menu

Gawłowska Izabella – Pamiętnik z okresu II wojny światowej

Gawłowska Izabella – Pamiętnik z okresu II wojny światowej

Izabella Gawłowska z d. Preiss, urodzona w 1931 roku, przed wojną, wraz z rodzicami – Apolonią i Marianem Preiss – mieszkała w Pruszkowie. 1 września Państwo Gawłowscy z córką przeprowadzili się do Zielonki. Tam też zastał ich wybuch Powstania Warszawskiego. 3 września rodzina została wypędzona z domu – pognano ich pieszo w stronę warszawskiej Pragi, przewieziono samochodem ciężarowym do Dworca Zachodniego, a następnie pociągiem towarowym do obozu Dulag 121. Marian Preiss był kolejarzem, pracownikiem pruszkowskiego Zakładu Napraw Taboru Kolejowego, dzięki czemu rodzina nie została rozdzielona podczas selekcji. Po dwóch dniach spędzonych w obozie, zostali wywiezieni w kierunku Wrocławia, a następnie dalej, w głąb III Rzeszy. Rodzina została rozdzielona – Apolonia Gawłowska z córką trafiły do obozu Gemeinschaftslager – Falkensee – Agneshot, a Marian Gawłowski na przymusowe roboty do Berlina, gdzie zmarł 2 marca 1945 roku na zapalenie płuc. Apolonia Gawłowska z córką doczekały wyzwolenia, a po wojnie wróciły do ojczyzny. Izabella Gawłowska przekazała wspomnienia Muzeum Dulag 121 w 2016 roku.

Swoją opowieść zacznę od momentu, kiedy miałam 8 lat. Moje wczesne dzieciństwo przez wybuchem wojny było spokojne i radosne, byłam jedynaczką, „oczkiem w głowie moich rodziców”. Wraz z rodzicami mieszkam w Pruszkowie pod Warszawą. Tatuś mój pracował, po ukończeniu szkoły Konarskiego [szkoła mieszcząca przy ul. Okopowej 55 w Warszawie – przy. red.], dobrze znanej warszawiakom, w Zakładzie Napraw Taboru Kolejowego w Pruszkowie. Moja mama zajmowała się domem i moim wychowaniem. Życie toczyło się spokojnie, chociaż pamiętam – mówiło się o wybuchu wojny. Niemcy Hitlerowskie stanowiły zagrożenie dla Europy. Dokładnie nie rozumiałam wtedy, jakże to może być straszne i tragiczne dla ludzi.

Rodzice moi byli rodowitymi warszawiakami. Pamiętam, jak mój tatuś marzył, żeby zamieszkać we własnym domku, z dala od zgiełku. W Łodzi mieszkały jego dwie kuzynki, które chętnie przystąpiły do propozycji od mojego Taty, żeby razem, wspólnymi siłami pobudować się w Zielonce pod Warszawą. Został w 1938 roku zakupiony plac – 1200 m2. Zaczęto gromadzić artykuły budowlane. Architekt sporządził plac domku. Koszty były bardzo duże. Tatuś wynajął małe mieszkanko w Zielonce. Pierwszego września rano, o godzinie 5:30 czy 6:00, został odstawiony duży ciężarowy samochód. Cały nasz dobytek, meble itd., został załadowany i już mieliśmy wyruszać, kiedy na niebie zjawiły się samoloty i zaczęła się bitwa, a więc wybuchła wojna. Jak Polska przewidywała, tak się stało. Moich rodziców ogarnęło przerażenie – co robić? Mój Tatuś nalegał, żeby mimo wszystko wyjechać z Pruszkowa i udać się do Zielonki. Tak też się stało, wyruszyliśmy. Ja z moją mama siedziałyśmy między meblami na odkrytej platformie, a Tatuś w szoferce z kierowcą. Mimo trwania walk powietrznych, jechaliśmy. Na szosie, która z Marek prowadziła do Zielonki, ogromne zagrożenie stanowiła wielka przestrzeń. Wkrótce, pojawiły się na drodze nasze wojska, uzbrojone oddziały na koniach, które były ostrzeliwane przez samoloty niemieckie. Tuż przed naszym samochodem zrzucili bombę, na szczęście nic nam się nie stało. Późnym popołudniem jakoś szczęśliwie dojechaliśmy do Zielonki. Można powiedzieć – opaczność Boża nas strzegła.

Tak więc wojna się zaczęła. Wojska niemieckie wkroczyły do Polski. Nikt się nie spodziewał, że tak szybko znajdziemy się w Hitlerowskich łapach, chociaż jeszcze w wielu krajach trwały walki. Niemcy byli doskonale uzbrojeni. Nasz kraj był łatwą zdobyczą, nie mieliśmy takiego zaplecza zbrojnego. Zaczęła się straszliwa okupacja, zaczęły się łapanki. Wszyscy mężczyźni musieli uciekać, kryć się, ponieważ wojska niemieckie robiły łapanki i osadzali w więzieniach lub wywozili do lasów i rozstrzeliwali. […] Tatuś mój też się ukrywał. Wojska hitlerowskie w latach czterdziestych stacjonowały w Rembertowie, to było blisko Zielonki. Zaczynał się bardzo ciężki okres dla Polaków.

W roku 1940 była straszna zima, śniegu spadło po kolana. Znajomi mojego taty, którzy  w 1939 roku wybudowali dom w Zielonce, zaproponowali nam, żebyśmy w nim zamieszkali. Za dopilnowanie nie musieliśmy nic płacić. Rodzice moi wyrazili zgodę. Był to rok 1940/1941 – straszna zima, mróz 30 stopni. Tatuś mój jeździł do pracy do Pruszkowa, tylko przyjeżdżał do Zielonki w niedziele. W tygodniu nocował u mojej babci w Warszawie. W Zielonce warunki w mieszkaniu, które z moja mamą zajmowałyśmy, były nie do przyjęcia – w tym, świeżo wybudowanym, domu szron osadzał się na ścianach. Mój tata był słabego zdrowia, chorował. Pewnej nocy moja mama dostała krwotoku, miała wielkie bóle w dole brzucha. Nie zapomnę tej nocy – śnieg po kolana, siarczysty mróz. Do sąsiadów było do przejścia około 300 metrów, godzina była pierwsza w nocy. Zdołałam jakoś pokonać tę odległość. Prosiłam sąsiadów o pomoc. Na drugi dzień raniutko sąsiedzi zorganizowali furmankę i zawieźli mamę do szpitala kolejowego na Pragę. Był to ostatni dzwonek, gdyby nie było tej pomocy, mama moja wykrwawiłaby się na śmierć. Ja trafiłam do mojej babci Antoniny, która mieszkała przy ulicy Elektoralnej. Po powrocie mamy ze szpitala powróciłyśmy do Zielonki, gdzie w międzyczasie mój tatuś wynalazł nowe mieszkanie w ładnym domku, który był w ogrodzie.

Rok 1941 –  był niedostatek, po prostu groził nam głód, nie było co jeść. Ludzie zajmowali się handlem. Pamiętam, jak moja mama kupowała u ogrodnika świeżą cebulę, wiązała w pęczki, a ja sprzedawałam je na ulicy w Zielonce. Oczywiście szybko ją sprzedawałam, bo ludzie nie mieli co jeść. Pewien znajomy mojego taty poradził, żeby moi rodzice zaczęli robić kaszankę i sprzedawać do sklepów. W tym okresie dużo ludzi miało swoje małe sklepiki. Tak też się stało. Rodzice przystąpili do produkcji. Pamiętam, że było w domu duża drewniana balia, w której robiono farsz. Na Pradze była rzeźnia. W tej rzeźni kupowało się krew bydlęcą i flaki do napychania. Na kuchni kaflowej stał ogromny gar, a raczej sagan, którym gotowało się kaszanki. Rodzice jeździli do Tłuszcza, czy Mławy po kaszę, słoninę i mięso. Była wielka radość, w domu zrobić te kaszanki i sprzedać. Moja mama wynajdywała prywatne sklepiki, do których dostarczała tę kiszkę kaszaną. Tak poprawiły się nam warunki bytowe.

Pamiętam też, jak pewnego razu mama z tatą przywieźli ze wsi żywego, pięknego, dużego koguta i dorodnego, dużego, białego gęsiora. Były to żywe ozdoby naszego podwórka. Gęsior był bardzo bojowy, obce osoby, które pojawiały się na podwórku atakował. Wydawało nam się, że wojna już się kończy. Nastał rok 1943/1944, a, niestety, okupacja dalej trwała i wciąż odbywały się łapanki ludzi, wywożenie do obozów koncentracyjnych i obozów pracy, […] w obozie w Oświęcimiu dalej jeszcze dymiły kominy. […]

Pierwszego sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie – zbrojne powstanie przeciwko okupantowi, które trwało 63 dni. My, mieszkający wtedy w Zielonce, nie wiedzieliśmy od razu o tym. Dziwiło nas tylko, że ciągle nad lasem w kierunku Warszawy unosiła się ognista łuna, słychać było huki, rozrywających się pocisków i bomb, które samoloty niemieckie zrzucały na Warszawę. Front wojsk radzieckich zbliżał się ku Wiśle. Pamiętam, jak Niemcy jeszcze próbowali walczyć i bronić się. W nocy trzeciego września, w dzień moich imienin, wpadli do naszego domu i kazali nam wziąć mały bagaż i opuścić mieszkanie. Tak się stało. Mówili nam, że idą Rosjanie i nas będą mordować. Z dwoma małymi tobołkami, pędzili nas z tej Zielonki, przez Marki pieszo na Pragę, tam załadowali na odkryte samochody ciężarowe i zawieźli na Dworzec Zachodni. Elektrycznym pociągiem przywieziono nas do Pruszkowa, wysadzono na bocznicę i tam rozdzielano – osobno mężczyzn, osobno kobiety i kobiety z dziećmi. Dziwiło nas, że rodzin kolejarzy nie rozdzielali. Tak więc, moi rodzice i ja zostaliśmy razem. Nocowaliśmy dwie noce w hali.

Moment przybycia wypędzonych warszawiaków do obozu Dulag 121. Fot. z arch. Muzeum Warszawy

Drugiego dnia wieczorem załadowano nas w bydlęce wagony i pociąg ruszył. Była noc. Szparami w drzwiach podglądaliśmy, gdzie nas wiozą. Pociąg jechał na zachód. Zatrzymaliśmy się na dużym dworcu, okazało się, że to był Wrocław, ale napisy na tablicach widniały „Breslau”. We Wrocławiu spędziliśmy trzy noce, a następnie, znów pociągiem z bydlęcymi wagonami, ruszyliśmy dalej na zachód.Po około 24 godzinach dotarliśmy do miejscowości, oczywiście już w Niemczech, która nazywała się Falkensee, dwadzieścia kilka kilometrów od Berlina. Tu znajdował się obóz pracy, dla ludzi różniej narodowości. W tym obozie przebywaliśmy 8 miesięcy, aż do wkroczenia wojsk radzieckich piątego maja 1945 roku.W baraku w którym mieszkaliśmy, były pokoje, w których stały łóżka piętrowe. Było takich łóżek w naszym pokoju sześć. Mieszkało nas trzy rodziny. Każdego ranka podstawiono ciężarowe samochody i kobiety były zawożone do rolników na roboty, a mężczyźni do Berlina do fabryk i odgruzowywania miasta.

Był to już marzec 1945 roku, wtedy to Berlin był już bardzo bombardowany. Pamiętam, że o  godzinie 20:00 przelatywały samoloty angielskie nad Berlinem, o godzinie 23:00 – amerykańskie, a o godzinie 4:00 zjawiały się samoloty radzieckie. Anglicy, Amerykanie i Rosjanie zrzucali nad nasz obóz ulotki, w różnych językach. Bardzo wszyscy baliśmy się tych przelatujących samolotów, żeby jakaś bomba nie spadła na nasz teren. Obawy były uzasadnione, bo w odległości jednego kilometra znajdowała się duża fabryka czołgów i części, które się tam produkowało. Była zamaskowana i tworzyła jakby zielone wzniesienie. Anglicy, Amerykanie i Rosjanie wiedzieli o tym obiekcie. Niemcy jak przegrywali wojnę, sami próbowali ją zniszczyć, ale nie zdążyli. Tak więc fabryka pozostała.

Pamiętam, jak w przeddzień wyzwolenia Lagerführer , „kobieta” naszego obozu o nazwie Gemeinschaftslager – Falkensee – Agneshot (pow. Osthavelland) oraz służby więzienne, opuszczały obóz. Na ich oczach więźniowie rozbijali barak z żywnością. Kiedy Niemcy przegrywali wojnę, do jedzenia dostawaliśmy 3 razy dziennie zupę z brukwi. Kiedy wojsko radzieckie i polskie wyzwoliło obóz, rozdawało ludziom artykuły żywnościowe. Pamiętam, jak żołnierze radzieccy przynieśli nam jedzenie: wędliny, słodycze, chleb, ziemniaki. Kobiety na ułożonych cegłach na dziedzińcu gotowały zupy. Ludzie chorowali, bo nie byli przygotowani na takie pożywienie.

Po wyzwoleniu, w trzecim dniu, wszyscy ludzie z naszego obozu zaczęli opuszczać teren. Każdy jeszcze próbował coś zabrać z okolicznych domów. Były w tym miasteczku zabudowania willowe, były takie drewniane wózeczki na czterech kółkach i każdy coś tam zdobywał i ładował na ten wózeczek. Ja z mamą też miałyśmy taki drewniany wózeczek. Cała karawana wyruszyła w kierunku Berlina, który płonął. Jednego dnia przeszliśmy około 50 km, a płomienie i łuna były ciągle widoczne. Zatrzymaliśmy się na noc w jakieś wsi, w opuszczonej stodole, zmęczeni pokładaliśmy się na kocach na słomie. Nad ranem, o czwartej godzinie, obudziły nas strzały i wielki ruch na drodze. Okazało się, że partyzantka niemiecka napadła na stacjonujące wojsko polskie w okolicznym lesie. Wszyscy zaczęli uciekać z tej stodoły w której nocowaliśmy, pozostawiając na drodze nasze tobołki z odzieżą i osobistymi rzeczami. Uciekałyśmy z mamą szosą która wiodła przez las, można powiedzieć, bose i nagie. Doszłyśmy do małego miasteczka, tam przenocowaliśmy. Wszyscy rano wróciliśmy na to miejsce, gdzie zostały porzucone nasze rzeczy – oczywiście, co bardziej wartościowe ukradziono. Miałyśmy miały ze sobą aparat fotograficzny „kodaka”, który naturalnie zginął.

Teraz jeszcze wspomnę o moim tacie. Jak wspomniałam wszyscy mężczyźni byli wywożeni na roboty do Berlina. Tato mój był bardzo słaby i wycieńczony i zapadł na zapalenie płuc. Niestety nie przeżył. Całe szczęście, że nie został spalony, tylko pochowany w trumnie na cmentarzu dla obcokrajowców. Tak więc do Polski wróciłyśmy same.

Po małym odpoczynku, szłyśmy dalej. Na trasie pojawił się samochód ciężarowy z żołnierzami rosyjskimi, którzy zabierali ludzi po drodze. I tak udało się nam kilkanaście kilometrów przejechać. Chodziło o to, żeby dotrzeć do Frankfurtu nad Odrą. We Frankfurcie spałyśmy na peronie dwie noce. Po dwóch dniach zjawił się krótki pociąg, do którego z trudem dostałyśmy się. Szczęśliwie przyjechałyśmy do Poznania, na granicach nikt nas nie sprawdzał. Żadnych dokumentów nie miałyśmy oprócz litery „P” na kawałku materiału. W Poznaniu znów spałyśmy na dworcu. Nie mając pieniędzy, byłyśmy w beznadziejnej sytuacji, chodziłyśmy po prostu po prośbie do barów. Zawsze ktoś się nad nami zlitował. Czerwony Krzyż też nas wspierał. Po trzech dniach przyjechał bardzo krótki pociąg, który jechał do Warszawy Zachodniej. Udało się nam do niego wsiąść. Całą noc jechaliśmy do Warszawy.

Rano około 6:00 dojechaliśmy do Warszawy Zachodniej. Wyszłyśmy z pociągu na ulicę. Ogarnęło nas przerażenie, przytuliłyśmy się do siebie i głośno zaczęłyśmy płakać. Nie wiedziałyśmy, w którą stronę iść.  Wszędzie widziało się tylko domy w gruzach. Z trudem dotarłyśmy do ulicy Nowogrodzkiej. Ukazał się nam jednany ocalały dom, w którym mieszkała ciocia, mojej mamy rodzona siostra. Jednak nikt już tam nie mieszkał, ponieważ ocalałe mieszkania zostały zajęte przez nowo utworzone i powstałe urzędy i władze Warszawy. Tak więc wyruszyłyśmy dalej. Zależało nam, żeby się dostać do Zielonki, gdzie mieszkaliśmy. Pamiętam, że dotarłyśmy do Marek. Tam, w przychodni Czerwonego Krzyża udzielono nam noclegu i dostałyśmy pożywienie. Na drugi dzień poszłyśmy do Zielonki.

W naszym mieszkaniu mieszkali inni ludzie, tak więc nie miałyśmy gdzie się zatrzymać. Na szczęście nasza sąsiadka uniknęła wygnania – ze swoja córką Tereską zdołały się ukryć przed Niemcami i zostały w Zielonce. Mama moja poprosiła sąsiadkę, żebym ja u niej tymczasowo została. Mama wyruszyła w Polskę, jak to się mówi. Po kilku dniach mojego pobytu u sąsiadki, szczęście się do nas uśmiechnęło. Ciocia, siostra rodzona mojej mamy, też nas poszukiwała. Wiedziała, że do ostatniej chwili byliśmy w Zielonce, więc przyjechała ze swoim mężem samochodem. Jaka była wielka radość. Wujek był ranny w nogę, bo brał udział w powstaniu. Niemcy w obozie pruszkowskim, wysyłali rannych do Generalnego Gubernatorstwa. Tak więc, ciocia z wujkiem pozostali w Polsce.

Moja mama ustaliła z ciocią i wujkiem, że będę na razie z nimi mieszkała w Katowicach, gdzie tymczasowo przebywali. I ja z ciocią zamieszkałyśmy w Katowicach, a wujek pojechał na zachód, do wyzwolonego już Wrocławia. Tam były przydzielane mieszkania. Mój wujek dostał jednorodzinny domek z ogrodem w dzierżawę na pięć lat. Podpisał umowę w maju 1945 roku. Wtedy ja i moja ciocia zamieszkałyśmy już we Wrocławiu, oczywiście razem z wujkiem, który we Wrocławiu otworzył legalnie szkołę dla kierowców samochodowych. Moja mama tymczasowo mieszkała ze swoją samotną ciotką w Piotrkowie Trybunalskim i przyjeżdżała do nas jedynie w odwiedziny. Ja we Wrocławiu chodziłam do szkoły. Tam też, mając już 18 lat zrobiłam, dzięki pomocy wujka Jerzego, dużą maturę. Zaraz po maturze, poszłam do pracy. Wujostwo moi wyjechali do Warszawy w 1951 roku. Do mnie przyjechała już na stałe mama. Dostałam mieszkanie przy ulicy Kleszczowskiej we Wrocławiu. Po ukończeniu gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego podjęłam pracę. We Wrocławiu mieszkałam do roku 1969. W roku 1970 wyszłam za mąż za Janusza, która mieszkał w Warszawie. Nadmienię tylko, że mieliśmy córkę Ewę, która w wieku 20 lat zmarła, mąż mój też już nie żyje. Mieszkam obecnie sama. Myślę, że najważniejsze z mojego dotychczasowego życia wystarczająco podałam.

 

 

Powiązane hasła

”None