menu

Grottel Jolanta – „Byłam świadkiem”

Grottel Jolanta – „Byłam świadkiem”

Jolanta Grottel z d. Rucka, ur. w 1938 roku w Piotrkowie Trybunalskim, podczas wybuchu Powstania mieszkała z rodzicami Heleną i Władysławem na warszawskiej Ochocie przy ul. Orzechowskiej 3. Pod tym samym adresem, w piwnicach kamienicy jej ociec, chirurg, ordynator w Szpitalu Ujazdowskim, prowadził punkt opatrunkowy dla rannych powstańców. 11 sierpnia zostali wygnani z domu i, po nocy spędzonej na Zieleniaku, przewiezieni do obozu przejściowego w Pruszkowie. Tam Władysław Rucki rozpoczął służbę medyczną na rzecz wygnanych, a oprócz posługi lekarskiej pomagał w wyprowadzaniu więźniów na wolność. Swoje świadectwo Pani Jolanta Grottel przekazała Muzeum Dulag w 2014 roku.

Przeżyłam Powstanie Warszawskie i obóz Dulag 121. W chwili wybuchu Powstania miałam 6 i pół roku. Mieszkałam z rodzicami przy ul. Orzechowskiej 3, boczna od Filtrowej, na Ochocie. Ojciec mój dr Władysław Rucki, chirurg, był ordynatorem w Szpitalu Ujazdowskim, mama Helena, pielęgniarka, wtedy już nie pracowała. Od 1 sierpnia żyliśmy w piwnicy, gdzie był też punkt opatrunkowy. 11 sierpnia do domu wtargnęli Niemcy. Krzyczeli „raus, raus”, dali 3 minuty na zabranie rzeczy. Zostaliśmy wypędzeni z domu i pognani w kolumnie ludzi w nieznane. Byłam świadkiem jak Niemcy z psami, rewolwerami zabijali ludzi wolno idących i chorych. Był upał. Ludzie rzucali zabrane rzeczy. Wokoło paliły się domy.

Zieleniak. Straszna noc, spaliśmy na ziemi. Pijani Ukraińcy w mundurach niemieckich wyciągali młode kobiety. Tata przykrył moją mamę płaszczem, na który się położyłam. Mama ocalała. Rano bydlęce wagony, tłok i jazda do Pruszkowa. Przed bramą obozu oficer niemiecki zastrzelił  naszego psa wilczura, którego do strzału  musiał trzymać ojciec.

Obóz Dulag 121. Dookoła straszno. Ojciec zgłosił jakiemuś żołnierzowi, że jest lekarzem. Natychmiast kazano mu  zająć się rannymi. Oczywiście od Niemców  niczego nie dostał, ale ludzie pomagali. Nastąpiła segregacja. Oddzielono mnie od  rodziców do grupy małych  dzieci. Po kilku godzinach ojciec z żołnierzem niemieckim mnie przenieśli do grupy mamy. Znalazłyśmy się w dużej hali z kolumnami. Spałyśmy na ziemi. Był tłok. Ojciec był w innej hali, ratując chorych i rannych. Mijały dni. Zupę lurkę wydawano w kubkach przed halą. Byłam głodna. Słyszałam strzały. Przybywało ludzi. Robiło się zimno. Spaliśmy na betonowej podłodze.

Po kilkunastu dniach z grupą innych więźniów poszliśmy w kierunku bramy. Ojciec podał strażnikom jakąś listę. Byliśmy wolni. Przygarnęli nas dobrzy ludzie najpierw w Pruszkowie, potem w Leśnej Podkowie. Uciekli Niemcy, przyszli Rosjanie. Ojciec od razu powiedział, że lepiej nie będzie.

Po zimie wyjazd do Warszawy. Kolejka dojeżdżała tylko do granic miasta. Potem przez góry ruin, w strasznym trupim fetorze szukaliśmy domu. Ojciec wykopał w naszym ogródku metalowy pojemnik – rurę, gdzie były dyplomy rodziców i ważne dokumenty. Tylko to ocalało. Dom był częściowo spalony. Potem Poznań, do którego ojciec jako lekarz wojskowy miał wezwanie przez profesora Teofila Kucharskiego i dostał przydział do organizacji chirurgii w szpitalu wojskowym. Najpierw ojciec pojechał sam. Po kilku miesiącach przyjechał po nas wojskową ciężarówką.

W Poznaniu ukończyłam szkoły i studia medyczne, lekarskie. Wyszłam za mąż za lekarza pracującego w Akademii Medycznej, urodziłam piątkę dzieci, które wychowaliśmy. Mamy 12 wnuków i 4 prawnuków. Pochowałam rodziców. Nigdy jednak nie zapomniałam koszmaru z Powstania i obozu.

 

 

Powiązane hasła

”None