menu

Damaszko Stanisława – Gehenna

Damaszko Stanisława – Gehenna

Stanisława  Damaszko, siostra zakonna Zgromadzenia Habitowego Sługi Jezusa z placówki przy ul. Kanonia 8 została wygnana ze stolicy z pod koniec sierpnia 1944 roku wraz z ludnością Starego Miasta. Miała wówczas 50 lat. Z obozu przejściowego w Pruszkowie trafiła do KL Gross-Rosen, a następnie do KL Ravensbrück, gdzie żyła przez kilka miesięcy, znosząc koszmarne warunki bytowe oraz niewolniczą pracę. W lutym 1945 roku wraz z grupą 41 sióstr została zwolniona z obozu. Swoje wspomnienia spisała w 1978 roku. Prezentujemy fragment świadectwa Stanisławy Damaszko wydanego w publikacji „Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944” [Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992, T.2, s.185-191]. Zachowujemy zgodność tekstu z oryginałem.

W trzecim tygodniu Powstania, około godziny szóstej, usłyszeliśmy coraz natarczywsze głosy. Niemcy kazali nam się wynosić z piwnic: „Raus!” Idziemy. Brama zawalona gruzami. Wyprowadzają więc nas przez okna na gruzy, na stosy trupów. Idziemy przez gmach PKO, mijamy niegdyś wspaniale urządzony dom profesorów, obecnie spalony. Idziemy drogą kalwaryjską, z sercem pełnym trwogi i bólu. Idziemy niepewni, złamani. Przeszło dwie godziny stoimy na placu koszar zamkowych [Położonych u stóp skarpy zamkowej od strony Wisły – przyp. red.]. Wreszcie ruszamy przez Powiśle, Bednarską, przez Krakowskie Przedmieście, Królewską, plac Żelaznej Bramy na Wolę.

Dowlekliśmy się do Dworca Zachodniego. Szły z nami małe dzieci z zakładu sióstr szarytek, szły siostry zakonne, obarczone ponad siły w tłomoki pełne żywności dla sierot, szły kobiety brzemienne i matki z dziećmi na ręku, szli zdrowi i chorzy, mężczyźni i kobiety, ojcowie jezuici, ojcowie kapucyni – szła cała Starówka. Godzinę odpoczywaliśmy przy kościele Św. Stanisława na Woli. Siostry szarytki i pielęgniarki z pobliskiego szpitala przynosiły nam wodę, kawę i herbatę. Zmęczenie wśród nieopisanego upału było wprost niemożliwe. Około godziny dziewiątej rozdali nam Niemcy trochę zupy, potem załadowali do pociągu, który nas  zawiózł nas do Pruszkowa.

Tu umieścili nas w warsztatach kolejowych. Oto jeden szczegół z pobytu w obozie w Pruszkowie: razem z nami przyjechali księża, a wśród nich był ojciec Bonawentura Kwiatkowski, kapucyn. Uchodząc wziął ze sobą puszkę z Najświętszym Sakramentem z kościoła ojców kapucynów. Na drugi dzień po przyjeździe, a była to niedziela, Ojciec wszedł salę, gdzie były zebrane kobiety. Oznajmił nam, że ma świętą Hostię i kto chce, może przystąpić do Komunii Świętej. Był to nasz wiatyk na drogę do Niemiec.

Z Pruszkowa w pociągach bydlęcych, szczelnie zamkniętych, załadowanych, załadowanych ludźmi, jedziemy w nieznane. Na stacjach polskich mężczyźni wyglądali górnymi okienkami i błagali o wodę. Ludzie dostarczali nam wody, chleba i pomidorów. To wszystko było sprawiedliwie rozdzielone w stłoczonej gromadzie. Tak minął dzień i koszmarna noc. Ranek nie przyniósł żadnej poprawy losu.  Około godziny szesnastej przyjeżdżamy do Gross-Rosen. Cudna, górska okolica. Idziemy spory kawałek, dochodzimy do kamieniołomów. Brama i dziedziniec oczarowują nas. Wszystko pięknie urządzone. Obsługują nas Polacy, którzy wcześniej przybyli do obozu. Są mili, serdeczni, niemal czuli. Na drugi dzień jedziemy dalej. Usłużni Niemcy zabierają nasze tobołki na ciężarowe auta, a my piechotą idziemy kilka kilometrów do stacji. Rzeczy swoich nie oglądaliśmy więcej. Dojeżdżamy do Fürstenbergu. Od kolei idziemy znowu kilkanaście kilometrów do Ravensbrück, do obozu koncentracyjnego dla kobiet. I znowu wejście do obozu czarujące. Wchodzimy za bramę i serce nam się ściska. Jesteśmy za murami, za drutami naładowanymi elektrycznością. Jesteśmy pilnowane, a więc nie na wolności, ale w więzieniu.

Przyjechałyśmy późnym wieczorem, stłoczono nas w namiocie. Ułożyłyśmy się,  a raczej przykucnęłyśmy, śmiertelnie zmęczone, na piachu pełnym pcheł. Noc chłodna, ciężka, męcząca. Rano pobudka. Wstawanie.  Na śniadanie czarna kawa bez mleka, cukru, kawałek chleba. W południe zupa z brukwi. Wieczorem znów kawa, bez mleka, cukru i chleba. Kobiety grupami idą do kąpieli i już do nas nie wracają. Dowiadujemy się, że w łaźni odbierają wszystko, kto jeszcze co ma. Gehenna. „Wykąpane” pod natryskiem prawie zimnej wody, wytarte ściereczką o wielkości 40×40 cm, dostajemy koszulę i pasiak więzienny z pokrzywy, względnie suknię naznaczoną na plecach dużym krzyżem, namalowanym olejną farbą. Ponieważ grupa składała się z tysiąca pięciuset kobiet, do kąpieli szło pięćdziesiąt kobiet naraz. Reszta czekała na podwórku. Wreszcie prowadzą nas do baraków, tak zwanych bloków. Każdy blok ma numer i przeznaczenie: dla Żydów, dla „królików” doświadczalnych, dla więźniarek zwyczajnych . W pokojach były łóżka-prycze trzypiętrowe. Na łóżkach jako sienniki były worki napełnione trocinami. Po sypialni nie można było chodzić w butach, więc można sobie wyobrazić ciasnotę na korytarzu, który musiał pomieścić tysiąc pięćset kobiet, a do tego w porze obiadowej z miską zupy w ręce. Na łóżkach obozowych był jeden koc, i to cienki; spało się we dwie na takiej pryczy. A noce były koszmarne.

Rano o czwartej pobudka, szybko jemy śniadanie, od piątej do ósmej apel. Stoimy trzy godziny boso, bez chustki na głowie; jak okiem sięgnąć, długie szeregi liczące 32 tysiące więźniarek. Mróz dochodził do trzydziestu pięciu stopni.  Blokowe były ubrane w kożuchy, ciepłe czapki i rękawice, a my? Bez pończoch, w koszulach i pasiakach. Stoimy i modlimy się. Na myśl przychodzą bliscy znajomi, każdy dzień ofiarujemy za kogo innego. Przez cały czas pobytu w lagrze, w ciągu pół roku, przestałam na apelu około 750 godzin. Bywały dnie, że trzeba było stać pół dnia, szczególnie w niedzielę. Zawsze znalazła się ważna przyczyna, to któraś uciekła z obozu, to wykryto nieporządek, to z kuchni wyniesiono większą ilość – dziesięć ziemniaków. Stoicie za karę. Od godziny ósmej praca. Zdrowsze więźniarki były przydzielane według wyboru blokowych do poszczególnych prac, na przykład do kuchni, pralni, szwalni itp.; starsze i słabe wracały na blok do lżejszych prac. […]

6 września 1944 roku dostałam numer obozowy 65057. W obozie tysiące kobiet umierało, tysiące wywożono z transportem do fabryk, do odgruzowania Berlina, a na ich miejsce przybywały nowe ofiary i dostawały dalsze kolejne numery obozowe. […]

Powiązane hasła

”None