniłam, że przechodzę do szpitala obok. Wróciłam do dr Grzegorczyk. Popatrzyła na moje nędzne bagaże, składające się z maleńkiej walizeczki, chlebaka i woreczka. Spytała: Tylko tyle? Odpowiedziałam: „Tak, więcej rzeczy nie mam”. Pożegnałam się z nią i podziękowałam raz jeszcze.

W hali szpitalnej na noszach leżeli ranni. Wśród nich spostrzegłam Zbyszka Klaina i stojącą nad nim matkę. Opowiedziała mi, jakim cudem udało jej się ewakuować syna z domu przy ul. Puławskiej 83.

Z małą grupą osób zostałam przeprowadzona do baraku BI. Była to olbrzymia hala, wzdłuż niej ciągnęły się szeregi kanałów, w których poprzednio reperowano wagony. Dla koczujących tu ludzi pozostały tylko miejsca między kanałami. Siedzieli lub leżeli na betonowej podłodze, w brudzie, w chłodzie, bez światła. Warunki higieniczne nie do opisania. Rozejrzałam się i zobaczyłam naszą sąsiadkę, panią Porucką. Przyłączyłam się do niej. Czekałyśmy cały dzień. Może dziś będzie transport. Panowało potworne zimno. Byłyśmy bardzo głodne.

Po pewnym czasie spotkałam znajomego lekarza i dwie koleżanki ze studiów. Jedna z nich to Hala Witczak z ulicy Odyńca. Była ze swoją chorą matką. Noc spędziłam w wyjątkowo dobrych, bez ironii, warunkach, z dala od tłumu brudnych i zawszonych ludzi. Znaleźliśmy obok hali izbę dawnego ambulatorium. Pomieszczenie było zupełnie puste. Podłoga z betonu, bez oświetlenia, bez okien. Nie mając innej możliwości, usiedliśmy, a po chwili położyliśmy się na betonowej podłodze. Drżałam z zimna i niepewności – co będzie jutro?

Rok 1945
7 marca, środa

Rano pieszo udałam się na ul. Boremlowską 6/12. Dowiedziałam się, że już w lutym zaczęły się zapisy na uczelnię. Spotkałam tam wielu kolegów. Docent Butkiewicz nie poznał mnie. Nie chciał już przyjmować kandydatów na studia. Stał się niedostępnym dziekanem.

8 marca, czwartek

Przeprowadziłam poważną rozmowę z Heńkiem Góralskim o Jerzym. Powiedział, że byli w jednej kompanii, i z całą stanowczością twierdził, że Jerzy poległ; tylko nic nie mówił, w jakich okolicznościach. Udałam się do dr Dąbrowskiej. Poznała mnie, wystawiła zaświadczenie o zdaniu wszystkich kolokwiów z anatomii patologicznej w ubiegłym roku.

9 marca, piątek

Udałam się pieszo ze Stalowej, od mamy Jerzego, na ul. Boremlowską. Zapukałam do drzwi gabinetu doc. Butkiewicza, uchyliłam je i nic nie mówiąc, przez szparę wsunęłam zaświadczenie o odbytej praktyce na oddziale chirurgicznym w 1943 roku. Zaświadczenie było podpisane przez docenta. Poznał swój podpis, gwałtownie porwał kartkę z mojej ręki i polecił się dowiedzieć za kilka dni. Dzięki zaświadczeniu dr Dąbrowskiej zostałam przyjęta na czwarty rok studiów.

Powiązane hasła

”None