menu

Eljaszewicz Jan –  Wspomnienia

Eljaszewicz Jan –  Wspomnienia

Jan Eljaszewicz, ur. w 1941 roku w Warszawie, podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkał z rodzicami na Górnym Mokotowie. Wygnany wraz z rodziną z domu, został przewieziony do obozu Dulag 121, skąd skierowano go do szpitala w Grodzisku Mazowieckim. Pan Jan, obecnie mieszkaniec Pruszkowa, angażował się w zachowanie pamięci o wygnanych warszawiakach: jest autorem pierwszej koncepcji przestrzennej pomnika „Tędy przeszła Warszawa”, wybudowanego na terenie byłego obozu Dulag 121 oraz książki „Moje wczoraj”, w której opowiedział m.in. o powstańczych i popowstańczych losach swojej rodziny. Historia wojenna Jana Eliaszewicza została opisana w publikowanym przez nas artykule Tomasza Kuźmicza „Cenna puszka po konserwie”, który ukazał się na łamach Kuriera Południowego (nr 342) w 2010 roku.

Jan Eljaszewicz z rodzicami. Fot. z pryw. arch.

Rodzina pana Eljaszewicza mieszkała w czasie okupacji w budynku nr 7/9 przy ulicy Przemysłowej w Warszawie. Tam też spędzili cały okres Powstania. Po upadku Górnego Mokotowa Niemcy, podobnie jak to czynili w innych częściach stolicy, wyrzucali wszystkich na zewnątrz. Niestety, w przypadku Przemysłowej 7/9 nie obyło się bez brutalnych mordów. Na ludzi zgromadzonych między skrzydłami budynku posypały się rzucane z dachów granaty. „Trudno to sobie wyobrazić – mówi pan Jan. – Ludzie tracili ręce, nogi, wokół leżały porozrywane ciała. Nas uratowało jedynie to, że byliśmy blisko siatki zamykającej z czwartej strony podwórko, ale i tak mama została trafiona odłamkiem w ramię. Kiedy wszystko się uspokoiło, zebrano nas na placu, uformowano kolumnę i poprowadzono przez Pola Mokotowskie w stronę Dworca Zachodniego. Stamtąd, upchani kolbami w bydlęcych wagonach, zostaliśmy przewiezieni do Pruszkowa, do przejściowego obozu Dulag 121. Trafiliśmy do hali nr 6. Już z daleka czuć było potężny fetor ludzkich odchodów. Niezależnie jednak od tego ludzie byli i tak przerażeni, bo nie wiedzieli, co działo się z ich rodzinami i jaka przyszłość czeka ich samych. Były to tragiczne sytuacje. Jeszcze na Przemysłowej mama widziała, jak kobieta ciągnęła swego jedenastoletniego syna z wyrwanymi jelitami. Chłopiec prosił: „Mamo, zostaw mnie, bo jak mnie ciągniesz, to wszystko boli, a ja i tak już nie będę żył.”

W hali nie było gdzie usiąść. Panował tłok. Na posadzce leżały odchody. – Mama siedziała z podkurczonymi nogami – mówi pan Eljaszewicz. – Trzymała mnie na rękach. Tak spędziliśmy pierwszą noc, nie otrzymawszy ani jedzenia, ani picia. A byliśmy spragnieni i głodni. Przez sześć tygodni Powstania nasza racja żywności składała się tylko z tego, co ojciec otrzymał jako uczestnik walk – z 200 gramów razowego chleba i pół litra czarnej kawy, a musiało to starczyć dla całej trójki. Czasem też ojciec z narażeniem życia, mając przerwy w służbie, przynosił, czołgając się, kubeł wody z Wisły. Ta woda służyła nie tylko nam, ale i innym dzieciom, które musiały ją pić, żeby przeżyć. U mnie wywołało to krwawą dyzenterię i do Dulagu trafiłem chory.

Dopiero następnego dnia około południa rozeszła się wieść, że będzie wydawany posiłek, trzeba jednak było posiadać jakieś naczynie. – Niestety, pierwszego posiłku nie dostaliśmy, bo nie mieliśmy w co go wziąć, przecież wypędzono nas tak jak staliśmy, nie mieliśmy nic – opowiada pan Jan. – Potem (na drugi dzień), kiedy kolejny transport odesłano do innego obozu, po kimś została puszka po konserwie. Znalazł ją nasz sąsiad. Był z żoną i córką i oni pierwsi chodzili, żeby coś zjeść, a po nich my.”

Trzeciego dnia pobytu w obozie mama pana Eljaszewicza dowiedziała się, że na terenie hali jest komisja lekarska, która dokonuje selekcji i decyduje, czy ktoś może być wywieziony do Rzeszy. „Jak tylko dowiedzieliśmy się, że mamy szanse na dostanie się na komisję i ustalono już konkretną godzinę jej posiedzenia, zrezygnowaliśmy ze swego miejsca w hali – mówi pan Jan. – Ośmiu lekarzy zgodziło się na wysłanie nas do szpitala w Grodzisku Mazowieckim, a jeden nie. Wywiązała się dyskusja. W tym momencie pielęgniarka z Polskiego Czerwonego Krzyża zasugerowała, żeby przejść na tę stronę, gdzie gromadzili się wszyscy, którzy uzyskali skierowanie. Posłuchaliśmy i razem z tą grupą znaleźliśmy się już w innej hali, być może nr 2. Był tam szpitalik i punkt opatrunkowy. Można było usiąść wygodnie, oczywiście na betonie, ale bardziej chorzy mieli nawet koce.”

Następnego dnia około godziny 12.00 podstawiono furmanki i zapakowano do nich wszystkich skierowanych do szpitala w Grodzisku Mazowieckim. „Co chwila były kontrole, ale nigdzie nie dokonywano rejestracji, nic nie spisywano – opowiada Eljaszewicz. – Furmankami dotarliśmy do stacji WKD, gdzie wsiedliśmy do kolejki i ruszyliśmy do Grodziska. Tam nas rozładowano i przepędzono do szpitala (to właśnie tam po raz pierwszy opatrzono mamie ramię). Później, jak już było nieco więcej swobody, a Niemcy nie kontrolowali tak dokładnie, pojechaliśmy do ciotki w Milanówku. Jednak ze względu na warszawską kenkartę – a wiadomo: warszawiak był dla Niemców bandytą – musieliśmy się wciąż ukrywać, bo ci, którzy wpadli, byli często rozstrzeliwani.”

Do Milanówka dotarł także ojciec pana Jana i cała rodzina przebywała tam aż do końca wojny.

Powiązane hasła

”None