menu

Czerwosz Zofia – Dawne ślady

Czerwosz Zofia – Dawne ślady

Zofia Maria Czerwosz z d. Rendzner (1919 -2009), przed wojną studentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w czasie okupacji kontynuowała naukę malarstwa oraz historii sztuki, zawodowo zajmując się rzemiosłem artystycznym. Działała w konspiracji, prowadząc m.in. szkolenia wojskowe i sanitarne jako zastępczyni komendantki WSK 6/XXVI Obwodu Warszawa Praga, udzielała się także społecznie, prowadząc zajęcia z dziećmi w świetlicy na Saskiej Kępie. Wybuch Powstania Warszawskiego zastał ją na Powiślu, gdzie współtworzyła teatrzyk kukiełkowy, dający przedstawienia w domach, schronach i podwórkach walczącej stolicy. Została wypędzona ze Śródmieścia Południowego, gdzie wraz z ojcem, Janem Rendznerem, przebywała po upadku Powiśla. Nie trafiła jednak do obozu Dulag 121 – uciekła z pochodu pędzonego do Pruszkowa, podając się za członka służby sanitarnej, szukającego swojego ewakuowanego szpitala. Kolejne cztery miesiące spędziła u gospodarzy na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Prezentujemy dwa teksty wspomnieniowe Pani Zofii: „Kukiełki pod barykadą”, w którym opisuje ona działalność powstańczego teatrzyku kukiełkowego oraz  fragment wspomnień pt. „Dawne ślady”, spisanych w 2004 roku, obejmujący okres od wygnania z Warszawy do powrotu do stolicy i życia w odradzającym się mieście.

Kukiełki pod Barykadą

Początek Powstania Warszawskiego w 1944 roku zastał mnie na Powiślu nieoczekiwanie. Poprzedniego dnia zaszły na Pradze jakieś nieporozumienia w łączności, usłyszeliśmy, że termin rozpoczęcia powstania zmieniono i mamy wszyscy iść do codziennych zajęć, więc poszłam do mojej pracy przy ulicy Szczyglej. Gdy zaczęły się działania powstańcze, przez mosty na Wiśle nie można już było przejść i zostałam bez żadnego przydziału. Na szczęście udało mi się nawiązać kontakt z Grupą Bojową 48 w dziale kultury i propagandy.

Lubiłam teatr lalek i już przedtem miałam z nim do czynienia, dlatego razem z Krystyną Berwinską – Gogolewską i Stanisławem Dadlezem postanowiliśmy przygotować teatrzyk kukiełkowy. Władze wojskowe przyjęły ten projekt z zadowoleniem, ofiarowując pomoc, której zresztą nie bardzo potrzebowaliśmy, więc wręczono nam legitymacje współpracowników i przepustki swobodnego poruszania się po całej Warszawie, z wydrukiem  ,,w godzinach, w których obowiązuje hasło, okaziciel winien je znać”. To nam, cywilom, wtedy trochę imponowało.

W czasie dramatycznych wydarzeń wojennych artyści skłonni są wątpić, czy ich praca dorównuje znaczeniem działalności żołnierzy, lekarzy, sanitariuszek lub strażaków, którzy walczą lub ratują życie i zdrowie ludzi. Boją się, że ich staranie o najlepsze wyniki artystyczne to błazenada, wobec poważniejszych spraw. Dlatego przyjmują z pewnym zdziwieniem, że bohaterowie walki okazują ich sztuce zainteresowanie i szacunek. Poeta napisał wprawdzie „od dawna zwiastowano, że bardziej niźli chleba, poezji trzeba w czasach, gdy wcale jej nie trzeba” i może potwierdza to życie…

W pierwszym okresie powstania Powiśle nie cierpiało od działań wojennych tak wiele, jak kilka innych dzielnic Warszawy. Bombardowanie z powietrza i ostrzał artyleryjski pozwalały jeszcze ludziom jakoś poruszać się po ulicach.

Na Powiślu odbywały się koncerty. Pamiętam dobrze jeden, gdy Krystyna Berwińska recytowała Koncert Jankiela z „Pana Tadeusza”. Duża sala była pełna młodych ludzi z biało-czerwonymi opaskami na ramionach i krótką bronią przy pasach.

W połowie recytacji rozpoczęła się kanonada, huk pocisków prawie zagłuszał słowa, ale na sali nikt nie wstał. Myślałam z niepokojem, czy ona wytrzyma do końca, czy nie ucieknie, czy ludzie nie rzucą się masą do drzwi? Ale recytacja trwała. Gdy Krystyna skończyła i nagrodzono ją mocnymi brawami, na podium wszedł dowódca Powiśla, Krybar, mówiąc: ,,Wobec ostrzeliwania naszego odcinka ciężkimi pociskami, zarządzam przerwanie koncertu'”
Wszyscy odetchnęli, ale co to była za przyjemność!

* * *

Nasz teatrzyk lalek został nazwany „Kukiełki pod Barykadą”. Powstał bardzo szybko, bo nasi scenarzyści, Krystyna Berwińska i Stanisław Dadlez, napisali wszystko w ciągu jednego dnia. Ja podjęłam się wykonania lalek. Zgłosili się też aktorzy i bardzo potrzebny muzyk z harmonią, nazwiskiem Jaglarz. Byli też: Jola Jeleniewska, Ryszard Dadlez, Włodek Kaniewski lub Kaniowski i jeszcze parę osób.

Miałam trudności materiałem do wykonania lalek, bo mój dom był na prawym, niedostępnym dla nas brzegu Wisły, trzeba było więc prosić o pomoc.

Pierwszą lalkę zrobiłam z jakiś chusteczek do nosa i pokazaliśmy ją sąsiadom na podwórku, poprzez okno bez szyby, na klatce schodowej. ,,Jest  nas  tu więcej – wołała – ale nie mamy się w co ubrać” – Bardzo szybko znalazł się cały worek najprzeróżniejszych resztek.

Scena była niezmiernie prosta – długa deska z przybitym kocem, za którym siedział cały nasz zespół aktorski. Nie zawsze było o co oprzeć boki deski, ale zawsze znajdowały się życzliwe ręce, które ją trzymały w czasie przedstawienia.

Scenariusz musiał mieć treści patriotyczno – uczuciowe, ale najwięcej było w nim satyry. Nie poruszaliśmy wielkiej polityki, jako zbyt poważnej i przygnębiającej. Nie wszyscy byli przekonani o zwycięskim końcu powstania, ja też należałam do tych, co nie mieli większych złudzeń, ale gdy człowiek już tam się znalazł, to trzeba było iść razem.

Chcieliśmy dać ludziom nieco zabawy, oderwania od tragicznych wydarzeń, a może trochę małych wskazówek, jak żyć zwyczajnie, na co dzień, w tych przerażających sytuacjach.

Było kilka patriotycznych piosenek, które trafiały do serc, tym bardziej, że jak zwykle bywa w tak pospiesznej twórczości – śpiewano je na znane melodie.

„Pali się powstanie, róg złoty gra,
Pali się powstanie, walczy AK.

Dość już było męki, niedoli, łez.

Każdy dzisiaj przejdzie bojowy chrzest.

Wola to powstanie, krzyczy to powstanie,

Że Polska jest!”

 „Warszawo w bój, bije twe serce siłą olbrzymią.

O Boże mój! Barykady się iskrzą i dymią.

Z krwi, ognia, łez, znak zwycięstwa i wolność człowieka,
Śmierć, wrogom kres, lecą nasi na pomoc z daleka.”

Było też głoszenie chwały miejscowych bohaterów Powiśla:

„Dzielna elektrownio rozświecaj mgłę,
Dzielna elektrownio, wciąż bronisz się,
Z wszystkich stron pociski,
Nieprzyjaciel bliski,
Ty bronisz się!”

Dzielnymi bohaterami przedstawienia były kukiełki: Porucznik Szary, „Antek- dzielny harcerzyk, najmłodszy z AK żołnierzy” i zaokrąglonych kształtów Optymistka, która gotowała dla wszystkich. Byt też ich straszny wróg – czołg niemiecki, zwany „Tygrysem”. Ale to nie czołg zjawiał się na scenie, ale wielki, pasiasty, żółty kot z rozwartą paszczą. Tego symbolicznego potwora dusił Porucznik Szary i widownia  była zachwycona.

Był też Pan Ważny z najmocniejszym głosem:

,,Do schronu, wszyscy do schronu,
Jeśli miłe życie komu

,Ale nie pchać się, nie pchać,

J a  pierwszy

i nurkował pod deskę sceniczną, czyli do piwnicy.

Najbiedniejszy był wychudły człowieczek, cywil ze swą łopatą, workiem na plecach i lamentem:

,, Armia dzielnie bije szkopa,

lecz ja, cywil, wciąż muszę coś nosić lub kopać.

Wczoraj kopalem trzy godziny żmudnie

– Dołek na studnie.

Gdy wykopałem wielki dół, nie marny,

Przyszedł inspektor znowu sanitarny

I pyta się mnie, kiedy kopać zacznę

– Doły kloaczne.
Wieczorem wszyscy zmordowani tacy,
A tu przychodzi pan inspektor pracy

I mówi: – Kopać, moje dobre dzieci
            – Dołek na śmieci.

Dołek za dołkiem, a za dołkiem dołek,

gdy skończysz z dołkiem, dźwigaj znów tobołek.

Już ze zmęczenia zmienia mi się w kolek

– Mój własny dołek”

      Ważny:

      „…tak, tak, bierzcie się do kupy

        piasek nosić! Mam was prosić?

        Cóż  to,  dla mnie jest u diaska?

        Prędzej, prędzej jeśli łaska!”

Przeciwieństwem tych postaci działających odważnie, choć często z trudem, była młoda para: on – dekownik, ona niby-sanitariuszka. Towarzyszyła im głośna pogarda młodej widowni. Chór śpiewał:

„Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani,
Na podwórkach siedzą chłopcy malowani.
Chłopcy malowani i śliczne dzieweczki,
Długie buty, kwiatek, na bakier czapeczki!

Na podwórkach siedzą i robią powstanie,

to trzy razy na dzień obiad i śniadanie.”

Chłopak na podwórku słyszy, że ma iść z żołnierzami, mówi:

            „AK niech ich złamie!

            A ja wolę z tą Bronią flirtować przy bramie!”

* * *

W czasie długich tygodni powstania istotną sprawą było żywienie ludzi. Brakowało produktów, ale też pewną ilość ludzi ogarniała taka apatia, że siedzieli w piwnicach i już o nic nie dbali, ani o przygotowanie jedzenia, ani nawet o higienę osobistą. Proste nawoływanie ze sceny, a przede wszystkim żarty, nieraz jakby budziły ludzi, by starali się żyć normalnie.

,,Pójdę, ugotuje wam klusek” – oświadczała na scenie żołnierzom miła, gruba kukiełka, a Pan Ważny nawoływał:

„Prędzej, prędzej, szybko, szybko,

Wyjdź już z kąta moja rybko,

Ugotuj mężowi zupy,

Tuk luk, bierzcie się do kupy!”

A nie było to wcale łatwe. Trzeba wiedzieć, że gotowanie w bombardowanym mieście mogło stać na granicy bohaterstwa, gdy z zacisznej piwnicy należało wyruszyć, na któreś tam piętro, przez klatkę schodową z oknami i w rozwalonej kuchni rozpalić ogień. Rozpowszechnił się wtedy ładny obyczaj, że świeżo ugotowanym jedzeniem częstowano wszystkich, nawet nieznajomych, jeżeli znaleźli się obok. Odmowy i certowanie się uspokajano po prostu: „Jedzcie, nie wiadomo, kiedy będziemy następny raz gotować”.

Najgorszy był los przybyszy z innych dzielnic, którzy bez oparcia o własny dom, nie mieli nic. Dla nich prowadzono zbiorowe kuchnie, a kto mógł, przynosił produkty. Ale niektórzy ukrywali swoje wielkie zapasy żywności, więc w teatrzyku pokazywaliśmy paskudną parę tchórzy i egoistów, aby opinii publicznej obrzydzić sknerstwo:

Pani Schronowa: – Panie Mięczak, co pan dziś jadł na śniadanie

Pan Mięczak:    – Mam konserwy niemieckie
Pani Schronowa: – Cicho! Każą oddać na owych pogorzelców,

A to przecież szkoda.
Pan Mięczak:    – Trochę tam kaszy dałem …
Pani Schronowa: – Im wystarczy kasza,

Jak głodni, to ją zjedzą.

Zresztą ludność nasza niewdzięczna,

Dasz, a potem to będą narzekać,

Że nie więcej.

Tak, trzeba ratować człowieka,

Ale w miarę, za dużo serca okazywać

         Nie warto!

Panie Mięczak, bylebym wyszła żywa,

To już ślubuję codziennie dać ofiarę na biednych.

Ach, to udręczenie, ta niepewność!

Wprost myśleć o tym już nie mogę!

Ach, mamy na Powiślu tak słabą załogę!

Po co oni tu przyszli? Tu z boku tygrysy…”

Mięczak i Schronowa  c. d.:

Mięczak „ Po co to powstanie?

     Tak, tak, ale nie teraz pora na nie!

     Co innego gdyby tu już byli bolszewicy,

     Gdyby Niemcy uciekali z wrzaskiem po ulicy,

     Wtedy mnie samego wściekłość by wzięła taka,

     Że dla Ojczyzny strzeliłbym ze straszaka!”         

* * *

W bombardowanym przez samoloty i ostrzeliwanym z dział mieście „Kukiełki pod Barykadą” musiały ciągle wędrować, aby docierać do wielu widzów.

Już mało kto wie, jak się wtedy chodziło po Warszawie. Piwnice były połączone specjalnie przebitymi w grubych murach przejściami. Architekci ustalili obowiązującą wielkość tych otworów, aby mieściły się w nich nosze z rannymi i aby bez większego trudu mogli przechodzić ludzie, niosący na sobie worki, bo cale kolumny transportowe przenosiły zaopatrzenie.

Żeby przebyć kilka ulic, ludzie przechodzili kolejno przez podwórka, na dół przez piwnice i znów wychodzili po schodach na górę. Taka droga, chociaż dosyć męcząca, dawała więcej bezpieczeństwa, niż ostrzeliwane ulice.

Ruch był tak zorganizowany, że na ścianach piwnic umieszczano czytelne drogowskazy, do którego domu i na jaką ulicę prowadzi szlak, a często na skrzyżowaniu podziemnych dróg, przy stoliku, pod żarówką, siedziała informatorka.

W taki sposób wędrował często nasz teatrzyk, jednak najbardziej niebezpieczne były przejścia na drugą stronę ulicy. Tam ochronę dawały barykady i właśnie z barykadą na Powiślu łączyło się jedno z wydarzeń. Zza barykady, która przegradzała ulicę Dobrą, wyszliśmy całą naszą grupą. Wierni widzowie nieśli nasze dekoracje i lalki, było jeszcze, jak zwykle, trochę dzieciaków i tak spokojnie szliśmy szerokością ulicy, zadowoleni z bezpiecznej względnie drogi, dopóki nie doszliśmy do pierwszej bramy. Wewnątrz stali bladzi z przerażenia ludzie i gwałtownie wzywali nas machaniem rąk, bo okazało się, że pomyliliśmy strony barykady i beztrosko maszerowaliśmy w polu największego ostrzału.

Teatrzyk nasz miał kilkanaście przedstawień, wśród nich – próba generalna 16 sierpnia na Tamce 38, potem różne ulice Powiśla i kilka w Śródmieściu.

Graliśmy w schronach, w mieszkaniach, a nawet w bramach. Bardzo nas cieszyło, że nareszcie jesteśmy teatrem podwórkowym. Niektóre z występów szczególnie utrwaliły mi się w pamięci. Za pośrednictwem mojego ojca, długoletniego pracownika Elektrowni Warszawskiej, zostaliśmy zaproszeni do wielkiej, podziemnej sali, gdzie siedziało mnóstwo ludzi. Byli to członkowie załogi, ich rodziny i uciekinierzy z innych dzielnic, już wtedy bardzo niebezpiecznych.

Pamiętam, jak młodzi inżynierowie przynosili coraz to większe reflektory, aby lepiej oświetlić nasze małe, biedne laleczki. Nigdy w żadnym teatrze nie widziałam aż takiego oświetlenia, może nadawało się do iluminacji całych gmachów?

Innym razem zaproszono nas do mieszkania na Nowym Świecie, blisko Smolnej. Wejście prowadziło przez schody podwórkowe, czarne od węglowego pyłu, ale na ścianie widniał napis ,,Przejście do teatru”, wykonany tak wykwintnym liternictwem, że aż uderzało swą doskonałością. Mieszkanie okazało się też nadzwyczaj bogate i piękne. Meble, obrazy, dywany – godne pałacu. Gospodyni, starsza dama, poczęstowała nas koniakiem i maleńkimi kawałeczkami kiełbasy na prześlicznej, kryształowej tacy. W tym mieszkaniu na pewno nie było dużych zapasów żywności, ale widzowie zapewnili nas, że to pierwszy polski teatr, od początku wojny, który przyszli oglądać. Nie wiem, kim byli ci ludzie, ale z ich mowy i sposobu bycia czuliśmy, że to oni nas w pewnej mierze swoją obecnością zaszczycają.

Inaczej wyglądała restauracja Dołek. Było to tradycyjne miejsce spotkań dorożkarzy, murarzy i różnych ludzi z Powiśla. Właścicielka knajpy przyjęła bardzo dużo bezdomnych uciekinierów ze spalonych domów i otaczała ich wielkim staraniem. Nas poprosiła o jeszcze jedno przedstawienie „żeby podnosić duchu”, a nasi młodzi aktorzy chwalili się potem, że na zapleczu zjedli po dwa obiady, tak ich przyjmowano!

,,Kukiełki pod Barykadą” miały chętną publiczność, która żywo reagowała, bo czasem po występie mogliśmy usłyszeć wesoły głos „no to idę coś ugotować, jak ta lalka na scenie”.

Władze Grupy Bojowej 48, też okazywały nam życzliwość i uznanie, prasa podziemna pisała o teatrzyku parę razy, więc tym większe było nasze zaskoczenie decyzją wojskowej komendy Warszawy, która uznała, że teatrzyk może obniżać morale walczących żołnierzy i dlatego pokazy w świetlicach żołnierskich zostały zabronione. Stwierdzono, że w naszym scenariuszu są negatywne przykłady postępowania ludności, a nawet żołnierzy, bo trzeba przecież, by armia widziała wzorowe zachowania i entuzjazm. Sugerowano nam, byśmy więcej chwalili osiągnięcia wojskowe i popularyzowali osoby dowódców, a unikali pokazywania ujemnych cech społeczeństwa warszawskiego.

Grzecznie, choć z ukrytą złością, wyjaśnialiśmy, że jesteśmy satyrykami i być może dowódcy nie byliby zadowoleni ze swoich wizerunków w teatrze kukiełek.

Byliśmy przekonani, że lepiej działa wychowawczo wyśmiewanie zła niż zachwyty nad bohaterstwem i ofiarnością. Istnieje przecież coś takiego, jak wstyd przed prostackim zachwalaniem odwagi i szlachetności, a prawdziwym bohaterom należy się raczej umiar w pochwałach i pełne szacunku milczenie.

Mieliśmy przekonanie, że tak czują nasi widzowie, niezależnie od wieku, żołnierze czy cywile.

* * *

W naszym teatrzyku było dużo śmiechu i po niego przychodzili widzowie, narażając się na niebezpieczeństwo.

Jaki może być humor w dniach grozy? Wydaje się, że trzeba lęki i niepokoje sprowadzić do absurdu. Pokazać postacie, co się boją niemądrze i tak wyolbrzymić ich strachy, żeby się stały śmiesznymi, gdyż nie mieszczą się w prawdopodobieństwie. Jeżeli strach zaczynał śmieszyć, to zyskiwało się trochę spokoju. Gdy obok zagrożeń istniejących powstają jeszcze nowe, wyobrażone, to życie może się zmienić w koszmar.

A więc złe przewidywania sprowadzamy do plotek, do bzdur:

,,Wszystkie plotki,

Tu centrala.
Ta pani najlepiej wie.
Bo tej pani inna pani
Mówiła dokładnie że …

Na Kopernika pięć jest głód i straszny kram,

Dla głodnych gotują z nasturcji szpinak tam.

Od mostu słychać wciąż niemieckiej krowy ryk,

Mówiła jedna mi, nie krowa to, lecz b y k
Jedna pani powiedziała jednej pani
Że stąd mają być dziś wszyscy wysiedlani,

A tej pani znów kuzyni, z linii ojca,
Zgłosili się z tych powodów na Volksdeutschy!”

Takich żartów było dużo i wzbudzały ogólny śmiech. Któż mógł przewidzieć, że autorzy mówili proroctwa Kassandry, zupełnie prawdziwe w najbliższym czasie?

Być może satyrycy są jak zwierzęta, obdarzone specjalnie wrażliwymi zmysłami i z daleka czują, do czego mogłyby doprowadzić już wyłaniające się objawy rzeczywistości? Sami me wierzą w tę wizję i zabawiała nią ludzi.

Gdy po wojnie, w zdruzgotanej Warszawie, spotkałam młodego inżyniera elektrowni, którego bardzo bawiły nasze przedstawienia w czasie powstania, spojrzeliśmy na siebie z gorzkim zrozumieniem. Jakże śmieliśmy się wtedy, że wróg mógłby całe wielkie miasto wysiedlić i zburzyć. Jakże to było przedtem dla nas nierealne! Ale już po pół roku powróciliśmy do Warszawy przysypanej śniegiem, pustej, bez mieszkańców, zobaczyliśmy rozwalone ulice i kikuty wypalonych domów, z których snuł się ohydny, mdlący zapach spalenizny i rozkładu. Miasta nie unicestwiły siły natury, huragan ani trzęsienie ziemi, to ludzie świadomie niszczyli do cna domy, w których przez stulecia tworzono i pielęgnowano wszystko, co zapewniało życie materialne i duchowe.

Tego nikt z nas, śmieszków, nie przewidział.

* * *

Gdy na Powiślu skończył się czas jako tako możliwy dla zwykłego życia i zaczął się bardzo silny ostrzał, wiedzieliśmy, że to koniec niepodległości dzielnicy.

Postanowiliśmy przerwać naszą teatralną działalność, zresztą ranny został nasz muzyk – pan Jaglarz. Być może działalibyśmy dalej, bo nasz zespół przywykł już do przemierzania ulic mimo niebezpieczeństw, ale sądziliśmy, że gdy walą się domy, to lepiej nie gromadzić wielu ludzi razem. Raczej niech każdy zostanie z najbliższymi, a matki obejmują swoje dzieci, bo dla niektórych mogą to być ostatnie godziny życia. Wydawało się niewłaściwym, by ludziom proponować w takich godzinach zabawę.

Ale myliliśmy się bardzo.

Przez ostrzeliwane ulice, dymy eksplozji, przez piwnice zatłoczone ludźmi dwóch młodych ludzi. Byli w kombinezonach, z opaskami powstańców i z bronią. Szli wyprostowani i energiczni, między kulącymi się ludźmi. Rozpytywali o nasz teatr i powiedzieli: „Jesteśmy z fabryki Fuchsa, czy pamiętacie, że mieliście u nas grać? Wszystko było przygotowane, czekaliśmy na was i bardzoście nas zawiedli. Ktoś was przekupił, pewno wam coś dali i poszliście gdzie indziej grać, ale wasza chytrość niewiele wam dala. My jesteśmy z Fuchsa, wiecie, czekolada! Każdy z was dostałby taaką paczkę!” Nie chcieli słuchać wyjaśnień i poszli z powrotem, przez kilkanaście bombardowanych ulic.

Wiele bym teraz dała, żebym mogła uścisnąć ręce tych dzielnych miłośników teatru, przez których po raz pierwszy w życiu byłam posądzona o przekupstwo.

Praca w wędrownym teatrzyku ,,Kukiełki pod Barykadą” w czasie walk o Powiśle nie oszczędzała wykonawcom zmęczenia i strachu, ale wydawała się ważna. Mówiono, że gdy przyjdzie stanąć przed najwyższym sędzią spraw ludzkich, a mogło się to wtedy zdarzyć dość prędko, to sędzia będzie być może pamiętał, że ten maleńki, biedny teatrzyk sprawiał, że udręczeni nad siły ludzie mogli choć na krótko zapomnieć o złym losie i śmiać się głośno.

Zakończenie miało dwa warianty:

Pierwszy:

Tygrys wołał „Deutschland, Deutschland unter alles” i zdychał

Drugi:

Tygrys wchodził bez opaski ze swastyką i mówił (chyba miał opaskę polską)

„Jestem teraz wierne polskie zwierzę,

będę prażyć pludrów co się da,

a chłopaków moich kocham szczerze,

bo kto mnie ujarzmił ten mnie ma”. 

Dawne Ślady

Cztery długie miesiące

Kapitulacja powstania warszawskiego. Nagła cisza w mieście, samoloty nie rzucają bomb, nie ma obstrzału z wielkich dział, można chodzić i nie rozglądać się przy każdym kroku.

Zaprzyjaźniony Janek Smogorzewski postanowił, że jako młody architekt musi zabrać ze sobą komplet cyrkli, gdyby trafiła się odpowiednia praca, a także zestaw stolarskich narzędzi na wszelki przypadek. Zostawił mi na chwilę pod opieką wszystkie te narzędzia. Przechodzący obok kulejący człowiek poprosił, żebym moją  piłą skróciła jego zbyt wysoki kij.  Gdy zabrałam się do roboty, ktoś siedzący niedaleko zawołał: „Daj pani tę piłę, patrzyć się na to nie mogę, stolarz J E Z D E M!” To zdanie stało się hasłem wśród przyjaciół, gdy ktoś widział partacką robotę.

Janek nie mógł rozstać się z matką, która była ciężko ranna, a w szpitalu chętnie przyjęto pomoc młodego, silnego mężczyzny. Niemcy nakazali prędką ewakuację, więc trzeba było wynieść rannych ze szpitali i przekazać ich na plac pod Politechnikę, gdzie czekały niemieckie samochody. To była nowa rzeczywistość, Niemcy jako opiekunowie rannych Polaków! Wszyscy pamiętaliśmy, że na Woli niemieccy żołnierze wymordowali chorych w łóżkach, a także personel, pielęgniarki i lekarzy. Kuzyn Janka, lekarz, dowiedział się, że jego brat leży ranny w kościółku na Czerniakowie, pojechał tam ciężarówką ze szpitala i zgłosił to dowódcy niemieckiemu, a on wpadł w szał i krzyczał, że zaraz wystrzela wszystkich bandytów! Na szczęście zjawił się goniec i odwołał wściekłego Niemca, a jego zastępca uwierzył, że ranni mają być zabrani do szpitala. Brat ocalał.

Nosze z rannymi były niewyobrażalnie ciężkie, nic dziwnego, bowiem rodziny, wyprawiając swych bliskich na niepewny los, wkładali im pod przykrycie różne rzeczy, które miały wartość. Jedne nosze dźwigało czworo ludzi, mężczyźni i młode kobiety, a łatwiej było nieść, jeżeli związaną pętlę z długiej tkaniny, najlepiej firanki, przekładało  się przez barki, a drugi koniec przez róg noszy. Na ulicach były jeszcze barykady i gruz. Pierwszy raz widziałam wtedy, jak ludziom z samego zmęczenia niepowstrzymane łzy płynęły po twarzach. Nasi chorzy nie mieli żadnej pomocy lekarskiej, brak było nawet wody do picia!

 Gdy czworo Polaków dowlekło nosze do linii granicznej, dwóch  niemieckich żołnierzy przejmowało ciężar i podnosząc go wysoko wstawiało do ciężarówek. Patrzyliśmy z goryczą, ile oni mają normalnej siły.

Janek poszedł z matką, ja zastanawiałam się co mam robić? Niektóre młode dziewczyny, nie chcąc porzucać swoich żołnierzy, pomaszerowały z nimi jako jeńcy wojenni, uważając, że to bardziej honorowe, niż występować jako cywilne dziewczyny. Ja zawsze sądziłam, że dobrowolnie nie idzie się do mamra!

Mój ojciec, jedyny członek rodziny, z którym nie rozstawałam się przez wszystkie dni powstania, nie był jeszcze stary, ale zmizerowany, zarośnięty i brudny wyglądał tak marnie, że nie było by Niemca, który by chciał go zabrać na przymusowe „roboty”. Moja sytuacja była inna, więc postanowiliśmy, że się możemy rozdzielić.

Wszyscy mieszkańcy Warszawy mieli ją opuścić. Najpierw ulice, potem drogi między polami, kierunek drogi – Pruszków. Najsłabszych miały podwieźć niemieckie samochody. Po drodze warszawiacy mieli zupełną swobodę, mogli odpoczywać, nawet wracać,  ale z obu stron drogi gęsto rozmieszczono uzbrojonych żołnierzy, którzy pilnowali, by nikt nie uciekł z wyznaczonego szlaku.     

Niestety, w tamtym czasie nie były jeszcze rozpowszechnione różne ręczne wózki na zakupy, ani kółka pod walizki i torby, a więc ludzie musieli taszczyć prymitywnie, z największym wysiłkiem to, co chcieli mieć. Nie wszyscy poznali sposób, jak z uciążliwego w rękach worka zrobić coś w rodzaju plecaka, wystarczy w każdy róg worka włożyć ziemniak i mocno zawiązać z zewnątrz. Do sznurka, który otacza ziemniak, łatwo mocować jakieś paski, by pełniły zadanie  szelek w „plecaku”. Można pomyśleć, że w takiej chwili nieważne są drobiazgi, jednak zapamiętałam kobietę, ubraną we wspaniałe futro do ziemi. To były prześliczne popielice, jak z salonu mody, a kobieta z trudem wlokła po ziemi jakiś tobołek, bo nie miała siły, żeby go unieść. Rozsądny, młody człowiek mógł na całe życie stracić zaufanie do bogactwa jako niezawodnej  rękojmi bezpieczeństwa.

Ktoś mnie nagle zawołał, to był rzeźbiarz, Alfons Karny. Siedział z grupką mężczyzn, wszyscy mieli, takie jak i ja, opaski z Czerwonego Krzyża. Odznaki na ramię dostawali wszyscy, którzy pomagali szpitalom, nie było jednak żadnych legitymacji, mimo to postanowiliśmy udawać, że szukamy naszego szpitala. Panowie kłopotali się, że podejrzanie wygląda grupa samotnych mężczyzn, a ja od znajomego lekarza słyszałam, że wszystkie szpitale z Warszawy ciągną na Opacz, podeszliśmy więc stanowczo do żołnierza z karabinem, pytając, gdzie mamy skręcić do Opacza? On wrzasnął, że nie wolno schodzić z drogi, a ja, że ma odpowiadać na zapytanie, bo my jesteśmy służbowo. Wreszcie, już grzeczniej, zapowiedział przybycie oficera, a nas wystawił za kordon i polecił czekać. Już  nadchodził oficer, gdy z tłumu idących zamachała do nas ręką pani z Saskiej Kępy, znana mi z widzenia. I ona miała opaskę Czerwonego Krzyża, więc zaczęliśmy ją witać jako naszą pielęgniarkę. Za nią biegło jeszcze kilkanaście osób z opaskami, zupełnie nam nieznanych, których  witaliśmy głośno, jako odnalezionych kolegów. Oficer zgodził się na ich przyłączenie, lecz gdy na koniec z tłumu  wyrwała się baba niesłychanej tuszy, Niemiec spytał drwiąco: „To też wasza pielęgniarka?” Zapewniliśmy go, że to kucharka naszego szpitala. Wśród nowych znalazł się lekarz z Sochaczewa i wyjął liczne dokumenty, niestety, nie znał naszego „scenariusza”, że my wszyscy na Opacz i, gdy zaczął mówić coś innego, trzeba było mu wpaść w słowa i podać to co, nas wszystkich ratowało. Była to próba nerwów, bo przecież myśmy widzieli się pierwszy raz, a rozmowa była po niemiecku. Oficer naszą grupę wypuścił i zaczęła się inna przygoda.

 Szłam  przez podwarszawski lasek i była cisza. Lekki wiatr poruszał drzewa, kwitły ziółka, macierzanka, rozchodnik, dzwonki, a ja byłam szczęśliwa. Czy dlatego, że świat wyglądał zwyczajnie, a ja żyłam? Może właśnie dlatego, bo nie miałam nic, ani rodziny, ani domu, ani prawie żadnych rzeczy, nie miałam nawet swojego adresu. Może uczucie całkowitej swobody i braku powiązań z czymkolwiek  daje to poczucie lekkości i szczęścia? A zawsze byłam przekonana, że należę do stworzeń społecznych i towarzyskich.

 Gdy szłam przez pola, widziałam wielu ludzi kopiących okopy, takie były rozkazy władz niemieckich, które widocznie uważały, że jeżeli całą Generalną Gubernię pokryje się rowami, to tym samym będzie wzmocniona pozycja niemieckich wojsk.

Podszedł do mnie jeden z pracujących. „Przerwa obiadowa” – powiedział, odłożył łopatę i usiedliśmy w miłym, trawiastym rowie. Przyszło jeszcze kilkanaście osób i zaczęło mnie wypytywać o powstanie, jak było naprawdę, bo oni znają tylko niemieckie komunikaty.  Nadeszła wiejska kobieta z wielkim koszem. W jednej połowie były talerze i łyżki, w drugiej – gar ze świetną zupą. 

 Jest takie przysłowie: „Kot łowny i chłop mowny nigdy nie zginą”. Ta prawda odnosi się oczywiście i do kobiet, trzeba tylko wiedzieć, w którym rowie usiąść.

* * *

Kilka dni mieszkałam u państwa Olędzkich, którzy mieli wzorcowe gospodarstwo ogrodnicze w Ołtarzewie pod Warszawą. Tamtego roku, z powodu powstania, nie zebrano jesiennych plonów i to, co było niedawno dosłownie warte złota, jako źródło witamin dla dzieci, gniło na krzakach i opadało na ziemię.

 Pani Olędzka przyjmowała wszystkich „włóczęgów” z Warszawy, żeby mogli odpocząć, domyć się, wyprać ubranie i ruszyć w dalszą drogę, zostawiając miejsce następnym. Dostawali też trochę pieniędzy, jeżeli nic nie mieli, ten dom był szeroko otwarty dla potrzebujących. Odczuwali to nawet obcy i tak, gdy całe pierwsze piętro zajmowali niemieccy żołnierze, jeden z nich cały wolny czas przebywał w kuchni pani Olędzkiej. Przynosił wodę, rąbał drewno i pomagał jak mógł, a chociaż jednego zdania po polsku nie rozumiał, mówił, że tak dobrej kobiecie trzeba usłużyć, bo to się jej należy!

 Pierwszy zegarek dostałam od ojca, gdy miałam szesnaście lat. Wyglądał skromnie, ale był z dobrej firmy szwajcarskiej CIMA, bo ojciec nie cenił luksusu, ale też nie uznawał tandety. Zegarek dzielnie przetrzymał moje szkolne lata: grę w siatkówkę, krótką kąpiel w basenie, nawet katastroficznie zakończone zjazdy narciarskie, jednak od kilku miesięcy zachowywał się dziwnie, cały dzień chodził bez błędu, ale gdy zdjęłam go wieczorem z ręki, leżąc na stoliku cykał coraz wolniej, słabiej, aż stawał. Rano, na ręce, budził się i do wieczora był normalny. Zegarmistrz w Warszawie powiedział, że nie widzi w nim żadnej wady.

 Wychodząc po powstaniu z Warszawy, zawinęłam rękę z zegarkiem brudnawym bandażem, bo żandarmi niemieccy bardzo często zdejmowali Polakom z rąk zegarki i chowali do kieszeni!!

W Ołtarzewie, w kuchni, opowiedziałam o dziwactwach małego zegarka, a wtedy niemiecki żołnierz, który dokładał do ognia, oświadczył, że zna się bardzo dobrze na takich maszynkach i chętnie pomoże, ale musiałby mieć zegareczek całą noc u siebie. Oboje  poczuliśmy się bardzo głupio, bowiem każde z nas znało myśli drugiego. Rozmawialiśmy długo, jak dobrze wychowani ludzie i nagle stanęło niewymówione: „Boję się, czy nie ukradniesz mojego zegarka…”.

 Oczywiście zegarek dałam, choć ze strachem, a Niemiec rano wszystko wyjaśnił. To delikatna, precyzyjna maszynka, która wymaga dobrych, lekkich olejów, a ktoś napuścił byle jaki, ciężki i gdy spada choć trochę temperatura, olej zastyga i cieniutkie trybiki nie mogą się poruszać. „Najlepiej nie zdejmować z ręki i nigdzie nie zostawiać!” Jego uśmiech był wymowny.

  Dowiedziałam się, że jeżeli ktoś chciał jechać pewnie pociągiem z Warszawy do jakiegoś miejsca w Generalnej Guberni, musiał mieć odpowiednią przepustkę z niemieckiego urzędu – „Arbajtsamtu”. Taki urząd zaczął działać w podwarszawskiej małej miejscowości. Urzędniczki biegle mówiły po polsku i trzeba było uważać, co się przy nich mówi.

Gdy wyruszyłam po przepustkę, właśnie skończyła się piękna jesień. Ludzie stali w długiej kolejce, na dworze przed okienkiem urzędu padał zimny, październikowy deszcz i ta paskudna pogoda okazała się potem szczęśliwa dla mnie i jeszcze kilku czekających. Jeżeli do okienka podchodzili ludzie młodzi lub wyglądający na sprawnych fizycznie, urzędniczki wręczały im skierowanie na przymusowe roboty w Rzeszy. Chciałam już uciec z kolejki, ale okazało się, że zupełnie młoda kobieta dostała przepustkę na pociąg w Polsce, gdy oświadczyła, że ma pod opieką dwoje swoich małych dzieci. To był sposób! Poprosiłam urzędniczki, żeby na moją przepustkę wpisały pięcioletnią siostrzenicę Annę Lidke. Gdzie była Ania w tym czasie, sama chciałabym wiedzieć, ale nikt nie kazał pokazywać dzieci. Ostatecznie zimny, uporczywy deszcz to nie jest pogoda dla maluchów. Znając dokładność Niemców, prosiłam, aby zapisać datę i miejsce urodzenia oraz imiona rodziców dziewczynki. Nie zatrzymałam mojego odkrycia dla siebie:

– „Ci z państwa, którzy mają dzieci, niech je teraz zgłoszą i zapiszą, żeby razem dostać przepustkę na kolej”.

Kolejka poruszyła się bezgłośnie, ludzie rozumieli od razu. Tylko jedna młoda kobieta wywodziła, że nie ma dziecka. Tłumaczono  jej:

– „Słusznie, nie ma go tutaj, ale ma pani dziecko.”

– „Ja nie mam męża!”

– „Dzieci rodzą się i bez mężów.”  

– „Za kogo pan mnie ma?”

Dyskusja ucichła, ktoś mruknął, że jeżeli to taka idiotka, to niech jedzie do Niemiec.

* * *    

Wygnać z miasta przeszło milion ludzi, decyzja może łatwa, ale wykonanie stwarza trudności. Niemcy nie zastanawiali się, co robić z tymi, którzy byli zdolni do pracy, po prostu wszystkich zabrali do Rzeszy jako niewolników, do bezpłatnej, przymusowej pracy. Chyba najgorsza była robota w fabrykach, pod ścisłym nadzorem, szczególnie w fabrykach amunicji, gdy stale zagrażało bombardowanie aliantów. Ale, gdy pogarszała się sytuacja militarna Niemiec, brutalni nadzorcy wyraźnie łagodnieli, okazując ludzką twarz. Na wsi „u Bałora” wszystko zależało od tego, u jakich ludzi przyszło żyć i pracować. Zdarzało się, że gospodarz bił po twarzy dziewczynę z miasta, że źle doiła krowę, z którą miała pierwszy raz do czynienia, ale w innych domach traktowano Polaków życzliwie jako pomocników w pracy. Czasem nawet dochodziło do przyjaźni.

Matki z dziećmi, kaleki i starcy to była ludność bez wartości, a więc pozwalano im zamieszkać, gdzie chcieli w Generalnej Guberni. Jeżeli nie mieli żadnego punktu oparcia, rozwożono ich po wsiach zobowiązując chłopów, by tych narzuconych gości utrzymywali. W tamtym czasie bardzo różniło się codzienne życie w mieście i na wsi. Wsie nie miały wodociągów i kanalizacji, a często i prądu elektrycznego. Domy były marnie ogrzewane, a co najważniejsze, ludzie nie znali życia w wygodach cywilizacji współczesnej.

* * *

W całym domu ani jednego kranu z wodą, nie marząc już o ciepłej wodzie, zimna ubikacja, do której trzeba było iść przez podwórze, nawet wieczorem, po ciemku, nieogrzewana sypialnia, marna pościel – to dla starych, często chorych ludzi było zabójcze. Trzeba też pamiętać, że ci starcy stracili wszystko i nie mieli żadnej nadziei na powrót dawnego, normalnego życia! Bardzo wielu starych ludzi, wygnanych z Warszawy, umarło na wsiach i tam mają groby.

Dzięki znajomym, młodym inżynierom, mój ojciec dostał pracę w Jędrzejowie, na podstacji elektrycznej, gdzie miał własny, ogrzewany pokoik, a robota polegała na przyłączaniu i odłączaniu większych odbiorców prądu zależnie od przeciążenia sieci. Podoficerowie niemieccy, szefowie, okazywali ojcu względy, gdy dowiedzieli się, ze zdziwieniem, że ten dozorca jest dyplomowanym inżynierem, po studiach w Tuluzie, a oni byli technikami. Życie ojca było ciężkie, stale gotował sobie kluski z marmoladą, ale przynajmniej nikt mu gadaniem nie zatruwał życia.

Ja pojechałam do wsi Białowieża, leżącej między Sędziszowem i Mstyczowem, i tam wpadłam w objęcia dobrze znajomej rodziny Rokickich. Mówili ze wzruszeniem, że stale czekali na kogoś z naszego domu w Warszawie. 

Znałam prawie całą wieś i wszyscy wiedzieli kim jest „panna Zosia”, więc zostałam pośredniczką między gospodarzami a nieszczęsnymi warszawiakami. A jak się okazało, było trochę nieporozumień, maleńkich i poważnych.

Pytano mnie, dlaczego ludzie z miasta pukają do drzwi, zanim wejdą? Po namyśle wspomniałam, że na wsi cała rodzina gromadzi się w jednej izbie, a w mieście jest zwykle parę pokojów. Mój rozmówca zawołał, że rozumie, trzeba pukać, „aby kogoś w jakimś zajściu nie zobaczyć”.

Niezadowolenie wywoływało zachowanie samotnej starszej pani:

– „Dlaczego ona pierze w niedziele? Jak idziemy do kościoła, to ona wywiesza bieliznę do suszenia!”

Przypuszczałam, że ona, jako urzędniczka, przez całe życie miała czas dla siebie tylko w święta. I do tego przywykła tak bardzo, że choć ma wolny cały tydzień, nie zauważa tego. Ta pani zdecydowanie nie umiała  dostosować się do nowego otoczenia. Niemal z płaczem skarżyła na gospodynię, że ona wszystkim domownikom podaje talerze z jedzeniem, a jej mówi:

– „Niech pani sama se weźmie!”

– „Przecież nie mogę brać z cudzych garnków, już wolę nie jeść”.

Sprawa wyglądała poważnie, musiałam rozmawiać z gospodynią, która nie ukrywała złości. „Trzeba prędko wykopać ziemniaki i wszyscy chodzimy do roboty w pole, a baba siedzi w domu i nic mi nie pomoże, żeby chociaż kartofle obrała! A ona czeka i nikomu nic nie poda, nawet sobie nie weźmie, a widzi, jaka jestem zmęczona.”

Przymusowa gościna ludzi z Warszawy na wsiach uwydatniła różnice w codziennym życiu, ale osoby obdarzone żywym umysłem zawsze umieją taką odległość przeskoczyć.

Młoda gospodyni sama przywiozła ze stacji warszawiankę, która skarżyła się na swój los mówiąc, ile w Warszawie straciła. Ludzie w pociągach byli w okropnym stanie. Wyczerpani, głodni, mieli jeszcze na ciele, na ubraniu i włosach pył z rozwalonych pociskami domów, a kilkudniowa jazda w odkrytych wagonach towarowych też zrobiła swoje. Młoda gospodyni opowiadała, że postawiła na stole, co miała dobrego, więc mleko, chleb, masło i wędzoną słoninę. Przygotowała też dużą miskę z ciepłą wodą, mydło i czysty ręcznik, oczekując, że gość z miasta musi się umyć. „A wie panna Zosia, co ona zrobiła? Usiadła do stołu i jadła, nawet twarzy i rąk nie umyła. Mówiła tak ładnie, jak jaka pani, ale to była t a k a  j e d n a   z Warszawy! Prawdziwa pani brudnymi rękami by nie jadła, jak ma wszystko do mycia!”

Mowa tu była o chlebie, którego na ogół nie brakowało na wsi, ale różnie bywało. Niemieccy, okupanci zamknęli młyny i cały plon w ziarnie pszenicy i żyta kazali chłopom oddawać. W zamian dawali kartki na chleb. To nie wystarczało, a także naruszało poczucie prawa do własnego chleba w odwiecznie rolniczym kraju, wyciągano więc stare ręczne żarna i nocami mielono zboże, a na dzień trzeba było żarna dobrze ukryć, by ich nie znaleźli i nie zabrali Niemcy.

              Piękne słowa o trudnym chlebie są w wierszu Wandy Wysznackiej-Aleksandrow „Emaus”:      

        „Weszli do pustej izby. Chleb leżał na stole       

          Z ciemnej mąki, nocami mielonej na żarnach,

          Pachnący znojem żniwnym, dostojny i czarny.

          Siedli. On, milcząc, chleb łamał powoli.

         I poznali Go w łamaniu chleba. „

Był ładny stary zwyczaj, że gościowi przy pożegnaniu dawano chleb na drogę. Płaski bochenek krajano jak tort i kawałek dla gościa miał jeszcze nacięcie poziome, w które wkładało się masło. Jeżeli gość ceremonialnie próbował odmawiać, słyszał poważne: „Chlebem się nie gardzi ” i to był koniec, pozostawało tylko podziękować.

Była „prawdziwa pani”, którą ceniła wieś, pani Parczewska, kierowniczka szkoły podstawowej na Powiślu. Nie chciała bezczynnie korzystać z gościnności, zaczęła więc zbierać dzieci i uczyć je. Rodzice byli zadowoleni, tym bardziej, że wiejska szkoła była zamknięta. Mówiono, że wszystkie dzieci nauczyły się w miesiąc jako tako czytać, ale wtedy nauczycielka poprosiła, by każde dziecko przyniosło określoną, niewielką sumę pieniędzy jako wynagrodzenie za jej pracę. Rodzice byli oburzeni: „Płacić za szkołę, któż to słyszał!?” Ale jednak następnego dnia wszystkie dzieci pieniądze przyniosły, a potem mówiono we wsi, że nigdy dzieci tak wiele nie umiały. Pani nauczycielka uczyła je też, by poprawnie i śmiało mówiły, a także wiedziały, jak się mają zachować. Chłopcy wstawali, gdy wchodził gość, a dziewczynki dygały nóżkami jak eleganckie panienki.

Gdy nauczycielka po kilku miesiącach wracała do Warszawy, rodzice dzieci przynieśli tyle prezentów na drogę, że trzeba było odwieźć wszystko do Sędziszowa. Obdarowana mówiła potem, że w głodnawym mieście cała jej rodzina chwaliła sobie życie!   

Moi gospodarze, Rokiccy, mieli starego konia, który często pasł się na dalekiej łące. Był biały, więc dobrze widzialny na tle ciemnego lasu. Wieczorem, chcąc być pożyteczną, powiedziałam, że sama przyprowadzę konia do stajni. Rokiccy coś protestowali, ale ja już poleciałam. Gdy starałam się wziąć konia za uzdę, nagle tuż przy twarzy zobaczyłam wyszczerzone okropnie wielkie zębiska, zupełnie żółte. Byłam tak przerażona, że nic nie myśląc, z całej siły walnęłam konia pięścią w pysk. Od razu się odwrócił i mogłam go przyprowadzić do domu. Tam mi powiedzieli, że ten koń nie znosi kobiet i każdą na początku straszy, ale krzywdy jej nie robi. Jakoś  mnie uznał i nawet właziłam na jego grzbiet i jeździłam powoli, bo to było stare zwierzę, a ja nie miałam wprawy. Wieś miała zabawę.

* * *

 W czasie wojny nie mogło być amatorskich przedstawień teatralnych na wsiach, bo codzienne zagrożenie życia było zbyt duże, ale w normalnych czasach, przed wojną, w wielu wsiach w tych okolicach chłopi cenili bardzo występy sceniczne. Przedstawiono mi gospodarza, który był najlepszym Bartoszem Głowackim i słuchając go, nie mogłam mieć wątpliwości, że tą rolą zabłysnąłby w zawodowym teatrze! Troską organizatorów była zawsze oczywiście ilość widzów, a bywało, że prawie cała sąsiednia wieś przyjeżdżała. Zawsze oczekiwano na Przełaj, wieś leżącą między lasami: „Jak Przełaj podciągnie, będzie dobrze!”.

Trudno uwierzyć, że prawie w połowie dwudziestego wieku mieliśmy w Polsce wsie, gdzie młodzi ludzie dobrze znali sarny, dziki i jelenie, lecz samochód był dla nich sensacją. O elektryczności w domu nie mieli pojęcia.

Po wojnie, w 1948 roku, zabrałam raz do kina w Kielcach osiemnastoletnią dziewczynę z Przełai. Musiałam ją trzymać za rękę, gdy na ekranie lokomotywa  zbliżała się coraz bardziej.

– „Basiu nie bój się, to tylko cienie i światła na płótnie ekranu!”

– „Ale ludzie są żywi?”

 Swoje  sceniczne zdolności okazał sołtys w dobrej sprawie na zebraniu gospodarzy. Mówił dramatycznie, że wojna trwa i może się wydarzyć, że cała wieś będzie wysiedlona. „Załadują wtedy dzieciaki na wozy, dołożą kury i prosięta i będą szli przy wozach, nie wiadomo dokąd, a krowy będą kroczyć razem, aż dojdą do obcej wsi i usiądą pod płotami. Wyjdą baby i przyniosą mleko dla dzieci i chleb dla dorosłych. A ja wtedy wstanę i zawołam, żeby temu i temu i temu – tu wskazał kilku z obecnych  gospodarzy. – Zawołam, żeby nic nie dawać tym, co żałowali jedzenia dla warszawiaków!”

* * *

Jednego dnia w okolicy i w naszej wsi, Białowieży, zjawiła się kompania niemieckich żołnierzy. Mówiono, że przyjechali z frontu w Besarabii i że mają zadanie dopilnować, by chłopi oddali kontyngenty ziemniaków. Byłam z konieczności tłumaczką, mówiłam, że już nic nie zostało, wszystko oddane, jednak w targach czułam ich obojętność na kontyngenty. Tych żołnierzy przysłano do kieleckich wsi na odpoczynek. Jak wyglądał front, nie mówili, a nikt nie zadaje pytań o walki żołnierzom wrogiej armii. Rozmieszczono ich po dwóch, trzech w chałupach, czasem mieli ćwiczenia, ale dowództwo mało się nimi zajmowało.

Mimo trudności językowych, chłopi prędko zawiązywali znajomości z przybyszami. Była wyraźna różnica w zachowaniu Niemców starszych wiekiem, koło czterdziestki, i młodych, którzy byli zwykle podoficerami. Ci starsi wyraźnie starali się o bliższą znajomość z Polakami, brali dzieci na kolana, przynosili wodę ze studni, pokazywali listy, otrzymane od rodziny i ostrzegali, by nie ufać młodym „Unterofficerom”, bo to źli ludzie i hitlerowcy.

Jeżeli ktoś nie zna tamtych okolic, nie wie co to prawdziwe błoto! Jest tam rola bardzo żyzna, nazywana  rędziną. Od dawnych lat wszystkie wesela są w lecie lub w środku zimy. Opowiadano, jak kiedyś jesienią ozdobiony wóz z młodą parą utknął na drodze w błocie i konie nie mogły go ruszyć, a radę dały dopiero dwa silne woły. Obecnie są tam utwardzone drogi, ale dawniej najpewniej było jechać na koniu, a jeżeli iść piechotą, to w długich butach, bo buty do kostek mogły zostać zatopione w szlamie.

Ciężkie wojskowe pojazdy niemieckie zmieniły i tak trudne do przejazdu drogi okolicy w głębokie, maziaste bajora, dlatego normalnie chodziło się poza domami, gdzie został wydeptane ścieżki. Po zmroku takie chodzenie wymagało dużej uwagi, zwłaszcza, jeżeli ktoś nie znał terenu zbyt dobrze. Gdy do tego jeszcze padał deszcz, to bez powodu nie wychodziło się z domu. Żołnierze niemieccy nudzili się i, żeby jakoś wypełnić czas, zbierali się grupami. W kompanii było dwu Czechów, którzy przychodzili do nas, gdy Niemców nie było i prosili, żeby opowiadać o warszawskim powstaniu.

O walkach nie umieliśmy mówić wojskowym językiem, więc wypytywali o cywilne życie. Byli zdumieni zorganizowanym ruchem podziemnym w walczącym mieście. „Więc jak oni strzelali wzdłuż ulic, wyście chodzili podwórkami do piwnic i znowu na podwórka?” Tak właśnie było. Bardzo wiele trudu wymagało przebijanie przejść pomiędzy piwnicami, ponieważ mury miały znaczną grubość, natomiast architekci dokładnie wyznaczali kształt i wielkość otworów. Przez te przejścia trzeba było wygodnie przenosić nosze z rannymi, a także musiały przechodzić kolumny tragarzy z ciężkimi workami. Silni ludzie bez środków do życia zgłaszali się do tych zadań, aby z magazynów przenosić żywność do innych dzielnic. Dźwigali worki przewieszone przez ramię, mężczyźni po pięćdziesiąt kilogramów, kobiety – dwadzieścia pięć. Część zawartości worka była zapłatą dla dźwigającego, na początku koło dziesięciu procent, a w miarę wzrastającego niebezpieczeństwa drogi, do połowy ciężaru.

Piwnice miały wyraźne oznaczenia, jak należało iść do której ulicy i pod który numer domu, było też oświetlenie elektryczne, a w punktach węzłowych nawet siedziały przy stolikach informatorki.     

Z Czechami mówiliśmy o powstaniu warszawskim, chociaż mieli niemieckie mundury, ale z Niemcami nigdy, bo to mogło być niebezpieczne. Ja udawałam miejscową, wiejską dziewczynę, ale nie zawsze z powodzeniem.

Mieszkali u nas dwaj żołnierze, w izbie, gdzie stały łóżka młodej gospodyni i moje, Niemcy wymościli sobie legowiska obok na podłodze. Podobnie było w innych domach i nigdy nie słyszeliśmy, żeby napastowali erotycznie kobiety. Przestrzegali widocznie surowych zakazów o czystości rasy germańskiej, a może wynikało to z ich kultury i temperamentu?

Jeden z Niemców był z Saksonii, ruchliwy, wygadany i… sentymentalny. Drugi, wielkie chłopisko z Bawarii, nazywał się Höring, to znaczy „śledź”, i to nas bawiło. Mówił, że był kupcem i przed wojną miał sklep, ale nigdy nie znałam kogoś, kto by wolniej mówił. Wieczorem spytał, jak daleko leży Sandomierz, a dopiero na drugi dzień powiedział mi, że tam zatrzymał się front i tak było zawsze.

Jednego wieczoru  przyszło kilku żołnierzy i deklamowali klasyczne, niemieckie wiersze. My z gospodynią łuskałyśmy groch.  Gdy doszli do LORELEI, deklamatorowi urwał się wątek i nikt nie wiedział co dalej. Ponieważ ja zawsze z łatwością uczyłam się wierszy, pół świadomie podrzuciłam im następną zwrotkę, że rybak w małej łódeczce oczarowany śpiewem rusałki, nie uważa na groźne skały. Gdy potem wypytywali mnie, skąd znam niemiecką poezję, bałam się, żeby mi nie przypisali germańskich korzeni, mówiłam więc, że ze szkoły. Höring patrzał dziwnie, ale o nic nie pytał.

Następnego dnia, gdy nie było kolegów, zapytał wprost, dlaczego siedzę na wsi, a nie studiuję w mieście? Jak mu wyjaśniłam, że władze niemieckie zamknęły  wyższe uczelnie, w tego spokojnego człowieka jakby piorun strzelił: – „Niemcy dbają o kulturę! Nigdy szkół nie zamykają. Otwierają nowe szkoły!”

Wyjaśniłam mu więc, jakie programy mają szkoły dla Polaków: uczniowie muszą rozumieć obwieszczenia i opanować podstawy rachunków, a szkoły zawodowe przygotować  powinny kwalifikowanych robotników. Więcej nauki nie wolno dawać! Höring był wstrząśnięty.

Zapamiętałam też inne zebranie wieczorne z Niemcami, które było u sąsiadów w kuchni. Za progiem było ciemno, deszcz i oczywiście – błoto. Kilku młodych niemieckich żołnierzy bardzo się nudziło, nie recytowali wierszy, ani nie grali w karty. Było tam też kilku polskich chłopaków, ale rozmowa nie szła, bo nikt nie znał drugiego języka.

Jeden z żołnierzy miał ze sobą ręczną broń automatyczną i dla zabawy podał go młodemu chłopcu zachęcając, by go oglądał. Chłopiec bezradnie obracał broń w rękach, a potem podał koledze, ten znowu następnemu, aż trafiła do mnie przy ogólnym śmiechu. Pierwszy raz miałam coś takiego w rękach, lecz w szkolnych latach, na zajęciach Przysposobienia Wojskowego Kobiet, uczono nas i strzelać, i czyścić broń wojskową. W wojsku były używane karabiny mauzery i każda z nas musiała rozłożyć takiego mauzera na części i z powrotem złożyć. Nastolatki lubią się bawić, więc z moją przyjaciółką Wandą Wysznacką popisywałyśmy się rozkładaniem broni z zamkniętymi oczami.

 Wtedy w kuchni nie miałam pojęcia, co z tym automatem robić, ale wiedziałam, że to wyrób ludzki dla ludzkich rąk przeznaczony. Niewiele patrząc, położyłam dłoń na broni, wyszukując palcami nacięć, które oznaczają miejsca, które trzeba nacisnąć lub przesunąć. Podziałało ku mojemu i ogólnemu zdziwieniu! Jeszcze kilka ruchów i na kocu leżała automatyczna broń w kawałkach.

Nagle ktoś mocno zapukał w szybę i Niemcom zastygły twarze ze strachu, bo ostatecznie w lasach była partyzantka. Właściciel rozłożonej broni patrzył na mnie jak na żmiję, ale to tylko młody sąsiad dla żartu zapukał w okno. Długo wyjaśniałam, że mój tatuś, myśliwy, od dziecka zapoznawał córeczki z bronią. Właściciel automatu powiedział tylko: „Partyzantfrau”.

Dowódcą  niemieckich żołnierzy we wsi był podoficer i nigdy  nie słyszałam, żeby któryś z jego podwładnych mówił o nim imieniem lub nazwiskiem, zawsze „Unteroffizir”. Chłop był wysoki i bardzo przystojny. Myślę, że uroda, podoficerski stopień i przynależność do partii hitlerowskiej zupełnie przewróciły mu w głowie. To właśnie przed nim ostrzegali Polaków starsi Niemcy.

Ten typ chciał bliższej znajomości ze mną, ale miał we wsi więcej wybranek.

 Spotkaliśmy się kiedyś przypadkowo przy drodze, między domami i wiedziałam, że z każdego okna patrzą na nas zaciekawione oczy. Między nami była odległość kilkunastu kroków i wtedy on wyciągnął rękę i kiwnął na mnie palcem. Byłam do głębi obrażona i jako dziewczyna, i jako Laszka: „Nie będzie Niemiec kiwał na mnie palcem!”

 On głośno wypowiadał swoje pretensje, że nie przyszłam na spotkanie, które sam wyznaczył: „Następnym razem ja nie będę miał czasu!!” Byliśmy w tym samym prawie wieku, ale on mówił jak zarozumiały szczeniak, więc ja mu odpowiadałam coraz bardziej wytwornie, aż nie wytrzymał i to on podszedł blisko, a ja powiedziałam, że on jako Niemiec nie zna polskich zwyczajów towarzyskich. „W Polsce nie kiwa  się na kobietę palcem!” Odtąd młodzi chłopi pytali go czasem, czy widuje się z „Z O S I A”, a on mówił brzydkie słowa.

* * *

Co tydzień lub co dziesięć dni jeździłam do ojca, który osiadł na stałe w Jędrzejowie. Jechałam zawsze ostatnim w rozkładzie pociągiem, ponieważ po pracowitym  dniu niemieccy żandarmi szli już odpocząć i nie łapali młodych  Polaków do Niemiec na roboty.  Jeździłam tylko wtedy, gdy świecił księżyc, bo w ciemności łatwo było wpaść do jakiegoś głębokiego rowu – okopu, jakimi poryte było miasteczko.  

 Gdy była jaka taka pogoda, to dużo czasu  przeznaczałam na odwiedzanie sąsiednich wsi, mogłam tym przysłużyć się moim miłym gospodarzom. Zawsze było coś do zaniesienia, pieniądze, skórę na buty, pisma. Mnie też te wędrówki sprawiały przyjemność, ale nadeszła zima, a ja nie miałam dość ciepłego ubrania, bardzo marzły mi ręce, póki nie zrobiłam wynalazku z kartoflami. Dwa ugotowane w skórkach ziemniaki kładłam gorące do kieszeni palta i gdy je trzymałam w dłoniach, starczało ciepła na parę kilometrów.

W czasie jednej z ostatnich wypraw, weszłam drogą do niedalekiego lasu, a tam był regularny, polski obóz wojskowy. Nie przygodny biwak powstańczy, lecz stabilne miejsce postoju. Kilkanaście wielkich namiotów, kuchnie polowe i wszystko co niezbędne żołnierzom, flaga biało-czerwona na maszcie, aż się  wierzyć nie chciało!

Otoczyli mnie chłopcy w polskich mundurach polowych, pokazywali orzełki na czapkach i oprowadzali po obozie. Czułam się coraz dziwniej, bo o dwa kilometry byli Niemcy, którzy nie mogli tego obozu nie znać. Dobrze wiedziałam jak wygląda konspiracja i czym grozi wykrycie nawet tajnego nauczania, a tutaj wojsko polskie i broń! Musiało być poważne porozumienie…

Parę lat później zrozumiałam, dlaczego oficerowie polityczni Armii Ludowej wściekali się, gdy ktoś z młodzieży zanucił: „My polscy żołnierze od Gór  Świętokrzyskich…” Bo to była piosenka chłopców z tamtego obozu, a nieszczęśliwa Polska miała i z zachodu i ze wschodu potężnych agresywnych sąsiadów.     

Do Warszawy

„Już się ma pod koniec starożytnemu światu” – tak zaczyna się „Irydion” Krasińskiego. Po setkach lat znamy historię, ale czy współcześni też wiedzieli, jaki nadchodzi czas? Najmądrzejsi i najbardziej wrażliwi na pewno czuli kres. W Polsce, pod koniec 1944 roku, wszyscy mieli świadomość końca Trzeciej Rzeszy, chociaż wrogie wojska nie zajęły jeszcze Niemiec. Ale Niemcy cofali się. Byliśmy z ojcem w Jędrzejowie i nasłuchiwaliśmy coraz bliższych strzałów. Jak się okazało, prawie wszyscy warszawiacy, po powstaniu wypędzeni ze swojego miasta i przebywający w Jędrzejowie, zebrali się w dużej sali, chyba szkolnej. Mieli przy sobie cały niewielki dobytek i bali się bardzo, bo dobrze znali, co to są działania wojenne, ale zachowywali spokój.

Inaczej było z miejscowymi. Do sali wpadła pani i wołała z oburzeniem, że znajomy ogrodnik nie chce zaprząc konia do wozu i wywieźć jej brzemiennej córki z miasta. Więc tłumaczyliśmy jej, że ogrodnik ma rację, bo nie czas jeździć po drogach, gdy idzie front. Aż  przekonał ją dziewięcioletni chłopczyk z Warszawy: „Czy pani nie słyszy, że to już nie armaty, ale karabiny maszynowe?” Jako fachowcy od tych spraw, mówiliśmy co można robić: umieścić w piwnicy dobrą pościel, bo nikt nie wie na jak długi pobyt, włożyć mocne, wygodne buty, mieć dużo jedzenia dla dzieci, zabrać co się da cennego, nie oszczędzając, bo może zostać nam tylko to, co mamy ze sobą. Na przykład zamiast łyżek blaszanych wziąć srebrne, a mogą być przydatne nożyczki i przybory do szycia. Książek raczej nikt czytać nie będzie, ale niektórych ludzi uspakaja praca, taka jak robota na drutach.

Te rady okazały się na szczęście zbędne, Niemcy Jędrzejowa nie bronili, zwyczajnie odjechali, a wjechały sowieckie czołgi.

Zło oczekiwane i zdawałoby się zupełnie nieuchronne, właśnie nas omija, wiele razy to widziałam, w ciągu mojego długiego życia. Chociaż oczywiście czają się inne groźne sprawy.

Zanim odeszli Niemcy, miałam swoją chwilę dużej satysfakcji politycznej, gdy do sali wszedł, okutany w potężny kożuch, Ukrainiec odpowiedzialny za wozy-podwody i pytał, co mają robić? Podoficer niemiecki, Austriak, powtarzał mu po niemiecku, jaki jest plan wycofywania wojska z Jędrzejowa, jednak woźnica nic nie rozumiał. Szczególnie nie lubiliśmy Ukraińców w niemieckim wojsku, bo znaliśmy ich paskudne działania w czasie warszawskiego powstania, toteż z przyjemnością słuchałam, jak się męczy ze swoim sprzymierzeńcem, ale wreszcie jedna z pań zawołała,  żebym jednak tłumaczyła, bo podoficer to porządny człowiek. Zaczęłam więc po polsku bardzo wyraźnie: „Słuchaj, uciekacie razem z Niemcami. Czekajcie na Niemców przy piekarni, oni tam do wozów przyjdą. Potem szybko musicie uciekać z Polski, razem z Niemcami!”

Wojska niemieckie cofały się na zachód, za nimi waliła nieprzeliczona armia radziecka. Wszyscy żołnierze powtarzali, że idą na Berlin. I wszystko u nich było jednakowego koloru, szaroburego. Samochody, czołgi i ludzie, jakby osiadł na nich kurz setek, a nawet tysięcy kilometrów dróg.

Podziwialiśmy siłę i odporność tych żołnierzy. Był wtedy niewielki, ale zawsze mróz, a oni układali się do snu w pomieszczeniach bez ogrzewania, pod oknami bez szyb, wprost na podłodze. Dla nas byli życzliwi i wdzięczni za jakąkolwiek pomoc, której niewiele mogliśmy im dać.

Wojska radzieckie parły Niemców na zachód, za nimi, a czasem równo prawie z nimi, ruszyły też na zachód tłumy Polaków, ludzie chcieli wracać jak najprędzej do swoich domów w Wielkopolsce, na Pomorzu i w Warszawie. Ktoś mówił, że za wcześnie, bo jeszcze Kielce nie zdobyte, ale odpowiedź brzmiała:  – „Ja poczekam pod frontem.”

Nikt normalny z cywilów dobrowolnie  nie pcha się  pod strzały, lecz wtedy czas był – jaki był.

Można było iść piechotą lub prosić o podwiezienie żołnierzy. Widziałam kilka czołgów sztywno zapchanych cywilnymi, polskimi pasażerami, a na wystających lufach dział wisiały ponawlekane wiejskie koszyki. Opłatą za przejazd był zawsze jakiś alkohol, a w czasie podróży ludzie okazywali sobie nieraz wiele życzliwości. Polacy wędrujący drogami wyglądali żałośnie, choć nie było między nimi dzieci, starców, ani kalek, gdyż ich nikt nie zabrałby w taką drogę, ale z Warszawy mieszkańcy wyszli na ogół bez zimowych ubrań i niektórzy, zamiast butów, mieli stopy owinięte szmatami i zawiązane sznurkami. Dobrze, że było sucho!  

 My z ojcem byliśmy nieźle przygotowani. Ze skórek króliczych, trochę sztywnych, bo domowej wyprawy, uszyłam futrzane kamizelki i rękawice, a nasza przyjaciółka, Mańcia Rokicka, zrobiła suszone zacierki i zapakowała masło, żebyśmy gdzieś w drodze mogli ugotować zupę. Jej brat, Władek, na pożegnanie powiedział poważnie i serdecznie: „Jeżeli w Warszawie okaże się źle, to przyjeżdżajcie całą rodziną do nas jakoś damy sobie radę”. To wtedy mogło się wydarzyć!

Gdy wyruszaliśmy z ojcem do Warszawy, przyłączył się do nas starszy pan, kolega ojca z elektrowni, inżynier Nacholiński. On, tak jak i my, nie wiedział, czy żyje jego rodzina, z którą musiał rozstać się w Warszawie.

 Z Jędrzejowa do Kielc dojechaliśmy wojskową ciężarówką. Wtedy ustalił się nasz podział ról: ja wypatrywałam żołnierzy i rozpoczynałam miłe znajomości, a wtedy wkraczali starsi panowie i czarowali rosyjskim językiem, gdyż w młodości musieli chodzić do szkół z językiem zaborcy. Jednak w Kielcach skończyły się wszystkie okazje, bowiem front szedł w stronę Częstochowy. Przeczytałam na tablicy, że do Skarżyska jest 44 kilometry i trzeba było to przejść. Szosą szły pochody ludzi, którzy, nie mogąc nocować pod zimowym niebem, wchodzili do pierwszych domów przy drodze, błagając o nocleg, byle pod dachem i między ścianami. Przybysze, gdy się pokładli, zajmowali często całą podłogę w domu. Zawsze to było lepsze niż szosa! Ale nawet najbardziej gościnni gospodarze nie mogli zapewnić jakichś wygód tylu gościom.

Miałam doświadczenie turystyczne i namówiłam towarzyszy, żeby przed wczesnym, zimowym zmrokiem, skręcić w pierwszą lepszą drogę i zejść z głównego szlaku. Szliśmy około jednego kilometra do wsi Zagnańsk i tam wybrałam dom, jak się okazało szczęśliwie! Gospodyni, pani Otylia Białek, nie pozwoliła mi wrócić po moich panów i posłała dziecko z zaproszeniem, mówiąc, że inaczej byłoby niegrzecznie. Posłania były na podłodze, ale miękkie i ciepłe, ja spałam mało, bo gadałyśmy z gospodynią o życiu, szyjąc kożuchy, ponieważ ona nie miała odwagi sama krajać owczej skóry…

Ze zdziwieniem  poznałam wtedy różnicę między Zagnańskiem a wsiami, które znałam w okolicach Mstyczowa i Sędziszowa. Tam w wielu  domach nie było podłóg, tylko klepiska, jak w stodołach, tutaj domownicy chodzili po izbach w wełnianych skarpetach. Pani Otylia zapewniała, że tamte gospodynie są leniwe, nie chce im się tkać i dlatego muszą karmić świnie i pracować w oborach i chlewach, a my mamy warsztaty, więc zwierzęta obrządzają mężczyźni. Nie wypadało mi przypominać, że w tamtych chlewach bywa po kilkanaście świń, a tutaj jedna lub dwie.

Następnego dnia dotarliśmy do Skarżyska, gdzie mieszkał brat ojca. Żywiliśmy się chlebem kolejarskim przysmażanym na margarynie i było dobrze. Po paru dniach stryj umieścił nas w pierwszym pociągu, który szedł do Radomia, co było szczęściem, bo spadł śnieg i bardzo utrudniał chodzenie. Do pociągu wpuszczano ludzi, oczywiście bez biletów, ale z dużymi kawałami drewna, ponieważ w wagonie towarowym leżała na środku metalowa płyta, a na niej piecyk, który dawał trochę ciepła w tej zimowej podróży, gdy przez dziury w ścianach wiało.

Z Radomia nie szły pociągi na Warszawę, toteż najpierw jechaliśmy saniami w wysokim śniegu, a potem napotkaliśmy konwój pustych ciężarówek. Nasz sowiecki kierowca miał dobre serce i do wozu wrzucił dużo słomy, żeby ludzie  nie męczyli się na twardych deskach. Niestety, silnik odmówił pracy, konwój odjechał i zostaliśmy na szosie sami z „naszym” samochodem. Niedaleko stał mały domek, jedyna nadzieja w polu, nocą, w zimie. Prosiłam przez drzwi, żeby nas wpuścili, ale moi panowie nie wierzyli i nie próbowali, i to nas uratowało, gdyż potem powiedziano, że nikt przy zdrowych zmysłach nie otworzy domu nocą, słysząc głosy męskie, ale ich wzruszyła  zagubiona w śniegu kobieta.     

 Ci ludzie byli wspaniali, pan domu pisał książkę przy świecach. Zasiedliśmy do wspólnej kolacji, „nasz Sowiet” miał prawdziwą herbatę, chleb i tuszonkę, to wzbogaciło wojenny jadłospis. Kierowca cieszył się, że siedzi przy stole z Polakami, a stół jest tak ładnie nakryty, jakby nie było wojny! Nieoczekiwanie rozmowa stawała się coraz ciekawsza, można powiedzieć, że intelektualna, ale przecież nie mogliśmy wiedzieć, kim był ten Sowiet. Zawsze będę pamiętać ten nieprawdopodobny wieczór!

Radzieckie wojskowe ciężarówki były przy końcu wojny jedynymi szybkimi pojazdami, ale wymagały sprawności od chętnych pasażerów. To były wielkie wozy i ludzie stojący na drodze przeciętnie sięgali głowami ich zamkniętych klap, a kierowcom, młodym żołnierzom, nawet na myśl nie przychodziło, żeby otwierać samochód, bo ktoś jest niezdara. Pamiętajmy, że kobiety nie nosiły w tym czasie spodni, a spódnice  raczej utrudniają i wspinaczkę, i skoki. „Na przystanku” kierowca zawsze stawał za wozem, gotów do pomocy, miałam więc opracowaną metodę szybkiej i łatwej ewakuacji, której nauczyli mnie żołnierze. Należało wyciągnąć przed siebie ręce i skoczyć jak najbliżej żołnierza, a on chwytał w powietrzu kobietę, przyciągał do siebie i swoim ciałem osłabiał siłę spadania. To było zupełnie bezpieczne, nawet na śliskich, rozmokłych drogach.  

* * *

Naszego miłego Sowieta zostawiliśmy koło Garwolina i ruszyliśmy pieszo dalej, do Warszawy. Gdy szliśmy nocą od ronda Waszyngtona, ulicą Francuską, nie było oczywiście latarni, a chmury zasłaniały księżyc, ale śnieg dawał szarą poświatę. Idąc, wypatrywaliśmy, nad którym domem widać jasne plamy, bo to znaczyło, że jest dach, a na nim śnieg, jeżeli nad domem była ciemność, to w miejscu dachu musiała być czarna dziura.

 Nasz dom jakoś stał. Okna nie miały szyb, więc od wilgoci dębowe parkiety podniosły się do góry jak skórki owoców, na prawie metr wysoko. Pod nimi było tylko powietrze, jednak te wyniesione posadzki utrzymywały chodzących ludzi!

Dom  był pusty, ale z najwyższym szczęściem zobaczyliśmy odręczną kartkę, napisaną w pośpiechu przez siostrę, Barbarę, że są zdrowe i mieszkają na Grochowie. Po krótkim odpoczynku, poszliśmy powrotną drogą na Grochów, gdzie w zupełnie możliwym mieszkaniu zastaliśmy matkę, dwie siostry i pięcioletnią siostrzenicę. Stary inżynier Nacholiński poszedł następnego dnia, przez zamarzniętą Wisłę, szukać rodziny, którą na szczęście znalazł w zdrowiu.

* * *

Zaczął się twardy czas dla powracających mieszkańców Warszawy. Trzeba było zniszczone mieszkania uzdatnić, a czasem znaleźć inne i to w środku zimy, gdy ulice zawalone były gruzami. Był to okres nieustannych, wielokilometrowych wędrówek.

 Praga nie została tak bardzo zniszczona, jak lewobrzeżna część miasta. Wcześniej weszła tu Armia Czerwona i praskie domy, choć ostrzeliwane zza Wisły, nie mogły być metodycznie palone i wysadzane w powietrze przez pirotechników niemieckich.

Warto wspomnieć o powstaniu na Pradze, bowiem wielu ludzi sądzi, że nic się na prawym brzegu Wisły nie działo. Powstanie było, jak w całej Warszawie przygotowane, plany bojowe gotowe, a broni na jednego żołnierza przypadało więcej niż w zachodniej części miasta. Nie powiodły się pierwsze próby opanowania mostów, straty w ludziach były duże, okazało się, że nasz wywiad wojskowy nie wiedział o przegrupowaniu niemieckich wojsk. Na ogół sądzono, że armia niemiecka wycofuje się przez Polskę, a morale jej żołnierzy mocno nadszarpnął front wschodni. Z przerażeniem stwierdzono, że pusty dotąd park Paderewskiego zajmują bardzo liczne i świetnie uzbrojone oddziały, tak zwane „Hermann Göring” od nazwiska ich „patrona”. Konspiracyjny dowódca wojskowy, pułkownik Antoni Żurowski, pseudonim „Andrzej”, oceniając stosunek sił między tym doborowym wojskiem a młodymi polskimi powstańcami, wydał rozkaz zaprzestania walk. Później byli krytycy tego rozkazu, mówiono, że trzeba było nawet ginąć, ale z honorem. Pułkownik przyznawał, że to była dla niego bardzo trudna decyzja, jednak gdyby jej nie podjął, to miałby na sumieniu drugą rzeź Pragi.

 Na Pradze ulokowały się początkowo urzędy i zamieszkało wielu ludzi. Nie było żadnego mostu, wszystkie wysadzili Niemcy, jednak na szczęście trzymał mróz i można było chodzić przez Wisłę. Na białej tafli biegły ścieżki, skierowane do różnych uliczek Powiśla. Najpierw zagłębiały się w śniegu, ale gdy nadchodziła wiosna, udeptane szlaki wysoko sterczały nad poziom lodu.

Nie istniała komunikacja i wysiłek chodzenia wydawał się często ponad siły. Elektrownia Warszawska  prądu nie dawała, ale duże zakłady pracy, rozsiane po Pradze, wytwarzały własną energię elektryczną, z której korzystała okolica. Ojciec, długoletni pracownik elektrowni, właśnie w nadzorze sieci, od razu zgłosił się jako doradca i konsultant, więc co dzień obchodził wszystkie zakłady, a to było dobre kilkanaście kilometrów. Ojciec był inwalidą i chodzenie sprawiało mu ból.

Mieliśmy w rodzinie drugi przykład, do czego jest zdolny słaby człowiek. Teściowa mojej siostry, Ewy, zawieruszyła się w Polsce. Ewa znalazła ją i sprowadziła do domu, ale ostatni etap musiały przejść piechotą. Szły więc od Włoch do Warszawy, potem przez całe miasto z zachodu na wschód, aż na Grochów. To była starsza kobieta, która przez wszystkie lata  wojny nie wychodziła poza swój dom i ogródek, ale szła bez słowa narzekania. Gdy doszła na miejsce i zdjęła buty, całe stopy miała we krwi. Pokonała ostatniego dnia drogi kilkanaście kilometrów.

 W tamtym czasie nikt nie zwracał uwagi na szyldy, choćby najbardziej efektowne, ani na metalowe tabliczki z nazwiskami, bo one należały do minionego czasu, do prehistorii Warszawy, ważne były tylko kartki, odręcznie napisane, bowiem na nich były wiadomości najważniejsze, aktualne. Przede wszystkim były więc adresy ludzi, ale także zawiadomienia, że tu można zjeść ciepłe, świeże jedzenie lub można coś kupić.

 Niektórzy twierdzili, że stu lat będzie potrzeba na odbudowę miasta, po tak olbrzymich zniszczeniach. Życie pokazało, jak bardzo się mylili. Warszawę można było porównać do wielkiego mrowiska, które zrujnowano w sposób przemyślany i podły, aby przestało istnieć, ale nieprzeliczona ilość drobnych istot, nie chcąc zmienić swojego miejsca, rzuciła się do pracy, żeby stworzyć sobie znośne warunki życia, a nawet odbudować dawne kształty.

 Socjologów zainteresował komunikat, że przez wiele miesięcy w liczonej już na tysiące ludności Warszawy nie było samobójstw, ani nawet prób samobójczych, co wydawało się zjawiskiem niespotykanym. Wytłumaczenie było chyba jedno, a mianowicie, że ludzie, którzy do tego zrujnowanego miasta wrócili, nie byli zwyczajnym, miejskim społeczeństwem. Mieli za sobą piekło powstania i ciężką drogę powrotną, gdy mijali groby, a czasem niepogrzebane trupy. Wtedy powstaje w człowieku jakaś ochronna skorupa, która pozwala mu przeżyć najokrutniejszą wiadomość o stracie bliskich, a także stwierdzenie, że nic nie posiada, że wszystko, co miał, zostało spalone lub zawalone gruzami. Samobójstwa zaczęły się w Warszawie po roku, w okresie Świąt Bożego Narodzenia.

Wreszcie wystawiono pierwszy most, wysokowodny, drewniany, ale ja ani razu nim nie przeszłam.

 Na przedwiośniu 1945 roku, niedługo po wyzwoleniu Warszawy, musiałam mieć operację wyrostka. Operował świetny chirurg, ordynator szpitala doktor Wejroch, a szpital ulokowano w Instytucie Weterynaryjnym przy ulicy Grochowskiej. Jak w nim było, nie będę opisywać, wystarczy przypomnieć sobie jakiś film, w którym fachowi lekarze i pielęgniarki, skąpo wyposażeni w medykamenty, zakładają szpital w  dżungli lub jakiejś ruinie.

 Po operacji zaczęłam czuć bardzo mocne bóle w brzuchu, ale byłam opanowana i nie krzyczałam, bo to był okres „bohaterskiej wojennej młodości”. Gdy wreszcie któryś z chirurgów obejrzał ranę, okazało się, że to paskudne zapalenie otrzewnej. Jakoś wyżyłam, choć nie śniło się wtedy o antybiotykach.

Potem bóle same minęły i miałam najlepsze samopoczucie w moim życiu. Zupełna kontrola nad myślami i żadnych sygnałów ciała, ani bólu, ani niewygody, nic. Osądziłam, że taka śmierć mi się podoba, byle mi nikt nie przeszkadzał, aż pomyślałam, jak bardzo zmartwią się rodzice, gdy jutro dowiedzą się, że nie mają już córki i tylko dla nich postanowiłam usilnie nie odchodzić. To był okres Wielkiejnocy i do szpitala, z bliskiego zakonu, przyszło kilkunastu księży pallotynów, żeby spowiadać chorych. Przyszedł też zaprzyjaźniony ksiądz Młyńczak, z którym uczyliśmy się malarstwa u Adama Rychtarskiego. Przyniósł dużo wiadomości i od tej rozmowy zaczęłam myśleć inaczej, już nie tylko o chorobach, śmierci i ruinach.     

Profesor Rychtarski ocalał i nie musiał znosić poniewierki, która dręczyła ludzi wypędzonych z Warszawy, poniewierki, która dla wielu starych ludzi  skończyła się tragicznie. Jedna z uczennic zdołała zabrać profesora do swego domu na wsi.

Warszawa to były ruiny. Ksiądz Młyńczak opowiedział, że gdy raz szedł ulicą między gruzami walić się zaczęła kilkupiętrowa ściana wypalonego domu. Instynkt kazał mu biec, a gdy znalazł się w miejscu względnie bezpiecznym, pomyślał o służbie kapłana i modlił się za ginących, dając rozgrzeszenie „in articulo mortis”.

Wyruszył również do mieszkania profesora Rychtarskiego na ulicę Lwowską, a była to duża wyprawa z Pragi. Pracownię malarską zastał rozwaloną, obrazy profesora i uczniów porozrzucane, część wywleczona poza pracownię. Ksiądz wybrał obrazy mistrza i załadował na swój rower, wiążąc sznurkami.

Rower tak obciążony prowadził jak zwierzę juczne, wąwozami rozbitych ulic, do jedynego mostu. Ale pod mostem kłębił się wielki tłum ludzi, którzy też chcieli przejść na  Pragę. Ktoś zawołał: „Przepuście księdza, świętości wywozi!”. I ksiądz Młyńczak prowadził swój rower z obrazami wśród głosów: „Róbcie miejsce, ksiądz świętości ratuje!” Prowadzący rower bał  się, żeby nie pękły sznurki, trzymające jego bagaż. A było tam dużo portretów, trochę martwych natur i może jakieś akty kobiece. Te obrazy pokazano później na pięknej wystawie Adama Rychtarskiego.

Ksiądz Młyńczak mówił, że w najbliższym czasie wybiera się do Krakowa, wraz z grupą palotynów, bo w tym niezniszczonym mieście już ruszają wyższe uczelnie. W czasie naszej długiej rozmowy, parę razy w drzwiach stawała pielęgniarka, z tacką pełną lekarstw, lecz cofała się, widząc księdza przy łóżku, aż pacjentka – sąsiadka nie wytrzymała: „Siostro, to żadna spowiedź! Oni cały czas mówią o malarstwie!”

Najważniejsza była możliwość poruszania się po mieście, więc oczyszczano z gruzów ulice, a na niektórych sięgały one pierwszego piętra. Rozwalone ruiny cuchnęły, wszędzie był to ten sam odrażający odór. Nikt nie wyjaśniał oficjalnie przyczyny, woleliśmy o tym nie mówić, ale wszyscy byli pewni, że to gnicie organicznych szczątków.

Było wiele ścian po wypalonych domach, które mogły być atrapami budowli z koszmarnego snu. Czasem zachował się ocalały kawałeczek mieszkania, jakiś kąt z pianinem wysoko na piętrze albo wiszący w pustce piec .

Czesław Miłosz napisał wstrząsający wiersz, który wielokrotnie przepisywano; 

„…

    I wiatr, gdy struny drutów pękły, martwe drzwi otwiera,

    Na których klamce dotąd pozostał niezmyty

    Ślad ręki przepadłego bez wieści bohatera,

    I toczy po pokoju dziewczyny zabitej

    Sczesany z włosów puch.

 …

    Grajku wędrowny, komu ty tam grasz,

    Tam są schody bez domu i piętra bez żywych.

    – Tobie gram, najpiękniejsze z urojonych miast

     I najsmutniejsze z prawdziwych.”                           

    Czas płynął, ludzie podejmowali normalną pracę zawodową, poświęcając równocześnie bardzo dużo czasu i sił na odbudowę i własnych domów, i miejsc służących ogółowi. Mało mówiono o pieniądzach, czasem wystarczała stołówka i jakiś kąt do mieszkania.

    Wojsko pomogło zbudować most pontonowy. Jak ma być umieszczony, poproszono o wskazówki rodzeństwo, Marię i Juliusza Saganowskich, których całe życie upłynęło na przystaniach. Oni umieli najlepiej przewidzieć, co może zrobić rzeka, jak popłynie nurt Wisły w różnych porach roku i jakie mogą być nieoczekiwane wydarzenia z wielką falą.

    Nieprędko uruchomiono publiczną komunikację w Warszawie. Entuzjazm wywołał pierwszy tramwaj, a motorniczy był witany jak zdobywca medalu olimpijskiego. Jakaś kobieta podbiegła i głaskała ściankę tramwajową: „Kochany, żebyś się nam prędko okocił!” Jakoś nikt nie patrzył na nią jak na wariatkę.

    Komunikację w Warszawie zapewniały prywatne ciężarówki, które miały stałe miejsca postoju, a także własnych już pasażerów. Kierowcy głośno zachęcali chętnych i wołali: „Jeszcze dwie damy i odjeżdżamy.”

     Ciężarówki miały drewniane ławki z boków i od strony kierowcy, reszta pasażerów tłoczyła się po środku, na stojący, chwytając równowagę, jak mogła.

Dwaj panowie rozmawiali:

– „Ta kobieta zupełnie nie umie się zachować.”

– „A co robi?”

– „Rozsiada się  na ławce, chociaż widzi, że ja ciągle szturcham głową o plandekę!”

– „A jak powinna się zachować?”

– „Normalnie, jak każda dobrze wychowana pani. Powinna wstać, ustąpić mi miejsca i usiąść na moich kolanach”.

Zofia Czerwosz w Parku Skaryszewskim, 1942 rok. Fot. z pryw. arch.
Dziecięca widownia i aktorzy Teatru Lalek, prowadzonego przez Zofię Czerwosz na Saskiej Kępie w czasie okupacji. Fot. z pryw. arch.
Mali widzowie teatrzyku kukiełkowego, czas okupacji. Fot z pryw. arch.
Kukiełka króla arabskiego wykonana przez Zofię Czerwosz podczas okupacji, wykorzystywana podczas szopki bożonarodzeniowej. Fot. z pryw. arch.
Zofia Czerwosz. Fot. z pryw. arch.

Powiązane hasła

”None