menu

Dąmbrowski Jan – rozmowa

Dąmbrowski Jan – rozmowa

Jan Dąmbrowski, ur. w 1933 roku, mieszkał wraz z mamą, Janiną Dąmbrowską, na warszawskim Mokotowie przy ul. Wiktorskiej. Jako, że w czasie okupacji należał do Zawiszackiej Drużyny Harcerskiej, podczas Powstania Warszawskiego jako harcerz brał udział w konspiracyjnej działalności – z narażeniem życia roznosił prasę powstańczą oraz ulotki. Do obozu Dulag 121 trafił wraz z matką 28 września po kapitulacji Mokotowa. Uniknąwszy selekcji samodzielnie dołączyli do grupy więźniów przeznaczonych do transportu na tereny Generalnego Gubernatorstwa, a 9 października zostali wysłani do Skarżyska-Kamiennej. Prezentujemy Państwu fragment rozmowy przeprowadzonej z Panem Janem Dąmbrowskim w Muzeum Dulag 121 w 2014 roku.

Wypędzono nas z domu na Mokotowie przy ul. Wiktorskiej i pognano  pieszo na wyścigi konne – tam nocowaliśmy w pustych stajniach, niestety nie było słomy. Na drugi dzień rano podjechały wysokie odkryte wagony bydlęce, węglarki. Wsiedliśmy do nich i dojechaliśmy właśnie do Pruszkowa. Tu nas od razu zapędzono do ogromnej hali. To chyba była ta główna hala. Tych wejść do niej było osiem. Do takiej hali, wydaje się, że cały Mokotów wszedł. To było tysiące ludzi.

Był taki moment na Mokotowie, kiedy ludzie już mieli dosyć, nie mogli wytrzymać. Było bardzo dużo rannych, nie było co jeść ani co pić. Władze wojskowe pozwoliły tym ludziom opuścić domy, które zajmowali, skorzystano z oferty niemieckiej umożliwiającej wyjście z miasta. I te osoby wyszły, to znaczy, zostały skierowane tu, do obozu. Podano nam komunikat, że pięć tysięcy osób opuściło naszą dzielnicę. Widziałem tych ludzi z tobołami, z pościelą nawet. Wychodzili do Niemców, a ci ograbiali ich z kosztowności, z pierścionków, z kolczyków, z zegarków. To byli ludzie, którzy decydowali się na grabież totalną, bo nic ich nie chroniło. Dopiero podpisanie kapitulacji 26 września uchroniło nas wszystkich. Była ona zawarta przez głównodowodzącego wtedy von dem Bacha z naszym dowódcą Mokotowa i w związku z tym można było mieć nadzieję, że Niemcy postąpią z nami humanitarnie, bo ze strony niemieckiej było dużo mowy na ten temat.

Dowieźli nas do obozu wieczorem, wszyscy zajęli te wielkie przestrzenie. Nie było na czym spać, nie było łóżek, nic. Wzdłuż tych wjazdów dla pociągów, były kanały techniczne. Tam powinny się odbywać ich reperacje. Te kanały przedstawiały okropny widok. Przede wszystkim tam nie tyle walizki leżały, ile bandaże. „Śmietnik” to byłby dobry wyraz. Śmiecie najróżniejsze, elementy odzieży zakrwawione. To się wszystko ruszało, tam były szczury. Coś strasznego. Tysiące ludzi niemytych, pozbawionych wszystkiego. Tam nie było żadnego naczynia, nie było łyżki, widelca. To były rzeczy na wagę złota, dlatego że często ludzie nie brali z sobą tego.

Na drugi dzień rozdzielano rodziny, wyłapywano poszczególnych ludzi. Po selekcji trafiali do innych, wydzielonych pomieszczeń, wspólnych, stamtąd byli kierowani w różne strony. Jednych kierowano do Niemiec na roboty, drugich do obozów koncentracyjnych, a trzecich do Generalnej Guberni. Tych ostatnich wywożono jak najdalej od Warszawy i rozpuszczano. Mogli robić, co chcieli, tylko nie mogli się zbliżać do Warszawy na odległość mniejszą niż 50 kilometrów. Na tym polegała sztuka, żeby trafić do właściwego rozdziału swojego przeznaczenia, a nie pojechać do obozu. Ponieważ moja mama miała 40 lat, ale wyglądała na 30, dobrze się trzymała, a ja byłem bardzo podrośnięty, sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. W grupie naszych sąsiadów, z którymi szliśmy i potem nas odwieziono do Pruszkowa, była młoda kobieta, której mąż zginął w Katyniu. Ale ona jeszcze o tym nie wiedziała, czekała na jego przyjazd. On był filozofem i z wojskiem miał tylko tyle wspólnego, że jako filozof dostał stopień podporucznika, bez przeszkolenia, i się stawił w 1939 roku na pobór. Trafił do Katynia, gdzie go zamordowano. Ta kobieta była z mamą staruszką. Myśmy się do tej mamusi przyczepili i ją za rękę trzymali, prawą i lewą. Stanowiliśmy taką grupę niby starszych osób. Ja się nie odważyłem wyjść na ten plac, na którym następowała selekcja, choć jako harcerz cały czas działający w Powstaniu byłem już wszędzie. Kiedy ludzie wychodzili na tę selekcję, musieli wyjść przez plac i przed każdą z tych bram stali Niemcy z psami i rozrywali rodziny. Jak szedł ojciec i mama, to ojca w prawo, mamę w lewo, córka ewentualnie z mamą albo jeszcze inaczej. Mama, jak była starsza, to jeszcze gdzie indziej, córka młoda jeszcze w inne miejsce. Proszę sobie wyobrazić, jaki tam był krzyk, co się tam działo, jak się ludzie trzymali, żeby się nie dać rozerwać. Niemcy puszczali wtedy na nich psy, które ich gryzły, a oni bili pejczami. Ja to wszystko widziałem, bo się podczołgałem do wyjścia. Wyobrażałem sobie już swoją mamę, którą by odrywali ode mnie, tak jak matkę tej sąsiadki, rezerwistki, i wyobrażałem sobie, co nastąpi potem. Będziemy rozdzieleni, cudów nie ma.

Co kilka metrów stali żołnierze niemieccy, którzy byli w łachmanach. To byli ci żołnierze, którzy dostali się do naszej niewoli i na ulicach Mokotowa odgarniali gruzy, gdy Niemcy bomby rzucali i gdy dom się zawalił. Wtedy powstańcy ich brali, dawali łopaty do ręki i musieli dróżkę robić, odgarniać. Tak całe dnie pracowali. Oczywiście oni wiedzieli, kto chodzi. Tacy jak ja harcerze bez przerwy się gdzieś przemieszczali. Czułem, że taki Niemiec może mnie teraz rozpoznać, a jak by mnie poznał, to nic by nie musiał mówić, tylko palcem pokazał. Wtedy takiego chłopaka od razu bili, odciągali na bok i od razu trafiał do obozu w Oświęcimiu. Wtedy zdecydowałem za moją mamę i za wszystkich. Widzi pani, dwunastoletni chłopak mógł decydować o życiu starszych ludzi. Powiedziałem, że nie wyjdziemy w ogóle na tę selekcję. Zrobiliśmy tak – była szafa narzędziowa, która służyła niektórym do spania. Myśmy się na tę szafę nie mogli wdrapać, żeby spać na niej. Spaliliśmy na desce, którą wyciągnąłem z kanału. Tylko skobel był w środku. Podważałem go swoim nożem myśliwskim. Miałem go zawsze przy sobie. Nawet ten nóż złamałem, ale niestety nie dało się tego skobla odkręcić. Jakoś się przyczepiłem do tej deski, że pół wisząc, pół leżąc, ratowałem się od tej podłogi, bo ona aż się ruszała. Strasznie była brudna. Tak tę noc przebyliśmy. Kiedy na drugi dzień od rana była ta selekcja i ten cały obóz powolutku wychodził – to trwało cały dzień –powiedziałem twardo: „Wykluczone, nie wyjdziemy, bo nas rozdzielą”. Wtedy unieśliśmy tę szafę narzędziową, która leżała. Ja ją trzymałem, a moja mama i te dwie panie wczołgały się pod nią. Tę deskę, na której spałem, na sztorc postawiłem i też się wsunąłem do środka. Myśmy tam siedzieli do zmroku. Słyszeliśmy te krzyki straszne, które dobiegały nas, to szczekanie psów. Jednego się tylko bałem, żeby nie puścili psów, bo te by nas natychmiast wywęszyły, ale wtedy opuściłbym kij i psy by nas nie pogryzły, boby nie wlazły. Tak mi się wtedy wydawało. Ale Niemcy nie puścili psów, bo wiedzieli, że tam jest syf, malaria, te zwierzęta zaraz by zachorowały i zdechły. Przyszła godzina, nie pamiętam która, 19.00 chyba, kiedy oni już zakończyli tę działalność i już nikogo nie było. Leżąc tam, przez szparę obserwowałem, czy już wszyscy wyszli. Przez te drzwi otwarte widziałem, że jest pustka, nie ma żywego ducha, wszyscy poszli, ostatnie krzyki ucichły. Leżeliśmy jeszcze do zmroku. Kiedy Niemcy zniknęli, myśmy jeszcze leżeli pod tą skrzynią. Jak już się ściemniło, była taka szarówka, jeszcze nie noc, za chwilę miało być ciemno, wyszliśmy, trzymając się za ręce i wyszliśmy prosto, przez tę bramę, tam gdzie była ta selekcja. Nie było już nikogo, żadnego psa, bo to już było po selekcji, ale naprzeciwko tej bramy, w takiej odległości, powiedzmy, 20 metrów, stał rozkraczony Niemiec z bronią. Myśmy prosto na tego Niemca szli, nie uciekając, tylko wychodząc, a Niemiec udał, że nas nie widzi, patrzył się prosto. Myśmy szli prosto na niego i przed nim skręciliśmy do następnych obiektów. Każdy z nich był otoczony drutem kolczastym, takimi zaporami kolczastymi. Brama też była zrobiona z drutów kolczastych. Podchodzimy do jednej, a tam krzyczą ludzie, którzy za tymi drutami są: „Idźcie dalej! Nas wywiozą do Niemiec!”. To byli mężczyźni. Dobra, to my idziemy dalej. Patrzymy, kobiety, „Idźcie dalej! My już mamy swoje przeznaczenie!”. To my idziemy dalej i na samym końcu doszliśmy do takiej hali, patrzymy, starsze kobiety, dzieci takie malutkie i oni krzyczą: „Wejdźcie do nas!”. Wtedy my, w tym naszym pochodzie, obeszliśmy to wszystko, doszliśmy do tej bramy i Niemiec, co stał przy niej, otworzył nam ją i weszliśmy. Zrobiliśmy sobie własną selekcję, byliśmy cali. Teraz chodziło o to, żeby trafić na właściwy transport, żeby wyjechać z tego obozu. Spania nie było żadnego, teren był ogromny. Wydaje mi się, że spaliśmy w tym domu na betonowych schodach. Na klatkach pełno było ludzi i pamiętam, że była kamienna fontanna i ja się próbowałem w tę fontannę wcisnąć. Udało nam się, czekaliśmy na transport. Znaleźliśmy w wielkiej zbiorowości ludzi, którzy zostali wypędzeni ze swoich siedzib, nie mieli najpotrzebniejszych sprzętów, żeby chociaż zjeść, coś strasznego. Ale tym, co mnie tak zaszokowało, że chcieliśmy stamtąd uciekać, była latryna. Zrobili dla wszystkich taki ustęp, to było coś potwornego. Jak ja to zobaczyłem, to przerażenie mnie ogarnęło i w ogóle tam nawet nie wszedłem. Deskami zrobiono takie zagrodzenie, w środku był rów. Siedziało się na żerdzi. W męskim sami mężczyźni na takiej jednej desce, kantówce, nie było nic do przytrzymania się, a pod nimi dół kloaczny i totalny fetor. Człowiek siedział nad tym szambem. Niektórzy się kiwali, tak jakby mieli zamiar tam wpaść do środka. Za jednym zamachem wchodziło, powiedzmy, 20 mężczyzn i podobnie było z kobietami, bo podszedłem tam z mamą, ona tam, a ja z daleka patrzę. To po tych wszystkich przeżyciach dobiło mnie całkowicie i załatwić się tam nie byłem w stanie, tylko zrobiłem w nocy gdzieś tam na placu, jak nikt mnie nie widział. Tam po prostu obrzydzenie było straszne, potworne.

Druga sprawa to rozwożone pożywienie, składające się z jakiejś zupy brukwiowej, którą nabierano warząchwią i lano po rękach. Chwała Bogu, myśmy mieli menażkę i łyżkę. Miałem też nóż. Można powiedzieć, że byliśmy wyposażeni i jakoś sobie z tym radziliśmy, ale byli ludzie, którzy tego nie mieli, więc żeby coś zjeść, to nawet but podstawiali. Wlewali tą warząchwią gdzie się dało, choćby do kapelusza, żeby tylko. Warunki były przerażające. Spaliśmy jak psy na podłogach i na deskach jakichś, czekaliśmy na transport.

Podjeżdżały wagony dla tych, co mieli być wywiezieni na teren Generalnej Guberni, ale to były wagony bydlęce, zamykane i my baliśmy się do takich wagonów wsiąść. Czekaliśmy, aż przyjedzie wagon taki normalny, pulmanowski, dla ludzi. Po kilku dniach doczekaliśmy się takiego właśnie wagonu. W jednym przedziale, który jest dla ośmiu osób, jechało, powiedzmy, piętnaście. Jechaliśmy na stojąco, trzymaliśmy się półek, bagaży to w zasadzie nikt nie miał, tylko ten najdrobniejszy bagaż, jakaś maleńka walizeczka czy koc, takie rzeczy. Wtedy nas wywieziono do Skarżyska-Kamiennej, tak się chyba ta miejscowość nazywała. Tam nas rozpuszczono. Pociąg się zatrzymał w polu i mieliśmy dojść do chat chłopskich. Rolnicy byli powiadomieni wcześniej, że przyjdzie taki transport. Po raz pierwszy od tego długiego czasu wyspaliśmy się na miękkiej słomie, ale moja mama powiedziała, że musimy rano wstać, o 5.00, i szybko uciekać stąd, dlatego że zobaczyliśmy tych kałmuków, którzy porywali młode kobiety. Jeżdżąc bryczką w tym tłumie, podjeżdżali, porywali kobietę i dalej jechali. Ta osoba już ginęła  przez nich zabrana. Mama powiedziała, że w takich warunkach ona nie zostanie nawet pół dnia.

Rano o 5.00 pojechaliśmy w stronę Żyrardowa, bo tam chcieliśmy wysiąść. Żyrardów był stacją, gdzie warszawiacy mogli przebywać, ale kiedy pociąg wjechał na stację, patrzę, a cały dworzec otoczony jest przez „budy”, czyli samochody do łapanek. Wiedziałem, że znowu będzie selekcja i tacy jak my, co uniknęliśmy selekcji w obozie, teraz będziemy jej poddani, bo Niemcy sobie zdawali sprawę, że wiele osób do obozu nie dotarło, bo mogło po drodze gdzieś się schować. W związku z tym powiedziałem mamie: „Nie wysiadamy”. Mama: „Bilety mamy tylko do Żyrardowa”. Ja: „Dobra, ale jedziemy dalej”. Potem nastąpiła rewizja, Niemcy przeszli przez cały pociąg. Myśmy z mamą siedzieli, zostali też jacyś państwo ze staruszką. Zachowywaliśmy się tak, jak byśmy jechali tędy codziennie, nawet nie zwróciliśmy na nich uwagi, udaliśmy, że w ogóle nie widzimy tych Niemców, którzy przychodzili i patrzyli na wszystko. Do nas nie podeszli. Niemcy szukali po prostu mężczyzn, nikogo nie znaleźli i wysiedli, pociąg pojechał dalej, do Milanówka.

Do Milanówka nam nie wolno było pojechać, ale pojechaliśmy i tam moja mama weszła do pierwszego lepszego sklepiku spożywczego, żeby coś kupić do jedzenia, bo od dawna nie jedliśmy, byliśmy głodni. Mama zapytała tę panią, co sprzedawała, czy ona by mogła nas przenocować, a ta kobieta mówi: „Wie pani, że ja mam na zapleczu łóżko żelazne, ale tylko jedno”. Mama na to: „To z synkiem przenocujemy”. I przenocowaliśmy. Ponieważ mama powiedziała, że będzie jej pomagać w handlu, będzie sprzątać sklep itd., zostaliśmy tam na cały tydzień, dochodząc do siebie po tych przeżyciach. Wybrałem się w Milanówku na drugi dworzec kolejki EKD i tam zobaczyłem nieprzebrany tłum ludzi, którzy szukali swoich krewnych i znajomych lub możliwości wysłania kartki, listu. Zobaczyłem, że znaczki pocztowe są, ale kartek nie ma. Ci ludzie krążyli i nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. Poszedłem do mamy, powiedziałem, żeby mi dała pieniądze na znaczki pocztowe, a tą kierowniczkę sklepu poprosiłem, żeby mi pożyczyła dwa arkusze papieru pakowego. Ona mi dała, ja z tego wyciąłem kartki wielkości kartki pocztowej, nalepiłem na nie znaczek, zrobiłem odpowiednie kreseczki piórem i z taką paczką kartek wróciłem na dworzec i sprzedawałem te kartki. Znaczek kosztował 20 groszy, a za kartkę brałem złotówkę, w związku z tym 80 groszy było na utrzymanie. Zarabiałem przez te dziesięć dni pieniądze, żebyśmy mogli w sklepie u tej pani móc kupić to i owo do jedzenia,  żeby przeżyć.

Jak już nabraliśmy sił, pieszo ruszyliśmy do Żyrardowa. Szliśmy cały dzień lasem, wzdłuż torów, które widzieliśmy z daleka. Nie jechaliśmy żadnym pociągiem ani nie szliśmy drogą. W Żyrardowie poszliśmy do szpitala, gdzie pracowała znajoma mojej mamy. Zostałem przebadany, umyliśmy się po raz pierwszy od tak długiego czasu, ale pani powiedziała w szpitalu, że nie może nas przetrzymać nawet na noc. Musieliśmy pójść, zdobyć kartkę do ludzi, którzy by nas przenocowali. Codziennie nocowaliśmy gdzie indziej. Jedzenie otrzymywaliśmy. Była bożnica żydowska, jeszcze wtedy niezburzona, ale już bez Żydów, i tam na środkowym ołtarzu, gdzie odbywają się modły, podjeżdżał wózek z kotłem i ten stojący warząchwią wlewał nam zupę, pamiętam, brukwiową. Tej brukwiowej zupy też już nie mogłem jeść. Mieszkaliśmy za każdym razem u kogoś innego, ale w końcu trafiliśmy do dobrych ludzi, państwa Mlonków. Do dzisiejszego dnia pamiętam, jak się nazywali. Mieszkali w zawilgoconym, starym, drewnianym domu, dali nam swoje łóżko małżeńskie do spania, myśmy się po raz pierwszy wyspali normalnie, jak ludzie. Mogliśmy się umyć i w ogóle. Mieszkaliśmy u tych państwa chyba dwa tygodnie. Później dostaliśmy się do majątku księżnej Mokronoskiej, 6 kilometrów od Sochaczewa, która organizowała ludzi do pracy na roli. Moja mama w jakiś sposób była polecona, więc nie musieliśmy tam pracować, ale ja uważałem, że nie będę darmo jadł chleba, i zostałem furmanem. Przez cały czas, jak tam byliśmy, do momentu wyzwolenia przez ruskich Warszawy, jeździłem w tym majątku wozem zaprzężonym w dwa konie, ze wszystkim dobrem, jakie tam było.

A kiedy państwo wrócili do Warszawy?

W lutym 1945 roku. Zastaliśmy Warszawę spaloną, zniszczoną, zburzoną, mieszkanie okradzione, ale było. Pod nami mieszkanie było spalone, ograbione całkowicie, jedyna rzecz, jaka mi została, to zdjęcie i obraz na ścianie, którego nikt nie chciał wziąć. Tak to wszystko było zabrane. To nam wystarczyło do szczęścia.

Powiązane hasła

”None