menu

Jackowski Tadeusz – Wspomnienia z pobytu w III Rzeszy i powrotu do domu

Jackowski Tadeusz – Wspomnienia z pobytu w III Rzeszy i powrotu do domu

Tadeusz Jackowski (1926-2017) i Andrzej Jackowski (1925-1993), mieszkańcy Podkowy Leśnej, na początku października 1944 trafili do obozu Dulag 121 w wyniku łapanki przeprowadzonej w rodzinnej miejscowości. Chociaż nie byli warszawiakami potraktowano ich jak mieszkańców Warszawy i wywieziono do Niemiec jako robotników przymusowych. Tadeusz Jackowski w swoich wspomnieniach spisanych w marcu 1998 roku, szczegółowo opisuje warunki pobytu w Meklemburgii, charakter wykonywanych prac, a także powrót do domu po zakończeniu wojny. 

Wspomnienia z pobytu w III Rzeszy i powrotu do domu 1.X.1944-15.V.1945

 

Pamięci rodziców, najbardziej udręczonych naszą nieobecnością, oraz Jędrka, współuczestnika zdarzeń.
Te wspomnienia nie stanowią próby poniżenia lub ośmieszenia kogokolwiek, starałem się jedynie oddać swoje odczucia z okresu pobytu w III Rzeszy.

1 października 1944 roku. Podkowa Leśna. Niedziela, piękny słoneczny dzień, ale powietrze dość rześkie. Około 7.30 Niemcy na podwórzu. Jeden w mundurze, z opaską SD (Sicherheitsdienst – Służba Bezpieczeństwa), wrzeszczy po polsku: „Wszyscy wychodzić, kto zostanie, będzie zastrzelony!”. Przeszukali cały dom od piwnicy po strych. Jędrkowi i mnie kazali iść na Główną – do sprawdzenia dokumentów. Po drodze mama podała nam po jednej dziesiątce paciorków różańca. Miałem je aż do spotkania z krasnoarmiejcami w Stargardzie Szczecińskim.

Przy torach kolejki EKD na osi ulicy Głównej stanowisko CKM (MG-43) gotowe do otwarcia ognia. Posterunki żandarmów na stacji i ulicy Brwinowskiej.

Spędzani mężczyźni gromadzili się przy torach między ulicami Główną, Lotniczą i Brwinowską. Na chodnikach tłoczyły się rodziny. Dokumenty zaczęli sprawdzać późno po południu na placyku koło centrali telefonicznej przy ulicy Słowiczej. Ojciec podał nam zaświadczenie z Urzędu Nadzoru Lasów w Skierniewicach. Na nic jednak to się nie zdało; sprawdzenie dokumentów polegało na spojrzeniu na zamkniętą kenkartę i oblicze delikwenta, a następnie wskazaniu palcem: w lewo – zatrzymany, w prawo – zwolniony.

Jeden zatrzymany zaczął uciekać przez krzaki w kierunku młyna Bolesty. Pogonił za nim żandarm, strzelając z pistoletu maszynowego. Po chwili przyprowadził uciekiniera z głową rozbitą kolbą MP. Zatrzymano 16 czy 18 ,,bandytów’’. Pod silną eskortą załadowano nas do wagonu motorowego. Zajęliśmy miejsce w środkowej części wagonu, natomiast żandarmi usadowili się na początku i końcu wagonu. Dojechaliśmy do Pruszkowa. Ciemno już było, gdy dotarliśmy do warsztatów kolejowych. Zapędzono nas do hali nr 5. Gdzieniegdzie błyskała mdłym światłem brudna żarówka, wszędzie brud, błoto i ekskrementy ludzkie. Łazi jakiś człowiek i grobowym głosem pyta: „Czy ranni są?”. Zgłosił się nasz pokrwawiony. Opatrzono go i wyszedł na wolność.

2 października 1944 roku. Rano poszliśmy na ochotnika do sprzątania hali nr 4. Dali za to bochenek chleba, trochę cebuli i pomidorów. Około godziny 13 ładujemy się do wagonów bydlęcych po 64 osoby, otrzymujemy przydział po bochenku chleba na dwóch. Zamykają wagony i odjazd w świat daleki. W naszym wagonie przez omyłkę było 68 osób, ale chleba dostaliśmy na 64. Wieczorem dłuższy postój w Skierniewicach. Wyrzuciliśmy kartkę do stryjka Janka z informacją, że gdzieś nas wiozą. W nocy przejeżdżamy przez Łódź.

3 października 1944 roku. Wczesnym mglistym rankiem pociąg zatrzymuje się w polu, na jakiejś bocznej jednotorowej linii kolejowej. Wysiadka kolejno wagonami, oczywiście pod obstawą, celem załatwienia potrzeb fizjologicznych, no i jazda dalej. Którędy nie wiem – okienka zakratowane, docisnąć się nie można, pada deszcz, kapie na głowę przez dziury w dachu. Sama rozkosz.

4 października 1944 roku. Ranek szary i mglisty. Długi postój w Kreuz (Krzyż). Dokuczało pragnienie. Przez okienko w wagonie widać człowieka sprzątającego peron. Ludzie wołali do niego, żeby podał trochę wody, ale zachowywał się tak, jakby nic nie rozumiał. Dopiero gdy posłali mu wiązankę na temat jego mamusi, odezwał się po polsku: „Nie mogę, bo mnie o…”, i wskazał na jakiegoś kolejarza. W końcu ruszamy dalej. Jedziemy przez Woldenberg (Dobiegniewo) i Arnswalde (Choszczno). Nazwy nieznane, licho wie, gdzie to jest. Dojeżdżamy wreszcie do Szczecina. Po dłuższym postoju pociąg wlecze się dalej i późnym popołudniem przejeżdżamy przez Neubrandenburg.

5 października 1944 roku. Rano stacja Parchim – postój, następnie wysiadka i marsz do Durchgangslager für Arbeitskräfte (obóz przejściowy dla cudzoziemskich sił roboczych). W kolejce do łaźni czekaliśmy cały dzień, no ale po południu dali coś ciepłego do picia i chleb z truskawkową marmoladą. Od czasu do czasu nad obozem przelatywał trójmotorowy transportowy Junkers JU-52, mający w pobliżu silników dziwaczne metalowe pręty, jakby krzyże z kilkoma ramionami. Ciekawiło mnie, co by to mogło być, bo JU-52 latające w GG nic takiego nie miały. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że były to anteny radarowe. Do łaźni dotarliśmy o zmroku. Najpierw badanie lekarskie: przyłożenie słuchawki do pleców i komenda: „Dychaj!”. A potem pieczątka na lewym przedramieniu G (gesund – zdrowy). Po kąpieli i odwszeniu ciuchów w parówce wreszcie nocleg w baraku. Spanie na gołych dechach, a mnie się trafiła prycza z dziurą od pleców do kolan, jako że nasza grupa dotarła ostatnia do baraku.

6 października 1944 roku. Rano awantura o palenie w piecykach desek oderwanych z prycz lub oszalowania baraków. To warszawiacy mający garnki i jakieś zapasy żywności gotowali sobie strawę. Niemcy zagrozili nam, że w przypadku powtórzenia się niszczenia mienia III Rzeszy nie dostaniemy jeść. Po południu ponowna kąpiel i odwszenie.

7 października 1944 roku. Rano wymarsz na stację. Ładujemy się do wagonów towarowych. Jest jednak znacznie luźniej niż przy wyjeździe z Pruszkowa, a drzwi wagonu zasunięte są jedynie do połowy, tak że widać, co się dzieje na świecie. Jedziemy przez Malchow, a później wzdłuż jakichś jezior do Waren-Müritz. Na stacji dużo wojskowych w mundurach marynarskich. W Waren nad jeziorem Müritz, mającym 138 kilometrów kwadratowych powierzchni, czyli o 16 kilometrów kwadratowych więcej niż Śniardwy, mieściła się szkoła oficerska niemieckiej Kriegsmarine. Nie zatrzymując się, pociąg wlecze się dalej i dojeżdżamy do stacji Malchin. Koniec jazdy i wysiadka. Gdzież znajduje się ta dziura? Nikt nie wiedział. Po policzeniu konwojowani przez kilku żołnierzy pod komendą grubego oberfeldfebla docieramy do cukrowni. Liczą nas ponownie i na coś czekamy. Po czystym, błękitnym niebie z głuchym pomrukiem sunie armada ciężkich czteromotorowych bombowców, osłanianych przez kilkanaście myśliwców. Lecą na zachód. Niemcy pokazując je, mówią spokojnie, że to Amerykanie wracający chyba znad Szczecina. Wreszcie prowadzą nas do kuchni przy obozie jeńców sowieckich zatrudnionych w cukrowni i około 14 dostajemy gorący posiłek.

8 października 1944 roku. Spisanie personaliów. Mój numer – 187, Jędrka –188. Potem roboty porządkowe z jeńcami sowieckimi pilnowanymi przez „szakała”, czyli wachmana uzbrojonego w karabin systemu Krag-Jørgensena (broń zdobyta na Norwegach i Duńczykach).

Na terenie cukrowni znajdowała się suszarnia krajanki buraczanej na paszę. Po zakończeniu kampanii cukrowej produkowano tam krajankę z brukwi. Drugim zakładem była wytwórnia płatków ziemniaczanych z parowanych ziemniaków. Trzecim zakładem był tartak. Od przystani na kanale, przechodzącym obok cukrowni, do tartaku przebiegała kolejka linowa. Wózek transportowy poruszał się nad terenem cukrowni na linach podwieszonych do dwóch słupów z kratownicy stalowej. Odległość między słupami wynosiła około 200 metrów. Wzdłuż licznych torów usypane były wysokie, 4–5-metrowe hałdy węgla. Przy wapienniku góry kamienia wapiennego do wypalania wapna niezbędnego przy produkcji cukru. Z magazynu cukru do przystani pobudowany był na wysokości pierwszego piętra taśmociąg do transportu worków z cukrem. Długość jego wynosiła około 100 metrów.

Plan cukrowni w Malchin z odręcznymi notatkami T. Jackowskiego

 

9 października 1944 roku. Pracujemy w polu – wyrywamy buraki cukrowe.

10 października 1944 roku. Przeprowadzamy się do murowanego baraku. Ściany szczytowe tego baraku zrobione były z grubej dykty. Wzdłuż ścian długie piętrowe prycze z siatką ogrodzeniową pod siennikami ze słomą. Do przykrycia się koc dość mocno zużyty. Uliczka i drugi rząd prycz, ale tylko równolegle do dłuższego boku baraku. Posadzka z płytek ceramicznych. Pod ścianą szczytową kran z wodą i kratka ściekowa. Na środku dwa długie stoły z ławami oraz olbrzymi piec, o średnicy około 150 cm, w którym w ciągu nocy spalało się co najmniej 100 kg węgla. Okienka na wysokości piętra pryczy zakratowane, nieotwierane i zamalowane na niebiesko. Do baraku przybudowana była ubikacja. W dzień po baraku szwendał się Herr Schultz, stary dziadyga z owczarkiem niemieckim. Około godziny 19.30 Herr Schultz zamykał barak na kłódkę i szedł do domu.

Wnętrze baraku mieszkalnego przy cukrowni w Malchin. Cyfrą 187 autor, Tadeusz Jackowski zaznaczył pryczę, na której spał.

 

Robota w magazynie suszonek krajanki buraczanej. Dyrektor cukrowni Muller pobił jednego z naszych, bo uznał, że ten leni się w pracy.

11 października 1944 roku. Ładowanie worków z suszoną krajanką do wagonów. Worki papierowe po 60 kg. W wagonie trzeba było upchnąć ich 160. Do wagonu worki zjeżdżały rynną z drugiego piętra. Od czasu do czasu Niemiec na górze lał w rynnę trochę oliwy, a wtedy worek pędził jak wariat, tak że razem z nim lądowało się pod drugimi drzwiami wagonu. Po załadowaniu wagonu należało go zamknąć, odtoczyć i podstawić następny wagon. Najlżej przetaczało się wagony francuskie, najciężej holenderskie i belgijskie.

12 października 1944 roku. Robota jak poprzedniego dnia. W pewnym momencie wagon ładowany przy magazynie nagle odjechał przetoczony przez manewrujący parowóz. Niemiec nadzorujący robotę podbiegł wściekły do parowozu, wymyślając maszyniście. Powtarzał swoje: „Zum Teufel, Donnerwetter, Herr Got noch einmal…”. Maszynista– jeniec sowiecki – popatrzył na niego z góry i zaczął mu wymyślać po rosyjsku. Litania jego przekleństw objęła wszystkich przodków i potomków, krewnych i powinowatych Niemca oraz części jego ciała. Trwało to chyba ze 20 minut bez powtarzania wymysłów, a w końcu Rusek oświadczył spokojnie, że inny majster kazał mu przetoczyć wagony. Przedstawienie było wspaniałe.

13 października 1944 roku. Robota przy maszynach sypiących suszoną krajankę do worków. Maszyny były na drugim piętrze. Dwie maszyny napełniły po 1200 worków w ciągu 12-godzinnej zmiany, jako że pracowało się od 6 do 18. Maszynę obsługiwały dwie osoby: założenie worka, zapięcie pasa, uruchomienie dźwigni. Po napełnieniu worka wyłączenie się dozownika, odpięcie worka, postawienie go na wadze i da capo. Wagę obsługiwał jeden człowiek – sprawdzał ciężar, zawiązywał worek drutem i spuszczał go w rynnę transportową.

Trzecia maszyna dosypywała jeszcze 800 worków na zmianę. Tę maszynę obsługiwał jeden delikwent, dowożąc napełniony worek okarą, czyli dwukołową taczką, na wagę. Majster, tak nazywano każdego Niemca kierującego robotą, liczył puste worki, kładł je na stoły przy dozownikach i notował sobie liczbę wydanych worków. Susz buraczany, który nie został załadowany do worków, sypał się do sąsiedniego pomieszczenia o wysokości trzech kondygnacji. Kurz był potworny. W ciągu jednej zmiany na wszystkim osiadała warstwa kurzu o grubości dochodzącej nawet do 20 centymetrów.

14 października 1944 roku. Robota jak poprzedniego dnia. Nasz majster zniecierpliwiony zbyt powolnym zsuwaniem się worków rynną do wagonów, obficiej chlapnął w nią oliwy. Po chwili worki zaczęły zjeżdżać jak narciarz szusujący po stromym stoku. Wyobrażam sobie, jak rzucało nieborakami chwytającymi paczki w wagonie. Nie dając sobie rady, zablokowali worek i rynna szybko zapełniła się do drugiego piętra. Trzeba było odstawiać pełne worki na boki pomieszczenia, tak jak to się robiło przy zmianie wagonu. Zaczynało się być ciasno. Niemiec wymyślał przez okno pracującym w wagonie i popędzał ich, ale nie dawało to żadnego efektu. Poszedł więc na dół. Zatrzymaliśmy maszyny i cały „suszony urobek” sypał się do sąsiedniego pomieszczenia, z którego buchały kłęby kurzu. Interwencja majstra na dole podziałała, bo rynna się opróżniła. Po chwili z tumanu kurzu wypadł Niemiec, pędząc z kolei nas z wrzaskiem do roboty. Tego dnia obsługiwałem trzecią maszynę, więc musiałem dobrze się uwijać, by również wszystkie odstawione worki wyekspediować na dół. Po pewnym czasie sytuacja się unormowała, a Szwabisko uspokoiło.

15 października 1944 roku. Niedziela, więc zmiana szychty z dziennej na nocną. Robota od 6 do 12, odpoczynek do 18, a następnie robota do 6 i 12 godzin odpoczynku.

19 i 17 października 1944 roku. Robota na nocną zmianę. Uzupełniając informację o kurzu, należy dodać, że w zimnej wodzie nie można było się tak umyć, by się go pozbyć. Umywalnia, bo praktycznie biorąc, nie była to łaźnia, w cukrowni była dużym i wysokim pomieszczeniem z betonową posadzką i kilkoma rzędami betonowych koryt, nad którymi co 120 cm znajdowały się rury z kranami. Woda była tylko zimna. W końcu pomieszczenia znajdowało się kilka kabin z natryskami i doprowadzoną ciepłą wodą. Napisy na drzwiach głosiły: „Cabinet reserve aux Allemands”, czyli „Nur für Deutsche”. W ciągu kampanii cukrowej dali nam dwa razy po małym glinianym mydełku, pudełku proszku do prania, pudełku sody kalcynowanej i raz mydełko do golenia. Zaś duży napis na ścianie wzywał: „Zur Ordnung und zur Sauberkeit sei jeder Kamerad bereit”, co można by przetłumaczyć: „Kolego, bądź gotów do utrzymania porządku i czystości”. W naszych warunkach hasło to było czystą kpiną.

18 października 1944 roku. Po nocnej zmianie pobudka o 8 i spęd do dużej hali. Dzielą nas na nowe grupy robocze, bo po rozruchu rozpoczęła się kampania cukrowa. Jędrek w dalszym ciągu pozostał przy ciężkiej, dwuzmianowej pracy przy „szynclu”, jak nazywano krajankę, ja natomiast trafiłem to magazynu cukrowego, i to z polecenia samego Mullera, który sprawdził moje personalia. Jak widać, głupi ma szczęście. Magazyn cukrowy to umowna nazwa oddziału cukrowni, w którym odbywał się ostatni etap produkcji cukru. Oddział był zamknięty, a wyjść można było tylko na przerwę obiadową lub z wiadrami po kawę na śniadanie. Do oddziału wchodziło się przez pierwsze piętro. Przy wejściu usytuowane były trzypoziomowe cylindryczne zbiorniki, mniej więcej po 10 tysięcy litrów, otwarte od góry. Zbiorniki były podgrzewane, a w każdym z nich wolno obracało się mieszadło. Wypełniała je gęsta, półpłynna brązowa masa o słodkim, początkowo mdlącym mnie zapachu. Był to uwarzony syrop cukrowy. Syrop ten kierowany był następnie do wirówek znajdujących się na parterze – było 10 wirówek do białego cukru, 4 do żółtego i 8 do brązowego cukru.

Cukier biały to kryształ. Cukier żółty – o kolorze żółto-pomarańczowym – częściowo wysyłano do fabryk marmolady, czekolady itp., a częściowo magazynowano na miejscu. Cukier brązowy był ciemnobrunatną masą, bardzo mokrą i twardniejącą w ciągu doby na kamień. Tego asortymentu było jednak najmniej, a wysyłano go do fabryk amunicji.

Uzyskany z wirówek cukier transporterami taśmowymi i windami docierał na drugie piętro. Żółty i brązowy sypany był na kupy, z których robotnicy łopatami, przez otwory w podłodze, sypali go do podstawianych worków. Po napełnieniu worka ważono go, uzupełniano do jakiejś określonej wagi, a następnie zaszywano ręcznie bardzo dużą tapicerską igłą. Do zaszywania worka używano sznurka wiskozowego grubości około 3 mm. Cukier biały trafiał najpierw do olbrzymiego baniaka, w którym suszono go, bo syrop w wirówce poddawany był działaniu gorącej pary wodnej. Po osuszeniu cukier przesiewano, dzieląc go na dwa gatunki kryształu. Gruby kryształ i grudki zlepionego cukru wracały do kotła. Wzdłuż magazynu przebiegał tor, na który przed dużymi wrotami podstawiano wagony na worki z cukrem lub cysterny na melasę, której zbiorniki znajdowały się po drugiej stronie toru. Wewnątrz magazynu przed wrotami był obudowany przedsionek, obok niego pod jednym oknem, zabezpieczonym żelazną siatką, stał stół, przy którym od czasu do czasu majster sprawdzał przez jakiś przyrząd jakość cukru.

Część parterowa magazynu miała wymiary 50 x 50 x 4 m. Posadzka była betonowa. Strop, będący jednocześnie podłogą pierwszego piętra, stanowiły 2,5-calowe bale sosnowe wsparte na drewnianych słupach 12 x 12 cali. Pomieszczenie na pierwszym piętrze było jeszcze większe, bo zachodziło nad część parterową z wirówkami. Największe było pomieszczenie na drugim piętrze, gdzie znajdowały się dwa czy trzy zestawy złożone z dozownika napełniającego worki kryształem, wagi i maszyny do zaszywania worków. Stąd worki okarami przewożono do rynny transportowej, którą zjeżdżały na pierwsze piętro, a następnie na parter. Na początku kampanii cały parter zapełniony był workami na cukier, a pod koniec wszystkie trzy kondygnacje zapełniał zmagazynowany kryształ.

Szefem w magazynie był Kleiner Meister – Ernst. Dostałem od niego kiedyś w zęby, bo spóźniłem się po przerwie obiadowej 5 minut do roboty. Naszym brygadzistą był jeniec sowiecki Wasyl. Przy przyjściu do magazynu zaraz przydzielano nam robotę. Powiedziałem Wasylowi, że przecież całą noc pracowałem i należy mi się odpoczynek. Odparł: „Właź na worki i śpij, a po przerwie obiadowej nie przychodź”.

Tak rozpoczęła się moja robota w magazynie. W magazynie pracował również młody Niemiec Karl. Nie poszedł do wojska, bo miał potwornego platfusa i chodził jak kaleka. Stemplowałem worki na biały cukier. Trzeba było ostemplować ponad 1200 worków, by starczyło i dla nocnej zmiany, gdyż pracowałem tylko na dzienną zmianę. Nie mogłem narzekać, bo robota była lekka. Początkowo pracował ze mną jeden chłopak, ale pewnego dnia transporter do worków poharatał mu łydkę i zabrali go do szpitala. Po wyzdrowieniu już do magazynu nie wrócił. Chłopakowi temu dałem kiedyś wyniesioną porcję cukru. Nieoczekiwanie zrewanżował mi się, w jakąś marcową niedzielę przynosząc co najmniej kilogramową porcję pagaja – pieczonego placka ziemniaczanego. Z Jędrkiem szybko pochłonęliśmy ten przysmak. Pewnego dnia Karl kazał nam czuwać, czy nie idzie Ernst, a sam szykował sobie porcję cukru do wyniesienia. Po skończeniu chciał odejść, ale wówczas my kazaliśmy mu czuwać, bo chcieliśmy zrobić to samo. Zaczął się zastanawiać, więc zagroziliśmy mu spokojnie Ernstem. Skutek był natychmiastowy i wszystko poszło gładko.

Na każdym worku trzeba było postawić dwa stemple. Jeden formatu A4 z numerem cukrowni oraz rodzajem asortymentu oraz drugi okrągły o średnicy 7–8 cm z wagą worka. W czasie kampanii ostemplowałem ponad 100 tysięcy worków, czyli 10 tysięcy ton kryształu, gdyż do worka sypano 100 kg cukru. Żółtego cukru wyprodukowano mniej więcej tyle co białego. Worki do cukru żółtego stemplowała inna grupa.

Do zadań „specjalistów” od stemplowania worków należało również przynoszenie kawy z kuchni jenieckiej o godz. 9 i 15 oraz zupy dla jeńców w południe. Do 10-litrowego wiadra kawy cukier sypało się porcelanową miską, czyli ok. 1,5 kg, i dopiero tak osłodzoną kawę się piło. Po opróżnieniu wiadra na jego dnie pozostawała warstwa nierozpuszczonego cukru o grubości 4–5cm. Po wypłukaniu wiadra i wylaniu popłuczyn można było iść na zupę. Robotę w magazynie rozpoczynało się od nabrania oburącz cukru z otwartego worka, wsypaniu go do ust i otrzepaniu reszty cukru z rąk. Pracowałem jakiś czas z Ukraińcem, Włochem, oficerem straży granicznej, a na koniec z Niemką w wieku 45–50 lat. Pomoc jej była teoretyczna, bo siadała w jakimś kącie i pruła nowe worki z tkaniny papierowo-wiskozowej, wiskozę zawijała w kłębki i wynosiła do domu. Pracowała jedynie wtedy, gdy pojawiał się Ernst, o czym ją uprzedzałem. Wasyl opowiadał mi o swoich losach w niewoli. W jednym z obozów z niedożywienia, zimna i strasznych warunków sanitarnych ledwo powłóczył nogami, a cały kark miał pokryty wrzodami. Pędzący ich do roboty wartownik zdzielił go korbą karabinu w kark i zwalił do rowu. Ledwo żywego wyciągnęli go towarzysze i przynieśli do obozu. Tak się złożyło, że wkrótce przenieśli ich do innego obozu, gdzie jakoś się wylizał. Mówił, że umie prowadzić samochód, traktor, parowóz. W końcu spytał mnie o wzór na kwadrat sumy i wzory trygonometryczne, o czym nie miałem pojęcia. Spytałem więc go o zawód, a on na to, że był pastuchem i pasał woły. Każdy z jeńców sowieckich pytany o zawód odpowiadał – pastuch. Wasia chciał wiedzieć, skąd pochodzę. Wyjaśniłem, że mieszkałem 25 km od Warszawy. „A ty gdzie mieszkałeś?”. „Pod Moskwą” – odpowiada. „Daleko?”. „W Gorkim, 600 km na wschód”. Zupełnie inna skala odległości.

W cukrowni dawali ćwiartkę chleba (250 gramów) i około 15 gramów margaryny na dzień oraz dwie łyżki stołowe melasy na tydzień. Kto nie pracował w magazynie cukrowym, nie oglądał cukru na oczy. 11 razy w tygodniu był kapuśniak – na obiad i kolację. Nocna zmiana dostawała jeszcze kapuśniak o północy. W sobotę na kolację oraz w niedzielę była inna zupa, lepsza. Pływały w niej nawet jakieś mikroskopijne kawałeczki mięsa. Kilka razy ugotowano nam zupę z płatków ziemniaczanych. Była to nieapetyczna breja. Kapuśniak wydawał się wtedy istnym rarytasem.

Jeden z naszych, podający się za lekarza (mówili, że był studentem trzeciego roku medycyny) zorganizował za zgodą Niemców krankstubę (izbę chorych). Trafiłem tam, bo coś mi zaszkodziło i miałem gorączkę. Obmacał mi brzuch i plecy. Dla pewności powiedziałem, że boli i z przodu, i z tyłu. Przyjął mnie na cztery dni. Było tam ciepło, czysto, biała pościel. Towarzystwo: czterech leserów towarzyszy „doktora”. Zapowiadała się laba, ale po dwóch dniach wpadł Muller, rozpędził bractwo i zlikwidował azyl obiboków.

Nasze legowiska w baraku były blisko drzwi wejściowych. Wiało od nich chłodem, ale za to nie dokuczały nam pluskwy, bo w cieplejszych rejonach baraku było ich zatrzęsienie. Inną „zwierzynę” każdy hodował sam we włosach i odzieży. Wszy dawały się łatwo tresować. Wystarczyło złapać stworzonko, położyć na papierze i narysować przed nim kreskę ołówkiem, a zaczynało maszerować po niej. Jeśli stwór nie był pojętny, ginął pod paznokciem i łapało się innego, bardziej pojętnego osobnika. Po wytresowaniu kilku zawodników można było urządzić wyścigi „koni”.

Pod koniec października czterech naszych uciekło. Po tygodniu chyba zjawił się w baraku żandarm. Oświadczył, że uciekinierzy zostali złapani i wysłani do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, i dodał: „Kto ma ochotę na pobyt w tym obozie, niech nie ucieka, lecz od razu zgłosi się na żandarmerię”. W cukrowni było nas początkowo 196. Do grudnia odjechało 46 osób.

Zbieranina straszna: polonista – wybrany na starostę barakowego, chemicy, agronom, prawnik, architekt, inżynier mechanik, budowlańcy, rzeźnik, chłopaki z poprawczaka na Mokotowie, żulia z dolnego Marymontu, sporo mieszkańców Żoliborza. Moim sąsiadem był Żydek. Nazywaliśmy go Moniek. Kiedyś Moniuś został przyłapany na kradzieży chleba. Mnie też zginęła w nocy pajdka, ale nikogo nie złapałem za rękę. Kradzież chleba w naszych warunkach była poważnym przestępstwem. Groziły za to trzy odsiadki w bunkrze. Załatwiliśmy sprawę sami bez udziału Niemców. Po zamknięciu baraku przez Schultza odbyła się rozprawa sądowa. Wybrano sędziego, dwóch ławników, oskarżyciela i obrońcę. Widownię stanowili pracujący na dzienną zmianę. Mońka skazano na 25 pasów. Do wykonania kary zgłosił się kucharz, to jest ten, który rozdzielał zupę przyniesioną z kuchni jenieckiej. Chłopisko było prawie dwumetrowe o szerokich barach. Po dwóch pasach Moniek zaczął się drzeć jak zarzynane prosię. Na to porwał się „doktor”: „Nie pozwolę go bić, to jest znęcanie się nad człowiekiem!”. Konsternacja i cisza, a z tyłu rozlega się głos spokojny i znudzony: „Bij go s…, na co czekasz!”. Dokończono wymiar kary i chleb więcej nie ginął.

O ilości robactwa świadczy przypadek jednego ze współwięźniów. Zostawił sobie na później porcję kapuśniaku w puszcze po konserwach. Wieczorem podchodzi z tą puszką do starosty i mówi: „Patrzcie, kolego, co mi się tu utopiło – dwie wszy i trzy pluskwy. Wyrzucił utopioną zwierzynę, a zupę bez obrzydzenia opędzlował.

Walka z robactwem była beznadziejna, dlatego pewnego razu starego Schultza dyskretnie obrzucono w baraku wszami. Skutek był prawie natychmiastowy. Po trzech dniach część odpoczywających w dzień w baraku poprowadzono do parowej odwszalni w mieście. Wrócili wyszorowani pod prysznicem, ale wściekli, bo pod wpływem wysokiej temperatury cała odzież się skurczyła. W barku natychmiast stali się celem zmasowanego ataku robactwa czekającego z utęsknieniem na powrót swych żywicieli.

W magazynie można było jeść cukier do syta. Wynoszenie go jednak było zabronione. Przy wyjściu poddawano nas kontroli i za wykrytą próbę wyniesienia dostawało się po łbie. Uszyłem sobie wąski woreczek i po napełnieniu go cukrem zabierałem do baraku. Było jednak tego tyle, co kot napłakał. Sytuacja z wynoszeniem poprawiła się, gdy wpadł jeden z kontrolerów. Muller nakrył go, że nie zrewidował jednego z Niemców. Następca owego rewidenta sprawdzał tak, aby z daleka wydawało się, że jest bardzo służbisty. Uszyłem sobie woreczek, w którym mieściło się ponad kilogram cukru. Woreczek wiązałem do wewnętrznej strony łydki i tak wynosiłem do baraku, gdzie cukrem Jędrek dzielił się z trzema kolegami z sąsiednich legowisk. Pochodzili z tej samej łapanki w Podkowie, a pracowali przy sypaniu wapna palonego do soku buraczanego.

Czasami udało się skombinować trochę parowanych ziemniaków albo płatków ziemniaczanych. Płatki mieszało się z cukrem i wmawialiśmy w siebie, że smakują jak napoleonka.

Z magazynu wychodziło się przez pierwsze piętro. Schodząc raz po schodach, czuję, że woreczek mi się obluzował, a kilka stopni niżej stoi Muller. Wolno przeszedłem obok niego, ukłoniłem się, zdejmując czapkę, nawet odpowiedział grzecznie, a po wyjściu z hali między wagonami zdjąłem woreczek i chodu do baraku. Udało się, a mogło się skończyć 48 godzinami w bunkrze i wyrzuceniem z oddziału cukrowego.

Gdy tylko podano nam nasz adres i wyrażono zgodę na korespondencję, zaczęliśmy pisać do domu. Wolno było pisać jedynie karty pocztowe. Wysłaliśmy ich kilka, ale żadna z nich nie dotarła do rodziców. Dopiero karty wysłane do Grodziska Mazowieckiego na adres siostry kolegi z tej samej łapanki rodzice otrzymali. Odpowiedź przyszła do nas 13 listopada. Radość nasza była ogromna. Karty szły od czterech do sześciu dni, a więc dużo szybciej niż teraz. Zaczęły również docierać do nas paczki z domu, z Ustronia od Wojnarki [była to zaprzyjaźniona rodzina autora – dop. red.] i z Dzięgielowa od leśniczego Dziadka. Paczki wędrowały znacznie dłużej, nawet cały miesiąc. Była w nich żywność, przede wszystkim suchary, coś z bielizny, nici, igły, szczoteczka do zębów i pasta. Czasami trochę owoców, ale one z reguły nie wytrzymywały trudów podróży. W paczce od pana Dziadka, która dotarła przed Bożym Narodzeniem, były również dwie skrzyżowane gałązki świerkowe. Było to bardzo miłe. Żywnością z paczek dzieliliśmy się z trzema kolegami z łapanki. Oni również dzielili się tym, co dostali od swoich.

Z listu od Dziadka dowiedzieliśmy się, że jego syn, oficer, został zamordowany w Katyniu, a synowa z dzieckiem mieszka u nich.

Kiedyś Władek Wojnar [kolega autora, wcielony przymusowo do niemieckich sił zbrojnych – dop. red.] przysłał nam w liście kartki urlopowe na chleb. Dostaliśmy też kartki na chleb i ćwiartkę masła od jego matki. Wykupił nam to stary Schultz. Władek pisał nawet, że będzie się starał nas odwiedzić, ale nic z tego nie wyszło.

Z ostatniej paczki z domu, otrzymanej w końcu stycznia już w Arado, pamiętam suchary z razowego i białego chleba. Wspaniałe, smażone w tłuszczu kromki. Jedliśmy je bardzo oszczędnie, wiedząc, że po rozpoczęciu styczniowej ofensywy sowieckiej kontakt z domem został przerwany na nie wiadomo jak długo. Już po rozpoczęciu kampanii przywieziono któregoś dnia cztery skrzynki ryb złowionych w jeziorze i szukano chętnych do ich czyszczenia. Zgłosiło się kilku, między innymi ja. Zajęcie mieliśmy chyba do 24. Po robocie dostałem cztery duże płocie. Pożyczyłem garnek i ugotowałem coś w rodzaju zupy rybnej. Obudziłem Jędrka oraz dwóch specjalistów od sypania wapna do soku buraczanego, pracujących akurat na dziennej zmianie i szybko wrąbaliśmy gorące danie.

Pewnej nocy, nie wiem, która była godzina, ale od zamknięcia baraku przez Schultza minęło sporo czasu, zjawił się Moniek. Urwał się z roboty, wlazł przez okienko w ubikacji i położył się spać. Po pewnym czasie przyszedł Jędrek. Obudził Mońka i kazał mu iść do roboty. „Nie pójdę, bo zwolnił mnie majster”. „Ciekawe, bo teraz szuka cię i odgraża się, że pójdziesz do bunkra”. „Nie pójdę”. Podszedł Antek, chłopak z Marymontu: „A może majster przyprowadził cię do łóżeczka i nakrył kocem? Wstawaj!”. I przyłożył mu kablem. Moniek wyskoczył jak z procy. „Idź pierwszy – mówi do Jędrka – i przytrzymaj mi kołotki, żeby nie wpadły w śnieg. Pójdziesz ty s…!” – zerwał się znów Antek i Moniuś dał nura przez okienko. Nie wiedziałem, że Jędrek pracuje razem z Mońkiem.

Około 20 listopada dostaliśmy a conto zarobku po 5 marek, a 5 grudnia wyrównanie. Jędrek dostał 44 marki, a ja 32. Była to zapłata za pracę po 12 godzin na dobę od 9 października do 30 listopada, czyli za 636 godzin. Wynika z tego, że za godzinę roboty dostałem netto 5,8 feniga. To i tak dużo, bo więcej już nam nie płacono ani w cukrowni, ani w Arado. Jędrek był lepiej płatny, bo dostał aż 6,9 feniga za godzinę. Kupiłem sobie nowe drewniaki. Była to podeszwa z drewna bukowego z klapką na palce z jakiejś impregnowanej tkaniny. Ruscy nazywali to obuwie „kołotkami”, gdyż stukały w przy chodzeniu jak kościelne kołatki w czasie wielkiego postu. W magazynie cukrowym chodziło się swobodnie, kołotki trzymały się nogi, bo skarpety kleiły się od pyłu cukrowego. Raz dostaliśmy przydział na 50-gramowe paczuszki tytoniu fajkowego Stadtrat (rajca miejski). Jędrek mówił, że to straszne świństwo, ale cieszył się, bo miał podwójna porcję. Palacze palili tzw. holztabak, czyli krajane łodygi tytoniowe kombinowane od przywożących buraki do cukrowni. W Niemczech uprawa tytoniu była dozwolona.

Od jednego z kolegów dostałem kawał płótna, wielkości prześcieradła, z filtrów do odcedzania soku buraczanego. Od innego pożyczyłem wykrój na spodnie i w ciągu trzech wieczorów uszyłem sobie spodnie o bardzo szerokich nogawkach. Przy szyciu złamałem jedną igłę. Chodziłem do roboty w tych spodniach, oszczędzając własne, a ponadto maskowały one woreczek z cukrem przywiązany do łydki.

Teoretycznie mogliśmy wychodzić na miasto, bo wydano nam arbeitskarty. Praktycznie dzienna zmiana nie wychodziła, bo już o 19.30 Schultz zamykał barak na kłódkę. Raz byłem w mieście u fryzjera i wróciłem tuż przed zamknięciem baraku. Strzyżenie w baraku kosztowało pajdkę chleba.

W magazynie przy wnoszeniu 100-kilogramowych worków z cukrem pracowali Polacy, Włosi i jeńcy sowieccy różnych narodowości. Kiedyś wieczorem przyszedł do mnie jeniec narodowości ukraińskiej –Iwan. Prosił, bym pożyczył mu cywilne ubranie, bo chciał iść do miasta do jakiejś dziewuchy. Jak wyszedł z obozu jenieckiego, nie wiem. Zaklinał się, że następnego dnia odda. Pożyczyłem mu, ale zwlekał ze zwrotem i udawał, że nie wie, o co chodzi. Poskarżyłem się więc Wasylowi, który upewnił się, o kogo chodzi. Efekt był natychmiastowy. Wieczorem zjawił się Iwan i oddał ubranie. Wasia następnego dnia pyta: „Oddał?”. „Tak”. A Wasia na to: „Niechby tylko nie oddał!”.

W połowie grudnia Niemcy rozkopali jedną z hałd węgla i wyciągnęli ukryte tam pasy transmisyjne, pasy do transporterów, beczki z kiszoną kapustą i jeszcze inne dobra. Wszystko to ukryli jeńcy sowieccy. Po kilku dniach wartownik pilnujący obozu jenieckiego znalazł na swojej ścieżce między drutami kolczastymi zadźganego nożami jeńca. Był to kapuś, który zdradził miejsce ukrycia skradzionych skarbów. Przeprowadzone śledztwo nie doprowadziło do wykrycia sprawców mordu.

Boże Narodzenie w 1944 roku było w poniedziałek. Od południa w niedzielę wszyscy mieli wolne. Na obiad była gęsta kartoflanka z mięsem, a na kolację krupnik. Wieczorem urządziliśmy wieczerzę wigilijną z choinką, opłatkiem, życzeniami, rozdawaniem korespondencji z domu, kolędami i występami artystycznymi. Starego Schultza złapali i podrzucili trzy razy w górę. Początkowo miał bardzo przestraszoną minę, ale później widać było wyraźnie, że się wzruszył. Piesek nie interweniował. W czasie wigilii, gdy starosta trzymając opłatek, powiedział: „Panowie, opłatek wprost z kraju”, coś ścisnęło mnie za gardło, łzy stanęły mi w oczach i przypomniałem sobie opis Wigilii zesłańców na Syberii za zbiorku nowel pt. „Srul z Lubartowa”. Czytałem to, mając 12 lat na Boże Narodzenie w 1938 roku. Najstarszy z zesłańców powiedział to samo co nasz starosta i wszyscy nieszczęśnicy nagle się rozpłakali. Miał rację J.W. Goethe, pisząc „Wer den Dichter will verstehen, muss in Dichters Lande gehen” („Kto chce zrozumieć poetę, musi poznać kraj poety”). Po wieczerzy Heniek Młynarczyk, występujący w kawiarniach warszawskich, grał na organkach i śpiewał. Z piosenek śpiewanych przez niego częściowo zapamiętałem dwie. Tytuł jednej uleciał gdzieś w niepamięć: „Tak widać przeznaczenie chce, że resztę dni będę sam, zupełnie sam. Do ciebie prośbę jedną, jedyną mam: Ach nie zapomnij mnie i powróć myślą choćby w snach. Ach nie zapomnij mnie czy w złych czy dobrych szczęścia dniach. Zachowaj to, co w sercu było mem, i nie zapomnij mnie”. Drugą natomiast było „Bolero”: „Już nikt nie zatańczy tak jak ty, gdy w każdą noc ktoś bolero nam gra. Już nikt tak nie wejdzie mi w krew, nikogo już nie przywoła mój śpiew, bo ja to tęsknota i łzy, to wspomnienia i sny, to bolero i… ty”. Być może, że piosenki te śpiewał Mieczysław Fogg po wojnie. Inny z kolegów czytał wierszyk o życiu barakowym, z którego też pamiętam dwa fragmenty. Jeden o Schultzu: „Dziadek chodzi, piesek smrodzi, czasem może jest na odwrót…”; drugi o wieczornym śpiewaniu modlitwy: „I ucichnie ludzi kupa, a tu z kąta się rozlega…”.

W poniedziałek na 10 poszliśmy do kościoła. Była to właściwie kaplica urządzona w dawnej bóżnicy. Ksiądz Niemiec udzielił ogólnego rozgrzeszenia. Śpiewać kolęd nie pozwolił, tylko Heniek Młynarczyk grał je na fisharmonii. Ludzie płakali jak bobry. Ksiądz ekspresowo – w 15 minut – odprawił mszę świętą. Wieczorem nocna zmiana poszła do roboty.

Po świętach Bożego Narodzenia kampania cukrowa zaczęła zbliżać się do końca. Przemrożone buraki, z uwagi na duże straty cukru, przerabiano tylko na suszoną krajankę. Do ograniczonej już produkcji kryształu zużywano zmagazynowany cukier żółty. W pierwszej dekadzie stycznia 1945 roku zakończyła się kampania cukrowa. Atmosfera w baraku była bardzo napięta. Część ludzi miała pozostać przy produkcji suszu z krajanki brukwiowej. Część miała się zająć robotami konserwacyjno-remontowymi urządzeń cukrowni, a reszta odejść do innych zakładów pracy. Nie wiadomo było, czy nie rozdzielą nas z Jędrkiem. Ostatecznie, chyba 10 stycznia 1945 roku, 60 ludzi, wśród nich i nas dwóch, zostało przekazanych do fabryki samolotów Arado, sąsiadującej z cukrownią. Zakłady Arado produkujące początkowo wodnosamoloty znajdowały się w Warnemünde koło Rostocku. Pewnego pięknego poranka w 1943 roku w czasie przerwy śniadaniowej przylecieli Amerykanie. Uszkodzili tylko jeden dom w mieście, ale z fabryki pozostały gruzy. Niemcy uruchomili produkcje w małych barakach rozrzuconych po całej prawie Meklemburgii, z tym że były to już samoloty myśliwskie FW-190. W Malchinie wytwarzano kadłuby samolotów. W Neubranderbungu wstawiano w nie silniki. Jeszcze gdzie indziej montowano skrzydła itd.

Zakwaterowano nas w drewnianym baraku o dość przewiewnych ścianach. Prycze były wolno stojące. Na pryczy cienki siennik i dwa koce, przez które można było zobaczyć Kraków. W oknach, swobodnie poruszających się na wietrze, wisiało coś, co miało być firankami. W baraku stały trzy żelazne piecyki i na każdy z nich przydzielano po wiaderku brykietów z węgla brunatnego. W sąsiednim murowanym baraku znajdowała się umywalnia, nieczynna jednak, bo zamarzły rury. Z drugiej strony murowanego baraku mieszkali jeńcy francuscy. Nasz barak łącznie z umywalnią ogrodzony był siatką i pilnowany przez werkschutza. Udających się do roboty i powracających z niej starannie liczono. Wychodzić poza ogrodzenie nie było wolno. Po drugiej stronie błotnistej uliczki znajdował się obóz zamieszkany przez 600 Ukraińców płci obojga. Mieszkańcy tego obozu mogli swobodnie poruszać się po mieście. Wykorzystując to, Ukraińcy kradli nocami z kopców ziemniaki, kapustę i inne ziemiopłody. W pootwieranych kopcach marzło wiele ziemniaków. Niemcy zareagowali ostro i pewnego ranka przywieziono trzech zastrzelonych Ukraińców przyłapanych na otwieraniu kopców. Zrzucono ich na placu na środku obozu ukraińskiego. Leżeli tam przez tydzień jako ostrzeżenie dla innych.

Obóz przy fabryce ARADO – szkic wykonany przez T. Jackowskiego.

Zaopatrywano nas z obozu ukraińskiego. Dostawaliśmy raz dziennie zupę, początkowo z brukwi, a później z kalarepy. Kalarepianka składała się z niedogotowanych kawałków, wielkości wskazującego palca, drewnianej kalarepy, a na dodatek nie była osolona. Przy jedzeniu tej zupy miało się wrażenie jedzenia papki z trocin. Kilka razy dostaliśmy zupę z siekanego jarmużu. Rano i wieczorem dostawaliśmy gorący płyn szumnie zwany kawą. Były to po prostu jakieś ziółka. Na sześć osób dziennie przypadało: 1 kg chleba szaro-żółto-zielonego oraz 10-dekagramowy plasterek margaryny. Chleb i margarynę dzieliła jedna osoba pod czujnym okiem pozostałej piątki. Następnie jeden odwracał się, a inny wskazując na kawałek, pytał, dla kogo to. Raz na tydzień, w piątek, dostawaliśmy dwie łyżki stołowe cukru oraz około 10 dkg wiórowatej kiełbasy.

Szkic wnętrza baraku w fabryce ARADO, autorstwa T. Jackowskiego

Jędrek, Andrzej Marszewski z Brwinowa, Moniek, ja i jeszcze 12 innych tworzyło tzw. leśną grupę (Waldkolonne) pracującą tylko w dzień. Pozostali pracowali na dwie zmiany w fabryce. Pobudka była o 5. Wpadał werkschutz i od drzwi darł się: „Aufstefen! Kaffee holen!” (wstawać, przynieść kawę). Po wypiciu gorącej kawy wyruszaliśmy na stację, skąd o 6 odjeżdżaliśmy pociągiem składającym się z dwóch krytych wagonów towarowych ciągniętych przez lokomotywę typu Ty-2, notabene z Chabówki, o czym świadczyły napisy na parowozie i tendrze. Lokomotywa, buchająca kłębami iskier ze spalanych brykietów, w ciemnościach wyglądała jak ognisty smok. Jechaliśmy boczną, jednotorową linią kolejową łączącą Malchin z Waren-Müritz. Po przejechaniu 5 km wysiadaliśmy w polu, około 1,5 km od stacji Gielow, przy nowo wybudowanym zakładzie. Pociąg dojeżdżał jeszcze do Gielowa i wracał do Malchina. Na miejscu czekaliśmy przy ognisku, aż się rozwidni, żeby rozpocząć pracę. Któregoś dnia Włoch cieśla piłował piłą poprzeczną połamane kantówki na ognisko. Jeden z naszych zaczął mu pomagać, ale niezbyt mu to wychodziło i Włoch zrezygnował z jego pomocy. Chciałem się rozgrzać i wziąłem się do piłowania. Po paru ruchach makaroniarz powiada ze zdziwieniem: „O tu verstehe”, co miało znaczyć, że umiem się posługiwać piłą.

Wykonywaliśmy różne prace. Kopaliśmy drogę w lesie do nowego zakładu, w którym instalowana była potężna prasa hydrauliczna. Fundament betonowy pod tę prasę sięgał ośmiu metrów w głąb ziemi. Podstawa prasy, tzw. stół, ważyła 60 ton, zwieńczenie górne – 60 ton, ruchoma część robocza – 40 ton, cztery prowadnice łączące górną i dolną część po 10 ton. Wymienione elementy musieliśmy czyścić z rdzy i jakiegoś pokrycia ochronnego. Do montażu prasy ściągnięto największy niemiecki parowy dźwig kolejowy. Dźwig składał się z pięciowagonowego zestawu. Ramię dźwigu jechało na dwóch długich lorach, mechanizm z napędem parowym na jednej. Przeciwwaga –dwa potężne bloki stalowe – na oddzielnej lorze. Dodatkowe wyposażenie w oddzielnym wagonie krytym. Po rozpoczęciu montażu prasy nie chodziliśmy już do hali, w której ją instalowano. Kranführer, czyli operator dźwigu, chwalił się, że podnosił nim 16-tonowe lokomotywy. Aby dźwig mógł rozpocząć pracę, pobudowaliśmy około 100 metrów bocznicy kolejowej. Opisana poprzednio wspaniała dieta sprawiła, że mieliśmy niejakie trudności z przenoszeniem 9-metrowych szyn kolejowych. Przęsła toru po przymocowaniu szyn do pokładów i połączeniu ze zwrotnicą musieliśmy przesuwać łomami tak, aby łuki toru były łagodne, bez załamań, jak to często widać w telewizji. Najgorszą robotą było podbijanie tłucznia kamiennego pod pokłady specjalnymi podbijakami. Tłukło się, tłukło, a efektu nie było widać.

Wracając na piechotę z Gielowa, przechodziliśmy w Malchinie koło pomnika poświęconego pamięci poległych w czasie I wojny światowej mieszkańców miasta. Napis na pomniku brzmiał: „Unseren Helden” (naszym bohaterom). Podobne pomniki były prawie w każdej wsi. W maju 1945 roku przy takich pomnikach znajdowały się groby poległych żołnierzy sowieckich. Linią kolejową do Waren od czasu do czasu przejeżdżał jakiś pociąg. W początku marca zobaczyliśmy nieco poturbowany pociąg. Ściany wagonów pokiereszowane były odłamkami, a dachy usłane darniną, piachem i połamanymi gałęziami.

Obiekt w Gielowie usytuowany był na stoku wzniesienia, na którego szczycie znajdowało się zalane wodą głębokie wyrobisko po wyeksploatowanym złożu kamienia wapiennego. Woda z tego wyrobiska miała być wykorzystywana w procesie technologicznym tłoczenia. Po rozmarznięciu ziemi mieliśmy ułożyć rurociąg od jeziorka do pomieszczenia prasy w wykopie, w którym kiedyś przebiegało torowisko kolejki do wywozu urobku z kamieniołomu. Nie udało się to nam, bo teren był gliniasty, a nasiąknięta wodą glina tak oblepiała kołotki, że rwały się sznurki, którymi przywiązywaliśmy je do nóg. Wyłazić z błota trzeba było na bosaka, wyrywając rękoma zarówno kołotki, jak i łopaty oblepione olbrzymimi bryłami gliny. Robotę odłożono na później. Jeszcze przed rozmarznięciem ziemi zabezpieczaliśmy zakład przed zalaniem wodą deszczową lub z topniejącego śniegu, spływającego po stoku. Wykopaliśmy rowy odprowadzające wodę, a po nawiezieniu leszu splantowaliśmy teren. Siedząc z Andrzejem M. za górą leszu, słuchałem, jak opowiadał treść książki Kazimierza Sejdy „C.K. Dezerterzy”. Zapamiętałem dobrze autora i tytuł książki, więc po natknięciu się na nią w 1956 roku w bibliotece Ministerstwa Łączności natychmiast ją pożyczyłem i zarekomendowałem kolegom.

Z innych prac naszej grupy można wymienić grodzenie jakichś baraków pobudowanych w lesie i zakładanie tam sieci wodociągowej. Raz w sześć osób z Niemcem udaliśmy się w kierunku Neukalen, około 6 km od Malchina, aby ładować na przyczepy jakieś zrabowane w całej Europie obrabiarki. Maszyny te stały częściowo w stodole, częściowo pod gołym niebem w dużej zagrodzie. Po drodze Niemiec wypytywał nas o polski hymn. Zarówno słowa, jak i melodia bardzo mu się podobały. Powiedział: „To jest piękna pieśń, mówi o miłości ojczyzny i umiłowaniu wolności, a nie ma w niej szowinizmu narodowego”. Obiad przywieziono nam do jakiegoś baraku w lesie. Produkowano tam też FW-190. Zupa była zimna. Padał śnieg z deszczem, weszliśmy więc do baraku, żeby się posilić. Przyleciał jakiś kulawy, ze sztywną nogą Szwab w mundurze i z Żelaznym Krzyżem na szyi. Zapytał naszego majstra, cośmy za jedni. Dowiedziawszy się, że jesteśmy Polakami, wrzasnął: „Raus mit diesen polnischen Banditen!” (Precz z tymi polskimi bandytami!). Musieliśmy się wynieść na dwór. Szwab musiał być przetrącony we wrześniu 1939 roku w Polsce, stąd jego uraz do Polaków.

Drogę w lesie kopaliśmy blisko szosy, którą wożono furmankami brukiew do cukrowni. Wyskakiwała wówczas z lasu wataha, zrzucała trochę brukwi z wozu i unosiła ją z powrotem między drzewa. Jedliśmy brukiew surową lub pieczoną, białą lub żółtą, zmarzniętą lub nie. Jak się trafiło. Postanowiłem wówczas, że po wojnie nie wezmę brukwi do ust. Nieco później okazało się, że było gorsze paskudztwo od brukwi. Raz zdarzyło się, że wieźli ziemniaki i Jędrkowi udało się ich kilka zdobyć. Francuzi i Włosi pracujący na budowie dostawali obiad składający się z dwóch dań. Zwykle kapuśniak i ziemniaki z jakąś jarzyną. Pewnego dnia siedząc obok Włocha, jadłem swoją kalarepiankę i patrzyłem, jak tamten z widocznym niesmakiem grzebał łyżką w swoim drugim daniu. Widząc, że patrzę na niego, powiada: „Carota e patati – niente! Maccheroni e chese parmesano – prima!”, i cmoknął z zachwytu. Chciałem powiedzieć: „Daj mi to!”, ale powstrzymałem się, chociaż skręcało mnie i wsunąłbym z pięć takich porcji. Włoch pochodził chyba znad granicy austriackiej, z Górnej Adygi. Chodził na ugiętych kolanach jak góral schodzący z gór. Nosił kapelusz bersaglierów (strzelców), a nie furażerkę jak inni jeńcy włoscy, na ser zaś mówił „chase” (der Käse – ser, po niemiecku), a nie fromaggio.

Nasz vorarbeiter, brygadzista, nazywał się Bohnsack. Był to starszy, około siedemdziesięcioletni już człowiek. Ilekroć czyszczę narzędzia na działce, słyszę głos starego Bohnsacka : „Alle Geschirre sauber machen!” (Czyścić narzędzia!). Była to zapowiedź fajrantu. Pomocnikiem Bohnsacka był Polak, Kujawa, pochodzący gdzieś spod Łodzi były jeniec przekwalifikowany na cywilnego robotnika. Kujawa mówił po niemiecku jak Hotentot. Kiedyś po sprzątaniu pakamery zapomniał oddać klucz od niej. Przypomniał sobie o tym dopiero w lesie około 1,5 km od budowy. Zgłosiłem się do odniesienia klucza, wolałem to od kopania, i Kujawa powiada: „Oddaj i powiedz »Das Kujawa das vergessen«” (to Kujawa to zapomnieć). Przy oddawaniu klucza powiedziałem tak, jak pamiętałem z lekcji niemieckiego.

Stary Bohnsack upominał stale, żeby nie wszyscy naraz przebywali przy ognisku. Niewiele to skutkowało, bo towarzystwo prawie w komplecie grzało się oparte o łopaty, jadło brukiew i opowiadało, co i jak można przyrządzić do jedzenia i co kiedyś się jadało, a rozbiegało się do roboty, gdy ktoś, zauważywszy nadjeżdżający samochód, krzyknął: „Nalot!”. Jedzenie i kawały były najczęstszym tematem rozmów. Przed oddaleniem się w lesie za potrzebą należało uprzedzić brygadzistę. Robiliśmy to początkowo, ale później już nie. Kiedyś przybiegł do nas Bohnsack, zameldował nam: „Ich gehe scheissen”, i pognał w las. Pewnego dnia przy planowaniu terenu wokół budowy Bohnsack nagle pyta: „Gdzie jest Moniek?”. Zdrętwieliśmy, ale on albo nie kojarzył go z Żydem, albo udawał, że nie wie. Szukał go, bo uznał, że już zbyt długo się gdzieś dekuje.

Bohnsack pozwalał nam chodzić do sklepiku w Gielowie, gdzie można było kupić bez kartek marchew i czerwone buraki. Korzystaliśmy z tego, ale aby ugotować coś w baraku, należało przynieść opał z lasu lub kitę z budowy, gdyż przydzielone brykiety dawno były już spalone przez odpoczywających w baraku. Kita to po prostu porcja porżniętych desek. Jak Niemcy dostawali cięgi na froncie, to werkschutze byli grzeczni, ale gdy odnosili jakieś sukcesy, to kurdupel sięgający mi do ramienia wymachując pistoleciną kalibru 5 mm, potrafił ganiać 1,5 kilometra za chłopakiem wynoszącym kitę, aby mu ją odebrać.

Od czasu do czasu przyjeżdżał na budowę sam kierownik budowy osobowym oplem na holzgas. Mały kociołek do suchej destylacji drewna zainstalowany był w tyle samochodu w miejscu bagażnika. Przyjechawszy w drugiej połowie marca, powiedział do Bohnsacka: „Noch vier Wochen und Krieg kaputt!” (Jeszcze cztery tygodnie i wojnę diabli wezmą). Okazało się, że niewiele się pomylił.

Miejscowi Niemcy mówili narzeczem dolnoniemieckim – plattdeutschem – zbliżonym chyba do holenderskiego. Na przykład czerwone buraki to rote Bete zamiast rote Rube, 35 – fiwunddoring zamiast fünfunddreissig, 25 – fiwunczwinig zamiast fünfundzwanzig. Która godzina – was is da Klock zamiast wieviel Uhr ist es.

Pogoda w Meklemburgii była parszywa. Wiecznie wiało, w powietrzu dużo wilgoci, do połowy lutego mrozy i dużo śniegu, a później opady śniegu z deszczem. Chodziliśmy w kołotkach przywiązanych sznurkiem do nóg. Gdy wracaliśmy do baraku, często na kocim łbie pięta zsuwała się w mokrą breję. Nie było to zbyt przyjemne. Wokół Malchina znajdowało się dużo ogródków działkowych. Były one zaśmiecone ciętą na wąskie paseczki folią aluminiową. Dziwiłem się, do czego ma ona służyć, i dopiero po wojnie się dowiedziałem, że wyrzucano ją z alianckich samolotów celem zmylenia niemieckich radarów.

Pod koniec stycznia przyszedł do naszego baraku lagerführer obozu ukraińskiego. Stwierdził, że jesteśmy zawszeni, i zapowiedział odwszenie. Następnie wywołał kolegę Froelicha i zaczął agitować, by podpisał volkslistę, gdyż na pewno ma niemieckie pochodzenie. Leszek doskonałą niemiecczyzną oświadczył, że jest Polakiem i żadnej listy nie podpisze. Była to odważna odpowiedź, bo konsekwencje odmowy mogły być bardzo nieprzyjemne. Na szczęście nic takiego się nie stało. W najbliższą niedzielę zapędzono część z nas do baraku-łaźni w obozie ukraińskim. Kazano nam się rozebrać, ciuchy złożyć w komorze gazowej, a samemu umyć się pod prysznicem. Do mycia dali trociny z jakimś pseudomydłem. Gdy już wszyscy weszli pod prysznic, puścili zimną wodę, no i mycie stało się błyskawiczne. Przeszliśmy do pomieszczenia umywalni urządzonej podobnie jak w cukrowni. Długo tam nie wytrzymaliśmy, bo z komory gazowej przez nieszczelne drzwi ulatniał się dwutlenek siarki mający wytruć wszy. Prysnęliśmy na nagusa przez barak, ku uciesze Ukrainek, dzwoniąc zębami i nie tylko, bo było dziesięć stopni mrozu. Przestaliśmy tak dwie godziny i wreszcie założyliśmy ciuchy, po których łaziły wszy. Stężenie gazu w komorze było bowiem zbyt małe, by robactwo zginęło. Mimo tej zimnej kuracji nikt nawet kataru nie dostał. Zabawę w odwszanie powtórzono w następna niedzielę. Było to jednak działanie ut aliquid fecisse videatur, aby się wydawało, że coś się robi, bowiem zawszonego baraku nikt nie miał zamiaru dezynsekować.

Po rozpoczęciu się styczniowej ofensywy sowieckiej urwała się korespondencja z domem. Z listów od rodziny przebijało przygnębienie i zmartwienie. Staraliśmy się więc swoimi kartami dodać im otuchy. W swoim ostatnim liście, który otrzymaliśmy w styczniu, Jerzyk dobił mnie, pisząc: „Musicie mieć chyba dobre wiadomości, bo piszecie, że wkrótce zobaczymy się”. Skąd mieliśmy mieć jakieś wiadomości? No, ale z drugiej strony pewien efekt nasze karty dawały, skoro pisał.

Od końca stycznia przez Malchin przewaliło się mnóstwo uciekinierów z ziemi chełmińskiej. Wozy z budami, wypełnione dobytkiem, jechały całymi dniami. W marcu wracając z roboty, w samym Malchinie natknęliśmy się na kolumnę żołnierzy w polskich mundurach z orzełkiem na czapkach. Byli to nasi jeńcy pędzeni z jakiegoś obozu na zachód. Mimo że byli to tylko jeńcy, ich widok bardzo nas podniósł na duchu. Pozdrowiliśmy ich radośnie, co niezbyt podobało się konwojentom.

Efektem diety brukwianej, a później kalarepianej było szybkie zapełnienie się latryny aż pod samą deskę. Odpoczywający w dzień po nocnej zmianie w baraku wykopali duży, głęboki dół obok, a my, czterej najmłodsi z leśnej grupy, dostaliśmy polecenie przestawienia wychodka. Dostęp do tej cholernej sławojki był, ale nic to nie dawało, bo bez długich drągów nie można jej było przenieść nad nowy dół. Dumamy, co z tym fantem zrobić i w końcu mówię: „Jeżeli w dole zrobić dziurę w warstwie ziemi oddzielającej oba doły, to zawartość spłynie i nie trzeba będzie latryny przenosić”. Wskoczyłem do dołu, sięgającego mi do piersi i zacząłem kopać szpadlem. Zmienił mnie Andrzej M. i po chwili powiada: „Już czuć, zaraz poleci”. Chlusnęło. My zamiast go szybko wyciągać, ryczeliśmy ze śmiechu, patrząc, jak podskakuje w dole. Zmitygowaliśmy się jednak i wyciągnęliśmy nieboraka. Objechał nas zdrowo za zbyt opieszały ratunek. Miał tylko kłopot z praniem, bo wody było jak na lekarstwo.

Pewnego dnia około połowy marca pobudka odbyła się po ciemku, bo nie było światła. Grzebaliśmy się tak długo, że na stację dotarliśmy ze 20 minut po odejściu naszego pociągu. Udaliśmy się więc do Gielowa na piechotę. Za miastem Bohnsack oświadczył, że nie ma się co bardzo śpieszyć. Wyszliśmy z Andrzejem M. na czoło kolumny i ruszyliśmy żandarmskim patrolowym krokiem, czyli jak ludzie mający bardzo dużo czasu i nigdzie się niespieszący. Na miejsce pracy przybyliśmy chyba po dwóch godzinach. Stary Bohnsack już w połowie drogi nie wytrzymał, tylko machnął ręką i poszedł naprzód. Awantura była jak sto choler! Majster oświadczył, że to sabotaż i w przypadku powtórzenia się czegoś takiego zawiadomi gestapo.

W drugiej dekadzie marca zrobiło się ciepło i zielono. W czasie przerw śniadaniowej i obiadowej Francuzi łazili po łące, zbierali mlecz i winniczki i przyrządzali sobie z tego jakiś frykas do jedzenia. Zaziębiłem się, bo w czasie przerwy obiadowej rozebrałem się i zawiało mnie. Wieczorem dostałem dreszczy, więc poszedłem do Fiodora, felczera w obozie ukraińskim. Stwierdził ze mam temperaturę i następnego dnia pójdziemy do szpitala. Na noc dał mi dwie pastylki aspiryny. Na wszelki wypadek nie zażyłem ich. Wstałem dopiero około 8 i poszliśmy z Fiodorem do miasta. Niemiecki lekarz mierzy temperaturę, a tu nic. „Zdrów” – powiada, lecz Fiodor wyjaśnił, iż wieczorem miałem 38 stopni. Dostałem dwa dni zwolnienia. Za pozostanie w baraku bez uzgodnienia z felczerem i stwierdzeniu przez lekarza, że delikwent jest zdrów, wymierzono karę pozbawienia chleba przez dwa dni. Do baraku wróciłem sam, kupując po drodze „Malchiner Anzeiger”, miejscową gazetę, którą Jędrek zużył do skręcenia papierosów. W baraku ugotowałem marchew czy buraki i wieczorem Jędrek miał gorący posiłek. Przydzielony chleb zjadało się różnie. Jędrek zjadał go od razu, ja zostawiałem na przerwę śniadaniową. Krajałem chleb na jak najcieńsze kromki, żeby starczyło na dłużej. Margarynę, jeśli było coś do ugotowania, zostawiało się na okrasę.

Zbliżała się Wielkanoc. W Wielki Piątek, największe święto luteran, Jędrek, Moniek, jeszcze jeden chłopak i ja poszliśmy do Gielowa rozładować dwie dwutonowe lory ze żwirem. Jedna z nich przypadła na Mońka i mnie. Wszedłem na lorę, zaznaczyłem połowę i zabrałem się do roboty, Moniuś zaś skulony za kołem wagonu ani myśli o pracy. W lesie też nie rwałem się do roboty i nie obchodziło mnie, czy kto pracuje, czy nie; tu jednak było konkretne zadanie do wykonania i nie miałem najmniejszej ochoty odwalać za kogoś jego roboty. Mówię więc: „Moniek do roboty”. „Rób sam! Zimno mi i jestem głodny!”. Jakbym ja nie jechał na tym samym wózku co on. Jędrek i ten drugi patrzą ciekawie, co będzie dalej. „Do roboty Moniek!”. „Nie!”. Sypnąłem mu żwiru na łeb. „Ty taka twoja owaka!”. Co to to za wiele. Nie mogłem tego darować. Zeskoczyłem z wagonu. Sam dostałem, ale dałem mu dwa razy w mordę, no i zabrał się do roboty. Nawet szybko zrobiło mu się ciepło. Po rozładowaniu żwiru wróciliśmy w zgodzie do baraku.

Wielkanoc wypadła 1 kwietnia. Pogoda była wprost makabryczna. Przez dwa dni lało jak z cebra i było zimno. Towarzystwo w baraku było bez humoru i skłonne do awantur.

Po świętach rozładowywaliśmy w przystani jakąś barkę wypełnioną workami z cementem. Worki przenosiliśmy do szopy odległej o 50 metrów. Zrobiliśmy po 24 kursy od barki do szopy, przenosząc po 1200 kg cementu. Pojechaliśmy również we czterech ciężarówką do Stavenhagen po rury kamionkowe na budowę. Po drodze spotkaliśmy dwa duże samochody ciężarowe ze znakami czerwonego krzyża i flagami duńskimi. Później dowiedziałem się, ze Duńczycy wywozili już wtedy więźniów obozów koncentracyjnych. Niemcy stracili swoją butę. Werkschutz przychodzący o 5 rano nie wrzeszczał: „Aufstehen! Kaffee holen!”, ale normalnym ludzkim głosem mówił: „Meun Kameraden bitte aufstehen und Kaffee holen” (Moi koledzy, proszę wstać i przynieść kawę).

Chyba 8 kwietnia nie zerwali nas o 5, lecz około 6.30. Kazali posprzątać barak. Koce, łyżki i miski do jedzenia ułożyć na pryczach. Wydawali po bochenku chleba na głowę i ustawili nas czwórkami przed barakiem. Przypomnieli sobie o zupie i kazali przynieść ją z kuchni. Nikt jednak nie miał ochoty na kalarepiankę. Razem z Andrzejem Marszewskim ustawiliśmy kocioł z zupą do góry dnem na koszu ze śmieciami i patrzyliśmy, jak zupa rozpływa się po śmieciach i podłodze. Zabrawszy łyżki, dogoniliśmy naszych ruszających na dworzec kolejowy. Na stacji załadowaliśmy się do wagonów, o dziwo osobowych i około południa pociąg ruszył. Jechaliśmy kopać okopy nad Odrą. Komendantem transportu był ów werkschutz kurdupel. Chleb został oczywiście szybko zjedzony co do okruszka, a jak się później okazało, był to błąd. Jechaliśmy przez Stavenhagen, Neubradenburg, Strasburg, Pasewalk, Prenzlau i rankiem dotarliśmy do Gramzowa. Cały nasz transport liczył kilkaset osób. Zakwaterowani zostaliśmy w paru olbrzymich stodołach jakiegoś majątku. Za posłanie służyła mocno już zmierzwiona słoma. Widocznie przed nami było tu już wielu innych. Cały dzień zeszedł na niczym. Osławiona niemiecka organizacja zawiodła nas całkowicie. Dopiero wieczorem dostaliśmy „zupę” – litr ciepłej wody, w której pływały dwie łyżki prosa i jakiś mętny osad z kartofli. Udało nam się dostać puszki po konserwach. Służyły nam za menażki. Wielu przybyłych pracowało poprzednio u bauerów i miało jakieś zapasy żywności, ale nie byli skłonni do dzielenia się.

Następnego dnia przywieźliśmy na dwukołowym wózku chleb z piekarni. Ciepły, pachnący bochenek był dwa razy większy od malchińskiego, a co najważniejsze, dzielono go na cztery osoby, a nie na sześć. Po powrocie z roboty dostaliśmy zupę. Była to kartoflanka gotowana na kościach wieprzowych. Kucharzem był Kozdrach, jeden z naszych z Malchina. Jak zobaczył swojego z Malchina, to zagarnął gęstego z dna kotła. Uważaliśmy, że znaleźliśmy się w krainie dostatku, natomiast towarzystwo od bambrów głośno narzekało, że chcą ich zagłodzić na śmierć. Jakaż to względna rzecz dostatek.

Do roboty chodziliśmy w promieniu 5–6 km, w okolice Zehnebeck i Zichow. Nie byliśmy dwa razy w tym samym miejscu, toteż pracowaliśmy wtedy, gdy ukazywał się Niemiec w mundurze. Pytał mnie kiedyś Szwab, niezbyt rozgarnięty, bo inaczej byłby w wojsku, skąd pochodzę, a potem co to za miasto ta Warszawa. Pod Zehnebeck złapała nas ulewa tak gwałtowna, że po pięciu minutach przemokło całe ubranie łącznie z grubą czapką narciarską, a z długich butów przez cholewy wychlapywała mi się woda. Nagle ulewa ustała i zrobiła się piękna słoneczna pogoda. Usiadłem, zdjąłem buty i wylałem z nich wodę. Przez dwa dni nie chodziliśmy do roboty, susząc ubranie na słońcu.

Po Gramzowie szwędało się trochę zbieraniny z różnych oddziałów SS. Jeden z esesmanów był Duńczykiem, co wynikało z opaski nad mankietem munduru, z napisem Danmark. Pokazał się nawet oddział Volkssturmu (pospolitego ruszenia) – stare dziadygi i trzynastoletni smarkacze. Na komendę: „Halt!” pierwsze dwie trójki zatrzymały się, a następne dochodziły kolejno i zatrzymywały się.

Po wysuszeniu ubrań poszliśmy wieczorem z Jędrkiem do kopca z kartoflami, nabraliśmy ziemniaków i zaczęliśmy je piec w jakimś rowie. Po chwili przyszło dwóch esesmanów, strzelili nad naszymi głowami z pistoletu, zawiadamiając w ten sposób o swojej obecności. Poczekali aż ziemniaki upieką się, wzięli sobie kilka i odeszli. Następnego dnia surowo zabroniono wybierania ziemniaków z kopców. Chłopaka, który nie usłyszał zakazu, esesman Duńczyk postrzelił w nogę. Strzelił do niego od tyłu, gdy ten odchodził już po oddaniu ziemniaków.

Któregoś dnia rano około 4–5 obudziła nas kanonada. Był to huraganowy ogień artyleryjski nad Odrą, rozpoczynający sowiecka ofensywę na Berlin. Po 2 godzinach zapanowała przejmująca cisza. Następnego dnia rano kazano nam zbierać się do wymarszu. Dowodzący ewakuacją kurdupel mówi do naszego kucharza Kozdracha: „Die ganze Verpflegung”, Kozdrach powtarza bezbłędnie: „Ja, ja, die ganze Verpflegung” i woła: „Panie Tralik, choć pan tu, bo ten coś chrzani, a ja nic nie rozumiem”.

Wyruszyliśmy na piechotę i pod Blankenburgiem przeszliśmy autostradę Berlin – Szczecin. Przez Seehausen, Pinnow, Hassleben dotarliśmy wieczorem do Wichmansdorf. Zrobiliśmy tego dnia około 30 km. Po przenocowaniu – dalszy marsz przez Boitzenburg i Hardenbeck. Od tej miejscowości nie istniała już zorganizowana kolumna ewakuacyjna, a każdy szedł na własną rękę. Trzymaliśmy się z Jędrkiem Kozdracha, Tralika i jeszcze jednego z naszych malchiniaków, bowiem oni pracując w fabryce zrobili sobie garnek z blachy duraluminiowej i zabrali go ze sobą. Minęliśmy Thomsdorf i szosą szliśmy w kierunku Lychen. Z uwagi na to, że w kierunku tego miasta leciały bombowce, zawróciliśmy w kierunku Beenz. Wieczorem w jakiejś wiosce zatrzymali nas Niemcy i kazali nocować. Uzbierała się nas spora grupa. Rano żołnierz niemiecki na piecu w jakiejś sionce ugotował duży kocioł kartoflanki i zaczął ją wydawać. Po pewnym czasie zajrzał do kotła, zmierzył wzrokiem kolejkę oczekujących, poszedł z wiadrem do studni, przyniósł wody, chlupnął do kotła i zupy starczyło dla wszystkich. Wychodząc z sionki Jędrek wyjął z pod siedzącej na gnieździe kwoki dwa jajka – jedno gęsie a drugie kurze. Ugotowaliśmy je zaraz, lecz okazało się, że gęsie nie nadaje się do zjedzenia, bo w środku był już pisklak.

Żandarmi wskazali nam piaszczystą drogę i kazali iść prosto „immer garadeaus” sami zaś wsiedli na samochody ciężarowe i odjechali szosą w innym kierunku. Szliśmy nie śpiesząc się. Doszliśmy do jakiejś prawie bezludnej wsi. Dwóch weszło do jednego z domów prosząc o ziemniaki. Baba początkowo wyskoczyła na nich z mordą, ale gdy przez okno zobaczyła jeszcze 3 drabów, rura jej zmiękła, szybko przyniosła koszyk kartofli i piliła, abyśmy jak najszybciej poszli sobie. Przed wieczorem zatrzymaliśmy się w innej wsi nad jeziorem i na kolację ugotowaliśmy kartoflankę – około 6 litrów na pięciu, gdyż taki mieliśmy garnek. Przenocowaliśmy w stodole na czymś, co kiedyś było słomą, ale po przejściu przez nią setek ludzi zupełnie słomy nie przypominało. Idąc rano przez ogródek nad jezioro, zauważyłem wschodzącą dymkę. Wyflancowałem wszystkie dostrzeżone cebulki do kieszeni – na przyprawę do zupy. Było to bez wątpienia barbarzyństwo, ale wówczas nie myślałem o tym. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej i pod miejscowością Wokuhl wyszliśmy na szosę biegnącą przez piękny, stary las sosnowy. Zatrzymał nas patrol wojskowy. Pokazaliśmy kenkarty, a oni stwierdzili, żeśmy Polacy i życzyli nam szczęśliwej drogi. W czasie dalszej drogi parę razy spotkaliśmy zapory przeciwczołgowe. Z obu stron szosy były wkopane na sztorc sosnowe kloce o średnicy 50-60 cm w dwóch rzędach po trzy. Między te kloce wtaczano na wózkach podobne kloce. Czołg nie mógł tego sforsować, bo teren wokół był zaminowany, o czym informowały tablice ostrzegawcze. Zapory pilnował, zwykle uzbrojony w sowiecką pepeszą, cywilny Niemiec.

Szosą ciągnęli uciekinierzy i pojedynczy żołnierze niemieccy uzbrojeni w karabin lub pancerfaust (pancerzownicę) – była to groźna broń przeciwpancerna, przebijająca z odległości 50 m pancerz grubości 200 mm. Czasami szły grupki żołnierzy obrony wybrzeża uzbrojonych w karabiny Krag-Jørgensena.

Po południu dotarliśmy do Neustrelitz. Po naradzie udaliśmy się do magistratu. Dwóch mówiących lepiej po niemiecku weszło tam, prosząc o żywność. Rozmowa była krótka: „Coście za jedni?”. Powiedzieliśmy: „Polacy”. Odparli: „Raus! Dla swoich nie mamy, a was będziemy karmić ?!”

Co było robić? Poszliśmy. Za miastem szosa zatłoczona wozami uciekinierów. Wozy, bryczki załadowane dobytkiem, dorośli z dziećmi, ludzie z wózkami i tobołkami. Co chwila panika, bo ktoś wrzasnął: „Russ kommt!” (Moskal nadchodzi). Szliśmy ścieżką obok szosy i przypominał mi się polski wrzesień 1939 roku z tym, że teraz nie było samolotów koszących wszystko ogniem karabinów maszynowych i działek pokładowych.

Zatrzymaliśmy się pod lasem nad jakąś mokrą łąką. Wokół pełno ognisk palonych przez uciekinierów przygotowujących sobie strawę. Zająłem się gotowaniem zupy, a jeden z naszych poszedł na zwiady. Wrócił zdyszany z wiadomością, że na łące ugrzęzła w bagnie krowa. Właściciel nie mogąc jej wyciągnąć, zarżnął zwierzę, zabrał część mięsa a resztę każdy może brać, kto chce i ile chce. Kozdrach, z zawodu rzeźnik i pozostali poszli po mięso. Po chwili przynieśli całą wątrobę oraz dużo innego mięsiwa. Część mięsa poszła od razu do garnka z zupą. Każdy nadział kawałek na patyk i piekł w ognisku. Jedliśmy mięso na pół surowe, upominając się nawzajem, by nie jeść zbyt dużo, bo się pochorujemy. Nic takiego się nie stało, bowiem była to chuda wołowina a nie tłuste mięso wieprzowe. Zupa ugotowała się, więc wrąbaliśmy ją i zaraz nastawiona została następna porcja. Był już zmrok, gdy nagle doszły do nas odgłosy wybuchów jak kanonada artyleryjska. Wśród Niemców powstała panika. Zaczęli wiać na wszystkie strony. Nasi towarzysze również zerwali się do ucieczki. Ledwo zdołałem ich przekonać by poczekali jeszcze 10 minut, bo zupa się już dogotowywała. Siedzieli, jak na szpilkach. Zabraliśmy garnek z gorącą zupą, zaleliśmy ognisko i poszliśmy drogą przez las. Po przejściu około kilometra rozsiedliśmy się i opróżniliśmy garnek. Napełnieni byliśmy po brzegi. Przenocowaliśmy nad jakimś kanałem w szopie – magazynie zarządu budownictwa wodnego. Razem z nami nocowało kilkunastu żołnierzy niemieckich. Powiedzieli, że wybuchy pochodziły z podpalonej fabryki amunicji u Fürstensee.

Rano przyrządziłem wątrobę z gorącymi kartofelkami. Przydała się cebulka zabrana z ogródka poprzedniego dnia. Dobre to było. Niektórym do szczęścia brakowało papieroska. Niemcy zerkali na nas i też coś sobie pichcili. Ruszyliśmy dalej. Minęliśmy drogowskaz z nazwą miejscowości Gross Quassow i wyszliśmy na szosę, przy której stał młyn. Spotkaliśmy tam chłopaka z Malchina, który poinformował nas, że wojsko sprzedaje żytnią mąkę razową. Kupiliśmy jej chyba po 5 kilogramów każdy. Od razu skierowaliśmy się nad jezioro, rozpaliliśmy ognisko i rozrobiliśmy ciasto na kładzione kluski. Zjedliśmy je razem z kluszczanką. Po odpoczynku po sutym obiedzie i drzemce ruszyliśmy dalej. Zaczęła mi się wtedy podobać Meklemburgia. Słoneczko świeci, ciepło, człowiek syty, nikt do roboty nie pędzi, idzie się, kiedy się chce, odpoczywa, kiedy chce – po prostu pełna swoboda.

Wieczorem dotarliśmy do wioski niedaleko miejscowości Roggentin. We wsi sporo uchodźców, grupa esesmanów z samochodem ciężarowym. Wśród mieszkańców wsi gorączkowy ruch. Koledzy rozeszli się zasięgnąć języka. Esesmani namawiają nas, by jechać razem z nimi, bo bolszewicy to nie ludzie, to dzikie bestie, dzicz mordująca wszystkich. W oczach mówiących – obłędny strach jak w oczach Żydów, na których Niemcy polowali z rozkazu Hitlera. Wykręciliśmy się koniecznością odpoczynku po bardzo długim marszu. Nie czekali na nas i w ciągu kilku minut odjechali. Nasi wrócili z informacjami, że w Neustrelitz SS wygania ludność, gospodarz uciekł do lasu, lecz nie pozwolił iść ze sobą. Były to informacje od Polaków pracujących w tej wsi. Jędrek zakręcił się gdzieś i po chwili wrócił z dużym garnkiem odciętym od jakiegoś wozu.

O zmroku gospodarz odjechał w kierunku lasu, a nasza piątka po cichutku za nim. Pod lasem przy ambonie myśliwskiej odbyliśmy naradę. Jędrek i ja postanowiliśmy pozostać w lesie. Kozdrach i dwóch pozostałych radziło wędrować dalej. Pożegnaliśmy się i rozstaliśmy. Mieliśmy garnek, mięso, mąkę, zapałki. Byliśmy więc samodzielni. Przenocowaliśmy w ambonie na piętrze. Była tam prycza z siennikiem i kocem. Wczesnym rankiem przez zagajnik sosnowy doszliśmy do starego lasu bukowego. Obok rozciągnęło się ogromne pole z zieloną oziminą. Był ciepły i słoneczny ostatni dzień kwietnia 1945 roku. Paliło się ognisko i piekły  ziemniaki. Wypada ugotować kluchów, a do tego potrzebna jest woda. Jakieś 100 metrów od nas widać na polu krzaki – to wierzba, a więc powinna tam być woda. Była w zagłębieniu. Nie przeszkadzało nam wcale, że nieco brązowawa. Okazało się, że garnek był nieco dziurawy. Zalepiłem dziurkę ciastem no i gotowało się kluski kładzione. Spędziliśmy tam cały dzień. Poczytaliśmy trochę ulotek zrzuconych z samolotów alianckich. Ostrzegano w nich Niemców przed konsekwencjami za znęcanie się nad cudzoziemskimi robotnikami. Na nocleg cofnęliśmy się do zagajnika sosnowego. Urozmaiceniem było ostrzelanie lasu kilkoma pociskami przez jakąś artylerię. O świcie Jędrek na polanie w głębi zagajnika natknął się na obozowisko uciekinierów niemieckich. Poinformowali go, że we wsi są już wojska sowieckie. Ruszyliśmy do wsi. Niemcy życzyli nam szczęśliwego powrotu do kraju.

1 maja 1945 roku. Dzień mglisty i dosyć ponury. Dochodzimy do wsi. Pierwsze słowa sołdata z krasnej armii to: „Pan idi domoj”. Inny żołnierz chciał nas zapędzić do szukania zakopanego motocykla, ale Jędrek poradził mu, żeby do tego wziął Niemców ze wsi.

Zaczepił nas kapitan w towarzystwie byłego jeńca sowieckiego: „Giermańcy w lesu jest?”. „Są”. „A czemodany u nich jest?” Cholera wie, co to czemodan. Podpowiada jeniec: „Kofry u nich jest?”. „Są, całe wozy”. „A no pajdiom” – mówi kapitan i zabiera nas ze sobą. Idziemy do lasu. On uzbrojony w pistolet TT, my obaj i jeniec bezbronni. Przybywamy do obozowiska niemieckiego, a tam około setki wozów i tłum cywilnych Niemców. Kapitan wyjmuje pistolet z kabury, macha nim przed nosami przerażonych uciekinierów i powiada: „Nie bojcieś, nikto was nie tronit. Mienia tolko czasy i sapogi nada. A no pokaży, pokaży.”

Zabrał kilka zegarków. Zdjął kilka par butów z nóg właścicieli. Pomyszkował po wozach zabierając kilkanaście butelek z wódką. Na zakończenie zabrał bryczkę z koniem. Załadował zdobycz na bryczkę, zostawiwszy kilka butelek wódki na wierzchu „dla naczalstwa” i tylko jego odwagę, bo Niemiec nie zdobyłby się na to.

We wsi umówiliśmy się z Polakami tam pracującymi na powrót do kraju. Do czapek przyszyliśmy sobie biało-czerwone baretki i nazajutrz rano ruszyliśmy w drogę powrotną. Nasze manele załadowane były na wóz wracających ze wsi Polaków.

W Neustrelitz weszliśmy do piwnic palącego się magazynu żywnościowego. Zgubiłem się z Jędrkiem. Po wyjściu z magazynu nie było ani Jędrka ani wozu z naszym dobytkiem. Chodząc po mieście spotkałem chłopaka z Malchina. Dał mi rower-damkę. Wróciłem pod magazyn i spotkałem Jędrka. Miał duże pudło herbaty. Było jej chyba ze 2 kilogramy. Wzięliśmy jeszcze kilka puszek z konserwami. Jakoś to zapakowaliśmy, ale jechać we dwóch na damce byłoby trudno. Zatrzymałem kolumnę niemieckich cywilów z rowerami i bez protestu z ich strony, zmieniłem naszą damkę na porządny rower męski z ramą. Przypuszczalnie był to zwykły rabunek, ale takie prawa rządzą w czasie wojny. Na rowerze przejechaliśmy 40 km do miasta Woldeck, gdzie jakiś Rusek zamienił swój gorszy rower na nasz lepszy. Nie ujechaliśmy na nim daleko, bo następny sołdat znów dokonał z nami zamiany rowerów, z tym że dołożył bochenek chleba. Tym razem rower zostawiliśmy w rowie i dalej udaliśmy się na własnych nogach. Przenocowaliśmy w jakimś rozbitym domu. Rano stwierdziliśmy, że w kuchni pod piecem leży spora kupka granatów ręcznych. Na śniadanie był chleb z pasztetem z puszki. W rowie przy drodze walało się pełno wszelakiego dobra. Znaleźliśmy drewniany czterokołowy wózek, na który załadowaliśmy swoje zapasy z Neustrelitz, jakieś znalezione koce, oficerski płaszcz żandarmski, kilka ręczników, parę koszul itp. oraz trzylitrowy kamionkowy garnek ze smalcem. Smalcem nasmarowaliśmy osie wózka, lżej się toczył, a kółka przestały żałośnie piszczeć.

Wędrowaliśmy w kierunku Prenzlau. Przydała mi się znajomość alfabetu rosyjskiego, który poznałem w czasie okupacji. Bolszewicy przemalowali wszystkie drogowskazy, pisząc niemieckie nazwy swoimi literami. Szybciej czy wolniej przeczytałem nazwy na rozstajach, a mając mapę wiedziałem, w którą stronę się udać. Wszystkie wsie były opuszczone przez mieszkańców. Nawiasem mówiąc, nie było wsi, w której nie byłby uszkodzony chociaż jeden dom.

Po noclegu ruszyliśmy w dalszą drogę. W Prenzlau zatrzymała nas ruska „regulirowszczyca” i kazała sprzątać skrzyżowanie ulic. Urwaliśmy się po pół godzinie i poszliśmy dalej w kierunku autostrady Berlin-Szczecin. Źle mi się szło, bo w podartych butach kaleczył mi nogę gwóźdź. Zatrzymaliśmy się w opuszczonej wsi.  W sieni domu, do którego weszliśmy czekała na mnie para nowych skórzanych trzewików. Pasowały tak, jakby były robione na zamówienie. Znalazłem również parę skórzanych sztylp. Pozbyłem się natychmiast podartych sapogów. Z jakiejś mąki w kuchni zagniotłem zacierki i zacząłem je gotować. Nic z tego nie wyszło, bo zacierki rozgotowały się, a woda stawała się coraz bielsza. Nic dziwnego, gdyż było to po prostu mleko w proszku, z którym zetknąłem się po raz pierwszy w życiu. Zacierki ugotowałem ze znalezionej żytniej mąki razowej. Około godziny 11 następnego dnia weszliśmy na autostradę Berlin–Szczecin. Ruch na niej, jak na Marszałkowskiej. W kierunku Szczecina ciągnęli powracający do Polski. W kierunku Berlina – wojsko sowieckie. Długie kolumny studebackerów i chewroletów. Od czasu do czasu mizerna kolumna śmiesznie wyglądających zisów lub gazów. Żołnierze piesi lub na rowerach (również bez ogumienia). Niektórzy piesi w mundurze, z kijem w garści i workiem na plecach idą na zachód, pytając jak daleko do frontu. Spytałem jednego z sołdatów o godzinę. Odchylił rubaszkę, to jest bluzę mundurową i pokazał budzik na pasku, było pięć minut po jedenastej. Widocznie innych „czasów” nie udało mu się zdobyć.

Doszliśmy do skrzyżowania koło Storkowa i skręciliśmy w kierunku Greifenhagen, czyli obecnego Gryfina nad Odrą. Do Odry nie doszliśmy, gdyż ktoś poinformował nas, że sowieci nie przepuszczają na razie cywili przez most. Zatrzymaliśmy się we wsi Geesow. Walały się tam trupy żołnierzy niemieckich. Buty z nóg nieboszczyków pościągali zwycięzcy. Następnego dnia Jędrek napiekł chleba w małym piecu piekarskim przybudowanym do trzonu kuchennego. Do pieczenia chleba narąbałem drzewa jak kiedyś w Bączkach. Ugotowałem krupniku ze znalezionej kaszy, lecz było to takie świństwo, że nie mogliśmy tego jeść. Po dokładnych oględzinach okazało się, że była to bardzo gruba śruta żytnia. Po przenocowaniu udaliśmy się rano nad Odrę, płynącą tu dwoma odnogami przedzielonymi dość szeroką wyspą. Przez pobudowane mosty pontonowe przepuszczano w dzień jedynie wojsko. Trzeba było czekać cały dzień. Dopiero w nocy rozpoczęła się przeprawa cywili. Nazbierało się ich tak dużo, że przeprawiliśmy się przez Odrę tuż przed świtaniem. Marsz był ciężki. Tłok na wąskiej drodze duży.

 

Mapa wędrówki Tadeusza i Andrzeja Jackowskiego narysowana przez autora wspomnień na kopii powojennej, niemieckiej mapy. Zbiory Muzeum Dulag 121.

Dopiero po rozwidnieniu się było lepiej, gdyż zmniejszył się napływ ludzi po ponownym zamknięciu przeprawy przez wojsko. Przy śniadaniu przyłączył się do nas jakiś chłopak. Powiedział, że pochodzi ze Stanisławowa, wraca z robót i chciałby iść z nami. Nie mieliśmy nic przeciw temu i poczęstowaliśmy go chlebem. Przenocowaliśmy w miejscowości Banie. W czasie dalszej wędrówki do Pyrzyc zatrzymał nas patrol sowiecki – dwóch oficerów w papachach z niebieskimi denkami (NKWD) jadących bryczką. Pokazaliśmy im nasze kenkarty, natomiast chłopak ze Stanisławowa zamiast swojej arbeitskarty pokazał dokument wydany przez władze sowieckie po zagarnięciu terenów polskich w 1939 roku. Zabrali go z miejsca ze sobą jako obywatela ZSRR. Do Pyrzyc dotarliśmy już sami. Przy wjeździe do miasta legitymował nas jakiś milicjant. Poinformował, że w mieście mieszka już trochę ludzi i że od czasu do czasu bywa pociąg do Stargardu Szczecińskiego, a stamtąd kursują pociągi do Poznania. Zatrzymaliśmy się w domu przy dworcu kolejowym. Wieczorem do sąsiedniego pokoju wprowadziło się kilku sołdatów. Jędrek wymienił z nimi trochę chleba na tytoń, bo już od kilku dni nie miał nic do palenia. Około 2-3 w nocy obudziła nas strzelanina. Nasi sąsiedzi walili w niebo ze wszystkiego, co mieli. Strzelali na wiwat – koniec wojny.

W dzień wybrałem się do fryzjera. Zakład prowadził starszy Niemiec. Kazałem się ostrzyc i ogolić. Po powrocie przenieśliśmy się na dworzec. Po pewnym czasie drewniane ławy w poczekalni stały się twarde i niewygodne, przynieśliśmy więc z domu vis a vis dworca kanapę. Ustawiliśmy ją na peronie pod budynkiem dworca, no i siedziało się znacznie wygodniej. Jędrek poszedł gdzieś na rekonesans i powrócił z czterema Polkami. Były to więźniarki z Ravensbrück wracające do Suwałk. Prosiły, by trzymać się z nimi, bo stale nagabywali je sowieci. W czasie rozmowy okazało się, że znają Martę Kuchcińską, przyjaciółkę ciotki Marynki.

Rano przyjechał pociąg złożony z platform kolejowych. Załadowaliśmy się i pociąg ruszył. Dojechaliśmy do stacji Soldin (Myślibórz). Pociąg postał z godzinę i ruszył w drogę powrotną. Wróciliśmy na naszą kanapę i czekaliśmy na peronie. Po południu podjechał inny pociąg. Tym razem składający się z węglarek. Zabrałem z poczekalni krzesło, które z resztą odstąpiłem jakiejś babce z bolącą nogą i odjechaliśmy do Stargardu Szczecińskiego.

W Stargardzie było dużo ludzi, zwłaszcza w okolicy dworca kolejowego. Rano sokiści (straż kolejowa) łapali ludzi do sprzątania dworca kolejowego. Prysnęliśmy w różne strony. Skryłem się w wysokim, niezamieszkałym domu. Po chwili przyszło pięciu uzbrojonych sołdatów. Zrewidowali mnie dokładnie, zabierając wszystko, co miałem w kieszeniach łącznie z dokumentami. Kazali uciekać, popierając polecenie ciosem kolby pepeszy niecelnie na szczęście.

Pociąg wahadłowy Poznań–Szczecin, składający się z krytych wagonów towarowych, kursował raz dziennie. Tłok był straszny. Po dwóch dniach stwierdziliśmy, że trudno będzie zabrać się razem. Jędrek postanowił, że zostanie w Stargardzie, a ja pojadę do domu z informacją, że jesteśmy cali i zdrowi i wrócę po niego. Spotkamy się koło dworca. Po południu ubrany w płaszcz żandarmski, z chlebakiem, w którym miałem kawał chleba, puszkę z pasztetem i łyżkę z Malchina, wepchnąłem się jakoś do wagonu. Pociąg ruszył. Było gorąco, duszno i dokuczało pragnienie. W Arnswalde (Choszczno) po zatrzymaniu się pociągu wyskoczyłem z wagonu z butelką po wodę. Chlebak i płaszcz zostawiłem pod czyjąś opieką. Po powrocie stwierdziłem, że chlebaka i opiekuna nie ma. Rano dotarliśmy do Poznania. Dopiero tutaj okazało się, co to tłok. Spotkany znajomy z Malchina, dowiedziawszy się o mojej przygodzie z sołdatami dał mi swoje zaświadczenie z PUR-u [Powiatowy Urząd Repatriacyjny – przyp. red.]. Po podstawieniu pociągu do Warszawy wdrapaliśmy się na dach wagonu, gdyż w przedziałach nie było już miejsca.

Pociąg był bardzo długi. Składał się z 14 czy 15 wagonów pulmanowskich. Na dachach kupa ludzi z bagażami i tobołkami. Podróżni byli tacy jak ja, wracający z Niemiec albo zwykli szabrownicy jadący z łupami do Polski centralnej.

Jechaliśmy przez Jarocin, Ostrów Wielkopolski, Kalisz, Sieradz do Łodzi. Linia kolejowa Poznań – Kutno – Warszawa była niedostępna z uwagi na przekuwanie torów, aby towarzysz J.W. Stalin mógł bez przesiadki dojechać do Poczdamu na konferencję.

Z Poznania ruszyliśmy około 16. Kolejarze z nastawni krzykiem uprzedzali nas o wiaduktach bądź drutach przechodzących nad torami. Ostrzeżenia były raczej dosadne. Pociąg ze względu na ilość wagonów jechał raczej wolno. Gdzieś na początku składu mężczyzna wiózł na dachu, oprócz innych bagaży, również żywą kozę. Zwierzakowi sprzykrzyła się jazda, więc pożegnał swego pana, skacząc na ziemię. Właściciel chciał ją złapać i sam zleciał na łeb z dachu. Miał chłop jednak szczęście, bo spadł na kupę piachu i zdążył się jeszcze uczepić jednego z końcowych wagonów. Po jakimś czasie wrócił po dachach do swego dobytku.

Do Łodzi Kaliskiej dotarliśmy wczesnym rankiem. Dachy opustoszały i pozostałem sam. W wagonach w dalszym ciągu nie było miejsca, więc kontynuowałem podróż na dachu. Owinąłem się w swój płaszcz i zasnąłem. Obudziłem się dopiero w Skierniewicach. Ładnych parę kilometrów spokojnie przespałem na dachu.

Pociąg jechał bez zatrzymywania się. Niepokoiłem się dokąd dojadę, ale na szczęście w Brwinowie pod czerwonym sygnałem pociąg stanął. Szybko zlazłem i niebawem byłem w domu. Rodziców nie było. Mama była w szpitalu w Milanówku, a ojciec w Głownie k. Łodzi, gdzie pracował jako nadleśniczy. W domu było młodsze rodzeństwo z Jaśkiem i ciotki. Zmordowany położyłem się spać na przygórku. Obudziłem się następnego dnia i pojechałem do Milanówka do szpitala. „Gdzie Jędrek?” – zawołała mamusia, gdy stanąłem w drzwiach. „Zdrowy i cały tyle, że w Stargardzie pod Szczecinem” – wyjaśniłem. Po dwu dniach przyjechał ojciec. Zobaczyłem go na ulicy Borsuczej, idącego od stacji w Brwinowie. Zacząłem biec. Zatrzymał się nagle jakby stracił wszystkie siły. „Co z Jędrusiem?” – zapytał słabym głosem.

Biedni rodzice bardzo posiwieli w ciągu siedmiu miesięcy naszej rozłąki. W gminie ojciec dostał zaświadczenie dla mnie, że jadę do Stargardu po chorego brata, wracającego z robót przymusowych w Rzeszy, i że wszystkie władze proszone są o udzielenie pomocy. Po dwu dniach spotkałem się w Łodzi z ojcem, bo musiał tego dnia być w Dyrekcji Lasów. Do Łodzi dojechałem właściwie na gapę. Bilet miałem tylko do Żyrardowa. Dostałem pół bochenka chleba i z biletem do Łaska późno po południu ruszyłem w dalsza drogę. Jechałem na dachu z uwagi na tłok. Przespałem się od Sieradza do Jarocina. Tu sokista spędził mnie z dachu. Do Poznania pociąg przyjechał około 9.

Opuściwszy dworzec zacząłem zastanawiać się, jak jechać dalej. Pieniędzy nie miałem. Udałem się do PUR-u. Przedstawiłem swoją sprawę i poprosiłem o bilet do Stargardu. Prośbę poparłem zaświadczeniem z gminy. Urzędniczki, dziewczyny w moim wieku, przejęte sprawą zwróciły się do swojego naczelnika – chłopaka może o rok starszego. Zapadła decyzja: Dać! Z otrzymanym papierkiem wróciłem na dworzec, a właściwie na to, co kiedyś było dworcem, obecnie zaś spalonymi, okopconymi murami. Funkcję dworca pełnił obskurny barak stojący obok.

Pociąg do Stargardu odjeżdżał około 7 rano. Trzeba było czekać. Zjadłem część chleba, popiłem wodą z kranu i czekałem. W baraku było brudno, duszno i pełno dymu papierosowego. Wyszedłem na zewnątrz i położyłem się pod ścianą baraku. W nocy obudził mnie jakiś ciubaryk z pepeszą: Dawaj dokumenty! Przeczytał na głos datę urodzenia z zaświadczenia i oddał je. Nic innego na głos nie czytał. Nie wyglądał mi na takiego, co zna alfabet łaciński. Po rozwidnieniu się poszedłem na peron odjazdowy.

Jędrka spotkałem przed dworcem w Stargardzie. Przychodził tam codziennie w godzinie przyjazdu pociągu. Zatrudnił się w organizowanym Inspektoracie Lasów Państwowych. Delegowani tam leśnicy znali naszego ojca, co ułatwiło Jędrkowi zatrudnienie się. Zamieszkał w jakimś opuszczonym mieszkaniu na drugim piętrze. Ściągnął meble: szafę, stół, krzesła, kanapę itd. i wystąpił do władz miasta o przydział urządzonego mieszkania. Władza uznała jednak, że to mieszkanie nie dla niego. Wyrzucił więc meble przez okno i poszukał sobie innego lokum. Przenocowaliśmy u niego. Uzgodnił ze swoimi przełożonymi kilkudniowy urlop na wyjazd do domu, spakowaliśmy manatki i poszliśmy na dworzec w nadziei, że będzie jakiś pociąg do Polski centralnej. Gdy czekaliśmy na peronie nadszedł patrol sowiecki. Zabrali nas na swój posterunek, wylegitymowali i zaczęli buszować w naszym bagażu. Otworzyli pudło z herbatą. Jeden z nich grzebiąc w herbacie odezwał się: „Smotri skolko czaju”. Drugi machnął tylko ręką i wypuścili nas. Podjechał akurat pociąg złożony z lor załadowanych szynami kolejowymi, podkładami i innymi akcesoriami kolejowymi. Wszystko to pochodziło z rozebranych torów stacyjnych na terenach miedzy dawną granicą polską a Odrą i stanowiło zdobycz wojenną wywożoną do ZSRR. Załadowaliśmy się i po chwili pociąg ruszył. Jechaliśmy początkowo znaną mi już trasą. W Choszcznie jednak pociąg skręcił na wschód. Przez Kalisz Pomorski, Wałcz i Piłę dotarliśmy rano do Bydgoszczy. Nie można powiedzieć, by pociągi jeździły wówczas ekspresowo, bo nasza jazda trwała około 20 godzin. Zostałem na peronie, a Jędrek poszedł załatwić stempel na arbeitskarcie uprawniający do przejazdu bez biletu jako powracającemu z robót przymusowych. Gdzie jeszcze chodził i co załatwiał nie wiem, nie było go bowiem kilka godzin. Siedziałem jak na szpilkach, nie mogąc odejść na krok od naszych bagaży, nauczony doświadczeniem z chlebakiem. Wrócił nareszcie. Wziąłem jego dokument, by wyjść z peronu i poszedłem załatwić sobie bilet. Dowiedziałem się, że można to zrobić w PCK. Biuro PCK odległe było od dworca o dobry kilometr i pracowało do godziny 15, a była już 14:20. Wpadłem tam kwadrans przed końcem pracy. Kazali mi napisać podanie i dali papierek na przejazd do Warszawy. Wróciłem zadowolony na dworzec, a Jędrek miał do mnie pretensje, że nie było mnie tak długo.

Późnym wieczorem załadowaliśmy się do pociągu jadącego do Łodzi. Dotarliśmy tam rano. Po krótkim stosunkowo oczekiwaniu, bo tylko dwugodzinnym, podstawiono pociąg do Warszawy, przez Zgierz, Zielkowice (obecnie Łowicz Przedmieście) i Skierniewice. Wysiedliśmy w Brwinowie i po 20 minutach byliśmy w domu. Radość była ogromna – wszyscy znów byli razem w domu.

__________

[Pan Tadeusz Jackowski do swoich wspomnień dołączył również krótką notkę o swoim koledze, Władysławie Wojnarze, którego nazwisko wymienił w tekście swoich wspomnień]

Władek Wojnar, o którym wspominałem był naszym kolegą z Ustronia, starszym o rok od Jędrka. W 1940 roku został wywieziony na roboty do roszarni lnu na Dolnym Śląsku. Nabawił się tam ciężkiego reumatyzmu, więc odesłano go na kurację do domu. Po wyzdrowieniu wcielono go do oddziałów organizacji Todta, budującej umocnienia Wału Atlantyckiego w Holandii. Tam do ich obozu przybyli werbownicy z Waffen SS, agitujący do ochotniczego wstępowania w szeregi SS.  Z braku ochotników wybrali sobie co roślejszych chłopaków i zabrali ze sobą. Już jako żołnierz był na Bałkanach. Brał udział w zajmowaniu Tulonu po wylądowaniu Amerykanów w Afryce Północnej. Brał udział w bitwie pod Orłem na froncie wschodnim, gdzie został porażony prądem przy przecinaniu zasieków z drutu kolczastego i ciężko ranny. W końcu 1943 roku stacjonował w Warszawie i w Boże Narodzenie odwiedził Podkowę Leśną. Przyjechał w pożyczonym mundurze Wehrmachtu. Opowiadał wtedy o swoich przeżyciach. Mówił, że ma przygotowane ciuchy cywilne i tylko czeka na okazję, żeby prysnąć z wojska. Po pobiciu po pijanemu jakiegoś podoficera wehrmachtowca dostał się do karnej kompanii w Jugosławii. Po wojnie pozostał w Austrii. Utrzymywałem z nim korespondencję. Wysłałem mu Pana Tadeusza i Krzyżaków. Chciałem wysłać Trylogię, lecz nakład książki był akurat wyczerpany. Napisał mi, że z Trylogii brakowało mu tylko Krzyżaków. Zmarł  21 listopada 1990 roku.

Powiązane hasła

”None