menu

Augustyniak Halina – rozmowa

Augustyniak Halina – rozmowa

Fragment wspomnień Haliny Augustyniak z domu Gąsowskiej pochodzą z obszernego wywiadu, który został przeprowadzony w październiku 2016 roku w Krakowie. W 1944 roku czternastoletnia Halina Gąsowska, wraz z młodszym bratem Jerzym i matką Charlottą Bronisławą po upadku Powstania na Starym Mieście znalazła się w obozie Dulag 121 w Pruszkowie. Dzięki szczęściu i pomocy uzyskanej w obozie rodzina uniknęła wywiezienia do obozu koncentracyjnego i trafiła na tereny wiejskie w okolicy Opoczna i Skarżysko-Kamiennej, gdzie tułała się od wsi do wsi aż do wkroczenia Armii Czerwonej.

Proszę powiedzieć, co zapamiętała Pani z okresu po zakończeniu Powstania na Starym Mieście?

Zatarło się dużo w pamięci, wiek swoje robi. Po drugie, po tej tragedii, po tym piekle, z jakiego wyszłam, ja już nie wiedziałam, czy ja jestem żywa, czy nie, czy w jakimś wirtualnym świecie się znalazłam. Tego się nie da nawet opowiedzieć. Zaznaczam, że nie oglądam prawie żadnych filmów z tych wszystkich przejść historycznych. Nie da się. To było chyba drugiego września, pacyfikacja Starówki. Nasz dom podpalali powstańcy, oddawali dom po domu, wycofywali się w kierunku Rynku Starego Miasta. Uciekaliśmy tak, jak staliśmy, z piwnic. Wrzask niesamowity, huk ognia niesamowity, bo paliła się katedra, właściwie już była w fazie końcowej, huk był straszny, obok [kościół] jezuicki się palił, domy na przedzie też. Bo powstańcy podpalali domy, natomiast Niemcy spowodowali pożary kościołów. Nas prowadziło wojsko niemieckie i wtedy słyszałam, chyba, język ukraiński. Prowadzili nas, ja byłam z mamą i bratem, bo ojciec był radiowcem w AK i był w innej grupie męskiej. Wprowadzili nas na teren wypalonego kościoła jezuickiego. Gruzy, potłuczone ławki, wszystko było wymieszane ze spalenizną i robili nam rewizję osobistą, wszystko nam zabierali. Mnie zabrali zegarek, ściągnęli nawet lustereczko, co miałam, wszystko. Potem formowali nas na Placu Zamkowym. Tak mnie przeraziło, że Kolumna [Zygmunta] leżała potłuczona, w kawałkach. Wprowadzili nas na dziedziniec Zamku, ustawili nas, kobiety z dziećmi po jednej stronie, po drugiej wszystkich mężczyzn, których powyłapywali na Starówce i tam ojca widziałam, żegnał nas, widział nas z daleka. To było ostatnie pożegnanie z ojcem. Zginął w obozie Gross-Rosen, w kamieniołomach. Tego to dowiedzieliśmy się od świadków, którzy to przeżyli. Byli to sąsiedzi z kamienicy pod dziewiętnastką – mieszkaliśmy na Świętojańskiej, vis-a-vis katedry. Stamtąd prowadzono nas pieszo aż do Warszawy Zachodniej.

Czy w czasie marszu ze Starego Miasta do dworca Zachodniego był przystanek w kościele?

Nie, nigdzie nie stawaliśmy. Doczłapaliśmy się na peron, na dworzec. Wsadzili nas do bydlęcych wagonów i wywieźli do Pruszkowa. Tam wysadzili nas na teren, tam był stolik, było RGO, pamiętam, napisy na rękawach mieli, a to był taki ruch pomocy. Wiem, że to byli Polacy, Polki głównie i nieśli jakąś pomoc.

A co oni konkretnie robili?

Zapisywali. Moja mama miała kenkartę, to z tej kenkarty wywiad robili, w obecności oficera niemieckiego. Mieli jakąś tam księgę i zapisywali po prostu nas – dane, wiek, które mama podawała i jedna z tych osób obsługujących, zaprowadziła nas do tych hal naprawy parowozów i tam nas usadowili, gęsto było niesamowicie. To były chyba ze dwa czy trzy segmenty. Jeden to był taki, w którym byli sprawniejsi, osoby młode, w średnim wieku, szkolnym i starsi, w drugim, znowu, to były dzieci małe z matkami, a trzeci to był taki segment, w którym byli ranni, zabandażowani. Nie wiedzieliśmy, co oni z nami zrobią, tylko dotarła do nas wiadomość, że tam, w Pruszkowie, też ludzi rozstrzeliwali. To dotarło do nas tam właśnie.

Pamiętam przerażający obraz ludzi kotłujących się i tego braku miejsca na położenie się. Tam była, w tych dołach, w tych kanałach, słoma i kloaka częściowo była i to robactwo, tyle tych wszy. Straszne to było.

Mama znała biegle język niemiecki, a był Niemiec, taki starszy dziadek w okularach, z Wermachtu i mama jakoś go zapytała po niemiecku, czy ten segment, w którym jesteśmy, czy on ma wiadomość, jakie jest nasze przeznaczenie, czy to będzie obóz, czy co? A on powiedział: „A co pani w ogóle tu  robi? Pani tak dobrze zna niemiecki”. „Bo urodzona jestem w Berlinie, z emigracji polskiej”- odpowiedziała mama. Urodziła się w Berlinie i tam chodziła do szkoły, biegle władała tym językiem. On się dziwił: „Co pani tu robi z dziećmi?”. Brata miałam młodszego o cztery lata ode mnie. Niemiec przyniósł nam jedzenie, ziemniaczki z czerwoną kapustą w takiej manierce. Podniósł druty, to były chyba takie naprędce ogrodzenia zrobione, przeprowadził do innej części i powiedział, że tych będą wywozić do Generalnej Guberni. I dzięki temu myśmy nie pojechali, nie dostali się z mamą do obozu koncentracyjnego, bo tam wywożono z tej części, w której byliśmy wcześniej.

Pamiętam, że brat dostał krwotoku z nosa, bardzo dużego. Jakimś cudem, bo jedni drugim krzyczeli o pomoc dla dziecka, przyszedł polski lekarz. Co miał to miał, wody trochę przyniósł, myśmy picia nie mieli, zanim jeszcze przeszliśmy do drugiej części. Ten lekarz uratował brata przed krwotokiem, ale dużo krwi zgubił mój brat. Jako tako ustało to krwawienie,  troszkę miejsca ludzie mu zrobili, żeby on chociaż położył głowę do tyłu.

Pamiętam przejście nasze na perony i do wagonów. Ubili nas w nich, ile się tylko dało. Kolejarze w nocy dowieźli nas do Skarżyska-Kamiennego albo Opoczna. To była już noc. Pociąg się zatrzymał i kolejarze chodzili wzdłuż wagonów. Nie było obstawy niemieckiej tego pociągu. Kolejarze mówili, że mamy wyjść i iść, gdzie chcemy. Pociąg stanął w polu po prostu i już. Wyszliśmy z tego pociągu i szliśmy przed siebie, po nocy. Przykucnęliśmy gdzieś z mamą po drodze, to jeszcze był początek września i jako tako tą noc przetrwaliśmy. A potem wędrowaliśmy od chaty do chaty, prosiliśmy o cokolwiek do spania. Spało się w oborze, jakąś słomę nam tam rzucili. Chłopi też byli ogołoceni, bo tam jeszcze działała silna partyzantka i tam były jeszcze duże walki z Niemcami.

Proszę powiedzieć, czy w jakiej z tych wsi państwo się dłużej zatrzymali?

Tak. Jasion, Jasiona. [..] Słupia też, tak. Myśmy dużo miejscowości przeszli. To nie było tak, że myśmy byli usadowieni w jednym miejscu, nie.

Państwo składali prośby o pomoc do Rady Głównej Opiekuńczej?

Tak. Bo nic nie było. Boso byłam w zimę. Jakiś starszy dziadek zrobił mi buty. Wykroił mi je z drewna i miał jakąś starą uprząż, paski przybił, ja wtedy miałam buty. I ja się zaczęłam ślizgać, po tych zamarzniętych stawach, rzeczkach na tej wsi. Jeszcze pamiętam, wyruszyłam na pasterkę nawet, ubrały mnie kobiety wiejskie w takie ich ludowe ubrania w pasy, opoczyńskie to chyba było, bo nawet nie miałabym w czym iść do kościoła.

Ci chłopi, do których trafiliśmy też nic nie mieli. Kto nam miał to dać? Tam było w ogóle strasznie, w nocy ratowali rannych partyzantów, bo były bitwy z Niemcami. W dzień chłopi pozbywali się tego, co po rannych zostawało, na przykład pościeli. Podwody szły, wozy i wywozili wszystkich rannych do lasu z powrotem. Czasem w dzień wparowywali na koniach Ukraińcy. Na tych koniach i z szablami szukali wszystkiego. Jak znaleźli ślad po partyzantach, mogła to być czapka, orzełek, obojętnie co, to palili. I szły z dymem wsie. Myśmy też bardzo napracowali się, żeby wszystko po partyzantach usunąć, jakąś krew, bo to ranni byli przecież, niektórzy bardzo ciężko. Ci chłopi, oni sami nic nie mieli, wszystko dawali partyzantom, tym rannym.

Po raz pierwszy i chyba jedyny w życiu, mieszkałam króciutko, bo tylko dwie czy trzy noce, w kurnej chacie, bo jeszcze taka była. Myślałam, że to tylko bywa w literaturze.

Jak w ogóle chłopi reagowali na Państwa obecność, na warszawiaków z powstania?

Różnie. Jedni mówili, że zostaliśmy ukarani za to, że się w Warszawie chleb wyrzucało do wygódki i „Pan Bóg was pokarał”. Niektórzy byli przyjaźni, współczuli, jak to ludzie, różnili się bardzo, ale spotykaliśmy i bardzo wrogo nastawionych.

O dziwo, spotkaliśmy też przyjaźnie nastawionych ruskich. Jak armia sowiecka rozbiła oddziały niemieckie, to proszę sobie wyobrazić, rozbite były ich autobusy wojskowe. Ruscy powyciągali z tych autobusów niemieckich różne rzeczy i nas ubrali. Dali mi po Niemcach kożuszek, bo niemieccy żołnierze mieli pod mundurem taki ocieplacz z króliczków, z rękawami. Dali nam też dwa koce. Myśmy potem ruszyli do Warszawy, na te gruzy. Pamiętam, jak po powrocie siedzieliśmy z bratem na Placu Zamkowym. Przyszło dwóch mężczyzn, z opaskami Armii Ludowej chyba lub polskiej milicji i zabrali nam wszystko, to co mieliśmy. To, co nam dali ruskie tam, to ci nam zabrali. Strasznie nas potraktowali, takie wyzwiska na nas poszły. Takie koleje, jakie dziwne? Jakich to człowiek ludzi spotykał? Tam nam Niemiec pomógł przejść do innej hali i dzięki temu nie pojechaliśmy do obozu koncentracyjnego. Ruscy też nas ubrali, pomogli. To jest paradoks wręcz.

Kiedy państwo wrócili do Warszawy?

Myśmy już nie wrócili do Warszawy na stałe. Gdy dotarliśmy do Warszawy wszystko było zrujnowane, żadnego kontaktu z rodziną nie było i po prostu nie mieliśmy gdzie mieszkać w Warszawie. Starówka była cała zniszczona. No może ocalało kilka domów, kamienic. Mama chciała nawiązać kontakt z rodziną. Siostra mojego ojca w czasie okupacji mieszkała na Powiślu, przy Dobrej, w Wesołej też mieliśmy rodzinę i przy Chmielnej pod dziesiątym mieszkał stryjek. Chciała może czegokolwiek się dowiedzieć o rodzinie. Na naszej bramie ludzie przyczepiali karteczki, po prostu ludzie chcieli się ze sobą skontaktować, rodziny głównie.

Czy te trudne warunki odbiły się jakoś na zdrowiu Pani rodziny?

Mama a także ja musiałyśmy pójść do pracy, mama była chora, mama odczuła bardzo powstanie i tułaczkę. Był taki moment, że ja myślałam, że mamę stracę, że nie da rady. Nie było za bardzo czym jej ratować. Zresztą, mama wielką głupotę zrobiła, bo chciała się zapisać do ZBOWiD-u. Jak się przyznała, że była w AK, to się UB dowiedziało. Została wezwana i powiedziano jej, że ma się cieszyć, że jej nie będą zamykać, bo ma dwoje dzieci. Zadawali pytania a mama odpowiadała prawdę i właśnie tak podpadła. Widzi pani, były takie ośrodki, gdzie można było dostać jedzenie z paczek unrrowskich, amerykańskich, można było dostać odzież. Nic nie dostaliśmy. Zostaliśmy tak ukarani.

Kartki na żywność Charlotty Bronisławy Gąsowskiej na miesiąc sierpień 1944 r. Zbiory H. Augustyniak.
Kartki na żywność Charlotty Bronisławy Gąsowskiej na miesiąc sierpień 1944 r. Zbiory H. Augustyniak.
Zaświadczenie Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Skierniewicach wystawione dla Charlotty Bronisławy Gąsowskiej i jej dwójki dzieci, 17 X 1944 r. Zbiory H. Augustyniak.
Zaświadczenie Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Skierniewicach wystawione dla Charlotty Bronisławy Gąsowskiej i jej dwójki dzieci, 17 X 1944 r. Zbiory H. Augustyniak.
Podanie Charlotty Bronisławy Gąsowskiej do Delegatury Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Piastowie z prośbą o wsparcie materialne. Zbiory H. Augustyniak
Podanie Charlotty Bronisławy Gąsowskiej do Delegatury Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Piastowie z prośbą o wsparcie materialne. Zbiory H. Augustyniak
Podanie Charlotty Bronisławy Gąsowskiej do Delegatury Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Piastowie z prośbą o wsparcie materialne, strona adresowa; zbiory H. Augustyniak
Podanie Charlotty Bronisławy Gąsowskiej do Delegatury Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Piastowie z prośbą o wsparcie materialne, strona adresowa. Zbiory H. Augustyniak
Powojenny odpis listu Stefana Gąsowskiego, męża Charlotty Bronisławy Gasowskiej, uczestnika Powstania Warszawskiego, który został osadzony w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen, gdzie zmarł. Zbiory H. Augustyniak
Powojenny odpis listu Stefana Gąsowskiego, męża Charlotty Bronisławy Gasowskiej, uczestnika Powstania Warszawskiego, który został osadzony w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen, gdzie zmarł. Zbiory H. Augustyniak
Przepustka na przejazd koleją z Warszawy do Grudziadza, gdzie po 1945 r. mieszkała Charlotta Bronisława Gąsowska z dziećmi. Zbiory H. Augustyniak.
Przepustka na przejazd koleją z Warszawy do Grudziadza, gdzie po 1945 r. mieszkała Charlotta Bronisława Gąsowska z dziećmi. Zbiory H. Augustyniak.

Powiązane hasła

”None