menu

Czachorowska Wanda – Wspomnienia z okupacji i Powstania Warszawskiego

Czachorowska Wanda – Wspomnienia z okupacji i Powstania Warszawskiego

Wanda Czachorowska z d. Pawłowska (1921 – 2009) podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkała na Mokotowie przy ul. Różanej.  Jako łączniczka AK batalionu „Baszta” uczestniczyła w przenoszeniu meldunków, a także pomagała ludności cywilnej w poruszaniu się pod ostrzałem. Ciężko ranna, 30 września została wygnana z Warszawy. Po męczącym marszu dotarła wraz z innymi mieszkańcami Mokotowa do obozu Dulag 121. Stamtąd została wysłana do Częstochowy, gdzie kontynuowała działalność konspiracyjną. W grudniu 1944 została aresztowana przez Gestapo i skierowana do prac przymusowych. Prezentujemy wspomnienia Pani Wandy, przekazane Muzeum Dulag 121 przez jej córkę w 2012 roku, w których w zwięzły, sprawozdawczy wręcz sposób opowiada po latach o wstrząsających przeżyciach z 1944 roku. Zachowujemy styl tekstu zgodny z oryginałem.

Wanda Czachorowska, lipiec 1943 roku. Fot. z pryw. arch.

Niemcy Warszawę dzielą na trzy dzielnice: polską, niemiecką i żydowską oraz [prowadzą] wzmożoną walkę ze szkolnictwem polskim.

Po roku 1940 hitlerowcy nie ustawali w prześladowaniach ludności Warszawy: łapanki, aresztowania, egzekucje publiczne stawały się czymś powszednim. Z centralnych ulic Niemcy wyrzucali Polaków na ulicę. Dlatego poszkodowanym właściciele willi udostępnili pokoje, każde pomieszczenie zajmowała inna rodzina. Brałam udział w spotkaniach z młodzieżą, by rodzinom w ciężkiej sytuacji mieszkaniowej pomóc.

Byłam świadkiem egzekucji dnia 15.10.1943 roku. Na wolnym placu przy Niepodległości przywieziono około 20 mężczyzn z Pawiaka, byli w opaskach, a jeszcze zdążyli wydać głos: „Polska żyje”, [zamordowani] tuż obok parkanu ul. Różnej 50 – tu mieszkałam całą okupację.

Przez cały czas Powstania Warszawskiego byłam łącznikiem z kwaterą „Baszty”: dostarczanie informacji, rozkazów, przeprowadzanie ludności przez najbardziej niebezpieczne obstrzały z dwóch bunkrów usytuowanych w Al. Niepodległości przy Madalińskiego, gdyż w pierwszym tygodniu Powstania zabito dwie osoby przy parkanie posesji Różanej 50.

Pełniłam też dyżury, by chłopców ostrzec w razie zjawienia się wroga. Chłopcy mieli kwaterę na VI piętrze w Al. Niepodległości przy Różanej. Bronili przed atakami Niemców z Ukraińcami, grasującymi po willach na Madalińskiego i dalszym terenie, którzy rabowali wartościowy sprzęt – biżuterię i dopuszczali się gwałtu na kobietach. Te ich wyczyny powtarzali dwa razy w tygodniu. Część właścicieli schroniła się do naszego budynku, około 20 osób. Inna grupa hitlerowska o zmroku zaczynała urządzać kanonadę pociskami zapalającymi, powstańcy ogniem na nich, chyba kilku mieli rannych. Niemcy poklęli sobie i dali spokój.

Miałam też kontakty z powstańcem: Wojak Czesław st. strz. „Zygmunt”. Nocą poszłam w pole na ziemniaki – Niemcy, co chwila wystrzeliwali rakiety oświetlające, padały kule tu i tam, ale wróciłam z ziemniakami dla najbardziej głodnych.

Zostałam ranna dnia 28 września 1944 roku w domu. Wchodząc do kuchenki, by zaparzyć wodę, dostałam z broni maszynowej kulą „dum-dum”, wbiła się głęboko – szarpiąc mięśnie, przerywając główny krwioobieg.

Niemcy okrążyli Mokotów i 30.09.1944 wkroczyli [na ulicę], planując budynek obrzucić granatami, a wjechali na motorach Polem Mokotowskim, usłyszała to właścicielka domu, gdyż znała niemiecki.  Wtedy wszyscy musieli wyjść, tak jak stali z rękami w górze, nie wolno było nic zabrać.

Posortowali mężczyzn i kobiety oddzielnie. Hitlerowcy sprawdzili, że nie ma w budynku wojska, popędzono wszystkich na Forty-stajnie [najprawdopodobniej Tor Służewiec]  z barłogiem – zapchlone, bez wody. Padałam co chwila, po tak strasznym wykrwawieniu i braku picia. Następnego dnia popędzono nas do obozu w Pruszkowie. Obraz nędzy i rozpaczy.

Skierowanie mnie do bloku za drutami, żołnierz, Niemiec, każdego rewidował, kontrolował, włącznie ze służbą medyczną. Wielkie słowo szpital: beton-deski bez łóżek, ludzie leżeli jak śledzie, gdy weszłam do hali szpitalnej, nie było miejsca, żołnierz polski dał mi deskę, [ale] bym mogła usiąść, nie było możliwe z braku miejsca.

Przy pierwszych opatrunkach traciłam przytomność.

Po kilku dniach w nocy, władowano do hali pułk żołnierzy – polskich z Kampinosu – [wszyscy] spragnieni picia, [ale to] co było, to kropla dla tych ludzi, chciałam przynieść wodę z umywalni, ale hitlerowcy nie pozwolili nikomu wyjść.

Później wywieziono wszystkich ciężko rannych do Częstochowy. Lekarz nam radził, by się zabrać na transport wagonem towarowym, gdyż nocą zajeżdżają niemieckie budy, zabierając rannych i wywożą nie wiadomo dokąd, a lekarze zapobiec temu nie mogą. W transporcie w moim wagonie zmarły 2 osoby.

Na dworcu częstochowianie przyjęli nas bardzo serdecznie przynosząc żywność, odzież itp. Byliśmy bardzo wzruszeni. Dla ciężko rannych warszawiaków z Powstania Warszawskiego ustawiono prowizoryczne baraki. Tubylcy odwiedzali chorych w szpitalu i barakach. Na [nieszczęście] moje komplikacje się wzmagały, a szpital nie mógł mi pomóc, musiałam szukać pomocy prywatnie. Dzięki życzliwej Pani Irenie Rudnickiej i Pani Alicji Jeziorowskiej, która poleciła mi Pana doktora St. Gawlika.

[Przeżyłam] dzięki wspaniałemu Panu doktorowi St. Gawlikowi, który uratował mi rękę, usuwając komplikacje powstałe z rany szarpanej (ropa oddzieliła skórę od mięśni na łopatce) oraz doktor dokonując operacji usunął wrzód na piersi lewej.

Pewnej nocy po 20.10.1944 wpadło czterech chłopców: muszą się tu zatrzymać do rana, ponieważ Niemcy nakryli ich drukarnię. Poszłyśmy spać do rodziców Ireny na drugą klatkę schodową, wtedy zaczął się dramat. Matka Jej zorientowała się, że córka należy do Podziemia, że Niemcy teraz wszystkich wykończą i tak dalej. Wytłumaczyłam, że muszą być tacy, że ryzykują, inaczej wróg by rządził Polską i Mamusia się uspokoiła.

W tym czasie hitlerowcy zaostrzyli represje-łapanki i aresztowania. Współpracowałam w Podziemiu z Ireną Rudnicką na terenie Częstochowy i okolic jako łączniczka AK. Ja, jako ranna, mogłam dotrzeć z pilnymi wiadomościami do partyzantów, do lasu do pułk. „Ostry”.

W Sierpcu znalazłam się w grudniu 1944 roku. Po paru godzinach przyszło po mnie Gestapo, żądali przepustki, której nie miałam, zaciągnęli mnie do Arbeitsamtu na drugą część miasta i tam zaczęły się przesłuchania. Na widok mojej kenkarty warszawskiej hitlerowcy dostawali szału wściekłości. Różnymi sposobami próbowali, bezskutecznie, czegoś się ode mnie dowiedzieć, w końcu, tak po dwóch godzinach wałkowania, skierowano mnie do pracy. Mimo że miałam dwie otwarte rany i stan podgorączkowy 37,5 C,  zmuszono mnie do pracy jako sprzątaczkę.

Około 20.12.1944 wracałam z pracy przymusowej – zostałam zatrzymana na ulicy – skomasowano Polaków w magistracie i znów gestapowiec zobaczył dokument (kenkartę warszawską) – dostał szału i parę razy mnie uderzył, to było coś hańbiącego i trudno to określić. Dworzec kolejowy i tory były obstawione wojskiem niemieckim; pewnie przejeżdżała komisja lub Hitler – dlatego byli tak wściekli.

 

Powiązane hasła

”None