menu

Gremblicka-Sobczyńska Elżbieta – Utracone dzieciństwo

Gremblicka-Sobczyńska Elżbieta – Utracone dzieciństwo

Elżbietę Gremblicką-Sobczyńską, ur. w 1934 roku, wybuch Powstania Warszawskiego zastał  na warszawskim Śródmieściu w kamienicy przy ul. Dzielnej, gdzie mieszkała wraz z mamą, Janiną Gremblicką, oraz 12-letnim bratem Leszkiem. Jej ojciec, Achilles Gremblicki, zmarł w czerwcu 1944 roku. 10 sierpnia 1944, wraz z mieszkańcami okolicznych domów, członkowie rodziny Gremblickich zostali wypędzeni z Warszawy i pognani do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd, po jednodniowym pobycie, zostali wysłani do KL Auschwitz. Spędzili  tam około pięciu miesięcy, a następnie zostali wywiezieni na roboty na tereny III Rzeszy.  Po wojnie rodzina Gremblickich zamieszkała w Gorzowie Wilekopolskim. W 2017 roku Elżbieta Grembiecka-Sobczyńska przekazała Muzeum Dulag 121 wstrząsające wspomnienia, których obszerny fragment publikujemy.

Rodzina Gremblickich. Letnisko pod Warszawą, 1938 rok. Fot. z arch. prywatnego

 Wybuch Powstania Warszawskiego

Pierwszego sierpnia 1944 roku około południa mieliśmy całą trójką wybrać się po kartofle do rodziny mamy, Cecylii i Franciszka Windygów zamieszkałych w Odolanach na obrzeżu dzielnicy Wola. Z jakichś przyczyn wyjście z domu się opóźniało. Kiedy byliśmy już gotowi, zaczął padać drobny przelotny deszczyk, który przeczekaliśmy jedząc obiad. Gdy wyczerpały się wszelkie wstrzymujące nas przeszkody to niespodziewanie na naszej ulicy Dzielnej, rozległy się pierwsze strzały. Była na pewno godzina 16.00. Potwierdza to powojenna lektura książek Antoniego Przygońskiego i Jerzego Kirchmayera na temat Powstania Warszawskiego, z których dowiedziałam się dopiero, że przy ulicy Dzielnej 72 w Zakładach Leopolda Kamlera, była zlokalizowana kwatera dowodzenia Komendy Głównej Armii Krajowej. Niespodziewana próba wejścia Niemców na teren fabryki, rzeczywiście doprowadziła do przedwczesnego starcia z plutonem stanowiącym jej ochronę, właśnie o godzinie 16.00.

Na odgłos przeciągającej się walki, mieszkańcy schronili się do piwnicy, w której panujące ciemności rozpraszał nikły płomyk świecy, bo okienka dużo, dużo wcześniej pozatykano workami z piachem. Ale wnet za przyczyną zebranych, światełko to oświetlało już także obraz Matki Bożej, której zawierzono ocalenie!

Niebawem do domowników dołączył, usiłujący wcześniej zaprzyjaźnić się ze mną, członek niemieckiej załogi wartowniczej strzegącej fabryki Monopolu Tytoniowego, zlokalizowanej naprzeciwko naszego domu. Dla obopólnego bezpieczeństwa, tegoż unikającego udziału w walce żołnierza, ulokowano w jej najdalszym ciemnym kącie.

Czas mijał. Walka trwała. Odgłosy strzałów dochodzące do wnętrza raczej się nasilały, dlatego nadal nikt jej nie opuszczał. Tylko pani Katarzyna razem z mamą, narażając się na postrzał zaryzykowały i znosiły z I piętra naszą garderobę oraz pościel, zrzucając ten ruchomy dobytek jak popadnie na stertę w małej powierzchni należącego nam boksu.

Było dobrze po północy, może druga lub trzecia nad ranem już drugiego dnia sierpnia, gdy przyszli powstańcy z Batalionu Miotła. Wtedy dowiedzieliśmy się, że w wyniku dotychczasowej walki, zdobyty został Monopol Tytoniowy i nasza ulica jest już także wolna. Rozpytywali tylko, czy nie ma Niemców. Zapanowała koncentracja. Swoich nie mogliśmy oszukiwać. Przekazując chroniącego się pośród nas niemieckiego żołnierza proszono, aby nie czyniono mu krzywdy. Zabierający go powstańcy solennie uspakajali zapewniając, że jeńców nie zabijają. Po oświadczeniu tym, w które uwierzyłam, ulżyło mi niezmiernie. Był to, bowiem ten żołnierz – wartownik, który zawiązywał mi kiedyś wstążkę. Mimo, że wówczas potwornie się tego wstydziłam i miałam mu za złe, to chyba podświadomie go lubiłam. A teraz w sytuacji, w której się znalazł, było mi go naprawdę ogromnie żal.

Rano, korzystając z chwilowej ciszy po ustanych walkach w tej części ulicy, krocząc za mamą opuszczającą piwnicę, usłyszeliśmy jej ostrzegawczy okrzyk „Dzieci nie patrzcie”! Za późno! Nam wystarczył jeden błysk spojrzenia, aby ogarnąć i zachować na zawsze w pamięci obraz rzeczywistości! Wzdłuż wysokiego muru odgradzającego naszą posesję od zachodniej części ulicy Dzielnej, stały oparte o niego wysokie drabiny. Najwidoczniej służyły Niemcom, broniącym dostępu do Monopolu Tytoniowego, jako pozycje strzelnicze. Ale dopiero pod nimi widok był bardzo ponury, bowiem tam leżały zwalone ciała zabitych żołnierzy. Natomiast po przeciwnej stronie pod murem Getta, widniała jakby osunięta i skulona w kucki zastygła postać powstańca. W basenie przeciwpożarowym, który był w ciemnościach nocy niespodziewaną pułapką, znajdowały się dwie osoby z tragicznie rozrzuconymi rękoma.

Na te poruszające wyobraźnię widoki, mnie i brata natychmiast opanował duch bojowy, który mama zaraz skutecznie zgasiła. Lecz nim ponownie przez nią zgarnięci, trafiliśmy do piwnicy, bo znowu rozpoczął się ostrzał, zdążyłam te wszystkie makabryczne sceny dokładnie w pamięci zarejestrować i utrwalić.

Pomimo, że od minionej nocy byliśmy już wolni, a teren przez powstańców opanowany, niemniej walka z Niemcami nie ustawała. W naszym mieszkaniu na I piętrze, stanowiącym doskonały punkt obserwacyjny w kierunku południa i północy, powstańcy doraźnie urządzili bardzo im dogodne stanowisko strzelnicze, wykorzystując w tym celu przysunięty do okien fortepian. Wprawdzie ich obecność i działanie na tym odcinku trwały zaledwie chyba tylko dwa dni nim przenieśli się w inny rejon, to mieszkanie uległo już częściowej dewastacji, bo pociski padały i w tę stronę.

Z prawdziwym jednak zachwytem i zadziwieniem zdążyłam jeszcze zobaczyć, jak zdobyczny czołg, którego nazywano „Tygrysem”, a może była to „Pantera”, nieznacznie tylko wspinając ku górze gąsienice, mięciutko rozwalił mur odgradzający ulicę Dzielną od Getta i wjechał na jego teren.

Po odejściu powstańców, czując się nieswojo w osamotnionym miejscu otoczonym zewsząd murami, razem z garstką mieszkańców naszego domu przenieśliśmy się do istniejącego obok ciągu wysokiej zabudowy ulicy Dzielnej, a konkretnie pod numer 79. Ludzie z tych kamienic, razem z przybywającymi z zewnątrz takimi jak my szukającymi schronienia, koczowali przeważnie w piwnicach, z których ja ciągle uciekałam, gdyż było w nich nudno, mroczno i bardzo przygnębiająco. Nawet niezbyt odległe bombardowania wolałam przeczekać wśród rówieśników na podestach klatki schodowej, niż w ich czeluściach, gdzie starsze kobiety lamentowały i komentowały bieżąco wszystkie aktualne zdarzenia.

Mimo usiłowań mamy, podczas tych kilku, bo zaledwie dziesięciu powstańczych dni, nie sposób było mnie i brata zupełnie odizolować od przemieszanych z tragizmem i niecodziennością różnych przekazów oraz samych wydarzeń, których faktycznie poniekąd byliśmy świadkami. Gdy uderzył gdzieś szrapnel, odłamki zabiły mężczyznę, a jego żonę tylko dotkliwie raniły, podczas gdy oboje w tym samym czasie znajdowali się w oddzielnych kabinach podwórkowej ubikacji. Tego samego jeszcze popołudnia w wykopanym na podwórku jednym dole, chowano tego człowieka i kogoś jeszcze. Był to smutny widok. Żadnej ceremonii, żalu. Tak z konieczności, po prostu. Trumny zastąpiły prześcieradła.

Innym razem był jeszcze widny dzień. Za parkanem posesji, na pustej przestrzeni porośniętej chwastami przyległej do ul. Zegarmistrzowskiej (dawna Wolność), ktoś usłyszał jęki. Wezwano sanitariuszki. Wtedy rozgorzała dyskusja, czy aby się nie przesłyszano. I natychmiast zaczęto wątpić w sens interwencji, biorąc pod uwagę bezpieczeństwo dziewcząt, które być może niepotrzebnie narażono by na ryzyko. Z ulgą odeszły. Lecz kiedy nocą przeszukano teren, stwierdzono, że wzywający pomocy już nie żył.

W tych dniach względnie bezpieczne było tylko poruszanie się wzdłuż całego ciągu budynków przez poprzebijane w ścianach domów duże otwory, bez wychodzenia na ulicę. Przejścia te wykorzystywali nie tylko powstańcy, ale i nieliczni uciekinierzy z ulic Woli, przynoszący makabryczne relacje, o bestialskim postępowaniu Niemców i Ukraińców z ludnością cywilną.

Represje osób z naszej rodziny

Dopiero po wojnie dotarły do nas wiadomości, że kuzynka mamy, Zofia Grott urodzona w 1906 roku, córka Józefa, Walentego i Karoliny, właścicielka posesji przy ulicy Wolskiej 114, powstania nie przeżyła. Została zamordowana wraz z lokatorami swego domu oraz spędzoną ludnością cywilną zamieszkującą posesje znajdujące się pomiędzy ulicami Grabowską, a Elekcyjną po obu stronach ulicy Wolskiej. Upamiętniająca tablica usytuowana przy rogu ulic Elekcyjnej i Wolskiej obwieszcza, że „W dniach 5 i 8 sierpnia 1944 roku, w masowych egzekucjach ludności cywilnej, hitlerowcy zastrzelili około 4000 mieszkańców Woli z domów przy ulicy Wolskiej 114, 117, 119….”.

Wydarzenie to relacjonowała cudem ocalała z tego pogromu zaprzyjaźniona z mamą pani Wojciechowska, która wraz z córką, Lusią (chyba lat 21), uczestniczyła w zbiorowym rozstrzale. Niemcy, mając świadomość, że od razu nie udało im się wszystkich zabić, wezwali jeszcze żyjących, aby się podnieśli obiecując darowanie życia. Pani Wojciechowska wstała i w stanie szoku opuściła to miejsce, mimo że słyszała za sobą wołanie rannej córki „Mamo, mamo!” Wołanie to, na które wówczas nie była w stanie zareagować, nigdy już jej nie opuściło i było przyczyną późniejszej choroby psychicznej.

Kuzynostwo mamy, Anna Windyga (obecnie Lipińska) oraz jej siostra Barbara Wójcik z mężem Aleksandrem, właściciele posesji przy ul. Wolskiej 141, zdołali szczęśliwie uratować się ucieczką poprzez ogrody w momencie, gdy wyciągano lokatorów od frontu ulicy. Zabito jednak ich wieloletnią kaleką nianię, panią Mariannę Stańczak, która nie zdołała za nimi nadążyć.

Przetrwały także kuzynki Irena i Kazimiera Windyga, właścicielki posesji przy ul. Wolskiej 119, dzięki temu, że trzy krytyczne dni przeleżały ukryte pod słomianymi matami do nakrywania okien inspektowych. Ten pełen ryzyka krok ratujący im życie podjęły słysząc odgłosy wypędzania przez Niemców rodziny państwa Gardockich, zamieszkujących dom tuż za ich parkanem, który szczelnie spowity dzikim winem odgradzał te dwie posesje. Wyprowadzone dopiero 8 lub 9 sierpnia zostały skierowane poprzez obóz w Pruszkowie na przymusowe roboty na roli w Burgerwiesen pod Landsbergiem nad Wartą – obecnie Gorzowem Wielkopolskim. Przed opuszczeniem dzielnicy Wola były świadkami palenia stosu ludzkich zwłok w rogu parku im. Sowińskiego od strony ul. Wolskiej i Elekcyjnej.

Brat mego ojca, Modest Gremblicki urodzony 15 czerwca 1908 roku, został wypędzony z ulicy Czerniakowskiej wraz z żoną Jadwigą i 3-letnim synkiem Andrzejem do obozu przejściowego w Pruszkowie. Żonę z dzieckiem wywieziono na wieś pod Częstochowę, zaś on sam został skierowany 17 września 1944 roku do KL Auschwitz – Birkenau. Jego numer obozowy 197472. Następnie 4 listopada tego samego roku przeniesiony do KL Buchenwald, podobozu Wansleben – gdzie pracował w fabryce części samolotowych. Wyzwolenia, przez Armię Amerykańską, doczekał podczas marszu ewakuacyjnego. Kiedy wrócił do spalonej Warszawy odnalazł rodzinę.

Natomiast mój cioteczny brat, syn Wacławy, siostry mego ojca, 22-letni Zbigniew Pyrzyński, wywieziony w połowie września 1944 roku z Anina, poprzez obóz w Pruszkowie, do Polic podobozu KL Stutthof, tam został stracony.

Wypędzenie z Warszawy 10 sierpnia 1944 roku

Przed podobnymi relacjami mama skutecznie nas wtedy strzegła. Jednak sama pod wrażeniem innych, w poczuciu niepewności do nadchodzących wydarzeń, postanowiła spakować ewakuacyjny tobół. Na tę okoliczność 10 sierpnia 1944 roku około południa wróciłyśmy tylko we dwie z mamą, bez brata Leszka, do naszego opuszczonego domu pod numer 73, z zamiarem umycia mi głowy i posegregowania zwalonych wcześniej w piwnicy rzeczy.

Ledwie podjęłyśmy działanie, gdy zdyszany brat przybiegł z wiadomością, że wszystkich ludzi z ulicy Dzielnej wypędzają Ukraińcy. Dopiero teraz mam świadomość, co on przeżył biegnąc przez opustoszały otwarty teren w przeciwnym kierunku niż wskazany, aby nas, niczego nie przeczuwające o tym fakcie, powiadomić, a jednocześnie uratować życie!

Tymczasem pomimo grozy, sytuacja stała się wprost groteskowa. Mama, pośpiesznie, ze sterty zwalonej i pomieszanej z bielizną garderoby, poczęła wygrzebywać potrzebne do zabrania rzeczy. Przede wszystkim zimowe buty oraz okrycia i nie tylko nasze, ale jako bardzo wartościowe, nieżyjącego już od miesiąca ojca. Mama przy tej czynności, jak zacięta płyta gramofonowa, do siebie powtarzała „Mój Boże, mój Boże już nigdy nie będę miała puchowej pościeli!” Ja, stojąc obok, dziwiłam się niezmiernie tej rozpaczy, nie zdając sobie sprawy, że bywa również i inna niż puchowa pościel. I rzeczywiście, przewidywania mamy się ziściły! Późniejsze życie tak się potoczyło, że takie luksusy już nigdy nie były dla nas dostępne.

W tym czasie brat Leszek, bardzo zdenerwowany naszą zwłoką, świadomy ryzyka, stojąc na schodach piwnicy w głąb jej nawoływał, „Chodźcie już, chodźcie szybko, co tak długo, chodźcie, już wszyscy poszli, chodźcie szybko, bo nas zastrzelą!” My nie wiedziałyśmy, że Ukrainiec, który wypędzał ludzi krzyczał „Uchadyj, uchadyj, pośledniego ubiju!” (wychodźcie, wychodźcie, ostatniego zastrzelę), toteż nie poddając się jego panice, spokojnie kończyłyśmy wybieranie wszystkiego, co wydawało się niezbędne. Przejęta sugestią mamy, że możemy do domu już nie wrócić, zależało mi, aby jak najwięcej rzeczy zabrać. Próbowałam nawet z innymi sukienkami przemycić i tę od komunii, czego mama samym wymownym spojrzeniem mi odradziła.

Nikt z nas nie pomyślał o fotografiach i dokumentach zgromadzonych w szufladzie kredensu na górze. Zresztą nie było czasu na myślenie, trzeba było szybko działać, gdyż wypędzenie było nagłym zaskoczeniem. Mama i tak była przytomna, zabierając dokument tożsamości, czyli kennkartę oraz ocalałe, a bardzo nieliczne kosztowności, zachowane dotychczas jako cenne pamiątki rodzinne. Były to tylko dwa pierścionki z brylantami, obrączka i srebrny Longines „cebula” – zegarek ojca. Z żywności, resztki słoniny, cukru i suchary, poza tym także jedyny 500-złotowy banknot, ówczesny „góral”, który tylko mamie został.

 

Nauczona bolesnym doświadczeniem z 1939 roku, gdy zablokowano konto bankowe, chcąc przechytrzyć los, wszystkie posiadane pieniądze zainwestowała w materiał do produkcji, którą aktualnie prowadziła. Lecz tym razem, to zdawałoby się logiczne rozumowanie nie było trafnym zabezpieczeniem, ponieważ nie przewidziała Powstania Warszawskiego i jego konsekwencji. Wypędzona z Warszawy nie miała definitywnie już nic! To, co zdołaliśmy unieść i mieliśmy na sobie było wszystkim, co udało się w ogóle uratować!

Kiedy wychodziliśmy z domu, pomimo sierpniowego upału, odziani byliśmy w potrójnie nawarstwioną garderobę i palta, a zimowe buty związane sznurowadłami dyndały przerzucone na ramionach. Mama w futrze z lisem przewiązanym w pasie i paltem ojca nałożonym na wierzch, w ręku trzymała jeszcze tobołek z żywnością oraz w ostatniej chwili złapanym garniturem ojca i nowiutką zmianą bielizny pościelowej w nadziei, że podczas noclegu gdzieś w stodole się przyda. Jako ostatni, z rękoma uniesionymi ku górze, nie oglądając się, opuszczaliśmy ulicę Dzielną, kierując się za oddalającymi ludźmi na drugą stronę ulicy Okopowej. Dopiero to poddańcze uniesienie rąk uświadomiło mi realne zagrożenie i wywołało strach!

Punktem zbornym, do którego zdążaliśmy była spora przestrzeń utworzona pomiędzy prawie równoległymi do siebie ciągami kamienic ulic Okopowej i Gibalskiego, które od ulicy Żytniej zamykała barykada. W jej tle na trójnogu stał karabin maszynowy z obsługą gotową do strzału. Przeciwległym przejściem, od ulicy Okopowej, napływali bezbronni, nierzadko objuczeni tobołami ludzie, którzy po zlustrowaniu sytuacji, rozpraszali się pod ścianami budynków. Przezornie zajęliśmy miejsce tuż przy prawej stronie barykady z tyłu za stanowiskiem strzeleckim, pod oknem wysokiego parteru, gdzie dostrzegłam miotającego się w klatce kanarka. Było mi ogromnie żal, że został sam, choć nie wiedziałam wtedy, że już na zawsze.

Podczas oczekiwania nakazano rozebrać w barykadzie wąskie przejście, którym zaczęto wyprowadzać oddzielone od mężczyzn kobiety i dzieci. Skierowani na prawo w ulicę Żytnią, minęliśmy ulicę Karolkową, aby dalej odbijając od jej lewej strony, na przełaj przez jakieś puste parcele dotrzeć do ulicy Leszno. Następnie po dobrnięciu i przecięciu ulicy Młynarskiej wkroczyliśmy w ulicę Górczewską.

Milczący tłum szedł jezdnią. My trzymaliśmy się prawego krawężnika, co umożliwiło obserwację tej strony ulicy. Niemal na samym jej początku przyciągnęła moją uwagę leżąca na jezdni tuż przy chodniku porzucona puchowa kołdra. Ogromnie zadziwił mnie i wprost zaskoczył koloryt jej pokrycia. Barwa nasyconego seledynu, a na odwrocie heliotropu, była tak odmienna od znanego mi zestawienia odcieni starego złota i moreli na pozostałych kołdrach w domu, że aż nie mogłam uwierzyć w możliwość istnienia takiej różnorodności. Z tych prozaicznych, aczkolwiek miłych rozważań, wyrwało mnie raptem wywołujące zawsze odwrotny skutek ostrzeżenie mamy „Dzieci nie patrzcie!” Tym bardziej chciałam zobaczyć, co takiego na początku ulicy Górczewskej tak poruszyło tłum, że zafalowało w nim jękliwym pomrukiem. Wspięłam się na palce i ponad głowami idących ujrzałam po przeciwnej stronie ulicy na tle gruzowiska domu zwęglony stos przypominający czarne belki. Nie wiedziałam wówczas, co rzeczywiście było jego materiałem.

Obecnie w tym miejscu usytuowana jest upamiętniająca tablica, świadcząca, że „Tu dnia 5 sierpnia 1944 roku hitlerowcy rozstrzelali i spalili około 2000 Polaków”.

Nieco dalej, w okolicy placu Opolskiego, zbulwersowała idących innego typu rodzajowa scenka. Wprost na ulicy, przed cofniętym od trotuaru domkiem, przy stoliku, na którym stał patefon, siedział w nonszalanckiej pozie oficer niemiecki słuchający muzyki, a przed nim defilował pochód wypędzanych ludzi.

Gdy minęliśmy to widowisko zatrwożył mnie budzący przerażenie obrzmiały trup kobiety, leżącej tuż za siatką w samym narożniku ogrodzenia, sporego uprawnego pola. Lecz nim zdążyłam ochłonąć z wrażenia, już skręciliśmy na lewo w dość wąską ulicę Działdowską, której zabudowa paliła się żywym ogniem. Żar był tak nieznośny, że z konieczności już rozciągnięci w kolumnę, szliśmy osią jezdni, podczas gdy papiery unoszone gorącym podmuchem fruwały ponad dachami i całą ulicą.

Po skręceniu na prawo w ulicę Wolską i dobrnięciu do kościoła św. Wojciecha, który wcześniej był świadkiem: ślubu moich rodziców, naszych chrztów i komunii, miesiąc wcześniej nabożeństwa żałobnego ojca, a teraz haniebnego wypędzenia z miasta, nie zatrzymywani doszliśmy do ulicy Bema. Przed jej rogiem płonął ciąg domów, a wydobywające się z okien mieszkania szkolnego kolegi jęzory ognia, oblizywały wyższe piętro. Widok ten przeogromnie poruszył mego brata Leszka.

Po wejściu w ulicę Bema, posuwaliśmy się już chodnikiem, cały czas prowadzeni i nadzorowani przez, idących poboczem jezdni, uzbrojonych niemieckich żołnierzy.

Upał, zmęczenie długim marszem i silnie działające na psychikę wrażenia sprawiły, że mój brat Leszek dostał ataku histerii. Rozrzuciwszy na boki poły swej peliski na tchórzach, którą z konieczności miał na sobie, głośno protestował krzycząc, że mu gorąco, że ma tego już dosyć i dalej nie pójdzie!

Mama, aby przerwać jego załamanie, wskazując Niemców, opanowanym głosem powiedziała „Idź i im to powiedz!” Pomogło i otrzeźwiło. Natychmiast się uspokoił.

Ja natomiast, przeciwnie niż on, nie czułam wcale upału, ale już zupełnie nie pamiętam dalszej trasy, którą dotarliśmy do Dworca Zachodniego. Wiem tylko na pewno, że było jeszcze widno, gdy załadowywaliśmy się do podmiejskiej kolejki elektrycznej, choć opuszczaliśmy ją w Pruszkowie pod-czas panujących na dworze ciemności. Mama korzystając z ich osłony, zamiast trzymać się tłumu, raczej z niego się wycofała, aż zostaliśmy na torach sami.

Pruszków – Durchgangslager 121

Nie domyślałam się wtedy, że mama urodzona w Pruszkowie – Żbikowie, na którego terenie usytuowane były Kolejowe Warsztaty Naprawcze, miała zamiar uciec i schronić się z nami u rodziny swego ojca.

Przejęci naszym oddaleniem od ludzi, nie chcąc być na widoku, pociągnęliśmy mamę za załom muru biegnącego wzdłuż torowiska. Ale tu czyhała przykra pułapka, w którą nieświadomie daliśmy się złapać. Otóż od tego wschodniego szczytu, o czym nie wiedzieliśmy, prowadziło wejście i wjazd dla wagonów na teren, gdzie Niemcy zorganizowali przejściowy obóz dla wypędzonej ludności z Warszawy.

Zaskoczeni, bo przy otwartej bramie stała uzbrojona warta, nie mogąc się już wycofać, weszliśmy do środka. Posuwając się do przodu, pośród ciemności omal nie wpadliśmy na puste bydlęce wagony, które stały na torze równoległym do muru, ale już po wewnętrznej stronie obozu. Potykając się brnęliśmy drogą w głąb. Zatrzymano nas dopiero w załomie pomiędzy dwoma budynkami, gdzie w świetle reflektorów przeprowadzono wstępną selekcję. Najpierw wywoływano rodziny tramwajarzy i kolejarzy, następnie oddzielono kobiety i dzieci. Wtedy mama kazała nam ugiąć kolana, abyśmy sprawiali wrażenie jeszcze młodszych. Trafiliśmy do pierwszego budynku najbliżej rampy, który okazał się dużą halą, pozbawioną jakichkolwiek warunków do odpoczynku, a tym bardziej spędzenia w niej nocy. Nierówności w betonowej podłodze i sterczące żelastwo po rozmontowanych urządzeniach stanowiły raczej zagrożenie. Mimo to, zdrożeni ludzie stopniowo wypełniali jej powierzchnię, siadając byle gdzie i jak popadło. Mama, usadzając nas na podłodze nakazała, abyśmy nie zmieniali miejsca. Sama gdzieś poszła, a my natychmiast zasnęliśmy.

Rano gruchnęła wieść, że wartowników u wyjścia na zewnątrz zmieniono z „zielonych” mundurów na „czarne” lub odwrotnie. W każdym razie na bardziej rygorystycznych, a więc wykupienie wolności za złoto stało się już zupełnie nierealne.

Wczesnym popołudniem, a był już 11 sierpnia, rozdzielono tłum zalegający halę, kierując go do dwóch przeciwległych wyjść. Opuściliśmy ją przejściem od strony wschodniej i ruszyliśmy na lewo, w głąb porośniętego badylami terenu. Zaniepokojeni, że nie było z nami nikogo ze znajomych, zawróciliśmy, ale hala była już pusta. W poszukiwaniu wyprowadzonych ludzi przeszliśmy przez wyjście zachodnie i raptem znaleźliśmy się na rampie, gdzie załadowywano transport.

Dołączeni do wyjeżdżających upchnięci w pełnym już bydlęcym wagonie, z konieczności usiedliśmy blisko drzwi, które zaryglowano. Nikt nie wiedział, dokąd mają nas wywieźć. Pociąg ruszył, aby niebawem zatrzymać się w Skierniewicach. Gdy otwarto wagon, na dworze było już ciemno, a my zaspani. Tymczasem służba PCK rozpytywała, czy są chorzy i małe dzieci. Nikt poza nami się nie zgłosił. Mamie polecono położyć się na noszach i udawać chorą. Kiedy zapytała, co z tobołem, w który dopiero w Pruszkowie zdołała do reszty spakować cały wyniesiony dobytek, usłyszała „Trzeba zostawić”. Zanim zdążyła dokonać błyskawicznej analizy sytuacji, co może się z nami stać przy braku pieniędzy i po wyzbyciu się nawet ciepłej odzieży, kiedy w nie tak odległym czasie miała nadejść zima, jakiś młody człowiek wykorzystał ten moment i zajął nosze, po czym natychmiast został na nich wyniesiony. Mam nadzieję, że ku wolności. My wsiedliśmy do wagonu, którego drzwi zatrzaśnięto z łoskotem.

Rozwarły się ponownie, kiedy było już widno, a pociąg stał na przedpolu. Jacyś okoliczni ludzie podawali wodę, można też było załatwić potrzeby fizjologiczne.

Dopiero chyba gdzieś pod Częstochową doszły nas wieści, że transport skierowany jest do Oświęcimia (KL Auschwitz- Birkenau). Mama doznała szoku. W rozpaczy biła głową o ścianę wagonu. Przeraziłam się jej stanem.

W tym momencie nie pamiętałam, że rok wcześniej podsłuchałam rozmowę dorosłych na temat obozu oświęcimskiego i dziejących się tam potwornościach. Relacja była tak makabryczna, że wysłuchania jej do końca sama sobie zakazałam, uspakajając się w głębi ducha, że nie jest przecież możliwe, aby mnie coś takiego mogło spotkać, więc, po co mam słuchać i wiedzieć. Toteż nazwę „Oświęcim” tak dalece wyparłam z pamięci, że usłyszaną nie kojarzyłam z tamtą złowieszczą opowieścią.

Obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau

Było upalne słoneczne wczesne popołudnie, gdy zapowiedzi kolejarza się spełniły. Wbrew nadziei na wolność, 12 sierpnia 1944 roku pociąg zatrzymał się na stacji Oświęcim (Auschwitz) lub jego bocznicy.

Przywiezionym ludziom pozwolono wysiąść i przebywać w obrębie wagonów. W poszukiwaniu wody, której odczuwaliśmy dotkliwy brak, wdrapałam się z bratem na zbiornik przy lokomotywie ustawiony pod wysokim słupem zwanym żurawiem wodnym. Rozczarowanie nasze było jednak ogromne, bo na jego dnie była tylko ruda breja. Poza tym nie działo się prawie nic godnego mojej uwagi. Rozeszła się tylko wieść, że nie należy mieć złotych pieniędzy, gdyż za ich posiadanie grozi kara śmierci. Informacja ta wystraszyła jakąś kobietę, która myśląc, że jej nikt nie obserwuje, sprytnie podłożyła spory rulonik pod koło wagonu. Lecz niebawem rozległ się krzyk jej rozpaczy. Otóż, gdy wiedziona złym przeczuciem po ukryty „depozyt” wróciła, niestety już go tam nie było.

Spaliśmy, gdy wagony przetoczono na rampę Brzezinki (Birkenau). Ich otwarciu towarzyszył mrok nocy rozświetlony reflektorami, ujadające psy i wrzaski SS-manów.

Ruszyliśmy za tłumem w prawo od rampy, drogą pomiędzy dwoma, oddzielonymi drutami, odcinkami lagrów BIIc i BIId, (oznaczenia odcinków poznałam w trakcie pobytu w obozie). Wyłaniające się ostrożnie zza naroży widniejących baraków postacie pytały: „Ludzie skąd jesteście?” Na co nieliczni z rezygnacją odpowiadali „Z Warszawy”. Droga wydawała się bardzo długa. Panujące ciemności uniemożliwiały obserwację mijanego terenu, ale na ich tle tym wyraźniej eksponowała się ogromna łuna widoczna w głębi po lewej stronie. To, co palono wydzielało potwornie gryzący, mdławy odór. Dzięki temu, że miałam na sobie lisa mamy, mogłam się bronić przed wdychaniem tego fetoru, wąchając perfumy, które przetrwały w futrze.

Wreszcie dotarliśmy do sporej grupy baraków „Kanady”. Pierwszy blok, do którego nas podprowadzono był przepełniony, w drugim także nie było miejsca, a ludzi stale przybywało. Pod ścianą wypatrzyliśmy jednak niezajęty skrawek, a to tylko dlatego, że pokrywała go niewielka kałuża. Wprawdzie barak nie miał podłogi, lecz ona nie wsiąkła. Zdesperowana mama nie zastanawiając się nakryła to podmokłe miejsce swoim futrem, a na wierzch położyła ojca palto. Na powstałym legowisku przetrwaliśmy wszyscy troje resztę nocy.

Zegarek Achillesa Gremblickiego

Rano w okolicy „Sauny” (łaźni) ustawiono stoliki, przy których zaczęto od przybyłych przyjmować w depozyt: pieniądze, kosztowności i dokumenty. Znacznie później mama przyznała mi się, że posiadanych trzech sztuk biżuterii, wyniesionych z Warszawy, nie ujawniła, tylko ukryła, początkowo w kawałku słoniny, a kiedy ta zjełczała – w sucharach chleba. Natomiast zegarek ojca przez cały czas pobytu w obozie miał przy sobie brat Leszek. Nigdy nie dowiem się już, w jaki sposób go przechowywał.

Podczas tych wstępnych czynności reakcje ludzi były całkiem rozmaite. Niektórzy, demonstrując protest, a może rozpacz, niszczyli banknoty. Pełna zgorszenia, śledząc porywane przez wiatr ich szczątki, z żalem przeliczałam je na cukierki. Lecz wnet, podobnie jak inni poczułam się i ja, gdy pośród walających się śmieci znalazłam nowiutkie, jeszcze w nasiąkniętym wazeliną opakowaniu, łożyska kulkowe. Był to przedmiot naszych dziecięcych marzeń, do budowy podwozia drabiniastego wózeczka.

Długo ważyłam je w dłoniach, nim ze smutkiem odrzuciłam w przekonaniu, że w tej dziwnej rzeczywistości do niczego jednak już nie będą przydatne.

Tymczasem, przedłużające się formalności związane z przyjęciem transportu w obozie, wskutek ogromu przywiezionych ludzi sprawiły, że z nudów i ciekawości oboje z bratem zaczęliśmy dokładniej lustrować otoczenie. Ku naszemu zaskoczeniu, u szczytu jednego z baraków dostrzegliśmy piętrzące się walizki, w których były same nożyczki. Dziwiłam się niepomiernie, skąd taka ilość nożyczek mogła znajdować się w jednym miejscu? Lecz jeszcze bardziej byliśmy zdumieni, gdy w baraku, do którego udało się zajrzeć, pod sufit ułożona była bielizna. Wtedy, wyszła do nas kobieta i po polsku poprosiła abyśmy odeszli, co też posłusznie uczyniliśmy.

Centralna sauna w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau

Dopiero po południu, a był już 13 sierpnia, wprowadzono nas do budynku nazywanego „Nową Sauną”. Było to miejsce, które w bardzo brutalny sposób odkryło oblicze obozu.

Miałam wtedy 10 lat, brat 12. Mamę ciągle uważałam za gwaranta mego bezpieczeństwa, więc byłam ufna i spokojna. Oni oboje mieli pełną świadomość, co do miejsca naszego pobytu, lecz ciągle ukrywali to przede mną. A ja nadal nie kojarzyłam zasłyszanego wcześniej opowiadania dorosłych o obozie z sytuacją, w której się znalazłam. Tym większy był wstrząs, doznany po przekroczeniu jej progu.

Zgromadzonemu w ogromnej sali tłumowi nakazano, bez względu na wiek i płeć, bo byli też chłopcy do 16 lat, rozebrać się do naga. Nie mogłam pogodzić się z koniecznością publicznego obnażenia. Nagość w mojej rodzinie nie była czymś zwyczajnym, lecz wstydliwym. Nigdy wcześniej nie widziałam rozebranej Matki, toteż jej zażenowanie było dla mnie bardzo bolesne. Moja mama, moja świętość, została tak bardzo upokorzona na oczach własnych dzieci! Starałam się nie spoglądać poniżej jej twarzy.

Ponadto w saunie doświadczyłam pierwszej wizualnej lekcji anatomii ludzkiej. Dostrzegłam niezwykłość pewnych cech fizjologicznych dojrzałej kobiety, oraz porównywałam piękno młodego, z brzydotą starego, zdeformowanego przebytą otyłością ciała. Nadmiar obwisłych fałd skórnych budził zdziwienie i zainteresowanie, ale przede wszystkim współczucie.

W miarę, gdy oswoiłam się z własną i cudzą nagością, kolejne upokorzenie wywoływali wmieszani w tę ciżbę umundurowani, w furażerkach na głowach SS- mani. Sprawiali wrażenie, jakby przechadzali się wśród stada zwierząt.

W sali, w której rozbieraliśmy się, następowało stopniowe przemieszczanie się tłumu. W konsekwencji dotarliśmy do dużego wewnętrznego okna w ścianie przeciwległej do wejścia, gdzie każda rodzina przekazywała do depozytu duży papierowy worek wypełniony odzieżą i wszystkim, co mieli z sobą dorośli. Ubrania dzieci luzem przekazano do dezynfekcji, jako że miały im służyć w obozie. Obuwie pozostawiono chyba każdemu, nam na pewno.

Do niewielkiego pomieszczenia, w którym odbywało się strzyżenie wszelkiego owłosienia, doprowadzono nas korytarzem – łącznikiem. Jego przeciwległa do okien ściana stanowiła komory do dezynsekcji odzieży. Ale dopiero w tej „fryzjerni” oczekiwał mnie kolejny dramat. Świadomość, że mogą obciąć mi warkocze, a głowę ogolić do gołej skóry, była przerażająca. Uważałam, że tylko zawszenie mogłoby to uzasadnić. Z moich obserwacji jednak wynikało, że włosy obcinano wszystkim, a tym bardziej te, które były ładne i dobrze utrzymane. Komando fryzjerek składało się z Żydówek. Strzygły przejeżdżając brutalnie maszynką od czoła, jakby wyładowując pasję niechęci do ofiary.

Nie wierząc już w żadną sprawiedliwość, w dodatku, której i moja mama nie mogła zapewnić, ani mnie obronić, nie zwracając uwagi na miejsce i sytuację, z rozpaczy wpadłam w histerię. Mama błagała „Uspokój się, bo nas pozabijają”. Nic nie pomogło. Tupałam, krzyczałam i zalewając się łzami, broniłam czynnie swoich warkoczy. Harmider ten spowodował, że oczekujący przed „fryzjernią” zaczęli dobijać się do zamkniętych drzwi myśląc, że nas mordują. Wtedy przybiegł SS-man i wprost nie do wiary, ale kierowany chyba ludzkim odruchem nie pozwolił warkoczy obciąć, za co ogromnie byłam mu wdzięczna.

Gdy opadły moje emocje i poczułam się względnie bezpieczna, dopiero wtedy usłuchałam argumentów mamy, która radziła skrócić włosy do wysokości ucha, co dawało szansę na utrzymanie ich w czystości. Ona wiedziała, że grożą mi wszy. Zgodziłam się. Jednak podczas obcinania pełna nieufności przezornie obydwoma dłońmi i ramionami osłaniałam całą głowę. Z powstałego zamieszania skorzystała również mama. W przeciwieństwie do innych kobiet uniknęła oszpecenia i upokorzenia, gdyż jej włosy także zostały tylko podcięte.

Przed opuszczeniem „fryzjerni” w przejściu pomiędzy framugą drzwi stała na stołku miednica napełniona lizolem, w którym należało jeszcze zanurzyć głowę. Zrobiłam to w pośpiechu i z rozmachem, więc zachlapałam sobie oczy, które potem boleśnie piekły.

Podobną rolę, przy dezynfekcji stóp pełnił basenik w podłodze przed wejściem do pomieszczenia, w którym zainstalowane były prysznice. Lała się z nich na przemian raz gorąca, raz zimna woda, a gęsta para zasnuwała wnętrze. Po tej niby kąpieli, która mogłaby być dla sponiewieranych warunkami podróży dobrodziejstwem, a okazała się zwyczajnym udręczeniem, przeszliśmy nadzy i mokrzy do „czystej” części sauny. Tam po długim oczekiwaniu, mama odebrała moje i brata zdezynfekowane ubrania, z tym, że na plecach naszych palt funkcyjna zaznaczyła czerwoną olejną farbą pionowe pasy – tzw. sztrajfę (streifen).

Kobietom nie przydzielono pasiaków. Zostały ubrane w zupełnie przypadkową cywilną garderobę. Były to nawet suknie balowe z dekoltami, falbanami, a nierzadko poplamione i podarte. Po prostu zwykłe szmaty! Powstał też bardzo uciążliwy problem z dobraniem wielkości, który to same musiały rozwiązać pomiędzy sobą. Mama wspominała, że dla mniej zaradnych osób było to nad wyraz trudne zadanie.

Wreszcie, przy końcu tych organizacyjnych działań, w ostatnim pomieszczeniu sauny po jej „czystej” stronie, gdzie znajdowały się też w wewnętrznej ścianie oszklone okienka, wydano nam dopiero pierwszy posiłek w obozie. Dostaliśmy chleb i żółty topiony gorzkawy, obrzydliwy, trudny do przełknięcia ser.

Po odbyciu tak zwanego przyjęcia transportu w nowej saunie, po jej opuszczeniu, ludzie wypędzeni z Warszawy, wyglądali jak zbiorowisko zmaltretowanych przebierańców. Tych, których znałam, nie mogłam rozpoznać!

Kobiecy lager FKL-BIa

Zapanowała już noc, kiedy wyprowadzono nas z sauny, odartych ze złudzeń gdzie jesteśmy, ale jeszcze nieświadomych, co niebawem wszystkich czeka. Tymczasem na dworze, pomimo sierpnia, zrobiło się bardzo zimno. W nieprzystosowanych do zaistniałych warunków jeszcze wilgotnych po dezynfekcji ubiorach, drżąc z zimna, długo przed nią staliśmy. Wtedy oburzona mama, za tak nieludzkie nas traktowanie, półgłosem życzyła SS-manom piekła .

Ruszyliśmy dopiero, kiedy zebrali się wszyscy, którzy mieli przemierzać tę, co poprzednio, ale w odwrotnym kierunku drogę. Po przekroczeniu rampy, kresem jej był kobiecy lager FKL-BIa.

Resztę nocy, grupie, w której byliśmy, przyszło spędzić pod gołym niebem w załomie budynku lokalnej sauny tegoż odcinka. Siedząc w kucki przytuleni do siebie, broniliśmy się przed przejmującym chłodem. Dwie następne noce pozwolono przybyłym, wśród nich mamie i bratu, przebywać już w obrębie tej sauny, której plagą okazały się szczury. Znacznie później mama wspominała, że krzyczącym z przerażenia kobietom, funkcyjne grożąc i używając ordynarnych wyzwisk nakazały spokój.

Mnie i jeszcze jedną dziewczynkę, na te dwa noclegi, zabrała nieznana mi więźniarka, do murowanego bloku mieszkalnego. Spałyśmy na najwyższej koi, odgrodzonej od innych niskimi murkami. Gdy obudziłyśmy się blok był opustoszały, a ja nie mogłam doszukać się jednej z trzech sukienek, najbardziej ulubionej, granatowej, w białe kropki. Ta pierwsza doznana osobista strata była nie tylko zaskakująca, ale i przykra.

Rano, tuż za kuchnią, wzdłuż drutów, ustawiono stoły, do których miały zgłaszać się kobiety noszące nazwiska zaczynające się od wskazanej grupy liter. Lecz, nim rozpoczęto spisywanie personaliów i nadawanie numerów, rozeszła się uspakajająca wieść, że dzieci do dziesiątego roku życia, na pewno nie zostaną odłączone od matek. Z tej przyczyny i nadziei, że tak się stanie, mama odmłodziła nas oboje, podając mój rok urodzenia 1935 zamiast 1934, a bratu 1934 zamiast 1932, ciesząc się, że zmieścił się w tym wymaganym limicie. Lecz zapobiegliwość ta była całkowicie zbyteczna, bo pogłoska okazała się nieprawdziwa. Dzieci i tak oddzielono!

Mój numer, mający do końca pobytu w obozie zastępować nazwisko, był – 85536, mamy – 85535, a brata ujętego na liście mężczyzn – 192714. Ponieważ naszego transportu nie tatuowano, otrzymaliśmy identyfikatory z numerami, które przypięte do lewej strony piersi ubrania, musiały być zawsze widoczne. Całe oznakowanie wyglądało następująco: na prostokącie białego płótna, po lewej jego stronie, na odwróconym do dołu czerwonym winklu (inaczej stożku), widniała czarna litera „P”, z prawej zaś znajdował się numer więźnia.

W czasie, gdy dokonywano spisów, podchodziły do naszej grupy starsze stażem w obozie więźniarki. Jedne ofiarowały pomoc, inne spragnione były wolnościowych wieści. Wówczas sporadycznie dochodziło do niesympatycznych zachowań i antagonizmów. Kobiety z transportu warszawskiego nieświadomie, co wynikało z niewiedzy, wyrządzały im krzywdę mówiąc „Nie zbliżajcie się, jesteście kryminalistkami, my z wami nie chcemy mieć nic wspólnego!” Same, bowiem wierzyły, że ich pobyt w obozie to przypadek albo przedziwne nieporozumienie, gdyż są tylko grupą cywilnej ludności wypędzonej z Warszawy, podczas trwającego w niej zbrojnego powstania. Lecz to naiwne oburzenie kwitowane było wtedy bez zrozumienia, z humorystycznym pocieszeniem, że i tak mamy dużo szczęścia, bo przywieziono nas już nie do „Piekła, lecz pensjonatu!”

W pewnej chwili nasza nadzieja załamała się. To, co było zgodną troską wszystkich i czego tak bardzo się obawiano, stało się niestety faktem. Rozłączono nas!

Kobiety i dzieci z naszego transportu podzielono na trzy części i rozlokowano w trzech różnych murowanych blokach, usytuowanych jeden za drugim w środkowej części lagru BIa. Blok najbliżej drogi lagrowej, równoległej do rampy, zajęły osoby samotne młode i w podeszłym wieku. W następnym umieszczono matki oraz kobiety, które zgłosiły, że mają pod opieką dzieci. Trzeci z kolei blok numer 16a (obecnie 13) przeznaczono dla dzieci do 15 lat obojga płci i kobiet w zaawansowanej ciąży, które zajęły koje w prawym szczycie bloku, obok pomieszczenia z zamkniętymi drzwiami. Ostatnimi, równoległymi do drutów, były latryny i waschraumy.

Lecz dalsze bolesne rozłąki miały się dopiero rozpocząć. Po paru dniach wspólnego przebywania na bloku dzieci, wszystkich chłopców powyżej 10 lat, a wśród nich mego 12-letniego brata Leszka, uformowano w grupę mającą ponoć iść do budynku waschraumu. Faktycznie w ten podstępny sposób odprowadzono ich do obozu męskiego, na odległą, pooddzielaną licznymi drutami męską kwarantannę odcinka BIIa. Wtedy, szalejącym z rozpaczy matkom radzono spokój, grożąc „kominem”. Same trochę później, bo gdzieś chyba w drugiej dekadzie września zostały przeniesione na inny lager. Wówczas straszono nas, że poszły w transport, a wśród matek rozpuszczano perfidną plotkę, że dzieci już nie ma! Były to cyniczne zachowania niektórych funkcyjnych, aby nas obopólnie bardziej udręczyć.

Samotne kobiety, poza staruszkami, w tym samym okresie ewakuowano w głąb Niemiec. Dopiero po wojnie stało się wiadome, że były to obozy koncentracyjne w Ravensbrück, Buchenwald, Bergen – Belsen.

Niebawem i ciężarne kobiety zostały zabrane i ulokowane gdzie indziej. Z ich pobytem na naszym bloku dowiedziałam się, co oznacza słowo „ciąża”, choć nadal nie pojmowałam całej fizjologii poczęcia i rodzenia się człowieka. Aż tu nagle, już na jesieni, zobaczyłam i zetknęłam się osobiście, po raz pierwszy w życiu, z maleńkim noworodkiem. Stało się tak dlatego, że moje legowisko sąsiadowało z koją przy oknie, udostępnionej kobiecie, której macierzyństwo miało się zrealizować w tym nieprawdopodobnym miejscu i czasie. Byłam też świadkiem jej bezsilnego borykania się o zabezpieczenie dziecku minimalnych potrzeb do przeżycia. Na szmatę, która służyła za pieluchę, wylał się jakiś płyn. Noc się zbliżała, a ona nie miała, w co dziecka zawinąć. Jej rozpacz spowodowała, że uparcie suszyłam ten gałgan przy stygnącym piecyku. To wydarzenie zbliżyło nas. Spotkałyśmy się jeszcze potem, zupełnie niespodziewanie, w Berlinie przy odgruzowaniu, choć wyjechała innym transportem. Wtedy dowiedziałam się, że przed opuszczeniem obozu podczas kąpieli w saunie, najpierw rozgrzane, a potem nagle schłodzone dziecko, dostało zapalenia płuc i zmarło w drodze!

Po odejściu brata Leszka na męski lager, dla mnie i mamy miało być chwilową pociechą bliskie sąsiedztwo bloków, rozdzielonych niewielką przestrzenią pozbawioną chociażby jednej trawki, za to w dni słotne przemieniającą się w błotne grzęzawisko.

Miejsce to, przede wszystkim było moim placem apelowym, ale i „wybiegiem spacerowym”. Chodząc parami wkoło, z nudów wypatrywałam zgubionych guzików dziwiąc się, że każdego dnia znajduję następne. Szukałam też okrągłych kamyków, które na koi służyły do zręcznościowej gry w „ciupy”.

Pewnego słonecznego dnia nadarzyła się okazja, że mama przyszła na mój placyk apelowy. Wtedy przycupnięta na jakiejś cegle, a ja usadowiona na jej kolanach wysłuchiwałam, że rodziny, z którą nie utrzymywaliśmy kontaktu, mogę szukać „tu a tu”, że jej panieńskie nazwisko to Głogowska, urodziła się w Pruszkowie-Żbikowie oraz wiele trudnych do spamiętania na poczekaniu dat urodzenia: mamy, taty, brata, a ponadto ćwiczyłyśmy mój „olbrzymiasty”, pięciocyfrowy numer jako nowy znak tożsamości.

I choć wiedziałam już gdzie jestem, bo słup ognia nad kominem krematoryjnym widniał, wprawdzie w głębi obozu z dala, ale bardzo wyraźnie, to w bezpośrednim z mamą kontakcie czułam się bezpieczna. Dlatego też niechętna byłam tej lawinie, zbytecznej w moim odczuciu, edukacji na wypadek gdyby „co”. Ale tego „co”, mama nigdy nie kończyła. Nie ujawniała także, co w głębi ducha przeżywała i jakie fale rozpaczy nią targały. A ja ciągle nie chciałam pojąć, że tak zawsze być nie musi lub niezależnie od mamy być nie może, pomimo, że ona w tej chwili jest w zasięgu ręki tuż, tuż. Po prostu być z mamą i przy niej było mi dobrze i nic innego w tamtej chwili mnie nie obchodziło.

Gdzieś na przełomie września zabroniono nam z bloku wychodzić, a matkom przychodzić do nas. Zakaz tej blockspery mama złamała, przybiegając ukradkiem pod moje okno. Później przyznała się, że zastosowano wobec niej represję. Musiała w swoim bloku klęczeć na betonie z rękoma uniesionymi w górę obciążonymi cegłami. Wiadomość o karze i upokorzeniu mamy, nie mogła pomieścić się w mej głowie. Wielu rzeczy z życia obozowego nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, gdyż burzyły one całkowicie moje wykrystalizowane poglądy na ludzi i ich postawy.

Tak samo niesłychanym było wydarzenie, zaraz po przybyciu do obozu, które spotkało mamę. SS-manka na moich oczach wymierzyła mamie policzek! Została uderzona tylko dlatego, że zbyt ostrożnie wchodziła do baseniku z odkażającym płynem, chcąc uniknąć zamoczenia wnętrza butów.

Brutalność w ogóle, a tym bardziej skierowana wobec mojej mamy, była czymś niewybaczalnym! Gdyby to było możliwe, w odwecie i obronie, rzuciłabym się na tę SS-mankę pomimo, że przy niej warował pies, jej obrońca!

Moje rozstanie z mamą, którego zawsze bałam się przeogromnie, nastąpiło nagle. Zachorowała na tyfus, więc nie przebywała już w bloku obok, lecz w szpitalu, tak zwanym rewirze lagru BIa, gdzie jak później wspominała, ochrzciła z wody umierającą Żydówkę.

Dzięki przypadkowemu spotkaniu koleżanki z byłej pracy, która dużo wcześniej trafiła do obozu, jej pomocy i opiece, mama łatwiej znosiła tę ciężką chorobę. Życzliwa interwencja tej pani, wkrótce wywiezionej, której imienia i nazwiska nie znam, spowodowała, że mnie i pewnej dziewczynce pozwolono na widzenie się z matkami na rewirze. Jeszcze dziś z tym faktem łączę bardzo denerwujące wspomnienie, do którego niechętnie powracam pamięcią.

Na odległy rewir poszłyśmy pod opieką sztubowej, która miała przy okazji wstąpić także do innego bloku. Nam poleciła w określonym miejscu zaczekać. I tu powstało nieporozumienie. Czekałyśmy nie tam, gdzie według niej byłyśmy umówione. W efekcie zagubiłyśmy się pozostając same, na dworze długo w nocy pod rewirowym barakiem. Na samą myśl, że nie zdążymy na poranny apel, dostałam potężnego rozstroju żołądka. Dzięki temu, że Basia Bańkowska z tej samej koi, powiadomiła o mojej nieobecności, sztubowa natychmiast wróciła na rewir i odszukała nas nawoływaniem. Była zresztą nie mniej przejęta grozą sytuacji, niż my obie.

Przeciągająca się nieobecność mamy i brak wiadomości o niej wywołało u mnie poczucie osamotnienia. Ponadto uległam psychozie, że podczas selekcji mogę ją stracić na zawsze! To przeświadczenie spowodowało, że przestały mnie interesować wydarzenia mające miejsce obok, jak i bezpośrednio mnie dotyczące. Zaczęło być mi wszystko jedno, dokąd nas prowadzą i w jakim celu. Po prostu uległam apatii i całkowitemu zobojętnieniu na realia, które mnie otaczały.

Zwiastunem chwilowej nadziei, a tym samym ożywienia, były tylko dwa zaledwie grypsy od mamy, pisane bardzo niewyraźnie na bandażu, podobnym do papieru higienicznego. Z trudem odczytałam: „Kochana Elżuniu”! Dalej było mało czytelne, ale wystarczyło! Nikt tak do mnie się nie zwracał. Wiedziałam, że pisze mama, że jest w obozie, a co najważniejsze – żyje!

Od tej chwili, wszystko, co tak potwornie realne łatwiejsze było w przetrwaniu. Bardzo swędzący świerzb, który szerzył się w zastraszająco, bo od przybycia do obozu nikt się nie mył, zaropiałe oczy, długie apele nierzadko w deszczu, a potem i mrozie, głód, zimno, pluskwy, szczury, tęsknota, samotność oraz wszelkiego rodzaju lęki, od których nie byłam wolna!

Życie w bloku dziecięcym 16a – lager FKL-BIa

Blok „dzieci”, w którym oddzielonej od mamy i brata przyszło mi żyć, był murowany. Zresztą wszystkie inne widoczne dookoła, oprócz rewiru po przeciwnej stronie ulicy lagrowej, były takie same. Wnętrze jego podzielone na cztery sztuby, całkowicie wypełniały ścianki trójpoziomowych koi, zbudowanych z cegieł tylko pobielanych wapnem. Najniżej położone legowiska za podłoże miały wprost ceglaną podłogę. Lecz podstawą dwu wyższych kondygnacji były już deski i tylko te zasiedlono.

Na każdej koi o powierzchni około 4,0 m², leżały szczątki siennika wypełnionego chyba miałką sieczką i koc, który pełnił podwójną funkcję. W dzień wyścielał jej powierzchnię, a nocą okrywał wszystkich. Koja bowiem służyła jako „mieszkanie” pięciorgu lub sześciorgu dzieciom, będąc jednocześnie miejscem spania, jedzenia, „zabawy” i stałego przebywania. W późniejszym okresie, gdy wyczerpała się nadzieja, a wkradło zobojętnienie, stanowiła dla mnie coś więcej. Była symbolem „bezpieczeństwa” i „stabilizacji”, jakim w normalnym dawnym życiu, podczas dziecięcego buntu czy chwilowego rozgoryczenia, było mi własne łóżko.

Zawsze zamieszkiwałam koje w sztubie tylnej, przeciwległej do wejścia i nawet parę razy je zmieniałam w miarę pustoszenia bloku. Z pobytem na każdej z nich kojarzę jakieś inne wydarzenie. W ten sposób mogę ustalić przybliżony czas i kolejność, w jakim one powstały. Niezmiennie przebywałyśmy we trzy, ale tylko jedną z tych dziewczynek pamiętam. Była to kuzynka Basia Bańkowska.

W pierwszym okresie koszmarem bloku były pluskwy. Wyłaziły z każdej szczeliny. Spadały na głowy z supremowej podsufitki. W nocy od ukąszeń nie było można spać. Toteż za dnia polowałam na wyłaniające się z nie otynkowanych ścian koi i zabijałam obcasem buta.

Wreszcie wygazowano blok cyklonem „B”. Na te dwa dni wszystkie dzieci przeniesiono do sąsiedniego baraku matek. Nareszcie byłam blisko z mamą, bo na jednej koi i choć ogromnie stłoczone, ale razem!

Efekt dezynsekcji był zaskakujący. Po powrocie do bloku, na każdej powierzchni leżały warstwy insektów. Wtedy dopiero nastał, upragniony pod tym względem, spokój.

Z myciem były ogromne kłopoty. W końcu dano sobie spokój i nie myliśmy się wcale!

Nie domyślałam się wówczas, że za stale zamkniętymi drzwiami w prawym szczycie bloku po lewej jego stronie, znajdowało się pomieszczenie umywalni. Teraz dopiero wiem, że chociaż wyposażono je w kamionkowe rynny, nie mogło funkcjonować, gdyż nigdy nie zostało podłączone do instalacji wodno-kanalizacyjnej.

Toteż w początkowym okresie, dwa lub może trzy razy, próbowano doprowadzić wszystkie dzieci do niezbyt odległego budynku waschraumu. W jego wnętrzu funkcjonowały długie sprzężone z sobą dwa koryta. Ponad nimi biegła rura, na której w odstępach rozmieszczono krany, a dostęp do nich umożliwiało dojście z obu przeciwległych stron.

Ale umycie się, mimo najszczerszych chęci, stawało się niemożliwe tak z powodu niebywałego tłoku przy każdym zaworze, jak i krótkiego czasu dopływu rdzawej, śmierdzącej, zimnej wody. Jeśli udało mi się zamoczyć ręce, to już na pewno nie zdążyłam ich namydlić „glinianym”, zupełnie niepieniącym się mydełkiem, a następnie umyć. Wobec tych przeciwności, których doświadczali wszyscy, wyprawy do waschraumu zaniechano, a choroba skóry świerzb (kratze) zaczął szerzyć się zastraszająco.

W późniejszym czasie chyba aż dwukrotnie zorganizowano nam „kąpiel” w lokalnej saunie odcinka BIa. Tam pod prysznicami z gorącą wodą, bez użycia mydła i w wielkim pośpiechu, nareszcie mogliśmy umyć, a właściwie opłukać całe ciało. Ze względu na określoną przepustowość sauny, dzieci wchodziły do niej grupami. Reszta zawsze pozostawała na dworze. W lepszej, zatem sytuacji znajdowali się ci, którym oczekiwanie przypadło przed odbyciem kąpieli, a nie po niej. Z tej drugiej grupy, wiele osób wskutek rozgrzania i nawilgocenia ciała, ulegało przeziębieniu.

Zbiorowe korzystanie z ubikacji, w atmosferze ogromnego pośpiechu, tłoku i braku intymności, też było przykrym przeżyciem.

Podłużny, murowany budynek latryny stał opodal waschraumu. Wzdłuż wnętrza biegł kanał z nieczystościami, do którego dojście znajdowało się z obu stron. Na dość szerokiej powierzchni jego obudowy powycinano liczne, przeciwległe, okrągłe otwory. Były na tyle duże, że w obawie, aby nie wpaść przez nie do środka, ostrożnie na nich siadałam. Sprowadzenie z bloku jednocześnie wszystkich dzieci powodowało, że do każdego ubikacyjnego „sedesu” ustawiała się gromada oczekujących. Ale problem powstawał dopiero, gdy ktoś chorował na durchfall (biegunka głodowa) i lało się z niego bez przerwy. Taki to nieszczęśnik najchętniej nie wstawałby z raz zajętego miejsca. Wtedy to tworzyły się zatory, a czas pobytu w ustępie znacznie przedłużał.

Toteż niebawem wypraw do latryny, tak zbiorowych, jak i indywidualnych – bo dzieciom bez dozoru nie wolno było chodzić po lagrze – po prostu zaniechano. Sytuację tę rozwiązało postawienie wewnątrz bloku dwu wysokich „kibli” na fekalia. Od tego czasu za drzwiami pomieszczenia przylegającego do nieczynnej umywalni, stała już zawsze kolejka dzieci.

„Kible” z nieczystościami wynosiły do latryny starsze koleżanki, za co podobno dostawały „culagę”, czyli dodatkowy kawałek chleba. Pomimo przykrej funkcji, chętnych było sporo.

„Kiblami” były pojemniki w kształcie cylindra z grubszej niż kubeł szarej ocynkowanej blachy, o wysokości około 60 centymetrów i średnicy 30-35 centymetrów, z dwoma płaskimi uchwytami przy górnym brzegu.

Inne podstawowe zabiegi higieniczne także były niemożliwe do zrealizowania. Otóż zupełnie nie przypominam sobie, abym podczas pobytu w obozie używała jakiegokolwiek papieru higienicznego, miała grzebień, myła zęby i kubek po zupie, zmieniała bieliznę lub przebierała się do snu!

Środek bloku w kształcie czworoboku, usytuowany na wprost frontowych drzwi, stanowił wolną przestrzeń. Powiedzmy, że był to „hol”, którego przeciwległe ściany później zdobiły malowidła o tematyce dziecięcej. Powstawania jednego z nich byłam świadkiem. Położenie koi, na której mieszkałam umożliwiało mi obserwację prawej ściany od strony wejścia.

Pewnego dnia przyszedł do bloku niezbyt wysoki, szczupły mężczyzna w pasiaku i takiej samej płaskiej czapeczce. Było to zdarzenie niezwykłe, bo mężczyźni, poza SS-manami, chyba nigdy bloku nie odwiedzali, a on w dodatku zaczął malować. Twarzy jego, ani identyfikatora nie widziałam, gdyż obserwowałam go odwróconego tyłem. Patrząc na ruchy ręki starałam się odgadnąć, jaki obraz ma powstać. Narysował drzewa i budynek szkolny, do którego zmierzał chłopiec w bereciku z „antenką” i tornistrem na plecach. Zapamiętałam, że z tornistra zwisała na sznurku obła gąbka. Było to dość dziwne, gdyż w mojej szkole gąbki zawsze leżały przy tablicy i nikt nie nosił ich z sobą. Obraz ten utrwalił mi się dobrze w pamięci, bo też i często z koi na niego spoglądałam. Wiedziałam także, że i przeciwległą ścianę zdobi również prosty w formie rysunek, tylko nie pamiętałam, że przedstawia on troje dzieci z zabawkami.

Obrazek na ścianach dziecięcego baraku nr 16a (obecnie 13) w KL Auschwitz. Fot. z arch. prywatnego

 

Kto inspirował wykonanie tych malowideł tego nie wiem, ale z całą pewnością powstały podczas mojego pobytu w bloku dziecięcym 16a, późną jesienią 1944 roku.

W dniu moich urodzin, 19 września, zdobyłam się na odwagę i oświadczyłam sztubowej, że skończyłam 10 lat i proszę o przydział porcji dla starszych dzieci! Dotychczas, w młodszej grupie, otrzymywałam cienki plasterek białego chleba oraz mały kawałek masła, wielkości mniej więcej 2×2 centymetry o grubości 0,5 centymetra. Uważałam, że jestem ogromnie pokrzywdzona. Inne dzieci dostawały wprawdzie chleb ciemny z formy, ale pajdka była przynajmniej dwa razy większa i z dodatkiem margaryny, której kawałek też był podwójny.

Taki przydział musiał starczyć na śniadanie i kolację, a pół litra nijakiej zupy o bliżej nieokreślonym składzie stanowiło obiad, choć nierzadko, duży liść jarmużu, gdy wpadł do kubka pomniejszał jego zawartość. „Kawy”, czy ziółek, było pod dostatkiem.

Nic więc dziwnego, że wyniszczająco skąpe jedzenie, było częstym tematem rozmów, marzeń oraz rozpamiętywaniem spostrzeżeń z nim związanych. Bo nie tylko zachwycała mnie smakowita jedna, jedyna kluska – pyza, podarowana przez sztubową, a zapamiętana z wdzięcznością do dziś, ale dziwiło istnienie w obozie kartofli i możliwość ich zdobycia. Próżne też było moje rozważanie nad jednorazowym przydziałem plastra kiełbasy, z nadzieją, że się powtórzy. Ale sprawiedliwy jej rozdział pozostał już na zawsze niezapomniany, bo też i był bardzo oryginalny. Otóż najpierw wyprowadzono z bloku wszystkie dzieci, które następnie wpuszczano do niego pojedynczo i dopiero w przejściu wręczano ten pożądany przysmak. Lecz osłupieniu ze zdziwienia uległam dopiero wówczas, gdy w przeddzień opuszczenia obozu, w styczniu 1945 roku, dostałam od mamy Basi Bańkowskiej miskę pysznej zupy mlecznej z kluskami, zwanej „melką”! Nie mogłam wtedy uwierzyć, że tak dobre pożywienie w ogóle tutaj mogło się znajdować.

Początkowo blok był dziećmi przepełniony, lecz w miarę upływu czasu stale dokonywała się ich nieuchwytna rotacja i pozostawało nas coraz mniej. Ludzi i ich twarzy nie pamiętam. Byli wszyscy bezimienni, przez to blok jakby „pełen”, ale jednocześnie „pusty”.

Rządziła w nim blokowa Roma Ciesielska. Osoba niewysoka, korpulentna, o siwawych gładko zaczesanych włosach, ubrana w pasiak, a na nim przypiętym numerem więźniarskim z czerwonym winklem i czarną literą „P”. Kobieta ta nie tylko dla mnie była postrachem. Lecz z represjami z jej strony się nie spotkałam, bo od dawna w życiu obozowym, kierowałam się raczej instynktem samozachowawczym. Doskonale wiedziałam, że należy zachować spokój, dyscyplinę oraz dbać o schludny wygląd własny, zamieszkiwanej koi, a także bloku. Te absurdalne, w tych warunkach, wymagania, musiały być spełnione. Przeto, buty myłam w kałuży lub „ziółkach”. Ceglaną podłogę, aby nabrała „koloru”, zmywano wodą z dodatkiem startej na miałki proszek cegły. Natomiast zabrudzenia drewnianych obramowań koi, zeskrobywało się kawałkiem szkła.

Starsze dziewczęta myły blok i to przed samym apelem, na który przychodził SS-man. Wtedy szczególnie musiało być w nim czysto, tym bardziej, że w okresie słoty zaniesiony bywał błotem.

Od pewnego czasu, koi przy oknach celowo nie zasiedlano. Jednocześnie, w trosce o ich schludny wygląd, pilnowano, aby zawsze były równo zasłane kocami, a nic, co mogłoby spaść przez szpary wyżej położonych, nie miało prawa ich zaśmiecać. Dlaczego one musiały być puste, tego na pewno nie wiem, tylko się domyślam. Odkąd nastały tak zwane blockspery, nie tylko istniał zakaz opuszczania bloku, ale także podchodzenia do okien. Wtedy słychać było przemarsz dużej ilości ludzi, nierzadko krzyki i szczekanie psów. Działo się tak w okresie intensywnej ewakuacji więźniów, mówiono, że do innych obozów w głąb Niemiec lub krematorium.

Między apelami, po wykonaniu przydzielonej pracy, był czas wolny. W początkowym okresie, podczas odbywania kwarantanny, przebywaliśmy na zewnątrz bloku, w obrębie placu apelowego, a w dni słotne siedząc na kojach dużo śpiewaliśmy. Później częstą i jedyną zabawą na mojej koi, była zręcznościowa gra w „ciupy”, do której służyły znajdowane okrągłe nieduże kamyki.

Prawdziwą udręką i ogromną emocją było dla mnie rozdawanie przez blokową czystych identyfikatorów z numerami. Działo się to sporadycznie po zakończeniu porannego apelu, gdy uformowani byliśmy jeszcze w piątkowym szyku. Wsłuchując się w wykrzykiwane numery, byłam owładnięta przemożnym strachem, że przeoczę własny. Stałam, więc z napiętą uwagą jak przysłowiowa „struna”. Gdyby ktoś mnie wtedy trącił, to bym chyba „zadźwięczała”!

Inną moją troską i prawdziwym kłopotem, było posiadanie dwóch palt. Brat zostawił swoje odchodząc niespodziewanie na męski lager. Mając świadomość, że posiadanie podwójnej garderoby jest regulaminowym wykroczeniem, żyłam w ciągłym niepokoju. Przy każdym zbiorowym wyjściu z bloku, zapowiadana kontrola koi, była równoznaczna z możliwością odkrycia mego „przestępstwa”. Na samą myśl, drętwiałam z przerażenia, więc jedno z palt przezornie zostawiałam na najwyższej niezamieszkałej koi w nadziei, że nie zginie. Ale pewnego dnia przepadło! Wtedy odsapnęłam z ogromną ulgą. Nareszcie przestałam się bać, że zostanę ukarana. Ale wnet poczułam się bardzo winna wobec mamy, że nie potrafiłam upilnować mego paltka, za które czułam się odpowiedzialna. Poza tym, straciłam rzecz, która służyła mi za dodatkowe okrycie, podczas dokuczliwie zimnych nocy.

Wydawałoby się, że to takie właściwie NIC, epizod bez znaczenia, ale jednak bardzo ciężko było mi z tą nie rozgrzeszoną winą samej nadal się borykać!

Tymczasem mówiono, że konspiracyjny Ruch Oporu czuwał nad blokiem uwięzionych dzieci i nimi samymi. Takie wieści mimochodem rozchodziły się szybko i docierały wszędzie, chociaż nie zawsze były zrozumiałe. W każdym razie ktoś musiał podjąć działanie, gdyż z nastaniem jesiennych chłodów uzupełniono dzieciom garderobę. Ja przypadkowo miałam palto i spodnie brata zabrane z domu, ale większość z nas przybyła do obozu w letnich ubraniach i właśnie ci, tak jak Basia Bańkowska z mojej koi, zostali wyposażeni w swetry, płaszcze, czapki, pończochy i buty, które przeważnie były nie od pary. Kiedy dowiedziałam się, że w pomieszczeniu, w którym stały kible, złożono stos bucików, ucieszyłam się bardzo, gdyż moje sandały już się rozpadały. Długo cierpliwie grzebałam i wybierałam w tej stercie. I choć nie udało mi się dobrać stanowiących parę, ale w noszeniu okazały się wygodne. Natomiast na moment nie przyszło mi wówczas do głowy, że ktoś do niedawna w nich chodził, bo przecież nie były nowe!

Następnym dobrodziejstwem tej „niewidzialnej ręki” było to, że poranne i wieczorne apele przeniesiono do bloku. Dla sprawniejszego liczenia, siedzieliśmy na kojach po pięcioro, ze spuszczonymi nogami.

Jednak nie ominęły nas dwa pamiętne apele, które były istnym koszmarem. Jeden miał miejsce na FKL-u, w deszczu i grząskim błocie, z którego trudno było wyciągnąć nogi, a potem wysuszyć przemoczone ubranie. Drugi odbył się na lagrze cygańskim BIIe, gdy w śniegu podczas siarczystego mrozu należało stać bez ruchu. Ten musiał być bardzo długi i uciążliwy, skoro pod jego koniec, zezwolono dzieciom krążyć parami dookoła własnego placu pomiędzy blokami.

Takie apele miały miejsce zwykle wtedy, gdy ktoś uciekł, lub celowo się schował, albo zasłabł i gdzieś się zawieruszył. Wówczas wszyscy więźniowie z całego obozu stali wiele godzin bez względu na aurę i porę roku, dopóki przyczyna nieobecności brakującej osoby nie została wyjaśniona.

Do dzisiaj w konsekwencji tamtych przeżyć, przedłużające się oczekiwanie na środek komunikacji podczas niesprzyjającej pogody, załamuje mnie psychicznie, bo wnet tracę nadzieję, że pojazd kiedykolwiek nadjedzie

Chyba w połowie września 1944 roku przebywając na FKL-u, z wielką radością i jeszcze większą nadzieją na wolność, przeżyliśmy wszyscy w bloku niespodziewane bombardowanie obozu. Ze strachu, w pierwszym odruchu, zupełnie bez sensu, co natychmiast sobie uświadomiłam, weszłam pod koję. I choć skutki nalotu nic, a nic naszej wolności nie przybliżyły, to wcale nie przeszkadzało, że zaczęto śpiewać „Oświęcim rozbili, więźniów wypuścili, na wolność, na wolność, na wolność już nam czas”.

Lager cygański BIIe

Odcinek Ia FKL-u (obozu kobiecego) stopniowo pustoszał. Mówiono, że dzieci z bloku 16a, prawie ostatnie przenoszone są na lager cygański B IIe, który miał wśród więźniów złą sławę, i niczego dobrego nie wróżył. Wiadomo było, że na początku sierpnia 1944 roku wymordowano wszystkie przebywające tam rodziny Cyganów.

Była połowa listopada 1944 roku. Przeprowadzce z FKL-u towarzyszył nieustannie siąpiący deszczyk i ołowiane chmury. Przekroczyliśmy rampę i ponownie pomiędzy odcinkami BIIc i BIId, tą samą bardzo długą drogą, którą wcześniej już dwukrotnie przemierzaliśmy, dobrnęliśmy do bramy lagru cygańskiego BIIe znajdującej się z przeciwnej niż rampa strony.

Bardzo zdrożone i zmoknięte dzieci wprowadzono na chwilę do baraku matek. Weszłam bez entuzjazmu, jako że nie spodziewałam się zastać w nim mojej mamy. Wiedziałam, że nadal jest na rewirze, który także miano tu przenieść.

Przysiadłam na podłużnym piecu biegnącym wzdłuż baraku i zaczęłam obserwować siedzącą na najwyższej pod sufitem koi, siwiuteńką panią. Była to pani Aleksandra Nowik, babcia Krysi Zawadzkiej (obecnie Politowskiej). Płacząc coś szyła, a siedząca przy niej kobieta uspakajała ją mówiąc „Niech pani nie płacze. Dzieci już są. Już się odnalazły”. Od razu zaczęłam się zastanawiać, gdzie miałyśmy się zgubić i skąd ta pani ma igłę!

Babcię Krysi widziałam później jeszcze raz, kiedy za przepierzeniem w tylnej części naszego baraku wrzucono sporo butów z cholewami. Zapragnęłam takie mieć i poszłam, aby coś wybrać. Właśnie w tym mrocznym miejscu zobaczyłam babcię Krysi, która trzymała pod pachą but prawy, z którym parę tworzył but lewy, znaleziony wcześniej przeze mnie. Bojąc się, że mi go odbierze, niewiele myśląc wycofałam się na koję, aby tam tę panią przeczekać. Wróciłam, kiedy zniechęcona bezskutecznym poszukiwaniem porzuciła but, na który ja czekałam.

Później dziwiłam się, skąd we mnie wzięło się tyle sprytu i przebiegłości, o które siebie wcześniej nie podejrzewałam. Ale też i nigdy, nie musiałam walczyć o byt!

Wszystkie baraki na tym odcinku ustawione były szczytami do drutów i ulicy lagrowej. Ten, w którym zamieszkaliśmy różnił się od pozostałych na FKL-u konstrukcją i wyposażeniem wnętrza. Były to stajnie końskie przystosowane do zamieszkania przez więźniów. Zarówno barak, jak i trzypiętrowe koje odsunięte od ścian wąskim przejściem, były drewniane. Budynek nie posiadał okien, tylko wąskie świetliki wysoko pod dachem. Przez jego środek biegł murowany kanał dymny o szerokości i wysokości chyba około 80 centymetrów. Na obu jego przeciwległych wylotach znajdowały się paleniska. Od ulicy lagrowej było wejście i sień, a po jej lewej stronie mieściło się pomieszczenie blokowej. Przeciwległy szczyt za przepierzeniem z desek, stanowił zaplecze gdzie znajdowała się ponura nieczynna umywalnia, w której stały dwa kible, oraz było wyjście na stronę drutów.

W tej to tylnej jego części po prawej stronie w samym rogu zgromadzone były koje tak zwanych „krecowatych”, gdzie i ja przez jakiś czas przebywałam po zarażeniu się świerzbem (kratze). Tę bardzo swędzącą dolegliwość, rozszerzającą się na skutek braku higieny, usiłowano opanować odizolowaniem zakażonych dzieci, a leczyć smarując chore miejsca jakąś maścią.

Gdy wysypka zniknęła, a świąd ustał wydawało się, że choroba już minęła. Wtedy dla poświadczenia tego faktu, polecono mnie i Basi pójść do jakiegoś pomieszczenia, którego lokalizacji ani funkcji nie jestem w stanie określić. Niemniej doskonale pamiętam, że w tym przestronnym, wysokim wnętrzu stał tylko stół i były jakieś dwie funkcyjne kobiety. Natomiast na tle biało pomalowanego przepierzenia bardzo wyraźnie eksponował się żywy ludzki „szkielet” obciągnięty pergaminową skórą. Dopóki postać stała nieruchomo nie przejawiałam obawy, lecz zaciekawienie. Gorzej było, gdy ta kobieca zjawa poruszyła się. Wówczas z wielkim krzykiem i w panicznym popłochu uciekłam.

Plagą tego baraku były duże szczury. Pomimo zapalonego światła biegały nocą po najniżej położonych kojach, wywołując przerażenie wśród dzieci. Sama tego doświadczyłam. Obudziłam się, gdy zwierzak zatrzymał się na moich nogach okrytych paltem i kocem. Byłam wprost sparaliżowana ze strachu i obrzydzenia. Zdołałam poruszyć się dopiero, gdy dobrnął mi do ramienia. Wtedy spłoszony umknął.

Lager cygański BIIe, sąsiadował przez druty z męskim odcinkiem BIId, na którym przebywali też chłopcy z warszawskiego transportu. Wśród nich był mój brat Leszek. Zobaczyliśmy się z daleka, po trzech miesiącach rozłąki. Wyglądał nędznie. Pomimo listopadowej pory roku, był w kusej, przymałej na niego marynareczce, bez skarpet i czapki, co w moim pojęciu świadczyło o opuszczeniu i niezaradności życiowej, a pomocy żadnej i znikąd! Tym bardziej zdziwiłam się, kiedy w przerwie odłączenia prądu podał mi przez druty furażerkę soli. Było to cenne dobro, za które mama w drodze wymiany uzyskała cebulę i coś tam jeszcze.

Otóż chłopcy wiedli zupełnie inny tryb życia, gdyż zatrudnienie przy rolwadze, umożliwiało im poruszanie się po całym obozie. Była to jednak bardzo ciężka praca. Pomimo, że załadowany, olbrzymi wóz ważył dużo, oni w kilkunastu, musieli go pchać i ciągnąć nierzadko po błocie. Za to mieli możliwość „organizowania” różnych przydatnych, a ogólnie niedostępnych przedmiotów. Kiedyś wrzucili do naszego baraku dużo ładnych scyzoryków, z których jeden zdołałam pochwycić. Innym razem dostarczyli buty z cholewami. Natomiast piłkę futbolową, która niefortunnie przeleciała ponad drutami na nasz lager, domagali się aby zwrócić.

Największe jednak zagrożenie, o czym wszyscy doskonale wiedzieli, stanowiły druty podłączone do prądu. Jeden z chłopców o nazwisku Babańczyk, dotknął ich nieopatrznie i został porażony. Koledzy, świadkowie wydarzenia, z trudem zdołali go odciągnąć i uratować, ale szpetna blizna na twarzy została na zawsze. Natomiast wieść o tym wypadku lotem błyskawicy rozeszła się po obu odcinkach lagru.

Tak samo, do niebezpiecznych należało wkraczanie na wyżwirowany pas przed drutami, czego nagminnie nie przestrzegaliśmy podczas kontaktów z braćmi. Wtedy, trzeba było mieć się na baczności, gdyż nudzący się w budkach strażniczych żołnierze (postowie), namierzając nas strzelali do celu. Pamiętam taki wypadek, gdy zranieniu uległa mała dziewczynka w granatowym płaszczyku.

Z drugiej strony naszego odcinka cygańskiego znajdował się męski rewir BIIf, za którym widoczne były baraki „Kanady”, a opodal nich krematoria. Jedno z nich zostało wysadzone w powietrze jeszcze za naszej bytności w obozie. Po przeciwnej stronie ulicy lagrowej, nieco na skos od naszego, mieścił się barak matek, natomiast bliżej rampy zlokalizowano rewir, na którym nadal przebywała mama.

Pod koniec grudnia, nastąpiło jakby rozluźnienie dyscypliny. Postanowiłam to wykorzystać i na własną rękę, nikogo nie prosząc o zgodę, odwiedzić na rewirze mamę, której tak długo nie widziałam. Oprócz tęsknoty, powodów, którymi się kierowałam było wiele.

Bolał mnie tego dnia brzuch, miałam obtartą piętę i brzemieniem nie rozgrzeszonej winy, nadal ciążyła mi kradzież mego paltka. Wybrałam się, gdy było już ciemno, ale dość czasu do wieczornego apelu. Rewir był chyba przedostatnim w ulicy lagrowej, a za nim tylko trupiarnia.

Wiedziałam, że mogę wejść tylko drzwiami od słabo oświetlonych drutów. Szłam, zatem wzdłuż baraku. Blask światła pozostawał za moimi plecami. Wtedy ku memu przerażeniu dostrzegłam, że gdzieś przy jego końcu pod ścianą, leżą jedne na drugich sterty nagich trupów, a w nich coś się rusza. Zawracałam trzykrotnie nim przezwyciężyłam strach i dotarłam do mamy. W końcu mogłyśmy przytulić się do siebie, bo mama była już w trakcie rekonwalescencji.

Lecz radość spotkania stopniowo odpływała, gaszona natrętnymi myślami.

Co stanie się, gdy, odkryją, że mnie nie ma w baraku?

Jak wyjdę sama w te ciemności i przebrnę obok martwych ciał, w których buszują szczury?

Jak zdążę przejść niezauważona przez cały długi lager, gdy nagle ogłoszą blocksperrę?

Boże! Gdzie podziało się to bezpieczeństwo, którego ostoją zawsze była mi mama!

I wtedy, pomimo, że nadal siedziałam na jej kolanach, poczułam się nagle bardzo zagrożona i przeogromnie samotna, a miałam zaledwie dziesięć lat!

Zdarzało się jednak niekiedy, że to beznadziejne tkwienie w tym marazmie paskudnego baraku pełnego „osieroconych” i obcych mi dzieci oraz pokrzykującej blokowej, rozpraszały bardzo rzadkie, ale wychwytywane natychmiast i utrwalane w pamięci jaśniejsze promyki, które składały się na obrazki.

Otóż, dziewczynki mówiły, że podczas dobrej, przejrzystej pogody, można obserwować zarysy gór. Nad morzem już byłam, gór jeszcze nie znałam, więc raptem do nich zatęskniłam. I choć bez skutku, ale bardzo wytężałam wzrok, aby je koniecznie zobaczyć.

Nie wiedziałam także, że w obrębie lagru cygańskiego przebywały karły. Spotkanie z nimi było nad wyraz zaskakujące i bardzo sympatyczne. Dwie pary, siedząc na niskich stołeczkach, rozmawiały poprzez druty, gdyż mężczyźni przebywali na odcinku BIIf. Z pewnością nie wypadało się gapić, ale widok tej sceny był tak niecodzienny, że trudno było się powstrzymać.

Później spotkałam jedną z tych kobiet pod obozową kuchnią, gdy środkiem oblodzonej ulicy lagrowej, toczyła sporą brukiew. Znowu obraz był przezabawny, gdy zaokrągloną rączką laseczki, popychała i nadawała jej właściwy kierunek. Stałam jak urzeczona przyglądając się temu widowisku, choć pani ta wyglądała raczej na rozsierdzoną lub przestraszoną, że zdobycz mogę jej odebrać. Wykrzykiwała coś do mnie, czego nie rozumiałam, lecz z miny było widać, że nie były to wyrazy sympatii.

Inne zapamiętane wydarzenie, to spór toczący się między dwiema dziewczynami, których nazwisk do dziś nie znam. Przy palenisku pieca w głębi baraku jedna z nich, mająca pod opieką małego chłopca, gotowała dla niego jednego kartofelka w półlitrowym garnuszku, postawionym bezpośrednio na ruszcie wewnątrz paleniska. W pewnym momencie podeszła druga, starsza i bezceremonialnie odstawiła jej garnek wstawiając swój. Wtedy, poszkodowana zaprotestowała, rzucając się na agresorkę z krzykiem, „Co robisz, kartofel mi zdębieje”! Analizując całe wydarzenie, dziwiłam się skąd ona go miała, poza tym, – co znaczy, że on „zdębieje”. Ale przede wszystkim pełne uznanie żywiłam dla jej determinacji wykazanej w obronie swych słusznych praw! Zgorszona i to bardzo byłam zachowaniem tej starszej.

Mnie waleczność opuściła po incydencie w nowej saunie podczas ratowania warkoczy, kiedy wreszcie pojęłam, gdzie się znajduję i że jestem sama. Stało się, bowiem to, czego najbardziej w życiu się obawiałam. Lecz ten „sierociniec”, w którym przebywałam przeszedł wszelkie najśmielsze moje wyobrażenia i oczekiwania!

Mniej więcej na przełomie grudnia zdarzyło się, że starsze dziewczęta w jakiś sposób „zorganizowały” przepiękne koce z wielbłądziej wełny w kolorach ecru i beżowym. Rozdzielono je po kojach, a matki zaczęły z nich szyć dla dzieci ciepłe spodnie.

W tym też czasie oznajmiono, że można pisać listy, ale tylko w języku niemieckim.

Na początku stycznia 1945 roku, barak zaczął pustoszeć. Nie tylko było w nim coraz mniej osób, ale zaczęły też znikać całe rzędy koi. Nie zauważyłam, kiedy je wynoszono, więc zjawisko było zagadką, lecz nie na długo. Wkrótce stało się jasne, że zaczęła się ewakuacja obozu.

Dopiero teraz wiem, że 11 stycznia 1945 roku, w pierwszym rzucie, do komand KL Sachsenhausen w Berlinie, odjechały matki posiadające pod opieką jedno dziecko.

Niebawem i ja powiadomiona zostałam na apelu, że w dniu następnym, czyli 16 stycznia 1945 roku, rodzina moja przeznaczona jest do transportu.

W ten ostatni radosny dla mnie wieczór, Basia ze wspólnej koi, rzewnie płakała. Matka jej, pani Irena Bańkowska, będąca świadkiem tej sceny, uspakajała i pocieszała córkę, a mnie obdarowała miską smakowitej zupy „melki”, o istnieniu, której w obozie nie miałam pojęcia. Płaczem Basi się nie przejmowałam. Zdawałam sobie sprawę, że rozpacz i smutek nie wynika z naszego rozstania, lecz zupełnie zrozumiałej zazdrości spowodowanej moim, a nie jej opuszczeniem obozu.

Po wojnie dowiedziałam się, że rodzina Bańkowskich: Barbara, brat Stanisław i matka Irena 17 stycznia 1945 roku, przetransportowani zostali do Berlina – Reinkendorfu, komanda KL Sachsen-hausen. Po powrocie do Polski u rodziny w Żyrardowie odnaleźli ojca Bogusława, który uciekając z transportu do Pruszkowa uniknął represji, i osiedlili się tam na zawsze.

Okoliczności wyprowadzenia z obozu, pamiętam w kilku oderwanych od siebie obrazach, jakby pomiędzy nimi była pustka.

W dniu 16 stycznia 1945 roku, w bardzo mroźny ranek, w kolumnie dzieci z mego baraku, wyznaczonych do transportu, zmierzałam do niedaleko usytuowanej bramy lagrowej. Pełna niedowierzania, ale i nadziei na uwolnienie, szłam zgarbiona i skurczona w sobie z obawy, żeby lustrujący wymarsz SS-man przypadkiem nie wycofał mnie z szeregu. Toteż, tuż za bramą, po skręcie w lewo, za załomem zasłaniającego nas budyneczku wachy, odetchnęłam z prawdziwą ulgą.

Jednak całkowite rozluźnienie napięcia nastąpiło dopiero w trakcie ubierania się po kąpieli w saunie i wnet prysnęło jak bańka mydlana. Odprężonym i rozradowanym dzieciom, funkcyjna z obsługi zaczęła odbierać „zorganizowane” przez matki, poszczególne części garderoby krzycząc, że to własność Trzeciej Rzeszy! Spokojnie przeżyłam stratę zdublowanej bielizny, choć było szkoda i żal, ale wpadłam w popłoch i rozpacz, gdy zabrała mi spodnie i to nie tylko te uszyte z koca przez mamę, lecz i przywiezione z Warszawy, które przy 20 stopniowym mrozie chroniły moje gołe nogi.

Stałam i z bezradności głośno płakałam. Nawet widok mamy i brata w perspektywie ostatniej wyjściowej sali, oraz świadomość, że nareszcie opuszczamy to piekielne miejsce, nie były w stanie mnie uspokoić. Dopiero inna litościwa osoba, widząc moje łzy pomogła odnaleźć mi jedne z nich, grzebiąc w dużej stercie odebranych dzieciom rzeczy.

O ironio! Działo się to akurat wtedy, gdy godzinę wcześniej mamie opuszczającej saunę, ku jej wielkiemu zdziwieniu i radości, oddano depozyt zawarty w papierowym worku, a także pieniądze!

Transport ewakuacyjny z obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau

Nasze nagłe opuszczenie obozu, wprawdzie szczęśliwie nie przez „komin” krematoryjny, co nam ciągle przepowiadano, wymuszone zostało nadciągającym i bardzo już bliskim frontem wojsk Armii Czerwonej. Przejęta tym doniosłym wydarzeniem, nie zdawałam sobie sprawy, że z tą chwilą zwrócono mi życie! Ale i nie przypuszczałam, że upragniona i długo wyczekiwana wolność, ponownie się oddala. Natomiast zagrożenie przybierze nieco inny charakter, o czym niebawem miałam się przekonać podczas niesłabnących bombardowań Berlina.

Tymczasem, około stu osobową grupę kobiet z jednym lub dwojgiem dzieci, bardzo pośpiesznie, wskutek wyjącego alarmu przeciwlotniczego, wyprowadziła z obozu eskorta SS-manów.

Ten dzień był wyjątkowo mroźny i bardzo słoneczny. Śnieg skrzypiał pod stopami idących, a słońce skrzyło jego biel i oślepiało swym blaskiem.

Podążając w szyku, uparcie wpatrywałam się w plecy beżowego palta idącej przede mną kobiety, na których widniała artystycznie wszyta, prostokątna łata po wyprutym kawałku „pasiaka”. Idąc nieustannie zastanawiałam się, w jaki sposób należałoby zatuszować ten szpecący akcent.

Na tych uporczywych rozmyślaniach, od których w żaden sposób nie mogłam się uwolnić, minęła niespostrzeżenie droga do stacji w Oświęcimiu. Tam załadowani do lokalnego osobowego pociągu, składającego się z wagonów typu „Cy”, co zanotował w pamięci mój brat Leszek, dotarliśmy jeszcze długo przed szarówką dnia do Mysłowic. Wysadzeni na otwartym, wysokim peronie, chyba cztery godziny podczas ogromnego mrozu, oczekiwaliśmy na nieznany nam dalszy transport, choć panowała skryta nadzieja, że SS-mani rozpuszczą nas wolno.

Mróz tężał coraz bardziej. Skupieni blisko siebie, chroniliśmy się przed napierającym zimnem. Siedziałam na kolanach mamy, kiedy zaczęły występować objawy zamarzania. Czułam już ciepło i przemożną senność. Zrozpaczonej mamie nie udało się nakłonić mnie do ruchu, więc czyniła wszystko abym nie zasnęła.

Zapadły już ciemności, gdy nareszcie nadjechał pociąg „wybawca”! Mama wraz z nadejściem ratunku odetchnęła z ulgą, a ja powoli tajałam z zimna, siedząc w jego ogrzanym pulmanowskim wagonie typu „Bx”.

Cel podróży był niewiadomy. Stopniowo ujawniał się tylko jego kierunek, gdy w Katowicach, a później we Wrocławiu (Breslau), podczas postoju na bocznym torze w obrębie tych stacji, przeczekiwaliśmy bardzo bliskie i długotrwałe bombardowania.

Berlin

Do Berlina dotarliśmy wczesnym popołudniem. Na jego dworcu, podczas gdy matki podpisywały oświadczenie, że będą milczały skąd przybyły, my z bratem pełni zachwytu śledziliśmy funkcjonowanie ruchomych schodów, widzianych pierwszy raz w życiu. Był to jedyny jasny akcent tej koszmarnej podróży w trakcie, której prawdziwie się rozchorowałam.

Wreszcie doczekaliśmy momentu, w którym konwojujący SS-mani, przekazali naszą grupę przybyłemu z miasta, eleganckiemu oficerowi SS. Na jego tle czuliśmy się jak przebierańcy. Lecz w zderzeniu z normalnością cywilizowanej ulicy, poza wyglądem, ujawniło się także nasze zniewolenie. Bowiem, gromada wynędzniałych kobiet i dzieci, pędząca za swym przewodnikiem w wojskowym uniformie, skupiała na sobie nie tylko uwagę, ale i zdziwienie przechodniów. Niektórzy, aż przestawali. Czując ich ciekawe spojrzenia, kurczyłam się ze wstydu i upokorzenia, gdyż wydawało mi się, że mijający nas, widzą tylko moje nie od pary buty i czerwoną krechę na plecach palta.

Ale to było nic, w porównaniu z tym, co nieco później doświadczyliśmy od rówieśników z Hitlerjugend, którzy na nasz widok z pogardą, hardo wołali „ruskie świnie”! O, wtedy zawsze zaciskały się moje pięści, a wzrok szukał kamienia, bowiem urażona duma i niechęć do nich była przeogromna. Lecz wówczas brat Leszek, pełen rozwagi i świadomy konsekwencji, na szczęście w porę hamował te bezsilne odwetowe zapędy.

Berlin-Hennigsdorf

Po opuszczeniu dworca, w wielkim pośpiechu, bo zapowiedziany alarm przeciwlotniczy porażał naszego konwojenta, z trudem za nim nadążając, oraz zmieniając środki komunikacji, dotarliśmy do miejscowości Hennigsdorf. Było to północne przedmieście Berlina o niskiej zabudowie wolno stojących domków, przeważnie odgrodzonych płotkami od ciągu ulicznego chodnika.

Ciemniało już, gdy rozwleczeni w długą kolumnę dobrnęliśmy do miejscowego kina, w którym na rozrzuconej słomie, przygotowano nocleg. Jak później się okazało, mieliśmy wtedy dużo szczęścia, gdyż niebawem to tymczasowe przytulisko doszczętnie spłonęło podczas nalotu. Nie była to jednak docelowa kwatera naszej podróży. Nazajutrz przeniesiono wszystkich do gospody pod lasem, a niebawem zbyt liczny transport rozdzielono na trzy części. Dopiero po wojnie ujawniło się, że jedną grupę skierowano do Linzu w Austrii.

My, z wielu innymi rodzinami pozostaliśmy na miejscu. Koczowaliśmy na zasłanej słomą podłodze w jednej z dwu sal. Matki zatrudnione do pomocy w kuchni, obierały kartofle.

Kiedy po jakimś czasie przed budynek zajechały furmanki, chyba z rodzinami Ukraińców. Nie przypuszczaliśmy, że jest to zapowiedź zmiany naszego miejsca pobytu.

Berlin dzielnica Siemenstad

Tym razem przetransportowani zostaliśmy do dzielnicy Siemenstadt. Poniżej nasypu stacji Jungfernheide, ukazał się spory teren w kształcie czworoboku, całkiem spustoszony przez pożar. Widniały na nim dwa lub trzy bardzo głębokie leje po wybuchach bomb, oraz zarysy ław fundamentowych, ślady po licznych barakach obozowych.

Dopiero, gdy stopniał śnieg, pogorzelisko dodatkowo odkryło stopione bryłki naczyń szklanych i fajansowych, które mnie i Krysię Zawadzką (Politowską) fascynowały, choć niczemu nie służyły.

Powierzchnia terenu była uprzątnięta, cegły z rozbiórki ustawione w kozłach, a nie rozmontowane jeszcze szyny do transportu wagonika, i on sam służyły niebawem nam dzieciom, do wspaniałej zabawy. Ach, jak bardzo byliśmy jej spragnieni.

Otoczenie terenu było zróżnicowane. Za jednym jego bokiem widniał las lub park, za drugim nasyp kolejowy ze stacją Jungfernheide, za trzecim stała samotna kamienica zamieszkała chyba przez cywilną społeczność niemiecką, a za czwartym działki ogrodnicze. Na placu oznakę życia stanowił podłużny budynek kuchni obozowej, oraz jedyny z częściowo wykończonym wnętrzem, drewniany barak przeznaczony dla nas. W poszczególnych pomieszczeniach kwaterowały po trzy lub cztery rodziny. Limit zamieszkujących wyznaczały trzy – piętrowe, z pojedynczymi legowiskami prycze wyposażone w sienniki i koce.

W moim pokoju mieszkała Krysia Zawadzka (Politowska) z babcią, panią Aleksandrą Nowik. Byłam świadkiem sporów pomiędzy nimi. Babcia w trosce o bezpieczeństwo wnuczki ograniczała jej swobodę w zabawach poza blokiem, a Krysia krzykiem wymuszała swoją niezależność. Ponadto, była z nami liczna rodzina, której nazwiska nie pamiętam. Dorosły syn tej pani będący chyba na przymusowych robotach w Berlinie, dowiedział się jakimś sposobem o naszym transporcie i dołączył do grupy za zezwoleniem SS-mana, który zastrzegł, że kartek na aprowizację dla niego nie dostanie.

Z naszej około 30-osobowej grupy pamiętam też: Eugenię Krzywobłocką, pełniącą rolę tłumaczki z racji znajomości języka niemieckiego, będącą z córkami Bożeną i Różą, Juliannę Kobus z córką Feliksą obecnie Śmiałkowską, Michalinę Aksamitowską z synem Januszem, Artura z matką, których nazwiska sobie nie przypominam, oraz panią kapitanową Marię Czaplicką, osobę bardzo delikatną i życiowo niezaradną.

Nim zaczęła funkcjonować obozowa kuchnia, przez parę kolejnych dni, mama gotowała dla nas tak zwaną „wodziankę”, na bazie minimalnej ilości pokrojonego w kostkę chleba. Zbyt późno zdała sobie sprawę jak naiwnie postąpiła, oddając do wspólnego użytku osób zamieszkałych w pokoju, wszystkie „zorganizowane” w gospodzie kartofle, które zjedzono pierwszego dnia. Okazało się, że inni nie byli tak spontaniczni, lecz bardziej roztropni i kiedy ukradkiem wyciągali swoje zapasy my mieliśmy tylko „wodziankę”!

Uruchomienie zbiorowej aprowizacji wcale nie spełniło naszych oczekiwań. Przyznane racje żywnościowe były i tak niewystarczające, więc głód nadal wlókł się za nami i nigdy nie opuszczał.

Tak samo działo się z zagrożeniem życia. Pomimo, że okolica wcześniej doznała licznych zniszczeń, to nadal nękana była conocnymi bombardowaniami. Wtedy wraz z SS-manami kryliśmy się w wykopanej prymitywnej ziemiance oszalowanej belkami i nakrytej ziemią. Nocnym nalotom zazwyczaj towarzyszyły, widniejące na niebie rozświetlające teren tak zwane flary. Wyglądały one jak rozgałęzione licznymi ramionami żyrandole, które długo nieruchomo zawieszone w powietrzu, przerażały swą niesamowitością.

Najtrudniejsze jednak, było przetrwanie świstu lecących bomb, gdyż na moment przed ich wybuchem nastawała złowieszcza cisza. W takich chwilach, zgromadzeni w schronie trwali albo w absolutnym milczeniu, albo głośno się modlili.

W trakcie, któregoś bardzo intensywnego nalotu, podmuch bliskiego wybuchu spowodował, że jedna ze ścian naszego baraku runęła. podczas innego, ktoś skradł mamie pajdkę suchara, w którym przechowywała w KL Auschwitz – Birkenau ukryty cenny pierścionek. I choć każdy następny nieodmiennie napawał lękiem mieliśmy jednak nadzieję na ocalenie sądząc, że ponowne niszczenie tego samego terenu może już się nie powtórzy. Czepiając się tego przeświadczenia, za każdym razem resztki nocnego niepokoju rozwiewał nadchodzący dzień. A podczas jego trwania, głębokie leje, widomy znak po spadłych tu wcześniej bombach już nie budziły w nas dzieciach grozy, lecz zainteresowanie i chęć ich penetracji podczas zabawy.

Kiedyś zaciekawieni, zeszliśmy na dno dołu położonego bliżej lasu. Wtedy niespodziewanie zostaliśmy obrzuceni grudami ziemi przez chłopaków z Hitlerjugend, stojących niczym Indianie na części jego korony. Przerażeni ich nagłym najściem, uciekaliśmy w wielkim popłochu, kierując się do przeciwległego stoku.

Lecz wspinaczka po usypującym się piachu stromej ściany, wcale nie była szybka ani łatwa. Toteż, w tym panicznym odwrocie, aby zmylić naszą tożsamość, o ironio wzywaliśmy pomocy naszych niemieckich „opiekunów”, a ich dorosłych rodaków, wołając co sił: „bitte herr”, bitte herr”.

Berling-Friedrich Krause – Ufer Strasse, dzielnica Weding

Nadeszło wczesne przedwiośnie, wraz, z którym skierowano tu mężczyzn pochodzenia włoskiego. Ich przybycie było sygnałem, że nas wkrótce przeniosą. I tak się stało. Tym razem przetransportowani zostaliśmy do nieodległej dzielnicy Weding, z docelową stacją S – Bahn Putlitzstrasse, w pobliżu, której usytuowana była ośmiokominowa elektrownia.

Zamieszkaliśmy przy ulicy Friedrich Krause Ufer biegnącej wzdłuż kanału, przez który łagodnym łukiem przerzucony był szlak kolei naziemnej. Niespełna sto metrów dalej oba brzegi tego cieku łączył betonowy most, za którym widniała duża przystań przeładunkowa. Budynek naszego nowego lokum, dwu lub trzy-piętrowy, szary i brzydki, jednym bokiem przylegał do nasypu wiaduktu, podczas gdy jego tył sąsiadował z jakąś dużą fabryką. W głębi, frontowej mrocznej dość szerokiej sieni, przy jej prawej ścianie, mieściły się w pół zaokrąglone kamienne schody wiodące na górę.

Zajmowaliśmy pomieszczenia I-piętra, którego powierzchnia podzielona była na mniejsze pokoje, wyposażone w dwu lub trzy poziomowe pojedyncze drewniane prycze. II-piętro było nie zamieszkane, pomimo że, w przestronnych salach rozlokowano bardzo dużo identycznych legowisk mających za podstawę niczym nie nakryte, luźno ułożone deski, które zresztą bez skrupułów podbieraliśmy na opał.

Głód panował ogromny. Z wyżywienia objętego zbiorowym przydziałem, pamiętam zaledwie: chleb, początkowo jakąś zupę a potem tylko parowane kartofle w łupinach, których nie mogłam przełknąć tak były paskudne.

W tej sytuacji, aby coś dogotować, mama wybierała wprost ze śmietników odpadki jarzyn, albo usiłowała wchodzić na zaplecza restauracji żebrząc o obierki. Czasami litościwe osoby, wrzucały pośród nie po parę kartofli, brukiew lub cebulę. Na taką wyprawę zawsze zabierała mnie ze sobą jako żywy argument wzbudzający litość i mający zapobiec przepędzeniu. Chcąc wesprzeć mamę, nigdy jej nie odmawiałam i towarzyszyłam wszędzie, choć płonęłam z ogromnego wstydu i upokorzenia!

Dziś, gdy widzę człowieka wyciągającego rękę, jestem pełna współczucia, gdyż wiem, że przemożna potrzeba zdobycia czegoś, najpierw musiała przezwyciężyć jego własną godność.

Gotowanie jedzenia z tego, co udało się nam zdobyć, a przeważnie z powtórnie obranych kartof-lanych obierek, odbywało się na płytce piecyka typu „koza”, który służył do ogrzania pokoju. Kiedyś, przy takiej czynności nieoczekiwanie mama doznała rozległego oparzenia parą wierzchu dłoni. Widocznie więźniowie mieli zabezpieczoną opiekę medyczną, skoro wysłano ją do lekarza, który przyjmował na piętrze cywilnej kamienicy. Poszłyśmy znowu razem. Wyglądając przez okno poczekalni na ulicę, zobaczyłam niemieckie dzieci jeżdżące na wrotkach. Szczerze im wtedy zazdrościłam normalności życia, możliwości zabawy oraz pewności siebie, ale nie tego, że są Niemcami.

Na początku kwietnia 1945 roku ktoś odkrył, że nasze ocalałe w KL Birkenau złotówki można wymienić w berlińskim banku (Deutsche Reichsbank). Za 200 złotych mama otrzymała 100 marek. Odbyło się to przy pomocy pewnego osobnika, który całe przedsięwzięcie zorganizował i zrealizował. Transakcja dokonana dnia 4 kwietnia 1945 roku musiała być legalna, skoro została formalnie poświadczona wpisem w kennkarcie mamy i podstemplowana okrągłą pieczęcią Banku z widniejącą „Gapą”.

Za marki te w niemieckich sklepach, gdzie żywność dostępna była tylko na kartki, można było wyłącznie nabyć pyszne sałatki sporządzane z kiszonych buraków i innych pospolitych warzyw doprawionych ślimakami lub mleczem śledziowym.

Intensywność nalotów na Berlin wcale nie słabła. Toteż i tu każdej nocy już zwyczajowo schodziliśmy do solidnego i fachowo urządzonego schronu w piwnicach domu, a może przyległej fabryki. W jego pomieszczeniu chyba dla zabezpieczenia przed ewentualnym zawaleniem, w pewnych odstępach powierzchnię sufitu podpierały pionowe belki. W sumie było w nim przerażająco, tym bardziej, że podczas nalotu dochodziły odgłosy eksplozji bomb i związane z tym drgania. Wkrótce jakoś przywykłam. Aby odwrócić uwagę od niebezpieczeństwa, wchodziłam w kwadratowy obręb ostemplowania na podłodze i zwinięta w kłębek, gdyż na tyle było miejsca, przeważnie natychmiast zasypiałam.

Rano wyprowadzano nas do pracy realizowanej na rzecz SS-Baubrigade, gdyż jak po wojnie stwierdzono stanowiliśmy jedno z wielu komand KL Sachsenhausen. Zatrudnieni byliśmy w pobliżu stacji S-Bahn Tiergarten przy odgruzowywaniu zburzonych domów, co podejmowano natychmiast po nalotach. Załadowane oczyszczonymi cegłami wagonetki toczyliśmy po torze na brzeg kanału. Tam albo zaraz przeładowywane były na oczekujące „berlinki” (płaskie barki), albo ustawiane w kozłach pozostawały na jego skraju. Te niby proste czynności, wcale też nie były bezpieczne, gdyż gruzowisko ulegało obsunięciom, a ręce bez ochronnych rękawic obtarciom i skaleczeniom.

Sytuacja stawała się bardzo groźna, gdy podczas pracy zaskakiwały nas dzienne bombardowania – wtedy mówiono, że nadlatują Rosjanie lub Amerykanie, gdyż Anglicy działali nocą. Pilnujący SS-mani uciekali znacznie wcześniej, powiadomieni przez radio o zbliżającym się nalocie. Nikt nie troszczył się, gdzie my się schronimy.

Za pierwszym razem podczas wyjącego alarmu zdążyliśmy tylko przebiec na drugą stronę ulicy, gdzie stał rząd wypalonych domów. Ich frontowe ściany były całe, lecz od strony podwórka zwalone, odsłaniając wyłożoną białymi kafelkami pralnię w suterenie czy piwnicy. Oficyny stanowiły sterczące zgliszcza. Maleńkie podwórko odsłaniało szczątek widocznego nieba, na którym z zapartym tchem, wypatrywaliśmy „wiatraczków” odłączających się od zrzuconych bomb.

Kolejnym razem byliśmy już bardziej doświadczeni. Bacznie obserwowaliśmy zachowanie SS-manów oraz kolumnę ludności cywilnej zmierzającą do schronów z dużym wyprzedzeniem, bo wiedzącą z radia o zamierzonym nalocie. Wówczas w odpowiednim momencie przyłączaliśmy się do niej.

Schronem był budynek chyba piętrowy, w kształcie rotundy o obłej i lekko spadzistej kopule dachu. Brat tłumaczył mi, że jego pokrycie jest z kauczuku, wobec czego upadające bomby się odbijają. Nie bardzo w to wierzyłam, ale skoro wiele ludzi tu ściągało, więc musiało być bezpiecznie. Wnętrze okazało się wyciszone i luksusowe. Nikt nas nie przepędzał. Ulokowaliśmy się na schodach biegnących łukiem w prawo od wejścia i przezornie nie odzywaliśmy do siebie, aby nie stwarzać pretekstu.

Innym razem, skierowaliśmy się do schronu zamaskowanego pod gruzowiskiem wypalonego kwartału budynków. Organizacja w jego wnętrzu była wzorowa. Poszczególne wąskie korytarze, przy ścianach, których były ustawione ławeczki, miały przeznaczenie dla konkretnych grup osób.

Ten nalot trwał długo. Gdy wyszliśmy na zewnątrz było wczesne popołudnie, lecz snujące się dymy nad płonącym miastem sprawiały wrażenie zmierzchu. A rozżarzone uliczne drzewa wyglądały jak rozświetlone choinki w czasie świąt Bożego Narodzenia.

Kiedyś w drodze powrotnej z pracy zatrzymaliśmy się z całą grupą dzieci nieopodal naszego domu na przystani przeładunkowej kanału blisko mostu. Zainteresowały nas zgromadzone na pobrzeżu duże paki z ciuchami. Jako, że nastało ciepło, a my nie mieliśmy się, w co ubierać, niewiele myśląc zaczęliśmy je rozrywać i wyszukiwać, co komu wydawało się przydatne. Nim zaskoczeni naszym działaniem Niemcy, grożąc i goniąc skutecznie nas przepędzili, zdążyliśmy rozwłóczyć wiele tobołów, choć zdobycz okazała się bardzo mizerna, a uczyniony bałagan przeogromny.

Po pewnym czasie zaludniono II – piętro naszego domu. Zamieszkali tam bardzo wynędzniali głodem i pracą mężczyźni pochodzenia żydowskiego. Ich przybycie wróżyło, że wkrótce nas przeniosą. Lecz zanim opuściliśmy to miejsce, pamiętam spotkanie z jednym z nich. Stałam w załomie schodów gryząc kawałek brukwi. Nagle pojawił się „cień” człowieka, który gwałtownie wyrwał mi pozostały kęs. Do dziś widzę te pałające głęboko osadzone oczy. I pomimo, że bardzo się wystraszyłam, było mi go wtedy ogromnie żal. Często też myślałam czy przeżył, bo jak się okazało koniec wojny był tuż, tuż, niespełna za miesiąc.

Miejscowość Mügelheim

Przypuszczenie się sprawdziło. Otwartą ciężarówką odjechaliśmy na południowy wschód od Berlina, do Mügelheim, położonego trzy kilometry za Köpenick. Miejscowości niewielkiej, zabudowanej jednorodzinnymi domkami i pięknie położonej pomiędzy ścianą dużego lasu, a jeziorem czy może odnogą Sprewy.

Przy wyjeździe z głównego traktu, wiodącego pośród dorodnego starego mieszanego drzewostanu, zaraz po lewej stronie usytuowane były koszary Wehrmachtu. Dalej jezdnia stawała się dwukierunkowa, gdyż po jej środku stał kościół. Tuż za nim w prawo skręcała boczna ulica. Po jej lewej stronie znajdował się ciek wodny i cmentarz, a po prawej budynek Volkssturmu. W niewielkiej odległości za nim lekkim skosem biegła boczna ulica dochodząca do gęstego, wysokiego sosnowego zagaju, do którego przylegał obóz otoczony drutami składający się z kilku drewnianych baraków. Vis, a vis widniała rozpoczęta budowa małych chyba jedno – izbowych domków, które dopiero miały podciągnięte murowane ściany. Przy bramie dyżurował niesympatyczny SS-man.

Głód towarzyszył nam nadal, ale za to nie było nalotów. Matki zatrudniono w jakimś prywatnym przedsiębiorstwie.

W ostatnich dniach kwietnia, gdy coraz bliżej i potężniej słychać był działa Armii Czerwonej, SS-mani wyprowadzili nas na trakt wiodący w kierunku Berlina. Przy kościele zatrzymali ciężarówkę i kazali się do niej ładować. Parę rodzin wsiadło, reszta się ociągała, więc zniecierpliwiony zwłoką kierowca gwałtownie ruszył. Z powojennej relacji Krysi Zawadzkiej (Politowskiej) wiadomo, że SS-mani wrócili z nimi do dzielnicy Weding na Friedrich Krauze Uferstrasse, gdzie nie zastali już zamieszkujących II-piętro żydowskich więźniów i wnet, pozostawieni bez aprowizacji przez niemieckich „opiekunów” z SS, doczekali wyzwolenia przez żołnierzy polskich.

My natomiast, porzuceni na drodze, czuliśmy się prawie wolni. Nadchodzącą noc, podczas której huczała kanonada artylerii, moja rodzina spędziła na jakiejś werandzie domu stojącego nieopodal kościoła.

Nazajutrz, mama poszukując pracy za jedzenie, poznała panią polskiego pochodzenia, która wraz z mężem i synkiem Peterem wyemigrowała z Wielkopolski jeszcze przed wojną. Kobieta ta przejęta naszym losem wyszukała dla nas mieszkanie w niemieckim domu stojącym nad jeziorem przy przystani kajakowej, prawie naprzeciw budynku Volkssturmu. Parkan posesji sąsiadował z cmentarzem. Na wprost kilku wejściowych schodków do domu od strony podwórka, oddalony o parę kroków, stał drewniany ustęp. W głębi terenu na prawo widoczny był domek campingowy zajmowany przez niemiecką kobietę, a nad brzegiem jeziora w hangarze piętrzyły się kajaki. Do naszej dyspozycji oddano pokój z kuchnią na pięterku. Spadki dachu tworzyły dwie wnęki. W tej od strony ulicy był schowek, a od podwórka WC, gdzie odkryliśmy śliczny, czerwony, dziecięcy samochodzik na pedały. Kuchnia z oknem na ulicę mieściła się na wprost schodów.

Gospodarze, starsi ludzie, udostępniający lokum na przełomie wojny, albo asekurowali się naszą obecnością, a jeśli nie to okazali dużą odwagę wobec reżimu. Zresztą nie ważne, jakimi pobudkami kierowali się ci Niemcy przyjmując nas do swego domu. Chwała im! A dobry Bóg niech ma ich także w swojej opiece!

Wyzwolenie

Nasze wyzwolenie następowało małymi „kroczkami” i w przedziwny sposób. Najpierw porzucono nas samotnych na ulicy, ale wnet ktoś podał pomocną rękę, a jeszcze inny udostępnił dach nad głową. Dopiero na samym końcu wkroczył faktyczny wyzwoliciel, rosyjski żołnierz, którego ku memu zdumieniu, chlebem i solą wyszli witać nasi niemieccy gospodarze, a ja im w tym towarzyszyłam. Nie zwrócił na nas żadnej uwagi. Szedł samotny i czujny w kierunku gdzie przedtem stacjonowały odwody wojsk SS w czarnych mundurach.

Tego wieczora i nocy zmasowany ostrzał artyleryjski wprost rozsadzał okolicę, a my nie zważając na to, pierwszy raz od dziewięciu miesięcy, nareszcie spaliśmy w prawdziwym łóżku i prawdziwej pościeli, z której nikt i nic nie było w stanie nas wydobyć.

Na drugi dzień, na dobre weszło wojsko rosyjskie z taborami. A gdy się już całkiem uspokoiło, dopiero wtedy poszłyśmy z mamą do opustoszałego budynku Volkssturmu, w którym chwilowo był lazaret, o czym świadczyła walająca się jeszcze pokrwawiona bielizna, którą pozbierałyśmy. Natomiast w jego piwnicy, żołnierz rosyjski otworzył stojącą tam szafę i zgarniając w niej wszystko podał mamie. Widząc zawahanie powiedział „Bieri, to zdobyczne”. Skoro tak, to ja poprosiłam o rower, który zaraz mi skradziono, ale wnet dostałam następny.

Tymczasem dobiegały ostatnie chwile wojny na tym terenie, lecz wielu jeszcze poległo. Później u zbiegu naszej ulicy z głównym traktem, przy zbiorowej, żołnierskiej mogile, postawiono im wszystkim upamiętniającą tablicę.

Gdzie w tym czasie przebywali pozostali nasi współwięźniowie, tego nie wiedzieliśmy. W pewnym momencie pojawiła się tylko Fela Kobus (obecnie Śmiałkowska). Jej mama była bardzo osłabiona i chora, więc na razie nadal pozostawały w opustoszałym lagrze (zmarła w listopadzie 1945 roku po powrocie do Warszawy).

Moja mama, spuchnięta do pachwin z głodu i po gwałtownym ataku serca, również nie wybierała się w drogę powrotną. Problem naszego wyżywienia, samoistnie rozwiązało wojsko rozbijając lokalny sklep spożywczy i ofiarując nam jego zapasy. Jezioro dostarczało ryb, które głuszone granatami, wzbogacały nie tylko nasz jadłospis. W chleb i kartofle zaopatrywaliśmy się chodząc do byłych koszar Wehrmachtu, gdzie ulokował się garnizon Rosjan.

Wtedy mieliśmy możliwość poznania i zaprzyjaźnienia się z Siemionem piętnastoletnim „Synem Pułku” – młodocianym rosyjskim żołnierzem. I choć wojna przedwcześnie uczyniła go twardym i doświadczonym człowiekiem, mimo to poza służbą chętnie szukał naszego i Feli towarzystwa. Przeważnie pływaliśmy kajakami. Pomimo odmienności języka, dużo opowiadał, nie krępując się nadużywania wulgarnych wyrazów, do których wnet przywykliśmy jak do reguły. Z tego, co pojęłam i zapamiętałam, jego pełne emocji wspomnienia dotyczyły nie tylko stoczonych bojów militarnych, ale i przemocy stosowanej wobec kobiet. Nie bardzo pojmowałam, co było powodem tych przechwałek, ale mnie dziecku te działania wydawały się niegodne i smutne.

Pozostali żołnierze, z którymi mieliśmy styczność, byli to prości, serdeczni ludzie chcący za wszelką cenę ukazać dobrobyt swego kraju, więc z zapałem opowiadali nawet o „fabrykach pomarańczy”.

Niebawem wybrałyśmy się z Felą do budynku Vokssturmu, który przyciągał nas swoją tajemniczością. Poprzednim razem dotarliśmy do I-piętra, gdzie było pełno broni, a brat Leszek omal mnie nie zastrzelił celując z karabinu, który okazał się załadowany. Tym razem poszłyśmy obie, zbadać, co znajduje się na wyższym piętrze. Odkryłyśmy prywatne opuszczone mieszkanie.

Piętnastoletnią wówczas Felę zainteresowała zawartość szafy, jako że weszłyśmy do sypialni. Był to nieduży pokoik. Dwa łóżka małżeńskie obok siebie. Szafka nocna od strony okna swą szerokością wytyczała tyleż przestrzeni. Naprzeciw łóżek równiutko wzdłuż zasłanych pierzynami, stała szafa.

Znalazłam dużego misia i lalkę, której wszystkie przeguby były ruchome, ponadto zamykała oczy i mówiła. Szczęśliwa zdobyczą właściwą memu wiekowi, w oczekiwaniu na Felę, położyłam się w pop-rzek łóżka bliższego drzwi i podziwiałam zabawkę. W pewnym momencie, niechcący odwróciłam głowę na bok, a wtedy przy swej twarzy ujrzałam ludzką dłoń! Zamarłam ze strachu. W przerażeniu, zostawi-łam trofea, usiłując w panice odnaleźć wyjście. Fela spytała, dokąd idę. Zbyłam ją mówiąc, że do ubikacji, a właściwie bałam się, żeby w tej ucieczce mnie nie wyprzedziła. Ze schodów zeskakiwałam susami. W domu nic nie wspominałam o wydarzeniu, którego doświadczyłam. Po jakimś czasie przyszła Fela z moimi zabawkami oznajmiając, że skoro je porzuciłam to są jej. Dziwiła się tylko, dlaczego nie wróciłam. Wyjawiłam prawdę. Była całkiem zadowolona, że nie wiedziała.

Po tygodniu rozeszła się wieść, że tym trupem w łóżku miał być komendant Volkssturmu, który popełnił samobójstwo w chwili wejścia Rosjan. W brutalny sposób, ściągano go potem z tego drugiego piętra.

W dniu kapitulacji 8 czy 9 maja 1945 roku zapragnęłyśmy z Felą obejrzeć mającą się podobno odbyć w Berlinie defiladę. Nie informując mamy o naszym pomyśle wyprawiłyśmy się obie na jednym rowerze. Dojechałyśmy zaledwie trzy kilometry do Köpenick. Żadnych spodziewanych uroczystości nigdzie nie było, więc wracałyśmy bardzo zawiedzione. W drodze powrotnej natknęłyśmy się na sporą grupę Niemek zdążających w kierunku Mügelheim, a za nimi usiłującego bezskutecznie je dogonić pijanego, uzbrojonego rosyjskiego żołnierza. Nim zdążyłyśmy ocenić sytuację, zatrzymał nas i zabrał rower, na którym dogonił uciekające. Wtedy wyszarpał jedną z nich jak ze stada i wtłoczył do stojącej przydrożnej budki. Rower wprawdzie zostawił na zewnątrz ale, że miał broń, obawiałyśmy się próbować go odzyskać. Pozostałe, bardzo zdenerwowane kobiety złorzeczyły po niemiecku, myślę, że i nam. Mimo, że miałam 10 lat, zdawałam sobie sprawę, że tej schwytanej osobie dzieje się naprawdę coś bardzo złego.

Dlatego po incydencie na drodze, słowo „guliać” nabrało zupełnie innego znaczenia i przestało zapowiadać beztroską zabawę. Bowiem brutalna przemoc, której byłam świadkiem sprawiła, że przed tym „guliać”, razem z bratem już bardzo strzegliśmy mamy, bacząc aby poza domem nie zostawiać jej samej, pomimo że nasze układy z garnizonem rosyjskim były bardzo poprawne.

Z odzyskaniem wolności ogarnęła mnie przemożna tęsknota za krajem i Warszawą. Jednocześnie poczułam rozpierającą dumę z przynależności do narodu polskiego, co natychmiast uzewnętrzniłam przypiętą na piersi własnoręcznie uszytą biało – czerwoną kokardką. Obnosiłam się z nią jak z talizmanem, który dawał poczucie godności i pewności siebie. I dlatego, że czułam się już w pełni niezależnym, wolnym człowiekiem, potrafiłam ze spokojem z własnej woli wykonać prośbę niemieckiego właściciela domu, aby posegregować wyrzucane śmieci. Mało zwyczaj ten, którego wcześniej nie znałam, mimo że kłopotliwy w stosowaniu, uznałam nawet za wart naśladowania wszędzie, co czynię.

Wymieniony gospodarz domu, był trzecim Niemcem, którego zapamiętałam i dobrze o nim myślę. Pierwszy, jeszcze w Warszawie w odruchu serdeczności usiłował zawiązać mi wstążkę na warkoczach, drugi w KL Birkenau ocalił je od obcięcia, a ten trzeci w krytycznym momencie przyjął do własnego domu.

Chyba wspomnienie tych trzech mężczyzn sprawiło, że po zakończeniu wojny nie żywiłam niechętnego stosunku do całego narodu niemieckiego, tylko niszczycielskiego w swych założeniach systemu totalitarnego. I dobrze by było, aby nikt przez butne fałszowanie historii nie sprawił, żebym na końcówce życia, musiała zmieniać swój pogląd, zbudowany na pamięci o tamtych ludziach, od których nie zaznałam zła.

Tymczasem trwał słoneczny maj. W okolicy dostępny las i akwen wodny sprzyjały, że marzenie o zabawie mogło się wreszcie realizować, choć w owym czasie nie zawsze była ona całkiem bezpieczna. Niewinne wyprawy kajakami po głębokiej Sprewie przy braku umiejętności pływania, mogły się okazać tak samo wielce ryzykowne jak i zbieranie dorodnych poziomek oraz woreczków z prochem, pomiędzy porzuconymi w lesie panzerfaustami i granatami.

Kiedy Fela Kobus z matką opuściły Mügelheim, wreszcie i my, przyspieszani przez miejscowych niemieckich notabli, zaczęliśmy zbierać się do powrotu do kraju. Przed odjazdem pod koniec czerwca 1945 roku z radosnym pożegnaniem udaliśmy się do zaprzyjaźnionych z nami rosyjskich żołnierzy. Pełna entuzjazmu w dobrej wierze zapytałam, kiedy i oni spodziewają się wyjazdu. Wtedy, ku memu zaskoczeniu dowiedziałam się, że nie prędko! Na moje dociekliwe, dlaczego, żołnierz odrzekł „Dziecko, jesteś jeszcze za mała, żeby to zrozumieć”. I była to święta racja – nie rozumiałam!

Powrót do Polski

Punkt zborny był w Köpenick. W wolno stojącym domu, chyba przez trzy dni gromadzono przed podróżą na wschód, nie tylko samotnych, ale i rodziny z małymi dziećmi. Niewielkiej gromadzie ludności polskiej, na koniec niewolniczego pobytu, Niemcy zaproponowali kąpiel w łaźni.

O nie! Wszyscy inni chętnie skorzystali z tej możliwości, tylko nie ja. Po upokorzeniach w saunie KL Birkenau, pozostał mi uraz na zawsze, więc stanowczo się sprzeciwiłam odmawiając udziału w tym zbiorowym myciu.

Po załatwieniu repatriacyjnych formalności i otrzymaniu po 100 złotych na osobę, spora grupa Polaków przeniosła się na dworzec w Köpenick w nadziei doczekania jakiegoś transportu. Do pierwszego pociągu nie udało się nam zmieścić, więc czekaliśmy na następny.

Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się znajoma z Mügelheim, która zapragnęła jeszcze raz nas pożegnać. Miłe było to z jej strony, ale i niebezpieczne, w tym zdziczałym obyczajowo czasie. Zapadła już noc, kiedy zapowiedziano pociąg towarowy jadący w kierunku Kostrzyna. Załadowaliśmy się, wbrew logice, a nasza znajoma z synkiem Peterem pozostała sama na stacji. Mama z wielką troską myślała o jej bezpieczeństwie, znając postępowanie rosyjskich żołnierzy w stosunku do Niemek. Przesłany później z Polski przez umyślnego człowieka list, nie wiadomo czy do niej dotarł. Nigdy nie doczekaliśmy się odpowiedzi.

[…]

Życia nie można opisać dzień po dniu. W pamięci pozostają tylko obrazy określonych wydarzeń wiernie zarejestrowane w podświadomości i na zawsze. W każdej chwili można je przywołać w kolorach, pełne zapachu i napięcia emocjonalnego, bo wbrew wszystkiemu nie znikają nigdy. Podobnie dzieje się z pobytem w oświęcimskim obozie. Opuściłam go fizycznie ponad sześćdziesiąt lat temu, lecz psychicznie tkwię w nim nadal, a doznania rzutują na bieżące życie.

Leszek Gremblicki. Gorzów Wielkopolski, 1946 rok. Fot. z arch. prywatnego
Elżbieta Sobczyńska-Gremblicka. Gorzów Wielkopolski, 1946 rok. Fot. z arch. prywatnego
Janina Gremblicka. Gorzów Wielkopolski, 1946 rok. Fot. z arch. prywatnego
Elżbieta Sobczyńska-Gremblicka. Oświęcim, 2007 rok. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Powiązane hasła

”None