menu

Czajewski Jacek – Wspomnienia z czasów wojny

Czajewski Jacek – Wspomnienia z czasów wojny

Jacek Czajewski (1936-2017) podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkał z rodzicami, Zofią i Witoldem, na Woli przy ul. Leszno. 7 lub 8 sierpnia rodzina została wypędzona z domu i pognana do pruszkowskiego obozu przejściowego. Ojciec pana Jacka, odłączony od żony i syna już podczas transportu, został wysłany do KL Gross-Rosen. Chłopcu z matką udało się uciec z Dulagu przeskakując obozowe ogrodzenie. Przedostali się do Grodziska Mazowieckiego i na terenach Generalnego Gubernatorstwa doczekali końca wojny. Witold Czajewski wrócił z obozu, jednak wkrótce zmarł z powodu nabytej tam gruźlicy. Pan Jan po wojnie ukończył studia na Politechnice Warszawskiej, z którą, później jako profesor nadzwyczajny, był związany do końca swoich dni. Prezentujemy fragment wspomnień pana Jacka, przekazanych nam w 2015 roku, będący fragmentem jego autobiografii „Wspomnienia 1939 – 1960 z lat wojny, okresu powojennego, szkoły i studiów” wydanej w 2011 roku przez wydawnictwo Tempus Fugit . „Coraz szybciej wykruszają się szeregi ludzi będących świadkami II Wojny Światowej i skomplikowanych polskich losów w pierwszych latach po jej zakończeniu – pisał Pan Jacek na wstępie wspomnień. – Historia przekazywana na zasadzie ustnej tradycji następnym pokoleniom dzieci i wnuków nie jest trwała, szczegóły bywają mylone, zacierają się. Słowo mówione, nawet zapisane na magnetycznych nośnikach, ma ograniczone szanse przeżycia, podczas gdy papirusy przetrwały kilka tysięcy lat. Dlatego postanowiłem przelać na papier moje wspomnienia przede wszystkim z lat wojny i okresu bezpośrednio po niej. Nie bez wpływu na tę decyzję była lektura wstrząsającej książki Normana Daviesa „Powstanie’ 44”, który ilustruje swoje dzieło m.in. relacjami świadków opisywanych wydarzeń. Moje wspomnienia są wspomnieniami dziecka i kilku, a w końcu kilkunastoletniego chłopca, ale można w nich odnaleźć niejedną, może mało istotną, lecz historyczną prawdę o tamtych latach, warunkach życia, ludziach i ich postawach. Oczywiście tekst ten nie ma wagi ścisłego, historycznego dokumentu, bo pamięć jest zawodna. Mogłem nieprecyzyjnie określić czas niektórych wydarzeń, ich opis jest z pewnością subiektywny i niepełny, ale zapewniam, że wszystko, co opisałem, rzeczywiście miało miejsce i nie ma tu żadnej fantazji.”

[…]

Powstanie

W połowie roku 1944 obserwowaliśmy z okien odwrót niemieckiej armii. Ulicą Leszno od Wisły w stronę Woli ciągnęła kawalkada samochodów, konnych furmanek z rannymi i wlokących się piechotą, noga za nogą, żołnierzy. Widać było, że jest to pobite, uciekające wojsko. 

Pierwszego sierpnia 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie. Jego pierwszy dzień okazał się tragicznym dla naszych sąsiadów, państwa Żurków. Ich mieszkanie było położone na tej samej klatce schodowej i tym samym piętrze, co nasze. Mieszkaliśmy zatem, jak to się mówi, „drzwi w drzwi”. Pani Żurkowa samotnie wychowywała dwie córki. Z jedną z nich, Krysią, starszą ode mnie o dwa czy trzy lata, byłem bardzo zaprzyjaźniony. Młodsza córeczka miała ok. trzech lat. Córkami opiekowała się niania. Miała ok. pięćdziesięciu lat. Wiedzieliśmy, że ukrywa się z racji swego żydowskiego pochodzenia i niechętnie wychodzi z domu. Tego dnia po południu jednak na nieszczęście wyszła zabierając ze sobą tę trzyletnią dziewczynkę i została przypadkowo ranna w nogę, niedaleko naszego domu, w strzelaninie, jaka wybuchła w chwili wybuchu Powstania. Przyniesiono ją do domu. Opatrywała ją m.in. moja mama. Rana obficie krwawiła. Widok ten wywołał u kochającej nianię, tej trzyletniej dziewczynki tak silny szok, że zmarła na drugi czy trzeci dzień po tym wydarzeniu. Mieszkający w oficynie stolarz zbił z desek trumienkę i dziecko zostało pochowane na podwórku naszego domu. Na tym pogrzebie byli wszyscy lokatorzy. Nianię ostatni raz widziałem, gdy nas wyprowadzano z Warszawy. Wiózł ją na dziecięcym wózku mąż, który też się gdzieś w pobliżu ukrywał i w odpowiednim momencie pospieszył żonie z pomocą. Krysię spotykałem po wojnie na korytarzach tej samej szkoły, do której uczęszczaliśmy, ale ona była o trzy klasy wyżej niż ja, więc nasza znajomość ograniczała się do tego, że na przerwach lekcyjnych zwracała mi uwagę, bym się nie bił z rówieśnikami, co mi się często zdarzało. 

Po wybuchu Powstania w naszej okolicy niewiele się działo. W pierwszym lub drugim dniu Powstania ojciec kazał mi złożyć i zabrać do mieszkania leżak stojący na balkonie od strony ulicy. Męczyłem się dość długo z jego złożeniem, gdy nagle usłyszałem, że coś uderzyło o ścianę domu na wysokości mojej głowy, kilkadziesiąt centymetrów ode mnie i zobaczyłem odpryskujący od ściany tynk. To strzelał niemiecki snajper z wieży kościoła na Nowolipkach, jedynego ocalałego budynku, królującego nad morzem gruzów zburzonego getta, bo po jego spaleniu sterczące ściany wypalonych domów rozebrano pozyskując cegłę. Nie trafił, ale sam fakt oddania strzału do będącego jeszcze dzieckiem cywilnego mieszkańca, którego musiał wyraźnie widzieć z odległości ok. 400 metrów przez lornetkę czy lunetę snajperskiego karabinu, daje najlepsze świadectwo „rycerskości” niemieckich żołnierzy. Odtąd nie wychodziliśmy na balkon i trzymaliśmy się z dala od frontowych okien. Była woda, był gaz. Nie pamiętam, czy i do kiedy mieliśmy jeszcze energię elektryczną i jak długo działały telefony. Na razie jedynym niebezpieczeństwem były naloty, przed którymi chroniliśmy się w piwnicach. Tu z przykrością muszę stwierdzić, że śpiewane podczas nalotów przez starsze babcie pobożne pieśni i głośne modły wytwarzały taki nastrój grozy, że denerwowały nawet takiego małego chłopca jak ja, mimo że przecież byłem wierzący, chodziłem do kościoła, brałem udział w przygotowaniach do Pierwszej Komunii. 

W poprzek ulicy Leszno na rogu Solnej (dziś Al. Solidarności i zachodnia krawędź Al. Jana Pawła II) ustawiono barykadę. Od naszego domu oddzielały ją trzy budynki: Leszno 49, 47 i 45. Między tymi budynkami wybito w piwnicach przejścia, którymi codziennie przechodzili łącznicy zdążający do gmachu sądów i powrotem. W większości byli to żołnierze Armii Ludowej, która na terenie sądów miała jakiś lokalny sztab. Zadaniem chłopców z naszej kamienicy było przeprowadzanie łączników przez labirynt piwnic. Droga wiodła piwnicami do sąsiedniego budynku, potem przez jego podwórko, znów piwnicami do następnego domu, przez kolejne podwórko itd. Mieliśmy ustalone przez siebie dyżury i czekaliśmy na łączników na przejściu do gmachu sądów i przy barykadzie. Siódmego czy ósmego dnia Powstania szedłem na swoje stanowisko w stronę barykady. Gdy otworzyłem drzwi zamykające na parterze wyjście z piwnicy na klatkę schodową budynku Leszno 49, zobaczyłem buty i bryczesy stojącego przed tą klatką, tyłem do niej i do mnie, a przodem do podwórka, niemieckiego żołnierza ze rozpylaczem w ręku. Rzuciłem się z powrotem po schodach w głąb piwnicy trzaskając drzwiami za sobą. Żołnierz je natychmiast odchylił i puścił za mną serię, ale już wtedy byłem za załomem ściany. Pierwszą osobą, którą zobaczyłem wbiegając na nasze podwórko był mój ojciec. „Tato! Pod 49. są Niemcy!” – krzyknąłem przerażony. Ojciec uwierzył mi bez dyskusji, ale inni nie chcieli wierzyć. Wprawdzie wiadomo już było, że wojska niemieckie przybliżają się do nas, ale od strony Woli, gdzie brygady Ukraińców dokonywały niesłychanej rzezi na mieszkańcach Warszawy, więc można się było ich spodziewać, ale z przeciwnego kierunku. Tymczasem Niemcy przebili się dość daleko na wschód wzdłuż ulicy Chłodnej i zawrócili ulicą Leszno w stronę Woli, czego nie byliśmy świadomi. Opowiedziałem, co widziałem, odpowiedziałem jeszcze na kilka pytań i wreszcie mi uwierzono. Ojciec przekonał sąsiadów, że skoro Niemcy mogą się pojawić w każdej chwili, a u nas nie ma powstańców i nie mamy się czym bronić, to należy rozebrać zbudowaną w bramie barykadę, bo gdy ją zastaną, to rozbiją ją pancerfaustami i granatami, a nas wystrzelają. W ciągu pół godziny barykadę rozebrano. Wtedy pojawił się jeden z sąsiadów pełniący funkcję komendanta domu. Podniesionym głosem kazał natychmiast ponownie postawić barykadę, a tym, którzy ją rozebrali groził sądem wojennym. Ojciec zaczął z nim polemizować, tłumacząc jak wygląda sytuacja, ale komendant nie chciał słuchać żadnych argumentów. Dyskusję przerwało silne uderzenie w zamykającą bramę furtę, podpartą żelaznym drągiem. Drąg przeleciał o przez całą kilkunastometrową długość pomieszczenia bramy docierając aż na podwórko, a do wnętrza wpadli, jak się później okazało Ukraińcy (lub Rosjanie?) pozostający w niemieckiej służbie, z gotowymi do strzału schmeisserami wołając „Hände hoch!”. Komendant błyskawicznie ściągnął z ramienia biało-czerwoną opaskę i podniósł ręce do góry. Ja wpadłem do piwnicy, a ojciec i mama za mną. Każde z nas uchwyciło przygotowaną na taką okoliczność walizkę. Po chwili wyszliśmy na górę i dołączyliśmy dostawionych w dwu rzędach sąsiadów. W jednym rzędzie stali mężczyźni, w drugim kobiety i dzieci. Wszyscy z rękami w górze. Ci, którzy nie zdążyli zabrać walizek – z obiema rękami w górze, ci z bagażem – z jedną, tą wolną od dźwigania bagażu. Kierujący akcją podoficer zerwał czapkę z głowy jednemu z naszych sąsiadów, włożył mu ją do ręki i kazał zebrać do niej od wszystkich zegarki, pierścionki i inne kosztowności. Gdy otrzymał wypełnioną nimi czapkę dokonał szybkiej selekcji. Biżuterię i złote zegarki schował do kieszeni, pozostałych kilka mniej cennych zegarków wcisnął do kieszeni temu, który je zbierał, oddał serię z automatu do biegającego psa, pięknej bokserki Azy, ale nie trafił i dał sygnał do wymarszu. Ów sąsiad nie miał już możliwości oddania właścicielom zegarków wzgardzonych przez Ukraińca i z jego późniejszych relacji wiem, że przechowywał je przez wiele następnych lat czekając na okazję ich zwrotu.

W naszej kuchni, na palącym się gazowym palniku pozostał prodiż z piekącym się chlebem, a nas popędzono nas w stronę ulicy Solnej. Między ustawioną wzdłuż niej barykadą a ostatnim, narożnym budynkiem Leszno 45 zrobiono wąskie przejście, niestety wypełniane częściowo płomieniami buchającymi z płonącego składu aptecznego. Musieliśmy przebiec tę przestrzeń, a potem ustawiono nas po wschodniej stronie ulicy Solnej tyłem do płonącego za nami budynku. Przed nami ustawiono karabin maszynowy, przy którym położyli się dwaj żołnierze montując taśmę z nabojami. Rodzice widząc, że będziemy rozstrzelani, wepchnęli mnie za siebie. Pewnie chcieli odsunąć ode mnie choć na chwilę moment śmierci lub zaoszczędzić mi widoku przygotowań i świadomości tego, co ma nastąpić. Ale szalejące za nami płomienie tak poczęły nagrzewać mi plecy, że nie mogłem wytrzymać i przecisnąłem się przed rodziców. Wówczas zobaczyłem, jak do gotujących się już do oddania serii żołnierzy podbiegł jakiś oficer, począł machać rękami i coś krzyczeć. Żołnierze podnieśli się, zabrali karabin, a nas popędzono dalej i kazano wejść do kościoła Karola Boromeusza na ulicy Chłodnej.

W kościele był już taki tłum ludzi, że wtłoczenie naszej grupy wydawało się niemożliwe, jednak ciosy kolb zrobiły swoje. Nam i jeszcze kilku osobom udało się wcisnąć z przedsionka kościoła do znajdującego się pod jego południową wieżą pomieszczenia, którego drzwi były wprawdzie zamknięte, ale wyłamały się pod naporem tłumu. Tu też było ciasno, ale nie tak, jak w głębi kościoła, gdzie nie jedna osoba po prostu się udusiła lub została zgnieciona. W naszej wieży to nie groziło. Nad głową była wysoka na kilkadziesiąt metrów przestrzeń powietrza i tylko każdy wstrząs od bliższych i dalszych detonacji powodował osypywanie się z góry kurzu i pyłu na nasze głowy. Dopóki wieża się trzymała, byliśmy bezpieczni. Siedzieliśmy tak w tym kościele kilka godzin. Raz po raz rozchodziły się podawane z ust do ust przerażające wieści. To miano nas zamkniętych w kościele za chwilę podpalić, to wysadzić w powietrze, albo wytruć gazem. Dodatkową chwilę realnej grozy przeżyliśmy, gdy do kościoła wtargnął pijany Ukrainiec i wystrzelił w tłum całą zawartość magazynka swojego mauzera. W tym tłoku każdym pociskiem pewnie zabił i ranił wielu ludzi. Został natychmiast obezwładniony przez innych żołnierzy i wyprowadzony na zewnątrz. Czy i jak go za to ukarano, nie wiem. W sumie i tak mieliśmy szczęście, bo fala bestialstwa, jakiej dopuściły się te same oddziały w pierwszym tygodniu Powstania na Woli, niepomiernie zmalała. Podobno na skutek interwencji Niemców, którzy sami byli przerażeni jej rozmiarami.

W końcu wyprowadzono nas z kościoła, podzielono na kilkudziesięcioosobowe grupy konsekwentnie oddzielając mężczyzn od kobiet i dzieci, a następnie popędzono wzdłuż ulicy Chłodnej, Wolskiej i dalej aż do Dworca Zachodniego. Wzdłuż całej trasy naszego marszu stały niemieckie posterunki, leżały trupy, szczątki broni. Szedłem z mamą dźwigając moją niewielką walizkę, mama niosła dużą. Po obu stronach ulic, którymi szliśmy, płonęły domy. Widok przestrzeni zamkniętej ze wszystkich stron płomieniami spowodował, że ogarnęły mnie jakieś klaustrofobiczne odczucia.  „Mamo! Ja chcę na wieś!” – powtarzałem raz po raz.

W miarę oddalania się od centrum domy obniżały się, rozmiary pożogi malały i objawy klaustrofobii znikły. Coraz częściej musieliśmy omijać porzucane przez ludzi bagaże, których nie byli w stanie dalej nieść. Końcowy odcinek naszej trasy był zasypany kluczami od mieszkań. Wyrzucano je razem z nadzieją na powrót do domu. Mama też rzuciła niesioną na ramieniu parę swoich, skórzano-filcowych zimowych butów, tzw. kapcy. Wiedziałem, że były ciepłe, wygodne i drogo kosztowały. Powiedziałem, że dam radę je nieść, ale mama się nie zgodziła. W końcowym odcinku naszej drogi przechodziliśmy obok mieszczących się na przedmieściu domków z ogrodami, skąd nie wysiedlono (jeszcze?) Mieszkańców. Stali oni przed otwartymi furtkami swych ogrodów podając idącym wodę i wtykając w ręce owoce. Wreszcie dotarliśmy na perony Dworca Zachodniego, gdzie spotkaliśmy się z ojcem.

Ojciec szedł tą sama trasą, co my, ale w osobnej grupie mężczyzn i przeżył po drodze osobliwą przygodę. Gdzieś na granicy śródmieścia i Woli grupę zatrzymano przed kawiarnią z ogródkiem mieszczącą się w niezniszczonym domu. Z kawiarni wyszedł oficer, przeszedł się wzdłuż kolumny Polaków lustrując ich dokładnie i zatrzymał się przed ojcem. „Schprechen Sie Deutsch?” – zapytał. Ojciec potwierdził. Oficer zaprosił go grzecznie do środka kawiarni. Grupa, z którą ojciec przyszedł, pomaszerowała dalej. Wewnątrz kawiarni mieścił się niemiecki sztab, na stolikach leżały jakieś dokumenty, mapy, nad nimi naradzało się kilkunastu oficerów. Ojca posadzono z boku, przy osobnym stoliku. Po chwili podszedł do niego oficer z generalskimi dystynkcjami i przedstawił się ojcu jako Erich von dem Bach. Poczęstował ojca kawą i powiedział, że chce z nim porozmawiać. Na początku zapytał ojca, kim jest z zawodu, jaki jest jego stan rodzinny, gdzie mieszkał itp. Potem pytał go o poglądy polityczne, ocenę sensu Powstania, sposób traktowania ludności przez ukraińskich i niemieckich żołnierzy, kto zdaniem ojca wygra wojnę i kiedy. Po około półgodzinnej rozmowie podziękował, oświadczył, że ojciec jest wolny i może iść. Ojciec powiedział, że jego grupa już odmaszerowała i zaniepokojony zapytał, jak i dokąd ma iść. „Niech się pan nie obawia, proszę iść prosto do Dworca Zachodniego, wszystkie posterunki zostaną zawiadomione i nikt pana nie zatrzyma.” – padła odpowiedź.  No i ojciec poszedł. Samotnie maszerował środkiem jezdni. Po drodze mijał liczne posterunki, które nie reagowały na jego widok. Zatrzymano go tylko w jednym miejscu, pytając, co tu robi. Odpowiedział, że wraca z przesłuchania od generała von dem Bacha. Sprawdzono to drogą radiową i dalej już bez przeszkód dotarł do dworca. 

Osobom, które nie znały mojego ojca może wydawać się dziwne, dlaczego z kilkudziesięcioosobowej grupy niemiecki oficer wybrał akurat jego. Odpowiedź jest dość prosta: oficer szukał inteligentnego i wykształconego człowieka, a ojciec nie tylko takim był, ale i na takiego wyglądał, zwłaszcza, że nosił okulary. Pewną rolę odegrało tu być może ubranie ojca oraz intuicja oficera i przypadek.

Na peronie Dworca Zachodniego czekaliśmy na pociąg wraz z tłumem ludzi. W tym czasie zrobiłem – wydawało się – bardzo dobry interes wymieniając ze starszym o kilka lat ode mnie chłopakiem swój scyzoryk na jego rower. Rower nie miał wprawdzie siodełka, ale pomny ostatnich doświadczeń z dźwiganiem bagaży uważałem, że w dalszej wędrówce może być pomocny w ich transporcie. Jednak nie pozwolono mi wnieść roweru do podstawionego pociągu, do którego i tak nie zmieszczono wszystkich czekających. Musiałem rower zostawić. Widziałem jak znów zaopiekował się nim ten sam chłopak, który pozostał wśród czekających na następny pociąg. Myślę, że ten rower nie pierwszy i nie ostatni raz był elementem „niezwykle korzystnej wymiany”, realizowanej nawet w tak tragicznej sytuacji przez pozbawionego skrupułów cwaniaka.

Wygnanie

Wkrótce znaleźliśmy się w obozie przejściowym w Pruszkowie, urządzonym na terenie remontowych zakładów kolejowych. Tam znów oddzielono mężczyzn od kobiet i dzieci. Więźniów wciąż przybywało, obóz pękał w szwach. Niemcy chyba nie byli w stanie panować organizacyjnie nad tym wszystkim. Starali się rozładowywać obóz selekcjonując więźniów i wywożąc na roboty, do obozów koncentracyjnych, jak również wypuszczając na wolność. Ojca wywieziono do obozu koncentracyjnego, bodajże w Gross-Rosen. My z mamą próbowaliśmy skorzystać ze stwarzanej przez Niemców oficjalnej możliwości opuszczenia obozu. Wyglądało to tak, że o ogłaszanej przez megafony godzinie otwierano bramę zapraszając do wyjścia oczekujące na to kobiety, dzieci i starców. Ludzie ruszali najpierw niepewnie, powoli, potem tłum gęstniał i poczynał biec. Uniemożliwiało to Niemcom wyławianie osób niekwalifikujących się ich zdaniem do wypuszczenia na wolność. Wartownicy usiłowali spowolnić ten ludzki potok, a że nie odnosiło to skutku, więc zatrzymywali go kilkoma seriami ze schmeisserów. Tłum stawał i cofał się pozostawiając na ziemi kilka trupów. Niemcy po odciągnięciu ich na bok znów uprzejmie zapraszali do wyjścia, po czym sytuacja powtarzała się od nowa. Po kilku próbach opuszczenia obozu tą drogą moja mama zdecydowała, że jest to zbyt niebezpieczne. Inną metodę zaproponował nam jeden z wolontariuszy PCK czy RGO (Rada Główna Opiekuńcza), jacy działali w obozie. On umawiał się o danej godzinie i miejscu z grupą kilkudziesięciu osób, ustawiał ich w kolumnę marszową i na jej czele, z odpowiednią opaską na ramieniu legitymującą jego społeczną funkcję w obozie, otwarcie wyprowadzał grupę na zewnątrz przez główną bramę. Stwierdził, że dotąd nikt go nie zatrzymał, ale nie ukrywał niebezpieczeństwa rozstrzelania całej grupy, gdyby jakiś nadgorliwy wachman zażądał pozwolenia na wyjście. Na tą drogę ucieczki mama się też nie zdecydowała. Trzeciego dnia pobytu jakiś kolejarz powiedział, że gdzieś w odległym zakątku obozu jest niski płot, którego nikt nie pilnuje. Zaprowadził tam nas w towarzystwie jeszcze kilku osób. Rzeczywiście był to odcinek typowego, niezbyt wysokiego, kolejowego ogrodzenia z betonu. Przerzuciliśmy przez niego bagaże i podsadzając się wzajemnie przeskoczyliśmy na drugą stronę. Gdy większość z nas była już za płotem okazało się, że jednak ktoś tego płotu pilnował i padło kilka karabinowych strzałów. Jaki był ich skutek, nie wiem, bo wtedy już gnaliśmy z mamą co sił, dźwigając nasze walizki. Wpadliśmy na miejską uliczkę Pruszkowa. Gdy mijaliśmy niewielki domek z ogródkiem, stojący przy jego furtce człowiek w kolejarskim mundurze, otworzył ją i krzyknął:  „Szybko! Proszę wejść do domu, drzwi są otwarte.”

W rodzinie tego kolejarza spędziliśmy trzy dni, karmieni i śpiący w odstąpionym nam małżeńskim łożu jego i jego żony.

Ten okres życia od opuszczenia Warszawy aż do powrotu do niej w lecie 1945 roku określałem zawsze pojęciem przebywania „na wygnaniu”, a etapy życia przez wiele lat dzieliłem na „przed Powstaniem” i „po Powstaniu”. 

Po pobycie u kolejarskiej rodziny pojechaliśmy do Grodziska, choć nie wiem, dlaczego akurat tam. W Grodzisku koczowaliśmy kilka dni wraz z dużą grupą takich jak my wygnańców pod gołym niebem. Spaliśmy na warstwie słomy przywiezionej przez kogoś litościwego. Na szczęście sprzyjała nam bezdeszczowa pogoda. Któregoś dnia podjechał do naszego obozowiska duży, dwukonny wóz. Woźnica zdjął pokrywę z przywiezionej na wozie stągwi z mlekiem i nalewał je do podstawianych przez ludzi naczyń. Towarzysząca mu kobieta rozdawała chleb i jakieś owoce, chyba jabłka, uważnie przyglądając się przy tym ludziom. Była to pani Stokowska, żona ziemianina posiadającego dwa ogromne, położone niedaleko Grodziska i graniczące ze sobą posiadłości ziemskie. Jedna zwała się „Szczęsne”, a druga „Radosne”. Pani Stokowska przyjeżdżała do Grodziska nie tylko po to, by przywieść wygnańcom trochę żywności. Wyszukiwała wśród nich przedstawicieli inteligencji, tej najwartościowszej a jednocześnie najmniej zaradnej w „podbramkowych” sytuacjach warstwy narodu i zabierała ich pod swój dach. Podczas tej wizyty zauważyła mamę, której twarz była jej znajoma, bo ojciec chyba załatwiał przed wojną panu Stokowskiemu jakieś prawne sprawy i panie zetknęły się ze sobą raz czy dwa razy. W ten sposób uzyskaliśmy kawałek dachu nad głową w majątku „Radosne”.  

Schronienie u państwa Stokowskich znalazło kilkadziesiąt osób. Tak duża ich liczba sprawiła, że warunki bytowe były dalekie od ideału, chociaż do dyspozycji uchodźców oddano cały, piętrowy dom w majątku „Radosne”. W siedzibie gospodarzy, czyli w „Szczęsnym”, też mieszkało ileś osób, głównie ich krewnych i powinowatych. Każdy codziennie otrzymywał litr mleka, a przy wspólnym obiedzie zasiadało przy stole ponad dwadzieścia osób. Po kilku dniach przestaliśmy przychodzić na te obiady, bo mama krępowała się wciąż korzystać z darmowego wyżywienia, choć nie mieliśmy nawet jednej własnej łyżki. Taka właśnie myśl przyszła mamie do głowy, gdy rozpamiętując nasze tragiczne położenie szła polną drogą i nagle ujrzała leżące w piachu dwie łyżki. Jedna z nich była zwykłą aluminiową łyżką. Druga, platerowana, znanej firmy Braci Henneberg, miała wygrawerowanego, niemieckiego orła ze swastyką, zwanego „gapą”. Tę łyżkę przechowuję do dziś, jako pamiątkę niewiarygodnego wprost daru losu. 

Użyczony nam pokój w „Radosnym” dzieliliśmy z jeszcze kilkoma osobami. Początkowo spaliśmy na słomie narzuconej na część podłogi. Później rządca majątku, p. Witwer, wykombinował jakieś łóżka i sienniki. Jedzenie sporządzaliśmy sobie sami z tego, co mama kupiła za sprzedawaną biżuterię i niewielkie zarobki z podjętej próby handlu pończochami, za który się zabrała w pobliskiej Podkowie Leśnej. Ale szczerze mówiąc były okresy, kiedy głód dawał się nam we znaki. Sytuację nieco ratowały – wstyd się przyznać – owoce podbierane z pobliskiego sadu i wykopywane z pola jarzyny. Starając się wywdzięczyć za gościnę pomagaliśmy trochę przy zbiorze owoców, a ja także przy wypasie krów i pielęgnacji czterech wyścigowych koni (ściślej trzech, bo czwarty nie pozwolił do siebie podejść) przeczekujących w stajni czas wojny. 

A wojna wciąż trwała. Słychać było detonacje i armatnie salwy. Wieczorem na widnokręgu widać było łunę płonącej Warszawy. Wiatr niósł drobinki popiołu, a czasem nawet nadpalone kartki papieru.

 Jedna z pań zamieszkujących z nami w majątku „Radosne”, chyba nauczycielka, usiłowała zorganizować lekcje dla gromadki wałęsających się dzieciaków. Było nas tam w przybliżeniu dziesięcioro, niestety o sporej rozpiętości wieku. Nie mieliśmy książek ani zeszytów, co też utrudniało te szczytne zamiary. Jednak największą przeszkodą, było to, że nikt z nas nie chciał się uczyć. Pole, las i mnóstwo innych, wiejskich atrakcji było zbyt silną konkurencją. Wymigiwaliśmy się od tych lekcji i w końcu ta inicjatywa upadła.

W tym czasie podjąłem kolaborację z formalnie nam wrogimi, faktycznie życzliwymi Węgrami. Któregoś dnia przed dom zajechały dwa konne wozy z węgierskimi żołnierzami. Zapytali mnie łamaną polszczyzną i na migi, gdzie tu jest najbliższy las, bo chcą narąbać trochę drzew na ogień. Powiedziałem, że pokażę, ale dwa chojaki będą dla mnie. Zgodzili się. Pojechaliśmy. Wracając nawet zboczyli z drogi, by należne mi drzewa zrzucić pod domem. Mieliśmy przez dwa tygodnie na czym gotować. Parę dni później znów się pojawili. Tym razem szukali położonego niedaleko stawu czy jeziorka, w którym – jak im mówiono – jest dużo ryb. Mieli ze sobą hamak i pokazali, że chcą nim łapać ryby. Uzgodniliśmy, że pokażę im drogę za cenę kilku ryb. Jeziorko było niewielkie i płytkie. Kilku żołnierzy rozebrało się i brodząc po dnie, zanurzeni do pasa przeczesywali je hamakiem z niezłym skutkiem. Umowy dotrzymali. Tego dnia i następnego mieliśmy na obiad ryby. Ostatnie moje spotkanie z Węgrami było podobne do poprzedniego, przy czym nie byli to ci sami żołnierze, co przedtem, ale mieli ten sam hamak i też chcieli łowić ryby. Pojechaliśmy, przy czym efekt połowu był praktyce żaden, bo prawie wszystkie ryby wyłowiono poprzednim razem. Wtem obok stawu pojawił się wielki zając. Jeden z żołnierzy chwycił karabin i gdy zając „stanął słupka” powalił go celnym strzałem. Wszyscy się ucieszyli, pogratulowali wyśmienitemu strzelcowi i dalej próbowali łowić te ryby. Widziałem, że z tego nic nie będzie i nie mam, co liczyć na swój udział. A zabity zając leżał na trawie metr ode mnie. Nie wytrzymałem. Złapałem go za uszy i w nogi. Węgrzy podnieśli wrzask, ale nikt mnie nie gonił, ani do mnie nie strzelał. Ukryłem się z zającem w krzakach w pobliżu drogi, tak by widzieć nasz dom i drogę, którą będą wracali Węgrzy. Gdy mnie minęli i nie skręcili do domu, odetchnąłem. Zając solidnie wzbogacił nasze menu, ale odtąd musiałem unikać spotkania z Węgrami. Zresztą już się więcej nie pokazali.

O ile Węgrzy odnosili się do nas przyjaźnie, to stojący na warcie Niemcy ze stacjonujących w okolicy jednostek potrafili zabawiać się strzelaniem do przechodzących osób. Mnie też zdarzyło się być celem dla nudzącego się wartownika. Szedłem drogą w odległości kilkuset metrów od niego, nawet go nie widząc, gdy usłyszałem strzał. Rozejrzałem się i zobaczyłem, jak przymierza się do następnego strzału, ale zdążyłem skryć się w przydrożnym rowie. Zaprzyjaźniłem się w tym czasie z Benkiem, starszym ode mnie o kilka lat synem małżeństwa zatrudnionego w majątku i mieszkającego w tzw. czworakach (nazwa pochodzi od czteromieszkaniowego budynku służby dworskiej). Razem z nim rewanżowaliśmy się Niemcom na miarę naszych możliwości. Najpierw, gdy niemieccy saperzy wytyczyli linię przeciwczołgowych okopów zaznaczając ją wbitymi w ziemię palikami, poprzestawialiśmy te paliki według naszej fantazji i potrzeb, omijając np. lubiane przez nas zagajniki. Spędzone kilka dni później z okolic brygady przymusowych kopaczy wykopały te okopy, ale nie tam, gdzie zaplanowano ich rozmieszczenie. Nie miało to oczywiście wpływu na przebieg wojny, ale wówczas tak sobie to wyobrażaliśmy. Przecinaliśmy też linie niemieckich, polowych telefonów. Zaczęło się to przypadkowo. Benka posłano do mieszkającego dość daleko sąsiada po odbiór pożyczonego sekatora. Poszedłem razem z nim. Część naszej drogi powrotnej drogi pokrywała się z prowadzonym nisko nad ziemią przewodem telefonicznym. Doszliśmy do wniosku, że może się on nam przydać i ucięliśmy sobie kilkanaście metrów. Jeszcze tego samego dnia zobaczyliśmy ekipę telefoniarzy wędrujących wzdłuż linii telefonicznej i szukających uszkodzenia. Znaleźli je i naprawili. Następnego dnia wieczorem przecięliśmy linię sekatorem w kilku miejscach. Pocięty odcinek przewodu zastał bez trudu zlokalizowany i szybko naprawiony. Wtedy postanowiliśmy utrudnić Niemcom życie i poprzecinaliśmy drut przewodu pozostawiając nie do końca przeciętą jego powłokę izolacyjną, co maskowało miejsce uszkodzenia. Oczywiście to też naprawiono, ale poszukiwania uszkodzonego miejsca trwały dłużej. Powtarzaliśmy tę operację jeszcze parę razy, ale w końcu wzdłuż linii zaczęły od czasu do czasu chodzić patrole. Dalsza taka zabawa zrobiła się niebezpieczna i trzeba było z niej zrezygnować.

Któregoś dnia byłem świadkiem ciekawej sceny. Wędrując po okolicy natknąłem się gdzieś w sąsiednim majątku na baterię działek przeciwlotniczych, tzw. zenitówek z cienkimi, długimi lufami, skierowanymi do góry pod bardzo dużym kątem. Przyglądałem się im z zainteresowaniem. Ciekawił mnie zwłaszcza rząd błyszczących mosiądzem pocisków ustawionych na szynie podajnika do komory nabojowej. Były takie jak do karabinu, ale wielokrotnie większe. I te pociski, i takie działa widziałem po raz pierwszy. Ich zrelaksowana obsługa kręciła się w pobliżu, paliła papierosy, gawędziła. Jeden z żołnierzy zaczął mnie rugać i kazał mi odejść, gdy nagle nad naszymi głowami pojawiły się dwa samoloty i zanurkowały bijąc z karabinów maszynowych. Jedni żołnierze padli na ziemię, ja też, inni porwali się do dział i poczęli strzelać do samolotów, które ponowiły atak raz jeszcze i odleciały. Nikt nikogo nie trafił. Cała ta walka przebiegła w tak błyskawicznym tempie, że nawet nie zdążyłem się przestraszyć.

Gdy w listopadzie czy na początku grudnia spadły śniegi, polowałem z Benkiem na kuropatwy. Wykombinowaliśmy fragment starego ogrodzenia w postaci drucianej siatki wypełniającej dużą (ok. 1 na 2 metry) stalową ramę z pospawanych płaskowników. Zanieśliśmy ją na łąkę, gdzie pojawiały się kuropatwy i ustawiliśmy jednym bokiem na pokrytej śniegiem ziemi, nachyloną do niej pod dużym katem i podpartą patykiem. Do patyka był przywiązany długi sznurek. Z miejsca, gdzie siadały kuropatwy prowadziła pod kratę ścieżka ziarna czy odruchów chleba. Pod kratą tej karmy było najwięcej. Niedługo trzeba było czekać, by głodne stadko kuropatw dziobiąc przynętę weszło pod nawis kraty. Szybkie szarpnięcie za sznurek powodowało osunięcie się kraty i przygniecenie kuropatw. Potem trzeba było tylko sprytnie powyciągać je stamtąd i, co było najbardziej przykre, uśmiercić. Jednak było to źródło pożywienia o istotnym znaczeniu.

W połowie grudnia 1944 r. mama podziękowała państwu Stokowskim za gościnę i przenieśliśmy się do Grodziska Mazowieckiego. Późniejsze, powojenne losy zetknęły nas jeszcze kilkakrotnie z członkami tej zacnej rodziny, ale to już zupełnie inna historia. Powodem przeprowadzki do Grodziska było to, że główne źródłem naszego utrzymania pochodziło z prowadzonego przez mamę drobnego, ulicznego handlu, a dojazdy do Milanówka, Podkowy Leśnej czy Grodziska, były kosztowne i utrudnione, zwłaszcza zimą. Mama wynajęła w Grodzisku pokój z dużą kuchnią, którą podnajęła, żeby to taniej wyszło, jeszcze innej, czteroosobowej rodzinie. Pamiętam święta Bożego Narodzenie, jakie obchodziliśmy wspólnie w tym mieszkaniu. Choinki nie było, ale była wycięta z kartonu szopka. W wigilię było tylko jedno danie: upieczone przez mamę pyszne racuchy, którymi wszyscy mogli się najeść do syta.

W tym też okresie nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności odzyskaliśmy drobną część naszej bielizny pościelowej, wyszabrowanej z Warszawy. Mama rozpoznała ją na targu po wyhaftowanym monogramie, a przekupka oddała bez dyskusji. Było to sygnałem, że być może nasz dom nie został spalony, co okazało się prawdą.

 Z grodziskiego etapu naszego wygnania utkwiły mi w pamięci ciągłe organizowane przez Niemców obławy i łapanki oraz charakterystyczny obraz maszerującej w zwartym szyku w kierunku dworca kolejowego grupki kilkunastu młodych ludzi w cywilnych ubraniach, w asyście umundurowanych Niemców. Byli to ochotnicy, którzy na apel niemieckich władz zgłosili się do Wehrmachtu, Zachęcające do tego plakaty wzywały do pomocy w walce ze zbliżającą się komunistyczną nawałą i obiecywały różne przywileje, m.in. możliwość odwiedzenia rodziny w Rzeszy. Wśród ochotników był brat mego podwórkowego kolegi. Według jego relacji zgłosił się po to, by przy pierwszej okazji przejść na drugą stronę frontu. Jeśli to nawet było prawdą, to jego naiwność była niebotyczna. 

Wkrótce po świętach spotkała nas radosna niespodzianka. Wrócił ojciec. Zwolniono go z obozu, ale w stanie zdrowia, który pozwolił mu przeżyć jeszcze tylko 7 miesięcy. Mimo to nie pozostawał bezczynny. Począł uczyć mnie języka rosyjskiego, zdobył też nie wiem skąd przedwojenny podręcznik do polskiego, zadawał mi z niego czytanki i przepytywał. Podręcznik ten („Mowa Ojczysta” Z. Perkowska i M. Herzberżanka, z 1929 r. dla klasy drugiej, chyba gimnazjum), o zadziwiająco wysokim poziomie merytorycznym, mam do dziś i traktuję jako niezwykle cenną pamiątkę. 

Zaraz po powrocie ojca przenieśliśmy się z Grodziska do wsi pod Łowiczem. Nie wiem dlaczego, ale myślę, że widocznie rodzice wiązali z tym jakieś plany na poprawę bytu. Świadczy o tym fakt, że zamieszkaliśmy tam wspólnie z naszymi sąsiadami z warszawskiego domu, małżeństwem państwa Komorowskich, którym właśnie urodził się syn. Z planów polepszenia bytu nic nie wyszło i klepaliśmy straszną biedę. Mieszkaliśmy wspólnie w wynajętym, dużym pokoju na parterze jednopiętrowego, murowanego domu. Przy wejściu do budynku wisiało rzucające się w oczy urzędowe zawiadomienie, że w tym budynku panuje tyfus. Oczywiście nie była to prawda, ale Niemcy tyfusu bali się jak ognia. Ten sposób ochrony przed przypadkowymi wizytami niemieckich patroli był dość skuteczny i często stosowany. Mimo to, któregoś dnia do mieszkania wkroczyli Niemcy i aresztowali pana Komorowskiego. Ale jeszcze tego samego dnia wrócił. Jak się okazało przedstawiono mu propozycję nie do odrzucenia: albo zostanie strażnikiem w położonym opodal obozie karnym, albo …..Więc propozycję przyjął. Obóz był niewielki, kilka baraków otoczonych ogrodzeniem z drutu kolczastego. Odsiadywali tam kary rzędu kilku miesięcy głównie okoliczni chłopi za drobne przestępstwa typu nielegalny ubój itp. Pan Komorowski dostał uniform, karabin, obiecano mu jakieś wynagrodzenie i deputaty, ale tego to chyba nawet nie zdążył odebrać, bo zbyt krótko sprawował to zajęcie. Pewnego dnia kręciłem się w pobliżu tego obozu, gdy nastąpił nalot radzieckiego lotnictwa. Myśleli pewnie, że są to koszary. Obóz w jednej chwili przestał istnieć. Nie wiem, ile było ofiar, ale ci, co przeżyli, przeskoczyli przez zwalone płoty i rozpłynęli się po okolicy. Ja też przeskoczyłem przez płot, lecz w przeciwnym kierunku, bo zobaczyłem, że rozpadły się ściany budynku magazynu. Wpadłem do środka, porwałem kilkukilogramowy, metalowy pojemnik w kształcie kubła. Nie wiedziałem, co jest w środku, ale byłem w stanie go unieść ze względu na wygodną rączkę i uciekłem z nim do domu. Jak się okazało była w nim buraczana marmolada, którą jedliśmy przez następne dni. Podobnie postąpił pan Komorowski, który przeżył nalot bez szwanku, ale nie pamiętam, co było jego zdobyczą.

Następnego dnia Niemcy już się wycofywali z tej okolicy. Ponaglały je radzieckie samoloty. Dwukrotnie tego dnia mogłem zaobserwować ich pasjonujące walki z niemieckimi myśliwcami. Radzieckie wyraźnie dominowały, ale nie zauważyłem, by któryś z samolotów został w trakcie tych walk uszkodzony. Wreszcie w pobliżu naszego domu pozostał tylko niewielki oddział wojska, chyba w sile plutonu, którego zadaniem było wysadzenie mostu na Bzurze, gdy wjadą na niego czołgi. Jednak czołgi przeszły rzekę po lodzie z dala od mostu i zaatakowały Niemców z boku. Rozegrała się krótka, krwawa bitwa, którą obserwowaliśmy z sieni budynku. Zaskoczeni Niemcy usiłowali się bronić granatami i uciekać, ale rozniesiono ich seriami z czołgowych karabinów maszynowych. Klęskę przypieczętował trwający minutę lub dwie zsynchronizowany atak radzieckich myśliwców. Widziałem, jak czołg rozjechał żołnierza. Jego karabin upadł obok.  „Tato – krzyknąłem – mogę zabrać ten karabin?”   – Biegnij po niego, ale szybko – odpowiedział ojciec. I w ten sposób stałem się właścicielem mauzera, sprawnego, choć z uszkodzonym przez gąsienicę czołgu końcem kolby. Ojciec nauczył mnie rozbierać i składać jego zamek. Umiałem to robić z zamkniętymi oczami. Skórkowa wyściółka hełmu zabitego Niemca posłużyła później do reperacji poszycia mamy drewniaków, a gumowe wykładziny z szoferki rozbitego samochodu przydały się jako zelówki do butów. 

Późniejsze dni pozwoliły na zgromadzenie pokaźnego zapasu amunicji, którą zbierało się na polu, jak grzyby w lesie. Część zdobyczy – np. woreczki z dynamitem, które zamokły, więc suszyłem je nad kuchennym piecem – mama wyrzuciła ku mojej rozpaczy do kloacznego dołu naszej sławojki. Resztę, łącznie z karabinem straciłem zaraz po tzw. wyzwoleniu. Ktoś widocznie doniósł i musiałem oddać cały arsenał milicjantowi, który złożył nam w tym celu wizytę. Jeszcze nie miał munduru, tylko biało-czerwoną opaskę z literami MO na ramieniu. Był to mój pierwszy kontakt z władzą ludową.    

Kolejne dni upływały pod znakiem ciągłego przemarszu podążających na zachód wojsk różnych rodzajów broni. Byli wśród nich i kawalerzyści z charakterystycznymi szablami bez chroniącego palce jelca przy rękojeści. Ojciec mi wyjaśnił, że ta osłona była zbędna, bo w XX wieku działania kawalerii ograniczały się do zwiadu, szybkiego przerzucenia uzbrojonych w automaty żołnierzy przez trudnodostępne tereny i ewentualnie do błyskawicznej szarży, a nie do szermierczych pojedynków. Codziennie kwaterowali w naszym pokoju żołnierze. Kiedyś nocowało dwóch szeregowych czerwonoarmistów: młody i stary. Młody przy okazji jakiejś dyskusji z ojcem wyjął zza pazuchy wycięty z gazety portret Stalina i pocałował go. Stary ukradkiem splunął na podłogę. Mimo to miło wspominam tego młodego, który widząc naszą biedę, wyciągnął z plecaka woreczek uzbieranego z codziennych przydziałów cukru i oddał nam cały jego zapas napełniając nim po brzegi, z czubem, głęboki talerz. Pojawiło się i polskie wojsko. Jeden z oficerów kwaterował u nas nawet przez kilka dni. Mnie pozwalał się bawić swoją tetetką, a sąsiadkę zaprosił nawet na urządzany w Łowiczu bal. Po powrocie sąsiadka opowiadała, że na balu było obecnych również kilka Rosjanek ubranych w… nocne koszule z falbankami haftami itp. Sądziły, że są to balowe suknie.

Natychmiast po wkroczeniu Armii Czerwonej unieważniono dotychczasowe pieniądze, tzw. młynarki, będące w Generalnej Guberni normalnym środkiem płatniczym. W zamian za to wszystkim posiadaczom niemieckich kenkart wręczono po 500 nowych „lubelskich” złotych. Dla uniknięcia podwójnej wypłaty wycinano przy tym kawałek kenkarty zawierający jeden z dwu odcisków linii papilarnych palców jej posiadacza. A nieświadoma nadciągającej przyszłości moja mama na dwa dni przed tym sprzedała mój złoty medalik z łańcuszkiem, jaki dostałem od chrzestnej matki z okazji chrztu. Był to już jeden z ostatnich jubilerskich skarbów, z których wyprzedaży żyliśmy przez ostatnie lata. Jedynym zyskiem z tej transakcji był zakup 2 kilogramów słoniny i dobry obiad, jakim poczęstował nas kupujący medalik chłop. Na drugie danie były kraszone skwarkami pyzy, ale nie w postaci formowanych w ręku kulek z dołeczkiem, jak to robiła mama, lecz jak tzw. kluski kładzione, tzn. czerpane z miski półpłynnego ciasta łyżką i wrzucane nią do wrzątku. Resztę pieniędzy można było wyrzucić. Takiego posunięcia nie zrobili nawet Niemcy w 1939 r. pozostawiwszy przedwojenne pieniądze w obiegu jeszcze chyba przez rok. Rosjanie za to postawili ogromne afisze propagandowe. U wejścia na most stały dwa: jeden przedstawiał niemieckiego żołnierza rozstrzeliwującego kobietę z dzieckiem, a drugi czerwonoarmistę z pepeszą prowadzącego dwóch Niemców z rękami do góry. Ale muszę powiedzieć, że nie spotkałem się w tym miejscu i czasie z żadnymi nadużyciami czy ekscesami ze strony żołnierzy Armii Czerwonej. Byli nam przyjaźni, demonstrowali skuteczność swojej broni. Kule wystrzelone z odległości 2 m z pepeszy do starego kubła z cienkiej, przerdzewiałej blachy, przebijały jego pierwszą ściankę, drugiej już nie. Opowiadano natomiast, że zdarzył się w okolicy jakiś incydent, bodajże gwałt, ale po złożeniu skargi i zidentyfikowaniu sprawcy, patrol NKWD rozstrzelał go na miejscu.

Wkrótce po tzw. „wyzwoleniu Warszawy” mama udała się tam, sprawdzić, czy rzeczywiście nasz dom przetrwał i czy są jakieś szanse powrotu. Okazało się, że cała frontowa część domu stała nienaruszona, spalono tylko oficynę. Do jednego czy dwóch lokali wrócili nawet dawni mieszkańcy, ale dozorca mamy po prostu nie wpuścił. Udała się, więc ze skargą na komisariat milicji. Tam przydzielono jej milicjanta, który zmusił dozorcę do wpuszczenia mamy i otworzenia zamkniętego na kłódkę naszego mieszkania, ale dozorca (nie pamiętam czy nowy, czy „przedpowstaniowy”) kwestionował fakt, że mama była właścicielką tego mieszkania. I wiedział, co robi, bo okazało się, że mieszkanie przekształcono w magazyn wyszabrowanych bogactw. Naszych mebli już tam nie było z wyjątkiem górnej części tapczanu i jednego fotela. Były natomiast 2 fortepiany, kilka pianin, zwoje dywanów itp. itp.  „Czy to wszystko jest Pani dobytkiem?” – zapytał milicjant.  „To wszystko nie, ale mieszkanie jest moje i zaraz to panu udowodnię.”  – powiedziała mama. Zaprowadziła milicjanta do łazienki i wydobyła zza wanny gliniany garnek ze smalcem, schowany tam przed wysiedleniem, bo było to najchłodniejsze miejsce w mieszkaniu, a domowych lodówek wtedy jeszcze nie było. To ostatecznie przekonało milicjanta. Kazał oddać mamie klucze, powiedział, że wszystko, co się w mieszkaniu znajduje może traktować jako swoją własność i zaproponował mamie pracę w milicji. Mama odmówiła. I w ten sposób jedynym profitem z tej wyprawy był ów, bardzo wówczas cenny dla nas, garnek smalcu oraz tapczan i fotel, przeniesiony do sąsiadów i zdeponowany u nich. Po odejściu milicjanta dozorca zmienił front, zaczął zachęcać mamę do pozostania, koniecznie chciał, żeby mama zobaczyła, jakie jeszcze dobra spoczywają w naszej piwnicy. Ale mama wiedziała już od sąsiadów, że to prawdopodobnie dozorca spalił oficynę po jej obrabowaniu i przewodzi szajce szabrowników. Być może, że z tej piwnicy już by nie wyszła. Doszła też natychmiast do wniosku, że zamieszkanie w tym jedynym budynku (oprócz ocalałego gmachu sądów) w zamienionej w gruzowisko okolicy byłoby bardzo niebezpieczne. Nie wierzyła, że Warszawa podźwignie się z tych gruzów. Gdy rok później już wróciliśmy na stałe do Warszawy, proponowano mamie przejęcie i odbudowę sklepu na rogu Chmielnej i Nowego Światu. Mama powiedziała, że to nie ma sensu, bo 50 lat minie zanim odbuduje się tę część miasta. Inna sprawa, że i tak nie mieliśmy pieniędzy na taką inwestycję.

A jednak zrujnowane miasto garnęło się do życia. Kilka tygodni później byliśmy w Warszawie z mamą, by umówić termin zabrania ocalałej części naszego tapczanu i fotela, wracając zauważyliśmy na wypalonym domu, gdzieś w okolicy dzisiejszego kina „Femina” nabazgrane na owalnym kawałku tektury ogłoszenie: „Piekarnia czynna. Chleb 20 zł kilogram”. Wśród gruzów działała piekarnia. Kupiliśmy bochenek chleba, a wychodząc rzuciłem okiem na drugą stronę tego tekturowego szyldu. To był portret mojej mamy! Zabraliśmy go ze sobą. Po latach udało się zrobić z niego czytelną fotografię, która do dziś wisi na ścianie w moim pokoju. To już była druga w tym dniu, zaskakująca niespodzianka, bo na zalegającym nasze podwórko stosie śmieci i rupieci znaleźliśmy jeden z naszych rodzinnych albumów z fotografiami. Niekompletny, z częściowo zniszczonym zbiorem zdjęć, po uporządkowaniu jest dziś jedną z niewielu pamiątek z przedwojennych i wojennych lat.   

Po wyzwoleniu Łodzi ojciec pojechał tam, załatwił nam przydział pięciopokojowego, poniemieckiego mieszkania i miał nadzieję na otwarcie kancelarii prawniczej lub jakąś pracę w organizującej się administracji państwowej. Załadowaliśmy dobytek na wynajętą furmankę i pojechaliśmy do Łodzi. Drogi były przejezdne. Na poboczach było widać stosy artyleryjskiej amunicji i łusek po pociskach oraz zepchnięte z drogi wraki samochodów i czołgów. W Łodzi okazało się, że mieszkanie zostało w międzyczasie zajęte przez jakąś państwową instytucję i znów zostaliśmy bez dachu nad głową. Przytulili nas u siebie mieszkający piętro wyżej państwo Missalowie, użyczając nam jeden pokój swego mieszkania. Byli to dobrzy znajomi rodziców z Warszawy. Pan Missala był kolegą ojca z palestry i wiem, że podczas okupacji działał społecznie w RGO.

Instytucji, która pozbawiła nas mieszkania, nie mogłem tego darować. Za każdym razem, gdy przechodziłem obok drzwi do tego lokalu zrywałem mocowaną na nich kartkę z nazwą tej instytucji. W tym czasie zacząłem chodzić do szkoły. Przyjęto mnie do trzeciej klasy, ale widocznie nie dawałem sobie rady, bo po kilku dniach przeniesiono mnie do drugiej klasy, co odczułem bardzo boleśnie. Nauka w dalszym ciągu nie była moją pasją, ale bardzo dużo czytałem. Książki pożyczała mi ze swego bogatego zbioru kilkunastoletnia wówczas córka państwa Missalów. Przeczytane wówczas „Przypadki Robinsona Cruzoe” Daniela Defoe stały się zaczynem mojego zainteresowania morzem. W ciągu następnych lat przekształciło się ono w żeglarską pasję, która pochłaniała mnie przez całe życie, stając się w pewnym stopniu moim drugim zawodem.   

W Łodzi w dalszym ciągu gromadziłem naboje, zapalniki do granatów (rzucane do góry eksplodowały uderzając o ziemię przy spadaniu), niemieckie maski gazowe, które kradliśmy z kolegami z układanych w stosy pod gołym niebem wojskowych zdobyczy, niedbale pilnowanych przez rosyjskich wartowników. Cenną zdobyczą były plecione ze słomy, ogromnych rozmiarów buty, służące do nakładania podczas mrozów na normalne, wojskowe obuwie. Taki but palił się pod kuchnią przez pół godziny oszczędzając wydatki na węgiel czy drewno. Normalną zabawą było też zwracanie się do rosyjskich żołnierzy, a zwłaszcza oficerów, z uprzejmym pytaniem:  – Izwienitie, katoryj czas?  Odpowiadali chętnie, zadzierając oba rękawy munduru. Na każdym przedramieniu mieli po kilka zegarków. Sprawdzaliśmy w ten sposób i polskich oficerów – ci mieli tylko jeden zegarek. A propos polskich oficerów, to przypominam sobie taką parę: ona, bardzo ładna blondynka w mundurze porucznika, on z dystynkcjami podporucznika. Stali przed sklepem jubilera i dyskutowali o kupnie obrączek. Potem weszli do kawiarni. A na drzwiach tej kawiarni był napis po polsku: „Niemcom wstęp wzbroniony”. Jak widać wahadło odchyliło się w przeciwną stronę, ale czasy ulegały normalizacji. Uruchomiono wesołe miasteczko, czynny był ogród zoologiczny, wychodziły gazety „Głos Ludu” i „Rzeczpospolita”. Wtedy też po raz pierwszy w życiu odwiedziłem kino. Większość wyświetlanych wówczas filmów, było radzieckiej produkcji, ale ten pierwszy, jaki widziałem to był jakiś zachodni melodramat pt. „Żegnaj”. Nic z tego nie zrozumiałem, podobnie jak z dwóch następnych: „Iwan Iwanowicz gniewa się” i „Sekretarz rejkomu”. Ale głównie interesowała mnie techniczna strona zagadnienia. W czasie okupacji opowiadali mi, starsi ode mnie, podwórkowi koledzy, na czym polega film. Nie mogłem pojąć ich wyjaśnień, że tam galopują na prawdziwych koniach i strzelają z prawdziwych rewolwerów, ale nie są to żywe postacie, tylko jakby namalowane na płótnie. Ani rodzice, ani tym bardziej ja, nie chodziliśmy wtedy do kin czy teatrów z patriotycznych względów. Raz tylko widziałem jasełkę w kościele, ale tam występowali żywi aktorzy.

Stan zdrowia mego ojca pogorszył się w tym czasie do tego stopnia, że trafił do szpitala. Zdawał sobie sprawę, że z niego już nie wyjdzie. Zmarł na gruźlicę kilka tygodni później. Mój niedożywiony organizm też był w kiepskim stanie. Zacząłem chorować. Mama, nie mając żadnego zawodu, nie mogła znaleźć w Łodzi pracy. Praktycznie cała rodzinna biżuteria i tzw. świnki – złote, carskie ruble ukryte w postaci obszytych materiałem guzików przy ubraniu – zostały już sprzedane. Pozostał mamie jeszcze herbowy sygnet ojca i cenny pierścionek z brylantem. Sprzedaż sygnetu w ogóle nie wchodziła w grę. Przetrwał w naszej rodzinie do dziś. Pierścionek była mama gotowa sprzedać za 25 ówczesnych tysięcy złotych, ale dawali jej maksimum 18 tysięcy, a na tą cenę nie chciała się zgodzić. Postanowiła powrócić do Warszawy i tam podjąć próbę zorganizowania na nowo naszego życia. W Warszawie sytuacja zmusiła ją do sprzedania tego pierścionka. Kupiła go właścicielka spożywczego sklepu z ulicy Poznańskiej. Dała tylko 5 tysięcy. Ja tymczasem pozostałem na pewien czas w Łodzi pod opieką i w mieszkaniu pani Genowefy Pacholak – wspomnianej wyżej przyjaciółki mojej chrzestnej matki z lat okupacji. Pożegnaliśmy więc państwa Missalów nie zapominając o zaciągniętym u nich długu wdzięczności. Panią Gryzeldę Missalową – profesora historii – przypominał mi po latach podręcznik szkolny jej współautorstwa, z którego uczyłem się w szkole, niestety, napisany w duchu obowiązującej wówczas komunistycznej doktryny. Z synem państwa Missalów, prof. Tadeuszem Missalą, którego pamiętam z tamtych czasów w harcerskim mundurze, miałem przyjemność w późniejszych latach niejednokrotnie współpracować na polu zawodowym.    

W dniu 9. maja ogłoszono kapitulację Niemiec. Ulicami Łodzi przeszedł radosny pochód. Defilowało wojsko, strzelano na wiwat, grała orkiestra, szli harcerze, załogi zakładów pracy. Na ścianach domów pojawiły się okolicznościowe afisze. Wśród nich takie z hasłem: „Gdańsk morską stolicą Polski”. Widocznie nie było to jeszcze pewne, więc chciano tym propagandowym chwytem wymusić taką decyzję na sojusznikach, co się udało.  

Ten radosny dzień zakończenia wojny zastał nas bez domu, bez środków do życia, z umierającym w szpitalu ojcem.

  […]

Powiązane hasła

”None