menu

Jabłoński Jerzy – wspomnienia wojenne

Jabłoński Jerzy – wspomnienia wojenne

Jerzy Feliks Jabłoński urodził się w 1938 roku w Warszawie. Wraz z rodzicami Władysławem i Marianną, starszym bratem Stanisławem oraz babcią, Julią Dołowską, mieszkali przy ulicy Nowy Świat 54.W 1942 roku Marianna Jabłońska z dziećmi oraz matką przeniosła się do wsi Małkinia Mała -Przewóz, gdzie w łatwiejszy sposób można było zdobyć pożywienie. Wieś ta położona jest niedaleko Treblinki, gdzie mieścił się Obóz Zagłady. Mieszkańcy wsi stali się więc świadkami eksterminacji narodu żydowskiego. W 1944 roku Jerzy Jabłoński wraz z rodziną wrócił do stolicy. Tam, w piwnicach swojego domu, przeżył Powstanie Warszawskie, podczas którego jego ojciec Władysław Jabłoński, zecer z zawodu, drukował powstańcze pisma. 2 października rodzina Jabłońskich została wygnana z piwnic i popędzona na Dworzec Zachodni, a stamtąd przewieziona pociągiem do obozu przejściowego w Pruszkowie. Po przybyciu do obozu odłączono od rodziny Władysława Jabłońskiego, któremu jednak udało się – dzięki temu, że udawał niewidomego –na powrót połączyć z bliskimi. Z obozu Dulag 121 Jerzy Jabłoński wraz z rodziną został wysłany w okolice wsi Ruda Maleniecka. Po wojnie rodzina Jabłońskich osiedliła się w Kaliszu.

Nasza pięcioosobowa rodzina mieszkała w Warszawie przy ulicy Nowy Świat pod 54. numerem w oficynie, na parterze. Ojciec, Władysław Jabłoński, z zawodu był zecerem. Mama, Marianna Jabłońska z domu Dołowska, nie pracowała. Wychowywała mnie i starszego brata Stanisława, a babcia, Julia Dołowska, prowadziła dom.

Nasze mieszkanie składało się z długiej kuchni i dużego pokoju. Do naszej posesji wchodziło się z ruchliwej ulicy Nowy Świat przez wąską bramę zburzonej w 1939 roku kamienicy, z której został tylko parter, gdzie znajdowały się dwa sklepy. Szło się wąskim podwórkiem, po jego lewej stronie piętrzyły się gruzy zburzonej oficyny, a na końcu stał nasz dom. To była trzypiętrowa kamienica z bramą, ślepym podwóreczkiem i drukarnią w niskim parterze. Natomiast po prawej stronie podwórka stał mur oddzielający nas od posesji nr 52, na której po uprzątnięciu zburzonego we wrześniu 1939 roku budynku, został pusty plac. Na końcu placu mieszkał w domku-altance starszy pan, którego nazywaliśmy „pustelnikiem”. Uprawiał w małym ogródku warzywa i truskawki. W murze dzielącym nasze posesje była wybita wielka dziura, przez którą ja z bratem i starszym od nas chłopakiem, Wojtkiem, zakradaliśmy się do ogródka, aby podebrać „pustelnikowi” kilka truskawek. W połowie podwórka przy murze, stała wspólna ubikacja i dalej była usytuowana studnia z ręczną pompą, dzięki której mieliśmy wodę do picia w czasie Powstania.

Jerzy Jabłoński z mamą na spacerze. Za plecami mężczyzny w płaszczu widać dom rodziny Jabłońskich. Warszawa, ul. Nowy Świat. Prawd. marzec 1941 rok. Fot. z archiwum prywatnego.

 

Lata niemieckiej okupacji to problemy z żywnością. Ojciec na kartki dostawał nędzne racje żywnościowe. Zresztą zachorował na żołądek i miał operację. Wycięto mu pół żołądka. Chyba w 1942 roku nadarzyła się naszej babci Julii okazja pracy w kuchni i wyjechała do Małkini nad Bugiem [Małkinia Mała-Przewóz – przyp. red.], a my z mamą w niedługim czasie także. Zamieszkaliśmy w wynajętym pokoju u gospodarzy, którzy nazywali się Kuziaki. Babcia pracując w kuchni mogła przynosić tzw. resztki z kotła, które my „pałaszowaliśmy”. Na wsi łatwiej było o jedzenie niż w Warszawie. Można było zdobyć jajka, kupić mleko prosto od krowy, jakiś kawałek słoninki czy rąbanki. Także kupno mąki czy ziemniaków i innych warzyw nie sprawiało trudności, bo wszystko było u gospodarzy.

Rysunek autorstwa Jerzego Jabłońskiego przedstawiający dom, w którym mieszkał w wraz z rodziną w latach 1942-1944. Małkinia Mała-Przewóz.

 

Mieszkaliśmy na skraju lasu i tam nauczyłem się zbierać grzyby – kurki, maślaki i prawdziwki. Mama często robiła nam grzyby z ziemniakami. Pobyt w Małkini był dla nas zbawieniem. Ojciec, który został w Warszawie, miał z tego powodu więcej żywności dla siebie. Od czasu do czasu wracaliśmy do Warszawy ze szmuglem, czyli woreczkiem mąki i kawałkiem słoninki dla ojca. Niemcy często na tej trasie robili rewizje w pociągu i rekwirowali pasażerom żywność. Pamiętam jak pewnego razu, gdy jechaliśmy do Warszawy, siedziałem między ławkami na woreczku mąki i nagle …rewizja. Podszedł Niemiec z dyndającą mu na piersi latarką, zapalił ją kilka razy, poklepał mnie po twarzy i poszedł dalej. Uff, udało się ! A w Warszawie mieliśmy z tej mąki kluski na obiady. Wracam jeszcze do Małkini. Dla nas, dzieciaków, to był raj. Czyste powietrze, żywiczny zapach lasu, śpiew ptaków, spacery z mamą na łąki nadbużańskie, a kiedy wyrwaliśmy się spod opieki mamy to ganialiśmy na bosaka po całej wsi z chłopakami, bawiąc się w chowanego. Z mamą często chodziliśmy na łąki zbierać polne kwiaty, a szczególnie na wiosnę, kiedy na zalanych jeszcze wodą łąkach kwitły kaczeńce. Zbieraliśmy całe naręcza kwiatów i mama dekorowała nimi ubogi pokoik z żelaznym piecykiem kącie.

W Małkini niby życie toczyło się normalnie, ale kilka kilometrów za Bugiem był Obóz Zagłady Treblinka. Kiedy wiał południowy wiatr, czuliśmy zapach spalenizny. Palono ciała Żydów w Treblince. Od domu, w którym mieszkaliśmy (Przewóz – blisko lasu) – do torów kolejowych relacji Warszawa-Białystok, oddzielał nas las sosnowy. Pociąg z transportem Żydów, kiedy zbliżał się do Małkini, zwalniał i wtedy Żydzi, którym udało się wydostać z wagonu skakali i uciekali do lasu. Oczywiście Niemcy strzelali do nich z takich budek strażniczych na końcu wagonu. Słyszeliśmy te strzały. Pewnego razu w nocy usłyszeliśmy pukanie do okna i głos proszący o wodę. Mama zapaliła świecę i zobaczyliśmy za oknem zakrwawioną twarz żydowskiego uciekiniera z pociągu. Pamiętam jak dzisiaj błagalny głos – „…pani wody, pani wody!”. Mama podała mu kubek z wodą i prosiła, aby natychmiast oddalił się z tego miejsca, gdyż Niemcy mogą nas rozstrzelać i spalić chałupę. A następnego dnia przyjechał bryczką żandarm z tłumaczem i zaczęli wypytywać, czy nie widziano gdzieś Żydów. Pies gospodarzy, Aza, ujadała mocno na Niemców i w końcu zerwała się z łańcucha, ale Niemiec szybko wyjął pistolet i ją zastrzelił. My, dzieci, którzy z Azą bawiliśmy się na podwórku poczuliśmy do Niemców wielka nienawiść. Po ich odejściu, razem z dziećmi gospodarza, wykombinowaliśmy sobie, że zrobimy na Niemców zasadzkę, przekopując drogę w poprzek i maskując ją gałęziami. Bryczka wpadnie do przekopu i się wywróci. Najstarszy syn gospodarzy, Władek, przyniósł szpadel i zaczął kopanie, ale akurat wracał furmanką z pola jego ojciec i wszystkich nas porządnie przeciągnął batem. Siedziałem pod płotem i ryczałem. Inne zdarzenie mieliśmy z bratem w lesie. Zbieraliśmy grzyby i natknęliśmy się na zwłoki Żyda. Wystraszeni pobiegliśmy do domu i przez jakiś czas baliśmy się wchodzić do lasu.

Brat Staszek dostał od ojca organki, no i któregoś dnia zabrałem ze sobą organki i postanowiłem odwiedzić moją babcię, która pracowała w kuchni jako kucharka przy budowie mostu na Bugu. Niemcy, ponieważ do Treblinki był jeden tor, zaplanowali budowę drugiego toru i stąd przebudowa mostu. Drogę znałem, bo byliśmy z mamą u babci kilka razy. Idę sobie torem, gram na organkach podchodząc do mostu, a tu wachman niemiecki zatrzymuje mnie i pyta po polsku – „…dokąd idziesz?” „Do babci, do kuchni.” „A co twoja babcia tam robi?” „Gotuje.” „Dobrze, pokaż te organki.” Zabrał mi organki i kazał iść do babci. Szedłem i płakałem, a ze złości do niego narwałem ostów i dałem królikom, które Niemcy trzymali w klatkach z tyłu baraku kuchennego. „…niech zdechną szkopskie króliki!” Babcia była wystraszona, jak mnie zobaczyła, ale jakoś wszystko dobrze się skończyło. A gdy wracałem, wachman oddał mi organki. Chodziliśmy z mamą nieraz na tory zbierać kawałki węgla, które spadały z węglarek za lokomotywą. Na torach znalazłem kiedyś dwie broszki, na tyle cenne, że mama w handlu wymiennym z gospodarzami dostała za nie dużo żywności. Innym razem, znalazłem na torach zwitek marek wyrzuconych z pociągu przez Żydów.

Lokomotywa, która ciągnęła transport do Treblinki, wjeżdżając na stację w Małkini przeraźliwie gwizdała i wtedy wszyscy, którzy byli w pobliżu uciekali. Nie wolno było zbliżać się do wagonów, których pilnowali na stacji Ukraińcy z obozu w Treblince [„Ukraińcami” w Treblince nazywani byli przedstawiciele różnych nierosyjskich narodów ZSRR, w większości, jednak nie tylko Ukraińcy – przyp. red.]. Jeżeli ktoś się pojawił, strzelali. Potem po przewekslowaniu lokomotywy i zmianie torów, transport ruszał w kierunku mostu na Bugu i do Treblinki. Właśnie przy tym moście, w kuchni, pracowała moja babcia.

Za domem naszych gospodarzy, w kierunku torów kolejowych linii Warszawa-Białystok, biegła wzdłuż lasu piaszczysta boczna droga, która kończyła się ścieżką. Szliśmy kiedyś z mamą i babcią w odwiedziny do pani Wojdowej, która była kucharką i też pracowała z babcią w kuchni. Pani Wojdowa mieszkała po drugiej stronie torów. Po drodze zobaczyłem wiszącą na sęku sosny, kolorową torebkę z paciorków, z paskiem na ramię. Podbiegliśmy z bratem do drzewa chcąc zabrać torebkę, ale mama nasza nie pozwoliła na to. Wytłumaczyła nam, że torebkę zgubiła żydowska dziewczynka i może będzie jej szukać, więc nie należy jej zabierać. Wracając od pani Wojdowej widzieliśmy wiszącą nadal na drzewie torebkę żydowskiego dziecka. Wisiała tam długo.

Nasi gospodarze oprócz kur, trzymali jeszcze w obejściu stadko gęsi i gąsiora. Z tego gąsiora to był „wielki drań”. Upatrzył sobie mnie, brata i mamę za ofiary. Kiedy szliśmy do drewnianej ubikacji na końcu podwórka, leciał do nas z wielkim sykiem i szczypał nas dziobem po łydkach, waląc też skrzydłami. Wołaliśmy wtedy na pomoc syna gospodarzy, który łapał gąsiora za szyję i wywijał nim nad głową i puszczał. Gąsior ogłupiały dawał nam spokój. Ale nie na długo! To była ciągła z nim walka. Pośrodku podwórka stała studnia, dokoła studni rosła tzw. gęsia trawka i tam urzędowało stadko gęsi z wielce szanownym panem gąsiorem. A po wodę trzeba było iść do studni, i to codziennie!

Zimę z 1943 na 1944 rok spędziliśmy w Małkini. Były wtedy duże mrozy, toteż siedzieliśmy z bratem przeważnie w domu. Mama uczyła brata, który miał skończone siedem lat, pisać, czytać i rachować. Ja byłem jeszcze na to za mały. Na wiosnę, nasza gospodyni, pani Rozalia wydzieliła mi przy płocie kawałek ogródka. Dała nasiona słonecznika i buraczków. Posiałem wszystko i po wykiełkowaniu dbałem bardzo o swój ogródek. Kiedy doszły słuchy, że front się zbliża, moje słoneczniki już zakwitły. Niestety, musieliśmy wracać do Warszawy i najbardziej żal mi było mojego ogródka.

Po przyjeździe do Warszawy miałem jeszcze jeden epizod z władzą. Otóż sąsiad, chłopak z naszej kamienicy, namówił mnie abyśmy przeleźli przez dziurę w murze i z drugiej posesji zaczęli rzucać kamieniami przez mur na ulicę, czyli Nowy Świat. Zjawił się granatowy policjant, mnie złapał a Wojtek uciekł. Trzymając mnie za ucho, przyprowadził do mojej mamy i oddał w ręce rodzicielki, mówiąc: „Ma pani szczęście, że syn nie trafił jakiegoś Niemca, bo ten mógłby go zastrzelić. Niech pani pilnuje syna!” No oczywiście dostałem za swoje, ale już nie było okazji do takich działań, bo coś zaczęło się dziać w mieście. W Warszawie przewalały się niemieckie wojska ze wschodu na zachód. Szkopy wiały przed Rosjanami. Mama i ja z bratem wracaliśmy kiedyś na piechotę od wujka, który mieszkał przy ulicy Kobielskiej na Grochowie. Gdy dochodziliśmy do mostu Poniatowskiego, zobaczyliśmy jakieś dwa samoloty nad Wisłą, które strzelały. Niemcy na moście mieli posterunek i działko przeciwlotnicze. Darli się – „…raus, raus!”. Szybko musieliśmy przechodzić na drugą stronę mostu do Śródmieścia. Po tym zdarzeniu już nie poszliśmy więcej do wujka Janka na Grochowską.

Pierwszego sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie. Niemcy bombardowali systematycznie całe dzielnice zajęte przez powstańców. Nasza rodzina i inni sąsiedzi z kamienicy na Nowym Świecie pod numerem 54 przenosiliśmy się z piwnicy w oficynie do piwnicy na froncie i tak kilka razy. Warszawa się paliła – swąd, dym i straszny dźwięk przelatujących pocisków z niemieckich dział. Były to – „krowy”, „szafy”, „gąski” i inne latające świństwo. Cel był jeden – uśmiercić jak najwięcej ludzi.

W końcu bomba trafiła w nasz dom. Na szczęście siedzieliśmy wtedy w piwnicy, od frontu. Bomba ścięła narożnik trzeciego piętra, uszkodziła drugie piętro, trochę pierwszego, a nasze mieszkanie na parterze pozostało nienaruszone. Pan Bóg miał nas w swojej opiece! Były też chwile spokoju, kiedy nie słychać było bomb i wychodziliśmy z piwnicy, aby coś ugotować w mieszkaniu. Wodę na szczęście mieliśmy z pompy na podwórku. Któregoś razu w takiej spokojnej chwili, babcia była przy kuchni, a my na parapecie kuchennego okna bawiliśmy się z bratem zdobycznym telefonem na korbkę. Nagle nadleciał niemiecki samolot i puścił serię z karabinu maszynowego trafiając nad nami w okno. Poleciała szyba, a kule przeleciały nad babcią wzdłuż kuchni rozwalając kawał tynku przy drzwiach wejściowych. W kuchni zrobiło się biało od wapiennego kurzu, ale nikomu nic się nie stało.

Ojciec, wraz z innymi mężczyznami z kamienicy, miał dyżury obywatelskie. Pilnowali dachu przed pożarem. Gdy paliła się ulica Ordynacka, płonące żagwie latały w powietrzu i nasz dom się zapalił. Wszyscy gasili pożar. Z trzeciego piętra, gdzie była pracownia kapeluszy, [ludzie] wywalali przez okna wszystkie tlące się kapelusze. Na drugi dzień paradowaliśmy w tych kapeluszach, jak to dzieci. Aż któregoś dnia przyszło do ojca dwóch powstańców pod bronią, w biało czerwonych opaskach AK na rękawach i zabrali ojca do drukarni, chyba na ulicę Szpitalną, gdzie drukowano gazetki powstańcze. Ojciec był zecerem i w tym czasie, gdy w inną drukarnię trafiła bomba i zabiła zecerów, ojciec po zaprzysiężeniu stał się powstańcem, ale bez broni. Składał gazetki powstańcze, które przynosił do domu, a brat Staszek czytał na głos wszystkim domownikom te wiadomości. Trzy lata temu, będąc w kinie na filmie „Powstanie Warszawskie”, zmontowanym z prawdziwych kronik powstańczych, ujrzałem we fragmencie z drukarni powstańczej Wojskowych Zakładów Graficznych ojca z kolegami zecerami w parosekundowym ujęciu. To było dla mnie wielkie przeżycie. Oczywiście, gdy film ukazał się na DVD zakupiłem kilka płyt.

Władysław Jabłoński (pierwszy po lewej) w drukarni powstańczej Wojskowych Zakładów Graficznych w Warszawie. Kadr z filmu „Powstanie Warszawskie”. Koniec sierpnia, 1944 rok. Fot. z archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego.

 

Drugiego października 1944 roku, od rana zapanowała cisza. Nie było słychać strzałów, ani wybuchów bomb. Kapitulacja Powstania. Wychodziliśmy wszyscy z piwnic z tobołkami i resztkami jedzenia. Ja z bratem zabrałem kilka zabawek, organki, książkę o Tadeuszu Kościuszce „WÓDZ NARODU”, i to wszystko. Babcia była bardziej przezorna – zabrała woreczek sucharów, cukier w kostkach, trochę kaszy, kilka zdjęć rodzinnych, książeczkę do nabożeństwa, różaniec i metalowy, okrągły wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej (pamiątkę z pielgrzymki do Wilna w 1922 roku), którą mam do tej pory. Wychodziliśmy przebitym w ścianie piwnicy przejściem, przez górę gruzów, do ulicy Ordynackiej. Tam czekali już Niemcy. Szliśmy Warecką i dalej ulicami zasłanymi porzucanymi przez warszawiaków niepotrzebnymi walizkami, tobołami, butami i łuskami od nabojów. Gdzieś po drodze był odpoczynek, a potem [szliśmy] w długiej kolumnie ulicą Wolską. Pamiętam, że stanęliśmy, a siostry z francuskiego czerwonego krzyża dawały dzieciom cukier w takich papierowych tutkach. Z tyłu stali Niemcy i nas filmowali. Może gdzieś w Niemczech jest taki filmik, jak to humanitarnie traktowano ludność cywilną wychodzącą z palącej się Warszawy. Idąc dalej w kolumnie na stację kolejową, po drodze z przejeżdżającej ciężarówki jakiś pijany Ukrainiec chciał rzucić w nas granatem, ale oficer niemiecki wykręcił mu rękę i przeżyliśmy tym sposobem. Zawieziono nas do obozu przejściowego w Pruszkowie. Noc spędziliśmy w hali napraw wagonów kolejowych na podłodze, strasznie zmęczeni długim marszem. Ojca oddzielono od nas, tak jak i innych mężczyzn. Na drugi dzień jednak udało się ojcu przejść do naszej części obozu. Znalazł gdzieś białą laskę, założył okulary i udawał niewidomego. Reszta rodziny, z którą w czasie Powstania nie mieliśmy kontaktu, też ocalała i wszyscy spotkaliśmy się w obozie. Mało co pamiętam z tego obozu. Załadowano nas do odkrytych wagonów. Z za płotu odgradzającego obóz od Pruszkowa, mieszkańcy rzucali nam pomidory, jabłka i co się dało do jedzenia. Dojechaliśmy do Końskich, stąd na chłopskich furmankach do Rudy Malenieckiej i dalej do wsi Cisy. Pierwsza kwatera, którą nam wskazano, była u gospodarza, który nazywał się Wiaderny. Potraktowano nas tam jak zadżumionych. Dostawaliśmy do jedzenia kluski żytnie z mlekiem w dużej glinianej misce, którą gospodarz puszczał przez stół w naszą stronę, tak, że po drodze pół mleka się rozlewało. A najgorszy był komentarz – „…mata, źryjta, powstania wam się zachciało”.

Mama była oburzona takim postępowaniem gospodarza i poszła na skargę do sołtysa. Przeniesiono nas do innego gospodarstwa w Młotkowicach, gdzie było znośniej. Mieszkaliśmy teraz z babcią Julią, a ojciec u innych gospodarzy. Niestety, warunki były złe. Nocleg wyglądał tak, że gospodyni dawała nam snopek słomy, który rozkładaliśmy na podłodze w kuchni, a rano trzeba było wszystko posprzątać. Nie mieliśmy własnego kąta. Na dokładkę, babcia miała paść krowę, z którą nie dawała sobie rady, a wręcz się jej bała. W każdym bądź razie, gdy mama dowiedziała się, że na końcu wsi jest gospodarstwo z wolnym pokojem i osobnym wejściem przez ganek, to mało co czekając zabraliśmy nasze tułacze tobołki i przenieśliśmy się do tych gospodarzy. Do nas dołączył też ojciec i byliśmy już razem. Babcia Julia została u tamtych gospodarzy i z tą nieszczęsną krową. Nie było w nowym miejscu luksusów, ale przynajmniej nikt nami nie pomiatał. Gospodyni była bardzo dobra. Pożyczyła nam wielki sagan do gotowania, drewniany szaflik na wodę i udostępniła drewnianą balię. Mogliśmy wreszcie porządnie się umyć. W pokoju mieliśmy kuchnię i duży piec do pieczenia chleba. Raz w tygodniu gospodyni rozrabiała w drewnianej dzieży ciasto na chleb. Rozpalała w piecu duży ogień i piekła chleb. Duże rumiane bochny chleba wyjmowała z pieca drewnianą łopatą. Rozchodził się wszędzie wspaniały, najmilszy dla nas zapach chleba. Dla dzieci gospodyni piekła z resztek ciasta tzw. „wyskrobki”, małe rumiane chlebki. Czekaliśmy cierpliwie na tą chwilę, i wreszcie, kiedy każdy dostał swój mały chlebek – taki gorący, pachnący i chrupiący – podrzucaliśmy go w dłoniach i dmuchaliśmy, bo parzył. A jak smakował! Mama dostawała od gospodyni duży bochen chleba, ale to wszystko było mało. Dostawaliśmy jeszcze trochę ziemniaków, marchwi, no i najważniejsze – mleko prosto od krowy! A jaką maślankę piliśmy! Taką z pływającymi grudkami masła. Masło gospodyni urabiała ręcznie w drewnianym skopku. Zresztą wszystkie większe naczynia gospodarze mieli drewniane. Balie, dzieże do ciasta, szafliki do wody. A wodę nabierało się ze studni drewnianym szaflikiem. Smak wyborny!

Ojciec chodził do gospodarzy dorywczo pracować. Malował im mieszkania i kładł kolorowe szlaczki. Dostawał za to, a to trochę mąki, albo ziarno żyta, które mieliliśmy u sąsiadów na kamiennych żarnach. Ciężka robota, a mąka z tego niezbyt miałka. Ale z tej mąki i startej marchwi mama piekła nam na blasze kuchennej placki. Brakowało nam jedzenia. Pamiętam, że z ojcem i bratem zakradaliśmy się w nocy do kopca podebrać trochę ziemniaków. Brakowało także opału do kuchni. Wybraliśmy się kiedyś z mamą i bratem do lasu po chrust. Mama znalazła suchego świerczka i ciągniemy go przez las do drogi, a tu drogą jadą Niemcy na motorze. Padliśmy na ziemię, schowani za krzakami. Niemcy przejechali, a my szybko za suche drzewko i chodu do chałupy.

Trzeba było jakoś przeżyć tą wojnę. Przyszły chłody. Ja z bratem zdarliśmy buty i nie mieliśmy w czym chodzić. Ojciec poznał we wsi wysiedlonego z Warszawy szewca, który miał kawałek skóry i obiecał zrobić nam drewniaczki. Pamiętam, że pomagałem ojcu piłować ściętą przez gospodarza brzozę. Drzewo było na opał, ale kilka kawałków ojciec zaniósł do szewca i ten wystrugał nam drewniaki. Jakoś zimę przechodziliśmy w tych drewniakach.

Nadszedł styczeń 1945 roku. Front ruszył i Rosjanie szybko posuwali się do przodu. Niemcy organizowali obronę. Do kopania okopów ściągnęli wszystkich mężczyzn ze wsi. Ojciec bał się, żeby go Niemcy nie pognali dalej i zwiał z tych okopów. Nastał dzień bezkrólewia. Niemcy uciekli i nie było żadnej władzy. Gospodarze ze wsi zaraz to wykorzystali i dalej ciąć drzewo z lasu na opał. Wreszcie 16 stycznia wkroczyli sowieci. Nasi „wyzwoliciele”. Na nasze podwórko wjechał gazik z naczalstwem, duży samochód ciężarowy z żołnierzami sowieckimi i czołg. Czołg oczywiście rozwalił bramę i uszkodził narożnik obory, mimo to wszyscy się cieszyli. Rosjanie, jak wpadli do naszego domu to z pytaniem – „Kuda Germańce…?”. No, jak mogli być? Wiali przed Ruskimi, aż się kurzyło, zostawiając przy drogach dużo dobra wojennego. Starsze chłopaki ze wsi zbierali po rowach i polach amunicję i granaty. Syn naszego gospodarza, starszy od nas, zdobył karabin i pod nieobecność ojca walił w drzwi stodoły do celu. Jego matka narobiła rabanu i dostał od ojca potężne lanie, a karabin ojciec mu odebrał i wrzucił do gnojówki. My, między sobą, chłopakami, wymienialiśmy jakieś naboje, łódki do naboi, a ja miałem nawet podłużny magazynek od niemieckiego „szmajsera”. Jeszcze na podwórku byli żołnierze sowieccy, a ja szedłem sobie z tym magazynkiem w ręku, a żołnierz sowiecki woła do mnie: „Malczik, podażdi, machniom!”. Dałem mu magazynek, a on nasypał mi kilka naboi do pepeszy. Rosjanie nocowali w naszym pokoju. Rozłożyli słomę i spali na podłodze. Rano była zbiórka żołnierzy na podwórku i odjechali. Zaczęliśmy robić porządek w pokoju. W kącie pod słomą odkryłem leżące „jaja”, czyli granaty. Uradowany tym znaleziskiem wziąłem dwa granaty i lecę do ojca pochwalić się zdobyczą, a ojciec krzyknął, żebym stanął i odebrał mi granaty. Poszli potem z gospodarzem w pole i coś z nimi zrobili, może zakopali.

Przyszła wiosna. Wychodziliśmy na drogę patrzeć, jak rowami spływa woda z resztek śniegu. Byliśmy wolni! Trzeba było jednak decydować, co dalej mamy robić. Pierwsi wyjechali moi chrzestni, Jurczyńscy. Mieli rodzinę pod Warszawą w Piastowie. Potem babcia Julia ze swoimi bratanicami, Aliną i Krysią Koch. Po kilku dniach babcia wróciła do Młotkowic i opowiedziała co widziała w Warszawie. Nie było szans powrotu do Warszawy. Warszawa była zburzona, a jeszcze na dokładkę często zaminowana przez Niemców. W drugiej połowie kwietnia ojciec wyjechał z Młotkowic w poszukiwaniu pracy i mieszkania. Gospodarze nie za bardzo chcieli nas nadal żywić, toteż zabraliśmy cały nasz dobytek i wyjechaliśmy do Piastowa, pod , do rodziny Jurczyńskich. Dostaliśmy mały pokoik na poddaszu, gdzie w czasie deszczu kapało nam na głowy. Ojciec nie dawał znaku życia. Wreszcie przyszła od niego wiadomość, że jest w Kaliszu, ma pracę i mieszkanie. Możemy jechać!

Pożegnaliśmy się z naszą babcią Julią Dołowską, ciotkami, Anielą i Jadzią, z moimi chrzestnymi i pociągiem wyruszyliśmy do Kalisza. Widocznie podróż była bardzo męcząca, bo nic z tej podróży nie pamiętam. To było 3 lub 4 lipca 1945 roku. Nasze nowe miejsce na ziemi. Kalisz, bardzo stare miasto z kanałami rzeki Prosny, pięknym starym parkiem i co ważne, nie zburzone! Tak zakończyła się nasza tułaczka.

Mieliśmy dwupokojowe, słoneczne mieszkanie z kuchnią i ubikacją w korytarzu. Ojciec schodził piętro niżej do pracy w zecerni. Na parterze była drukarnia. We wrześniu 1945 roku poszedłem do pierwszej klasy szkoły powszechnej, a mój brat Staszek do trzeciej, ponieważ mama nauczyła go czytać, pisać i rachować. W styczniu 1948 roku zmarł nasz ojciec, Władysław na chorobę zawodową, ołowicę, czyli złośliwą anemię. Przez kilka miesięcy mama była bez pracy, ale uratowała nas babcia, która przyjechała do Kalisza i już została. Razem z mamą, na pożyczonej maszynie do szycia szyły sukieneczki dla dziewczynek i babcia sprzedawała je na rynku. W końcu mama dostała pracę w introligatorni i już było znośniej, a babcia robiła na szydełku serwetki i sprzedawała je mając dla siebie jakiś dochód. Ja z bratem ukończyliśmy Licea Ogólnokształcące. Brat dostał się na Uniwersytet Wrocławski (wtedy im. Bolesława Bieruta). Został we Wrocławiu. Pracował jako dziennikarz w gazecie „Wieczór Wrocławia”. Zmarł w 2016 roku. Babcia Julia zmarła w 1958 roku, a mama w 2000 roku. Ja ożeniłem się w 1963 roku i zacząłem w tym samym roku pracę w Zakładzie Energetycznym „Kalisz” na stanowisku umysłowym w Dziale Eksploatacji jako kreślarz. Po przepracowaniu 40 lat przeszedłem na emeryturę w 2003 roku. Mamy z żoną córkę, jedynaczkę, która jest nauczycielką i mieszka w Limanowej, oraz dwójkę wspaniałych wnuków, Jurka i Grzesia. Jurek skończył Politechnikę Krakowską na Wydziale Transportu i Maszyn Budowlanych, a Grześ kończy szkołę podstawową.

Obecnie zajmuję się malarstwem, działką i genealogią, która stała się moją pasją. Dobrze wiedzieć coś więcej o swojej rodzinie, przodkach i odkrywać coraz więcej szczegółów z życia swojej rodziny. W tym roku kończę 80 lat i planuję odwiedzić miejsca, gdzie urodził się mój prapradziadek i jego dzieci. A wszystko to, co udało się odkryć w archiwach i dowiedzieć od proboszczów przekażę mojej córce Agnieszce i wnukom.

Na tym kończę moją opowieść wojenną. Może kogoś zaciekawi, jakie były losy warszawiaków zmuszonych przez Niemców do opuszczenia swojej stolicy, bestialsko zburzonej i ograbionej. Oby nigdy więcej Polacy nie przeżywali okropności wojny.

Jerzy Jabłoński z namalowanym przez siebie obrazem przedstawiającym teatr w Kaliszu. Zdjęcie współczesne. Kalisz. Fot. z archiwum prywatnego.

 

 

Powiązane hasła

”None