menu

Górakowski Bogusław – rozmowa

Górakowski Bogusław – rozmowa

Bogusław Górakowski, ur. w 1938 roku, podczas okupacji mieszkał z rodzicami – Heleną i Ludwikiem przy ul. Kościelnej. W lutym 1944 roku przyszła na świat jego siostra, Bożena. Do obozu Dulag 121 Helena Górakowska trafiła wraz z dziećmi po około trzydziestu dniach spędzonych w piwnicach Starego Miasta, w głodzie i strachu przed bombardowaniami. Z Pruszkowa zostali wysłani transportem do Rozprzy, skąd przedostali się do rodziny mieszkającej nieopodal Radomska we wsi Kruplin Średni. Do obozu przejściowego w Pruszkowie trafił również Ludwik Górakowski, który podczas Powstania znajdował się na Śródmieściu, odłączony od rodziny. Wysłany transportem w nieznanym kierunku, zdołał – na wysokości Radomska – uciec z pociągu. Odnalazł bliskich, z którymi po wojnie powrócił od Warszawy. Bogusław Górakowski, w rozmowie przeprowadzonej w Muzeum Dulag 121 w 2019, opowiada o losach rodziny podczas Powstania oraz na wygnaniu, a także o początkach życia w powojennej stolicy.

 

Proszę się przedstawić. Jak się Pan nazywa?

Bogusław Górakowski.

Kiedy się Pan urodził?

6 lutego 1938 roku w Warszawie, w szpitalu św. Zofii.

Gdzie mieszkała wtedy Pana rodzina?

W czasie okupacji mieszkaliśmy na Nowym Mieście przy ul. Kościelnej pod numerem 10. Tam mnie zastało powstanie razem z moją mamą i sześciomiesięczną siostrą.

Ma Pan wspomnienia z okresu okupacji? Był Pan wtedy zaledwie paroletnim chłopcem.

Do chwili wybuchu powstania chodziłem do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne przy ulicy Freta obok kościoła św. Jacka. Ojciec mój miał sklep opałowy przy ulicy Chmielnej 15.

Bogusław Górakowski

Pamiętam, jak, idąc do przedszkola, biegałem po ulicach. I jak na trzepakach żeśmy się bawili. Takie to było życie podwórkowe w zasadzie. Była radość wielka, jak na przykład śnieg spadł. Wtedy z góry przy kościele Najświętszej Marii Panny zjeżdżałem na sankach na ulicę Rybaki. Przypominam sobie jeszcze – trochę takie może dyskretne – jak mama mnie zaprowadziła do łaźni miejskiej, gdzie była po prostu kąpiel ogólna, wśród kobiet. Było to dla mnie szokujące, ale tak było. I były takie przyjęcia rodzinne, które bez wódki się nie obyły. A ja podobno byłem bardzo gościny i jak goście już wychodzili, to ja tylko:  „Nie wychodźcie, bo jódka jest. Jódka jeszcze jest”. A jeszcze panowie, jak sobie już popili, to szli nad brzeg Wisły, a tam były barki rybackie i był konkurs, kto po barce przejdzie po zewnętrznej krawędzi. Niejeden spadek był, ale próbowali. Pamiętam jeszcze popłynięcie statkiem po Wiśle.

Trochę się ludzie bawili…

Tak, bawili się.

A czym się zajmowała Pana mama?

Helena Górakowska

Domem. Domem i jeszcze pomagała ojcu przy tym sklepie, ale ojciec raczej sam sobie dawał radę.

Pamiętam, jak moja siostra się urodziła, to mieszkaliśmy w takim pokoju z kuchnią. Kuchnia węglowa, kufer taki węglowy stał, to mnie ojciec z pokoju przeniósł na kufer i po pewnym czasie usłyszałem tylko krzyk dziecka.

Jak Pan zapamiętał wybuch Powstania?

1 sierpnia byliśmy z moją mamą na spacerze i odwiedziliśmy ojca, z którym poszliśmy do budynku Prudentialu, gdzie mieszkała i pracowała siostra ojca Władysława Sołtysiak z mężem Franciszkiem (wiem, że wujek potem też trafił do Pruszkowa, gdzie spotkał się z moim ojcem). Mama postanowiła, że stamtąd wróci ze mną i siostrą na Kościelną. Ojciec przekonywał, żebyśmy nigdzie się nie ruszali, dlatego że „coś na mieście się dzieje”, ale moja mama powiedziała: „Słuchaj, muszę jechać na Kościelną, bo muszę przeprać pieluszki dla Bożenki”. Jak postanowiła, tak zrobiła. Na Kościelnej już było widać i słychać, że coś się dzieje. Kiedy wyszedłem na ulicę, zauważyłem, że przy kościele Najświętszej Marii Panny przy ulicy Przyrynek zaczęto ustawiać barykady, zrywano płyty chodnikowe i różne z piwnic rzeczy wynoszono.

Mniej więcej która to była godzina?

Chyba gdzieś po siedemnastej. Bo była może godzina piętnasta, kiedy myśmy pojechali na tę Kościelną. W momencie kiedy tam to zauważyłem, wróciłem do mamy i powiedziałem: „Mamo coś się dzieje, bo ludzie płyty chodnikowe zrywają” . Moja mama zaczęła mnie pocieszać: „Synku, spokojnie, nic nie będzie”. Tak mnie pocieszała.

Z opowiadań mojej mamy wynikało, że ona była świadoma, co się zaraz zaczęło dziać na Woli, że tam doszło do rzezi ludności. Była bardzo zdenerwowana, że i z nami może coś się zdarzyć na tym Nowym Mieście.

Jak dochodziły te informacje, przypomina Pan sobie?

Jeden z naszych sąsiadów był powstańcem w Armii Krajowej. Od niego mama wiedziała, co się dzieje.

Jak się nazywał?

Oj, nie powiem Pani, nie pamiętam. On się starał nam pomagać. Chciał nas później przeprowadzić kanałami z ulicy Długiej do Śródmieścia, ale to się nie udało, dlatego że on już nie miał przepustki, miał tylko możliwość przejścia. Niemcy rzucali granaty do włazu i nie można było już tam się przedostawać, więc zostaliśmy na tym Nowym Mieście. Wtedy zaczęło się bombardowanie Nowego Miasta.

Od 1 sierpnia byliście z ojcem rozdzieleni?

Mój ojciec, jak usłyszał i zobaczył, co się dzieje, chciał się przedostać na Stare Miasto do rodziny, ale udaremniono mu to z uwagi na to, że Niemcy odgrodzili w ogóle Stare Miasto od Śródmieścia, i się nie dostał. Z budynku BGK, róg Nowego Światu i Alei Jerozolimskich, oglądał, jak bombardują Starówkę, no i nas pożegnał. Pomyślał, że już nas nie zobaczy w swoim życiu.

W jednym z czasopism z 1981 roku znalazłem takie listy z czasów Powstania, które nie dotarły do adresatów. Tak samo mój ojciec właśnie z Chmielnej 15 pisał na Kościelną 10 mieszkania 21: „Jak Wy się czujecie? Co z Wami jest? Co Wy tam macie jeść, przecież tam głód macie?”, i tak dalej. Był głód. Nie wiem, jak mama sobie dała radę, tym bardziej że ja może byłem bardziej wytrzymały, ale siostra miała sześć miesięcy. Trudno było. Mama miała jakieś zapasy i wiem, że chyba nocą wychodziła do mieszkania przez lokal dozorcy, że tam coś szykowała. Z głodu żeśmy nie umarli.

Te listy nie docierały, tak…?

Te listy taty nie dotarły. I, jak już powiedziałem – ojciec postawił na nas krzyżyk, sądził, że tego nie przetrwamy, nie przeżyjemy.

Jak wyglądał taki powszedni dzień podczas powstania?

Panowała groza. Gdy ktoś chciał przejść przez bramę, to czasem ginął. Wiele osób zostało zastrzelonych przez tzw. gołębiarza. „Gołębiarze” na dachu siedzieli i strzelali do ludności cywilnej czy do powstańców. Później jeden z nich zanurkował gdzieś w gruzach i strzelał. Był wtedy wypadek śmiertelny i były ranne osoby.

Niepokój był też, jak tę oficynę od strony Cytadeli zburzyli – słychać było, że na niej coś się dzieje. Tam następowały rotacje – raz Polacy, raz Niemcy. Od osób starszych słyszałem, że Niemcy chcą się przebić, ale nie mogą, w końcu się przebili.

Bardzo, bardzo odczuliśmy bombardowania. Przy Kościelnej 10 za bramą (brama ta została, oficyna przednia też), wewnątrz podwórza były takie dwupiętrówki w kształcie litery U. Tam były takie slumsy bez sanitariatu, bo toaleta znajdowała się na podwórzu.

Z piwnicy, przez pomieszczenie dozorcy, przebito ściany do naszego mieszkania, które było na parterze. Ile razy mieliśmy możliwość, żeby taki manewr robić, to dostawaliśmy się do niego, tyle tylko że w późniejszych godzinach nocnych, dlatego że te oficyny, a w szczególności oficyna, która była blisko Wytwórni Papierów Wartościowych, zostały prawie zrównane z ziemią. Mój kolega tam właśnie zginął. Jego ojciec się uratował.

Jak się nazywał kolega? Przypomni Pan sobie?

Był synem szewca, tylko to pamiętam.

Była taka sytuacja, że mi się chciało za potrzebą fizjologiczną, więc mama powiedziała: „Chodź, pobiegniemy, postaramy się przejść, żebyś tam załatwił sobie swoje potrzeby”. I nie w mieszkaniu, tylko na korytarzu robiłem. W tym momencie usłyszeliśmy takie wycie: „Uuu”. To ta tzw. krowa. Po chwili nastąpił taki grzmot, że ja z tego strachu z majteczkami w ręku zacząłem uciekać na podwórze. Cofnęło mnie, bo z góry zaczął lecieć gruz, nie wiadomo, co jeszcze spadało niebezpiecznego. Mama tylko wpadła na korytarz, spytała się, czy ja żyję, i się uspokoiła, że tak. Udało nam się później przedostać z powrotem do piwnicy.

Opowiem teraz o drugim zdarzeniu, kiedy nas po prostu Matka Boska obroniła. Przy każdej piwnicy była studzienka, przez którą się wsypywało węgiel do piwnic, aż się roznosiło. Wjeżdżał furman, zrzucał węgiel, a ten węgiel przez tę studzienkę do korytarza piwnic leciał. Tam spadł pocisk – nie wiem, czy artyleryjski, czy lotniczy – ale był to niewypał. To akurat przy naszej piwnicy się zdarzyło. Przeczekaliśmy ten moment grozy. Paliło się dokładnie wszędzie, gdzie tylko można było się obejrzeć. Piwnica nas tylko ratowała. Co by było, jakby tę oficynę od ulicy zwalili? To by nas chyba tam pogrzebano żywcem.

Powstańcy zaczęli Starówkę opuszczać, a ludność cywilna została. W momencie kiedy był już duży niepokój, przyszedł do nas wujek, Tomasz Cieślak, mąż cioci, siostry mojego ojca. On prowadził działalność handlową i też miał sklep opałowy, na placu Zamkowym. Obecnie śladu po nim nie ma. Nastąpiło takie pożegnanie. Powiedział, że nie może nic nam pomóc. Mama mu zaproponowała: „Tomek, słuchaj, ty weźmiesz Bogdana, ja wezmę Bożenkę, i jakoś z tego powstania wyjdziemy”. Nie posłuchał się mojej mamy, opuścił to nasze mieszkanie. I on jeden z naszej rodziny zginął w czasie II wojny światowej gdzieś w jakimś obozie.

Kiedy Pan opuszczał Warszawę?

Cały czas miałem w pamięci, że mieszkańcy Starówki zostali wyprowadzeni z Warszawy 8–9 września, wtedy było zawieszenie broni. Ale tu, na tym postumencie zauważyłem daty 30 sierpnia – 5 września, że w tym okresie był przywóz ludności.

Tak, jeszcze przed kapitulacją Starówki, która nastąpiła 2 września, zaczęły się masowe wyprowadzania.

Nie wiem kiedy nas wyprowadzali, być może to był koniec sierpnia… Ale jeszcze 29 sierpnia – po wojnie zauważyłem napis przy takim postumencie przed kościołem Najświętszej Marii Panny – rozstrzeliwano ludność cywilną. My żeśmy na pewno w tym czasie jeszcze byli w piwnicy, a to było 50 metrów od naszego schronienia.

Widział Pan to na własne oczy?

Nie widziałem, tego nie widziałem, widziałem potem tylko ten postument, a że rozstrzeliwano – wtedy nie dotarła do mnie taka wiadomość.

I wyprowadzili nas z tej piwnicy. Wychodziliśmy, mama miała moją siostrę na ręku. Powiedziałem: „Mamo dam jej poduszkę, to będzie Bożenka mogła na czymś pospać”, „Synku, tylko mnie się trzymaj, nigdzie nie odchodź”. I przeprowadzono nas do sąsiedniej oficyny, na Kościelną 12, która była już zajęta przez Niemców. I coś się stało, że jeden z Niemców poczęstował mnie sucharkiem. Na pewno go zjadłem w cuglach, bo to był głód. Finał był taki, że po gruzach przeprowadzili nas w kierunku Wytwórni Papierów Wartościowych.

Byli Państwo wypędzani wraz z mieszkańcami okolicznych kamienic?

Tak, właśnie szła ta nasza Kościelna 10 czy Kościelna 12. W każdym razie Kościelna była oczyszczana przez Niemców i całą tę ludność cywilną wyprowadzano do Cytadeli. Przechodząc po gruzach, pokaleczyłem sobie kolana, krew sikała. To było takie nieprzyjemne. Kiedy wchodziliśmy na teren Wytwórni Papierów Wartościowych, to – pamiętam jak dziś – szliśmy po banknotach 500-złotowych, podziurawionych. Po pieniądzach jak po dywanach chodziłem. Tam ktoś opatrzył mi te kolana, nie wiem, kto to był. Mama mówiła, że to Ukrainiec.

To był jakiś lekarz, sanitariusz?

Nie, po prostu jeden z tych żołnierzy. Wiem, że był umundurowany. Pamiętam, że coś mi tam przy tych kolanach robił.

Wyprowadzili nas z Wytwórni do ulicy Sanguszki. Wychodząc, zauważyłem krzyż Traugutta – później po powstaniu to sprawdziłem –  przy którym leżały zwłoki, ale nie wiem, czy powstańców, czy Niemców. Szliśmy. Nie pamiętam dokładnie, jak znaleźliśmy się przy kościele św. Wojciecha. W kościele było pełno cywilów, ludności. Wszyscy się chowali do kościoła, bo uważali, że kościół ich ochroni, co nie zdarzyło się właśnie na Rynku Nowego Miasta, gdzie u sakramentek wszystkie osoby w podziemiach zginęły. Tysiąc osób tam straciło życie.

W kościele św. Wojciecha był  punkt zborny. 

Tak, tam był taki punkt, taka przejściówka była. Zapamiętałem sobie tylko, że przy pierwszej nawie po lewej stronie spałem na bruku. To pamiętam jak dzisiaj. Nie w kościele, ale na zewnątrz spałem. Mama na rękach miała moją siostrę, a ja leżałem na bruku – nie pamiętam dokładnie, czy to był bruk, ale na pewno coś twardego, bo człowiek nie spał wygodnie, ale ze zmęczenia padł. Nie pamiętam też dalszej drogi. Niektórzy twierdzą, że przeprowadzano nas do Dworca Zachodniego i stamtąd przewożono do Pruszkowa.

Ale tego Pan dokładnie nie pamięta?

Nie pamiętam. To mi się nie utrwaliło.

Niektórych pędzono pieszo przez całą drogę, z Warszawy do Pruszkowa.

Właśnie tego nie mogę sobie przypomnieć, czy to było pieszo, czy niepieszo, ale jak żeśmy się znaleźli w Pruszkowie, to byliśmy wszyscy tacy zupełnie bez nadziei.

Pamięta Pan ten moment wejścia za bramę?

Pamiętam, że nas wprowadzono na halę, i pamiętam to, jak latałem z jakimś garnkiem do punktu żywieniowego, gdzie z takiego kotła – zresztą zobaczyłem to później również na zdjęciach – zupę nalewali. Ja po tych torach i po tych peronach, między torami, przeskakiwałem właśnie z menażką po zupę. Nie wiem, jak ja matkę mogłem odnaleźć, jak się nie zagubiłem w tym tłumie. W każdym razie było to chyba parokrotnie, bo nie wiem, czy to był jeden, czy dwa dni, bo mama musiała mieć pokarm dla mojej młodszej siostry. Pamiętam tylko to, że jak nas już później  załadowywano do pociągu odkrytego, nie do pełnych krytych wagonów, to moja ciocia, która tutaj mieszkała gdzieś na Stalowej…

W Pruszkowie?

Tak. Tu ojca brata żona mieszkała z rodziną. Gdy nas zauważyła, po prostu krzyczała tylko: „Hela, Hela, Hela” do mojej mamy. Zobaczyła, że my jesteśmy żywi, i po prostu się ucieszyła. To, co było charakterystyczne, to to, że tory były usytuowane przy ulicy, a pruszkowianie mogli dochodzić do ogrodzeń. Dzięki temu właśnie ona nas zobaczyła. Tym pociągiem zawieziono nas do Rozprzy, to jest w kierunku Radomska, koło Kamińska, tam żeśmy…

Wróćmy jeszcze na chwilę do pobytu w obozie. Pamięta Pan, w jakiej hali był tutaj umieszczony?

Hala była duża, skoro biegałem po tych torach, i tak jak sobie przypominam, to była hala nr 5, bo to była taka początkowa hala.

Pamięta Pan zachowanie Niemców? W ogóle miał Pan kontakt z żołnierzami niemieckimi?

Wie Pani, w zasadzie nie odczuliśmy tego jakoś fizycznie, że ktoś się na nas chciał jakoś zemścić. Jedyne, co pamiętam z opowieści mojej mamy, to że w kościele św. Wojciecha kobiety były gwałcone na zakrystii. To moja mama powiedziała. Natomiast tutaj, kiedy nas kierowano do pociągu, była żandarmeria. Z tego, co wywnioskowałem, to były to w zasadzie matki z dziećmi, samotne matki z dziećmi.

Pamięta Pan ten moment selekcji?

Mało to pamiętam. W każdym razie widocznie po tej ogólnej hali – tam byli mężczyźni, kobiety i dzieci – następowała na pewno jakaś selekcja. Później ojciec mi opowiadał, ale to już dalsza historia. Powrócę teraz jeszcze do Pruszkowa. Mój ojciec, który był w Śródmieściu, też został wyprowadzony z Warszawy i znalazł się w Pruszkowie.

Co robił w trakcie Powstania? Czy brał udział w walkach?

Nie był – jak to się mówi – powstańcem, odbierał tylko zrzuty amerykańskie. Wyszedł z ludnością cywilną. I jak się znalazł w Pruszkowie, to napisał notatkę, bo wiedział, że ma tutaj rodzinę. Obłożył nią kamień i przerzucił przez siatkę, żeby się skontaktować z bratem mieszkającym przy Stalowej 12. Ciotka otrzymała tę wiadomość. Podał w niej, w którym jest bloku, i ona nawiązała z nim kontakt – po prostu stała jakiś czas przy płocie i wypatrywała go, ojciec też czekał, aż ją zobaczy. Starał się przechodzić z bloku na blok, udając chorego. Miał jakieś możliwości przekupienia, żeby go nie skierowali do obozu, tylko gdzieś, gdzie nie było to takie ryzykowane. Spotkali się właśnie przy tych drutach, bo można było wychodzić troszkę na zewnątrz baraków. Ciotka powiadomiła ojca, że rodzina żyje. Dla niego to był szok.

Finał był taki, że kiedy był już wywożony takim wagonem zakrytym, tak się zdarzyło – nie wiem, czy to było specjalnie, czy niespecjalnie – że pociąg zatrzymał się w Radomsku. Ojca brat, Stanisław, był kolejarzem – być może dzięki temu ojciec wiedział mniej więcej w jakim kierunku będzie jechał, ale mógł to być przypadek. Ci, co byli w tym wagonie, kombinowali, jak z niego uciec. Wyrwali deski podłogowe. Jak ten pociąg się zatrzymał w Radomsku, była akurat pora nocna, i oni się wymsknęli z tego wagonu. Ile osób, nie wiem. Jedną z tych osób był mój ojciec. Tam się PCK od razu ojcem zainteresował, opiekę mu dał. I później ojciec…

A dokąd docelowo jechał pociąg? Jakie było przeznaczenie jadących nim osób?

Nie wiem. Nasz pociąg pojechał do Guberni. Tam wywozili matki z dziećmi. Ojca pociąg mógł zmierzać gdzieś za granicę, ale chyba raczej… Nie wiem, nie mówił konkretnie dokąd.  W nieznane. Może trudno było też powiedzieć.

Tak się ułożyło, że ojciec zdecydował się szukać nas na wsi, dlatego że moja mama pochodziła z okolic Radomska. Rzeczywiście, od razu, jak żeśmy się znaleźli w Rozprzy, to mama starała się przedostać do Radomska. Tylko już nie pamiętam, czy pociągiem… Na tamtej trasie jeździły pociągi. Dojechaliśmy do Radomska i tam żeśmy u kuzynki mamy przenocowali. To było 15 km od rodzinnej wsi mamy. Znajomi powiadomili bliskich mojej mamy, ci przyjechali po nas furmanką i zawieźli nas na wieś koło Brzeźnicy nad Wartą. To była wieś Kruplin Średni. Tam żeśmy zamieszkali w mieszkaniu mamy siostry, która wraz z synem została wywieziona do Niemiec. I tam żeśmy się po prostu zatrzymali.

To było puste mieszkanie?

Nie, tam mieszkała jeszcze rodzina. To były duża izba, kuchnia i przedsionek. I my żeśmy się zatrzymali w tej kuchni, taka była możliwość. Później, kiedy ojciec nas znalazł, to znaczy przyszedł do wioski, do ostatniego budynku dotarł, gdzie mieszkała nasza dalsza rodzina, mój brat przyleciał i mówi: „Tata twój żyje, jest u nas”. Radość mnie rwała.

Ojciec starał się nas tutaj w jakiś sposób utrzymywać do momentu, kiedy Rosjanie nie przybyli. Wtedy była przykra sytuacja – chcieli zgwałcić moją mamę. Jako dzieciak zainteresowany byłem motoryzacją. Były takie samochody ZiS 52. Mówiło się o nich, że dwóch jedzie, pięćdziesięciu pcha. Pamiętam, że wskoczyłem na stopień tego samochodu, a szofer po prostu drzwi otworzył, zrzucił mnie z tego stopnia. Koła mi po pupie przeszły, przetarły się. To było też przykre.

Rosjanie jak wpadli, to była rzeź taka, że rżnęli tych Niemców jak tylko można. U mojej kuzynki to pod łóżkiem dwóch zastrzelili i wyrzucili ich za parkan. Wiem, że był taki rów koło szosy, gdzie te wszystkie zwłoki były zrzucane. Mnie to tak męczy, czy przypadkiem nie powinno się czegoś z tym zrobić… Są jeszcze mieszkańcy starsi ode mnie, którzy muszą to pamiętać. Przy szkole, do której tam chodziłem niecały rok, był ten rów, w którym właśnie te zwłoki niemieckie leżały. Później zostało to zasypane, zrównane z ziemią.

Wreszcie przyjechaliśmy do Warszawy. Było to chyba na początku sierpnia, bo zacząłem chodzić do szkoły na ulicę Hożą w Śródmieściu.

Czy dom stał?

Nasz dom nie. Zostały po nim ruiny. Ojciec znalazł mieszkanie na ulicy Wspólnej 61. To był budynek należący do fabrykanta Poznańskiego. Moja ciocia była tam dozorczynią przed wojną, i po wojnie też wróciła na to miejsce. Po prostu udało nam się jedno z pomieszczeń zająć. W tym lokalu mieszkało pięć rodzin. Kolejka do toalety była straszna, zawsze trzeba było odczekać swoje. Tam żeśmy dość długo mieszkali, do 1961 roku. W międzyczasie niektórzy lokatorzy się wyprowadzali, m.in. brat ojca się wyprowadził, to już mieliśmy dwa pokoje. W 1958 roku my, jako młodzież pracująca, pojechaliśmy do Zakopanego na rozrywkę. I podczas tej rozrywki, poznałem żonę, jeszcze nie miała osiemnastu lat. W 1959 roku ożeniłem się. W tym roku obchodzimy z żoną 60-lecie.

Piękna rocznica…

Tak…

Czy jakieś przedmioty się ostały, czy jakieś rzeczy z mieszkania udało się z sobą zabrać – dokumenty, fotografie przedwojenne?

Nic, nic. Dosłownie goli i weseli. Goli i weseli żeśmy byli.

Trzeba było zupełnie od nowa?

Ojciec to zostawił na Chmielnej, było tam trochę rzeczy wartościowych. Ale jak po wyzwoleniu przyjechał, to wszystko było zrabowane. Podejrzewał dozorcę, który od ojca nosił węgiel, że on po prostu mógł to spowodować. A na Kościelnej to nic nie zostało, bo wszystko było zawalone, tak więc od zarania wszystko trzeba było odbudowywać. Rodzice mieli problem, jak nas utrzymać. Ja też takie dzieciństwo miałem zarazem wesołe i niewesołe. Miałem zawsze swój obowiązek – ciocia, siostra ojca, przygotowała posiłki, a ja musiałem z menażkami biegać do ojca na Chmielną 29, bo tam otworzył sobie taki nowy sklep. Udało mu się. Nieraz jak tę zupę powylewałem, to w dupsko dostałem. A co najważniejsze – 6 grudnia, pamiętam jak dziś, 1945 roku spadł pierwszy śnieg, to był dzień św. Mikołaja. Radość dzieci – śnieg spadł. I ja, taki chętny, poszedłem jeździć na sankach. Poszedłem w Aleje, gdzie był zawalony Dworzec Główny. Stropy do tunelu były zawalone i po tych stropach zjeżdżaliśmy w dół na sankach. W pewnym momencie padło: „Kto tyłem zjedzie?”. To ja pierwszy zjechałem tyłem, tylko noga poszła w dwóch miejscach. Jakiś przechodzień wyciągnął mnie z tego kanału, wsadził na te sanki i zawiózł do ojca, do sklepu, a tam tak dostałem w dupsko z tą bolącą nogą, że później na rowerze mnie na ramie posadził i z tą dyndającą nogą przywiózł na Marszałkowską 66 do punktu opatrunkowego, gdzie mi gips założyli. I miałem przechlapaną klasę trzecią, bo na wsi jako prawie siedmiolatek od razu poszedłem do klasy drugiej. I później, już w 1951 roku skończyłem szkołę podstawową, a w 1955 na ulicy Śniadeckich skończyłem technikum mechaniczne.

Jeszcze takie ciekawostki z mego życia młodzieńczego. Jeżeli chodzi o transport, to w Warszawie był on nędzny. Jeździły takie samochody ciężarowe, które przewoziły ludzi na drugą stronę Wisły. Na rogu Alei i Marszałkowskiej szukali takich nawoływaczy: „Na Pragę”, „Na Targówek”, „Odjeżdżamy, panowie, bez teczki między ławeczki”. Tak po prostu zarabiało się parę groszy. Chociaż rodzice mieli swój biznes, to ja prowadziłem swój. Ponadto sprzedawałem gazety – kupowałem gazety w kiosku, a że gazeciarze mieli darmowy przejazd tramwajami, to latałem: „»Życie Warszawy« kup”. I tak sprzedawałem.

Jakie jeszcze były tytuły?

Nie pamiętam, czy „Kurier” był, ale „Życie Warszawy” to sobie zapamiętałem. Raz jadąc Marszałkowską, dojechaliśmy do placu Zbawiciela, naraz tramwaj skręcił w Nowowiejską. Bałem się, że stracę orientację, gdzie jestem, więc wyskoczyłem z tego tramwaju prosto w kałużę z tymi gazetami. Tylko że już po biznesie było. Innym razem wiązałem choinki w Boże Narodzenie, nosiłem te choinki do odbiorcy: „Może odnieść? To proszę bardzo”.

Buteleczki się zbierało, i co tylko możliwe. Wszystko się sprzedawało. Poza tym, życie w gruzach, proszę Pani, jakie to było wstrętne. Panie lekkiego prowadzenia… wszystko na oczach człowieka się działo. To było Śródmieście, a Śródmieście to było coś tragicznego. A my, jako dzieciaki, żeśmy po tych gruzach latali i podglądali, co się tam dzieje. Rzucaliśmy sobie kamieniami, bunkry robiliśmy, a te kobiety normalnie prowadziły swój proceder w tych gruzach. Nazywaliśmy je „gruzinkami”.

Pamięta Pan ten pierwszy moment, gdy zobaczył Pan zburzoną Warszawę po powrocie?

O tak, tak. To było coś szokującego. Było szokujące w momencie, kiedyśmy się na Wspólnej zatrzymali. Na Wspólnej te sąsiednie bloki też były zburzone, dużo gruzu leżało na ulicy. Pamiętam, strop bramy był zawalony, a w narożniku jeszcze stały butelki z benzyną. W 1945 roku, jak żeśmy przyjechali, jeszcze butelki z benzyną stały. Nie mieliśmy przejścia na Wspólną – stało tam ogrodzenie – i do ulicy Hożej żeśmy chodzili.  Warszawa była, jak mówię, zburzona. Stąd mieszkanie w czterech lokalach pięciu rodzin.

I jeszcze chcę podkreślić, że mnie Matka Boska ochroniła, przeżyłem, ale mój syn jako trzynastolatek, będąc w Mikoszewie na kolonii, przywiózł, proszę Pani, niewypały, tak zwane pociski dum-dum. Byłem w tym czasie za granicą, na mistrzostwach świata w Szwajcarii. Żona szła do pracy, a teściowie mieszkali piętro niżej. Syn, kiedy moja żona opuściła mieszkanie, zaczął te pociski podgrzewać. Nastąpiła eksplozja. Wszystko poszło w klatkę piersiową. Śmierć na miejscu. To zauważyła nasza sąsiadka, bo usłyszała hałas, jakby donica spadła jakaś. Wyjrzała, zobaczyła tylko jego nogi na balkonie. I pobiegła do teścia, teściu przez balkon przeskoczył, ale już nie było co ratować. Mówię, ja się obroniłem, a on nie. Od pocisku niemieckiego…

To bardzo przykre…

Czy ma Pan takie poczucie, że te przeżycia związane z wojną, z życiem okupacyjnym czy z Powstaniem Warszawskim, wygnaniem zostawiło jakiś ślad na Pana zdrowiu czy psychice?

Nie, nie. W zasadzie nie mam jakiejś takiej obsesji, że jakąś skazę otrzymałem. Po prostu jest taki uraz. Jako dziecko to przeżyłem. Dziecko inaczej to oceniało niż osoby dorosłe, prawda? Teraz po czasie to mogę powiedzieć – po co to wszystko było, skoro ludzie tyle cierpieli. Ale stało się, jak się stało. Jedni przyszli po zwycięstwo, a drudzy tracili życie. Ale to już mówiłem, bardziej szokujące było to dla mnie po paru latach, kiedy zacząłem to… Wie Pani, jakoś tak…

Tak bardziej świadomie?

Tak, jak żeśmy w gronie rodzinnym zaczęli to opowiadać. Mówiło się o tym, a mnie się to bardziej w jakiś sposób wszystko odtwarzało. Natomiast kiedy teraz zostałem prawie sam, to co pamiętam, staram się w jakiś sposób przekazać. Opatrzność sprawiła, że w tym roku miałem już możliwość parokrotnie opowiadać o tych przeżyciach, spotkałem też panią, która miała podobne doświadczenia, bo w trakcie powstania również mieszkała na Starym Mieście. A jeszcze idę w czwartek do Związku Kombatantów, bo chcę z nimi nawiązać jakiś taki kontakt, uczestniczyć w uroczystościach 75-lecia. Może mi się uda, nie wiem… Piękniejszy jubileusz chyba nie mógł mnie spotkać.

Bogusław Górakowski z ojcem Ludwikiem. Warszawa, 1943 rok. Fot. z pryw. arch.
Od lewej: Brzemienna Helena i Ludwik Górakowscy z synem oraz Władysława i Franciszek Sołtysiakowie. Podkowa Leśna, 1943 rok. Fot. z pryw. arch.
Tomasz Cieślak (po lewej), Helena i Ludwik Górakowscy z dziećmi, 1944 rok. Fot. z pryw arch.
Państwo Górakowscy z dziećmi. Warszawa, po wojnie. Fot. z pryw arch.

 

 

Powiązane hasła

”None