menu

Jakubiuk Jerzy – „To, co łatwe do zobaczenia”

Jakubiuk Jerzy – „To, co łatwe do zobaczenia”

Jerzego Jakubiuka, ur. w 1940 roku, wybuch Powstania Warszawskiego zastał przy ul. Dobrej na warszawskim Powiślu. Tam też przeżył cały okres walk, chroniąc się z matką przed bombardowaniami w piwnicach powiślańskich kamienic, podczas gdy jego ojciec, lekarz, przed wojną ordynator Szpitala Ujazdowskiego, pomagał rannym w prowizorycznym szpitalu powstańczym przy rogu Wybrzeża Kościuszkowskiego i Tamki. Państwo Jakubiukowie z synem zostali wygnani z domu 6 października. Popędzono ich w tłumie warszawiaków w stronę Dworca Zachodniego, skąd odjeżdżały pociągi do obozu przejściowego w Pruszkowie. Na szczęście do Dulagu jednak nie trafili – zostali uratowani przed wywózką przez grupę robotników pracujących w przydworcowym tunelu, a następnie przetransportowani do Piastowa, gdzie doczekali końca wojny. Wywiad z Jerzym Jakubiukiem został przeprowadzony w 2013 roku. Pan Jerzy, zmartwiony – zupełnie niesłusznie – chaotycznością swojej opowieści i specyficznym charakterem swych wspomnień, nie chciał, aby rozmowa przytoczona została w całości. Publikowany tekst ma więc charakter reportażu ubogaconego licznymi fragmentami wywiadu. Opowiadamy w nim nie tylko o losach rodziny Jakubiuków, ale również o realiach życia w wojennym Piastowie oraz piastowskim „Zamku” – willi o bardzo bogatej historii (wedle lokalnych opowieści stacjonował tam sam Charles de Gaulle), a która stała się tymczasowym domem dla Pana Jerzego i jego rodziców. Niezwykle ważnym tematem reportażu jest także pamięć sama w sobie. Wbrew zastrzeżeniom naszego rozmówcy okazuje się, że wspomnienia odległych wydarzeń, które przeżywaliśmy jako dzieci, mają w sobie niezwykłą wartość nie tylko dla biografów, ale także dla historyków.

Droga

Pan Jerzy Jakubiuk odwiedził po raz pierwszy Muzeum Dulag 121 w poniedziałek 11 lutego, choć w standardowej ankiecie jaką wypełniają świadkowie historii, wyraźnie zaznaczył, że nagranie relacji na miejscu jest wykluczone, ponieważ przeszedł niedawno wylew i do dziś ma problemy z chodzeniem. W takich przypadkach prosimy zwykle o przesłanie nagranych wspomnień, bądź jedziemy zarejestrować rozmowę na miejscu. Tym razem jednak do ankiety dołączony był jeszcze list, w którym Pan Jerzy zapewniał, że – cytuję – w miarę swoich skromnych sił rozpoczął już prace zmierzające do jego odwiedzin w muzeum. I rzeczywiście pewnego dnia zadzwonił, aby omówić szczegóły. Na przykład dojazd. Muzeum nie jest daleko od dworca, najwyżej 10 minut piechotą, ale w zimową niepogodę dla osoby starszej dystans ten zdaje się rosnąć. Dlatego też podczas rozmowy pani dyrektor Bojanowska kilkukrotnie proponowała, że odbierze pana Jakubiuka ze stacji. Ten konsekwentnie odmawiał, upierając się, że drogę do Muzeum pokonać musi samemu. W hołdzie swojemu Tacie.

W poniedziałek 11 lutego aura faktycznie była zimowa. Padał śnieg z deszczem, a na chodnikach momentalnie robiła się szklanka. Jak długo Pan Jerzy – o kulach, z mozołem stawiając kroki – szedł do muzeum? Gdy zmęczony i przemarznięty dotarł na miejsce, pani dyrektor Bojanowska nie miała odwagi zapytać. Nagranie rozmowy musiało poczekać do następnego razu, do wiosny. Pan Jerzy po raz drugi odwiedził muzeum  słonecznego dnia 8 maja. Tym razem wypoczęty i w doskonałym humorze patrzył na nas zza szkieł oprawionych w solidne rogowe oprawki, często się śmiejąc.

Pan Jerzy jest krótkowidzem, a okulary, które nosi, a właściwie stan jego wzroku, nie są tu bez znaczenia. Pan Jerzy miał bowiem problem ze wzrokiem również wtedy, gdy 6 października 1944 roku wraz z rodzicami Stefanią i Mikołajem Jakubiukami opuszczał w pochodzie uchodźców Warszawę. Z wydarzeń o których mowa Pan Jerzy zapamiętał bowiem nie tyle szerokie prospekty ulic i dalsze plany wydarzeń, ale przede wszystkim to co najbliższe: guziki w ubraniu rodziców, kafelki, jakimi wyłożone było wejście na Dworzec Zachodni oraz białego szpica, który wybiegł mu na spotkanie, gdy z rodzicami dotarł do kwatery w Piastowie.

Moja kwatera

Zanim jednak przejdziemy do dnia ucieczki z transportu, choć już teraz możemy zdradzić, że los szczęśliwie oszczędził rodzinie państwa Jakubiuków najgorszego, musimy opowieść cofnąć krok wstecz. Pan Jerzy przyszedł na świat 24 marca 1940 roku w nowoczesnej kamienicy przy ulicy Topiel 23, w bezpośrednim sąsiedztwie jeziorka na Dynasach, gdzie pani Stefania zabierała go na dłuższe spacery. Czas wojny nie ma specjalnych względów dla matek z dziećmi dlatego też, gdy niemieckie aresztowania dosięgły znajomych państwa Jakubiuków, musieli się oni przenieść na ulicę Dobrą, aby zaopiekować się kilkunastoletnią panią Danusią Deputowską. To zaledwie kilka przecznic, ale ówczesne warunki nie pozwalały na przewiezienie mebli.

„W tym czasie mój świat rozciągał się wzdłuż Wybrzeża Kościuszkowskiego od mostu Kierbedzia [dzisiejszy Śląsko-Dąbrowski] do mostu średnicowego, to znaczy od pięknego pomnika Dowborczyków stojącego na wysokości Karowej, do Syrenki przy Tamce. W sąsiedztwie tej ostatniej miałem swoją Kwaterę Główną (ze względu na niezbędny mi budulec do konstruowania zamków z wiślanego piasku). Surowiec ten pracowicie dostarczali mi piaskarze, którzy podpływali krypami ze swym urobkiem do nadbrzeża, wyładowując swój towar na brzeg rzeki” – opowiada, a kiedy przechodzi do opisu miejsc dziecięcych zabaw jego wspomnienia stają się bardziej zmysłowe, bogate w detal, wręcz namacalne. „Wiślany piach miał wówczas swój niezapomniany aromat. Pachniała cała Wisła, a przy sprzyjającym wietrze całe Powiśle. Wybrzeże Kościuszkowskie było [wówczas] modną promenadą, o czym nie zapominali zakochani i młode pary. Starsze dzieci bardziej interesował karuzela ustawiona na łuku torowiska pociągu dostarczającego węgiel do elektrowni […]. Identyczny pociąg, jak ten obsługujący elektrownię miałem na własność – zaznacza z dumą – Skonstruował go z drewna i ebonitu mój kochany wuj Artur. Niestety schwytany w przypadkowej łapance na ul. Waszyngtona zmarł w obozie Mauthausen […]. Moja kolej również zginęła w czasie Powstania”.

Odgłosy jaskółek

Godzina „W” zastała pana Jerzego przy kuchennym stole, kiedy popijał poobiednią herbatkę. Przy czym należy pamiętać, że brak podstawowych produktów zmuszał Warszawiaków do improwizacji i w tym akurat przypadku herbatę zastępował napar ze skórek suszonych jabłek. „Obserwowałem akrobacje piskliwych jaskółek zataczających kręgi w powietrznej przestrzeni między Dobrą a Aleją na Skarpie. Jaskółcze odgłosy do dziś wywołują we mnie niepokój i lęk – podkreśla w swojej relacji – Nagle dołączył się do nich nowy, nieznany dźwięk: pif, paf, pif, paf… i wreszcie: ratatata, ratatata! – odgłosy wystrzałów – Tatuś wyjął z kieszonki kamizelki zegarek, zerknął i powiedział: Zaczęło się! Udał się do łazienki  i zaczął odkręcać wannę. Wyjął kilka cegieł ze ściany […], a do mieszkania weszło kilku młodych ludzi, którzy zaczęli wynosić z łazienki jakieś żelastwo. Mnie zainteresował żółw (podobnego widziałem na targu), zwłaszcza kiedy jeden z młodych ludzi włożył go sobie na głowę. Dopiero później uświadomiłem sobie, że był to hełm wzoru polskiego. Zabrawszy swoje rzeczy młodzi ludzie odeszli, a wraz z nimi pobiegł mój tatuś, którego zobaczyłem dopiero po kilku dniach”.

Tata pana Jerzego przed wybuchem  wojny pracował jako ordynator w Szpitalu Ujazdowskim im. Józefa Piłsudskiego. Na pamiątkowej fotografii dokumentującej jubileuszowe posiedzenie Warszawskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, które odbyło się w 1935 roku w audytorium Kliniki Psychiatrycznej Uniwersytetu Warszawskiego, dr Jakubiuk zajmuje krzesło w skromnym szóstym rzędzie. Nie wiemy czy zabierał w dyskusji głos, ale sama obecność na wspomnianym zdjęciu świadczyła o posiadanym prestiżu. Była to bowiem –  podkreśla Stanisław Ilnicki – czołówka ówczesnych polskich psychiatrów.

Prosto z mieszkania na Dobrej pan Mikołaj udał się do prowizorycznego szpitala urządzonego w podziemiach budynku przy rogu Wybrzeża Kościuszkowskiego i Tamki. Warunki były spartańskie. Brakowało światła i podstawowych farmaceutyków. Pewien wgląd w skromne zasoby, jakimi dysponowali ówcześni lekarze dać może tekturowe pudełko, które pan Jerzy podarował muzeum. Na zaplamionym wieczku przeczytać możemy nazwę leku, jego stężenie, a także logo wytwórni: Natrium Nitrosum. Zakłady Przemysłowe dr farmacji Kazimierza Wendy. Warszawa, Leszno 98. W środku sześć fiolek: Cardiazol, Conargin, Testiculi i trzy ampułki srtrychniny. Jest jeszcze pudełko od Neopancarpinu – 5 ampułek po 2 cm sześcienne – ale przetrwało jedynie wieczko. Wszystko to – o ile jestem w stanie ocenić – leki pierwszej pomocy. To z nich właśnie korzystał tata pana Jerzego udzielając pomocy rannym ze szpitala na Tamce.

Tymczasem na frontonie kamienicy na Dobrej wywieszono polską chorągiew i przystąpiono do budowy barykad. Jedna z nich biegła wzdłuż Dobrej od numeru 29, aż do przystanku „Petki” – jednej z dwóch kursujących w ówczesnej Warszawie linii tramwajowych. Artyleryjski ostrzał i bombardowania szybko skłoniły jednak panią Stefanię, aby dołączyć do męża. „W tym czasie nasza część Powiśla została zajęta przez Niemców – wspomina pan Jakubiuk – Zostaliśmy w letnich ubraniach, bez niczego”. W szpitalu znów ostrzał, bombardowania i ewakuacja. Wszyscy troje w tłumie wychodźców ruszyli na południe, w stronę Śródmieścia pnącą się w górę Tamką. To właśnie tam, w kamienicy pod numerem 38, pan Jerzy przeżył swoje pierwsze poważne bombardowanie. „Byliśmy w połowie drewnianych schodów, kiedy rzucono bomby. Zapamiętałem potworny wybuch, do płuc wdarła się fala kurzu i piwnicznego pyłu. […] Mama zwilżyła chusteczkę wodą kolońską robiąc mi tampon do oddychania.” Pan Jakubiuk nie jest w stanie powiedzieć ile dokładnie czasu spędzili w przysypanej piwnicy, za to do dziś wyraźnie pamięta smak tlenu, gdy ratownikom udało się w końcu odkopać rannych.

Topografia Warszawy we wrześniu i w pierwszych dniach października zmieniała się z minuty na minutę, ale jej stałym elementem były szpalery ludzi, którzy przemieszczali się wolno szukając najbardziej dogodnej arterii, aby dostać się do Śródmieścia. Trasa państwa Jakubiuków biegła kolejno przez Kopernika, Foksal, Chmielną, przez Widok i podwórkami aż w okolice Alei Jerozolimskich, gdzie zakwaterowano ich w budynku przy Piusa XVI. Tam znów piwnice, huk bomb, pył w płucach, mama podająca tampon nasączony wodą kolońską i upragniony haust świeżego powietrza. I tak, aż do kapitulacji Powstania.

Białe kafelki

6 październik 1944 roku to właśnie ów feralny dzień w którym ogniskuje się – tak jak w soczewce ogniskuje się światło – cała opowieść pana Jerzego, jej centrum, które stanowi też jej głęboki sens. To wtedy właśnie, w „porze obiadowej” – wtrąca pogodnie pan Jerzy – państwo Jakubiukowie wyruszyli w kierunku Dworca Zachodniego. Idąc Alejami Jerozolimskimi z ulicy Piusa XVI (dziś Piękna) na Dworzec Zachodni jest niedaleko, zaledwie 5 kilometrów, ale państwo Jakubiukowie szli nieco dłuższą drogą: najpierw Śniadeckich, 6 sierpnia, Topolową, następnie skręcili w Wawelską, Profesorską, Barską, aż doszli do Kopińskiej, która prowadzi już prosto na miejsce. Gdy dotarli do tunelu prowadzącego na Dworzec Zachodni było już późne popołudnie.

– Wówczas te tunelowe przejścia obłożone były białymi kafelkami – wspomina po latach.

– Jako cztero i pół letnie dziecko pamięta pan białe kafelki? – dopytywała się podczas rozmowy wyraźnie zaskoczona pani dyrektor Bojanowska.

– Proszę pani ja pamiętam wszystkie guziki na ubraniu moich rodziców i pamiętam wszystkie kafelki nie tylko na Dworcu Zachodnim, ale również na innych dworcach. […] Idąc dalej pamiętam wyposażenie różnych sklepów i charakterystyczne elementy składające się na ich asortyment. Tutaj nie tylko chodzi o mój wiek – zaznacza pan Jerzy – ale również i o to, że ja byłem zawsze, od urodzenia krótkim widzem, a jako krótkowidz pamiętałem to, co widzę”.

„Doszliśmy do pierwszej klatki prowadzącej na peron po prawej stronie i to [właśnie] dojście obłożone było białymi kafelkami. Prowadziło na peron I tor 1. Ludzie ciągnęli w milczeniu, wspinali się na schody, a osiągnąwszy peron, byli załadowywani do kolejnych wagonów długiego pociągu towarowego” – opowiada Pan Jerzy niekiedy zerkając do swoich notatek, aby przeczytać na głos wybrane fragmenty – Porządek dotychczasowego załadunku naruszyła grupa ludzi przybyła tunelem od strony Woli. Wnętrze tunelu było ciemne, a więc grupa robotników z łopatami pojawiła się nagle powodując spore zamieszanie. Wachmani <kierujący ruchem> na chwilę stracili orientację, ale to wystarczyło, aby pewni siebie <robotnicy> zagarnęli mnie (wraz z rodzicami) do swojej grupy, która w odróżnieniu od pędzonego na prawo ludzkiego węża zaczęła podchodzić na peron pierwszy lewą klatką schodową”. Pan Jerzy zdając sobie sprawę z tego, że wyobraźnia ludzka potrafi płatać figle, do swojej relacji dołączył nawet poglądowy rysunek, na którym trzy schematycznie narysowane postaci idą w przeciwnym do tłumu kierunku.

„Jako krótką chwilę pamiętam swój <transport> ponad ścianą wagonu. Po mnie tą samą drogą zostali dostarczeni do wagonu moi rodzice, którym natychmiast wręczono łopaty i inne akcesoria niezbędne w tym zespole. Natychmiast po znalezieniu się na wagonie [był to bowiem wagon odkryty] pociąg głośno gwizdnął i odjechał. W tym czasie sąsiedzi na wszelki wypadek zasłonili twarze rodziców trzymanymi łopatami, a na mnie przykucniętego narzucono jakąś szmatę. Krótki skład pociągu szybko przebył kilkanaście kilometrów, po czym dwa razy głośno gwizdnął i zatrzymał się w szczerym polu. Na ten znak do działania znów przystąpił zespół <robotników>, którzy najpierw przetransportowali przez ścianę wagonu (do przylegającej do torów, pustej budki wartownika) mojego tatę, potem do budki trafiła mama. Następnie rodzicom dostarczono mnie. Na szczęście, do budki przymocowane były żelazne schodki, które pomogły mi osiągnąć poziom torów. W tym momencie pociąg gwizdnął i pomknął sobie”.

Kim byli? Nie wiadomo. Pan Jerzy snuje domysły. Przypuszcza, że nie byli to robotnicy przymusowi, ale ochotnicy, którzy zgłaszali się do brygad sprzątających dobrowolnie, aby pomóc uciekinierom z transportów, być może też sporządzać raporty o burzonej po Powstaniu stolicy. „Działanie tych ludzi nie było działaniem ludzi przestraszonych – podkreśla – To było działanie komandosów, którzy przećwiczyli to wiele razy” . Być może więc państwo Jakubiukowie nie byli jedyną rodziną „porwaną” tego dnia z Dworca Zachodniego. Być może były też inne. „A może na jeden występ uratowali tylko jedną rodzinę? – zastanawia się głośno Pan Jerzy – Tego ja nie wiem.”

Szpic Asik

Wówczas – kiedy państwa Jakubiuków wysadzono z pociągu – wzdłuż linii kolejowej między Ursusem a Piastowem nie było jeszcze domów i po obu stronach torów rozciągały się pola, których pozostałości przecina dziś jedna z nitek obwodnicy Warszawy. Właśnie zmierzchało, mogli więc ujrzeć jedynie dalekie światła i strużki dymu rysujące się na tle zachodniego nieba. Nie było jednak bezpiecznie. Spotkanie patroli niemieckich – nawet wśród zagonów z kapustą – nie było wcale tak nieprawdopodobne, jak mogłoby się to w pierwszej chwili wydawać. Dystans jaki ich dzielił od bramy wjazdowej Durchganglager 121 na rowerze można pokonać w 10 minut. Niemieccy żołnierze preferowali zmotoryzowane środki transportu.

Trudno więc dziwić się reakcji państwa Jakubiuków kiedy usłyszawszy na ścieżce „zdecydowane, męskie kroki” natychmiast schronili się w pobliskich, rachitycznych zaroślach.  „[Kiedy] zobaczyliśmy idącego na służbę polskiego kolejarza – pan Jerzy wspomina moment natychmiastowej ulgi – ośmieleni wyszliśmy na ścieżkę. Kolejarz popatrzył [na nas] i w milczeniu sięgnął do kolejarskiej torby. Wyjął z niej swoją kolację: przylepkę okrągłego chleba i pomidora. Następnie schylił się wręczając mi te smakołyki. Potem wyprostował się i zaciskając zęby w milczeniu poszedł ku torom. Był to pierwszy chleb jaki widziałem od 63 dni”.

To jednak nie koniec szczęśliwej passy. Tak się złożyło, że właśnie w Piastowie wynajmował pokój jeden ze znajomych pana Jakubiuka seniora. Pan Kownacki – bo tak brzmiało jego nazwisko – był właścicielem białego szpica o którym była już tutaj mowa. Wabił się Asik i kiedy państwo Jakubiukowie dotarli przed fronton domu wyprzedził w drzwiach gospodarza, aby powitać niezapowiedzianych gości. „Mój ojciec znał ten adres, ponieważ panowie się znali sprzed wojny. I rzeczywiście nie pomyliliśmy się. Udzielił nam pierwszej pomocy”. „W sublokatorskim mieszkaniu pana Kownackiego spędziliśmy noc z 6 na 7 października 1944 roku. Następnego dnia nasz opiekun uzyskał z Urzędu Gminy oficjalny przydział kwatery na ulicy Królowej Jadwigi. […] Był to jeden pokój na parterze (ok. 20 metrów kwadratowych), z dostępem do kuchni. Na tej powierzchni zamieszkiwało kilkanaście dorosłych osób […] a najwięcej konfliktów – dodaje jeszcze pan Jerzy – rodził dostęp do płyty kuchennej”.

W ówczesnym Urzędzie Gminy – jak podaje „Kronika miasta Piastowa” – u boku burmistrza Aleksandra Erdmana zatrudnionych było jeszcze kilka osób. Wśród nich współpracownicy działającej na terenie Piastowa konspiracyjnej Placówki „Jowisz”: Ignacy Blaszkowski, Marian Kowalski, Stanisław Grobelko oraz Józef Kalita. Wiele wskazuje na to, że to do nich zwrócił się pan Kownacki z prośbą o przydział kwatery dla państwa Jakubiuków. Procedura prawdopodobnie wyglądała następująco: osoba potrzebująca meldunku zgłaszała się do woźnego gminy pana Kality, który kierował następnie potrzebującego wyżej, do urzędnika, który wystawiał potrzebny dokument. Był nim albo Referent Meldunkowy pan Kowalski albo Sekretarz Zarządu Gminy pan Blaszkowski. „Posiadanie zaufanych ludzi w urzędach pozwalało na mniej ryzykowną działalność legalizacyjną. <Lewe> kennkarty i arbeitskarty były wystawiane przez komórki legalizacyjne w Warszawie lub Pruszkowie”. („Trwaliśmy przy tobie, Warszawo”, Zdzisław Zaborski)

Wraz z przeprowadzką pod nowy adres rozpoczęła się monotonna egzystencja czasów okupacji. Mała i większa konspiracja (pan Mikołaj pomagał bowiem ukrywającym się na terenie gminy żołnierzom A.K.), powtarzające się niemieckie rewizje, szukanie informacji o bliskich wypędzonych z Warszawy oraz nieustannie ponawiane próby zdobycia podstawowych produktów. Z „rutyny” codziennych zajęć Pan Jerzy szczególnie wyraźnie zachował w pamięci wizyty na piastowskim targu. Wówczas stragany rozkładano nie po północnej stronie miasteczka, na Lwowskiej, ale u zbiegu dzisiejszych ulic Dworcowej i 11 Listopada, w miejscu gdzie park miejski zwęża się w kierunku stacji dochodząc niemal do jej zabudowań.

„Codziennie trzeba było pójść na ten targ. Tylko że słowo kupić nie znaczyło tego samego co znaczy dla pana – objaśnia pan Jerzy – Kupić równało się zdobyć. Liczyły się tylko biżuteria, złoto, dolary. Za ruble nic pan nie kupił, chyba że były to świnki carskie. Ale trzeba było znać też ceny. Na przykład jaka była cena pięciu papierosów w czasie Powstania Warszawskiego? – zerka na mnie pytająco pan Jerzy i wiem, że zaraz padnie poważna kwota – Świnka! Czyli pięć złotych dolarów. Dlatego aby kupić chlebek trzeba było mieć albo odpowiednie pierścioneczki albo taką walutę, która jeszcze była chodliwa”.

Ale był też inny powód – być może nawet bardziej palący niż głód – który ściągał w to miejsce tłumy. Tęsknota. „Na targu w Piastowie ktoś systematycznie wywieszał informacje na temat stanu poszczególnych warszawskich ulic. Pod nimi pojawiała się lista poszukujących się warszawiaków – wyjaśnia pan Jerzy – Tam był płot na którym się przyczepiało ogłoszenia: <Maciuś szuka Halinki>, <Halinka szuka Felusia> albo <Krysia! Żyję! Przeżyłem! A ty nie żyjesz? Gdzie mieszkasz?>. Korespondencja wszelkiego rodzaju. I dzięki tej korespondencji również ja znalazłem swojego dziadka, swoją babcię i kilku znajomych, bo ludzie na wszelki wypadek zostawiali tam znak życia”.  Na podstawie relacji pana Jerzego nie sposób precyzyjnie ustalić, gdzie znajdował się parkan, szczególnie, że on sam nie ma pewności czy biegł on wokół targowiska czy też oddzielał stragany, gdzieś w jego obrębie. Wyobrażam sobie, że mógł to być fragment ogrodzenia oddzielający stragany od podmokłej łączki, która ciągnęła się przez kilkaset metrów we wschodnim kierunku, aż do oficyn strzegących bramy „Białego Pałacu”. Ale są to tylko moje domysły.

„Zamek”

Również na Królowej Jadwigi państwo Jakubiukowie nie pozostali długo. „Po kilkudziesięciu dniach pobytu, sytuacja stała się na tyle niedogodna, że staraliśmy się zamienić ten adres na inny. […] Znalazła się jedna osoba, która nie czuła sytuacji i domagała się w odróżnieniu od innych pewnych przywilejów dla siebie”. Kiedy dopytuję o jakie przywileje chodziło Pan Jerzy kwituje tylko, że w tej kwestii wolałby zachować dyskrecję. „Musieliśmy się ewakuować – szybko podejmuje przerwany wątek – dlatego, że ja byłem w kiepskim stanie. Jak pan doskonale wie, z warszawskich piwnic dzieci z reguły wychodziły zakażone, z całym serwisem chorób epidemicznych. I to dotyczyło też mnie. […] Aby utrzymać mnie przy życiu mój ojciec musiał mi robić nieustanne transfuzje krwi. […] Żeby mnie ratować musiałem dostawać krew od matki”. „Sygnalizowaliśmy problem panu Kownackiemu, który obiecał trzymać rękę na pulsie. I rzeczywiście pewnego dnia zostaliśmy oficjalnie przeniesieni do t.zw. <Zamku>” – okazałej secesyjnej kamienicy z początku ubiegłego wieku, której pozostałości zobaczyć możemy do dziś u zbiegu ulic Wyspiańskiego i Godebskiego.

Podczas rozmowy Pan Jerzy – zaintrygowany losami piastowskiego „Zamku” – często się pytał o jego historię. Niestety niewiele o niej wiadomo. „Karta ewidencyjna Ośrodka Dokumentacji i Zabytków w Warszawie – czytamy w „Kronice miasta Piastowa” – sprawcę zaistnienia pałacu określa następująco: <Według tradycji miejscowej pierwotnym właścicielem był oficer armii rosyjskiej>”. Nic więcej. Lapidarna urzędowa notka odwołująca się do treści miejscowej legendy. Ale mógł to być Antoni Nikołajewicz Makowski, bądź ktoś z jego rodziny, bo to jego nazwisko figuruje w urzędowych dokumentach jako nazwisko właściciela działki, w momencie kiedy kamienica najprawdopodobniej powstała.

Wiadomo natomiast, że w 1910 roku Emiljanówkę R. – osadę wchodzącą w skład majątku Reguły/Malichy – kupił Rudolf Szulc, felczer pełniący służbę na kolei, który w dwadzieścia lat później powołany został na pierwszego Wójta nowo powstałej gminy Piastów. Mieszkał niedaleko „Zamku”, w narożnej kamienicy zbudowanej na przylegającej do niego posesji, a która do dziś dnia nazywana jest niekiedy domem Szulca. I to od niego właśnie w 1913 roku willę kupili najbardziej barwni chyba jej lokatorzy: państwo Paproccy. Bruno Edward Paprocki był stosunkowo młodym jeszcze, trzydziestu-kilkuletnim, ale już wówczas obiecującym architektem. Miał już w dorobku kilka projektów w Warszawie i okolicach, gdy na początku lat dwudziestych wyemigrował do Ameryki Południowej, gdzie zasłynął później jako autor projektu monumentalnego Palacio de Justicia w Limie. Według miejscowej legendy co wieczór wchodził ponoć na ośmioboczną wieżyczkę willi Adelajda – nazwanej tak najprawdopodobniej na cześć żony, Eugenii Adelajdy Paprockiej – aby grywać na trąbce. Jej dźwięk musiał nieść się daleko, aż do miejsca gdzie dzisiejszy park miejski zwęża się dochodząc niemal do budynku stacji, a gdzie rozkładano w owym czasie stragany, Pałac otaczały bowiem wówczas podmokłe łączki.

Szczególnie intrygująca wydaje się międzywojenna historia „Zamku”. „Była taka plotka – Pan Jerzy dzieli się swoimi domysłami na jej temat – że tam [w „Zamku] przed wojną było centrum kształcenia szpiegów wywiadu polskiego. Na przykład tych, którzy byli przygotowywani do służby w Trzeciej Rzeszy”. Świadczyć ma o tym – argumentuje – nietypowy, jak na potrzeby  instytucji wojskowej, charakter jego pomieszczeń. „Pokoje z reguły były duże, ale były też sale, jedna sala półkolista czy wręcz okrągła. Była to sala balowa. Nagle zostałem osiedlony w [miejscu], gdzie była i sala balowa” – dodaje ze śmiechem”. To tam – pan Jerzy przytacza słowa starszych mieszkańców Piastowa – „panowie oficerowie robili bale”. Tam też mieli nabierać towarzyskiej ogłady – kontynuuje swoje przypuszczenia – i uczyć się etykiety niezbędnej w późniejszej pracy wywiadu.  „Kilkukrotnie spotykałem się z takimi sformułowaniami – dodaje – które ze zrozumiałym względów nigdy nie były kończone […]Nikt nigdy nie chciał ze mną na ten temat rozmawiać”. Faktycznie w 1920 roku „Zamek” przeszedł na własność Sztabu Generalnego Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich i rezydowali tam oficerowie. Pełnił on najprawdopodobniej funkcje reprezentacyjne, bądź szkoleniowe, w sposób widoczny dbano bowiem o estetyczną kondycję „Zamku” w 1934 roku zlecając znanej warszawskiej firmie budowlanej Józefa Bekta przeprowadzenie generalnego remontu.

Ale o Pałacu krąży jeszcze jedna plotka, najbardziej może niezwykła, co nie znaczy, że nieprawdopodobna. Pan Jerzy nic o niej nie wspomina, ale jest ona doskonale znana zarówno mieszkańcom, jak i piastowskim urzędnikom, którzy chętnie ją przytaczają. Otóż zgodnie z nią na przełomie 1920 i 1921 roku w „Białym Pałacu” rezydował młody oficer armii francuskiej Charles de Gaulle. Przyszły prezydent Francji, jako niespełna wówczas trzydziestoletni kapitan, faktycznie przebywał wtedy Polsce. Od 1919 roku w ramach Francuskiej Misji Wojskowej wykładał bowiem w Rembertowie teorię taktyki podczas kursu doskonalenia polskich oficerów. W czasie wolnym od pracy odwiedzał Warszawę. Lubił się ponoć przechadzać Alejami Ujazdowskimi, Krakowskim Przedmieściem, odwiedzając po drodze Bristol i cukiernie Bliklego, a także Zielną, gdzie mieścił się wówczas Francuski Klub Oficerski. Musiał się rzucać w oczy w śródmiejskim tłumie: bardzo wysoki, o szczupłej sylwetce obleczonej w oficerski mundur, charakterystyczną czapkę i ostrogi.

Kiedy ofensywa Piłsudskiego na Kijów załamała się de Gaulle mianowany został oficerem wywiadu przy VI Armii generała Iwaszkiewicza, w której dosłużył się nawet orderu Virtuti Militari. Czy po ukończeniu kampanii południowej kapitan de Gaulle został zakwaterowany w Piastowie? Tego – podobnie jak wielu innych potwierdzonych informacji na temat Pałacu – nie brakuje. De Gaulle – o czym wspomina Jan Gerhard, autor jego biografii  – był bowiem bardzo powściągliwy, kiedy pisał o okresie pobytu w Polsce. Ani w „Pamiętnikach Wojennych” ani też w innych pismach wspomnieniowych nie ma wielu na ten temat wzmianek. Nie ma też nic o Białym Pałacu. Ale nie jest przecież wykluczone, że dopiero co mianowany oficerem wywiadu de Gaulle, został zakwaterowany w ośrodku szkoleniowym polskiego wywiadu. Oczywiście pod warunkiem, że w Białym Pałacu taki ośrodek się mieścił. W tym przypadku jedna plotka uwiarygadnia drugą.

To jednak nie koniec lokatorskich perypetii „Zamku”. Na początku okupacji przybyli tam kolejni mieszkańcy: przesiedlone z Poznania polskie rodziny, a zaraz potem jednostka niemieckiej armii, która na ośmiobocznej wieżyczce, tej samej na którą wspinał się swego czasu Bruno Paprocki, zamontowała gniazdo karabinów maszynowych i działko artyleryjskie ostrzeliwujące alianckie samolotów niosącej pomoc walczącej Warszawę. „Z wiadomych państwu powodów – Pan Jerzy kontynuuje przerwaną opowieść – niemiecka jednostka musiała się przenieść gdzie indziej. Nie chciała mieć prawdopodobnie kontaktów z niezwyciężoną Armią Czerwoną i wolała się szybko ewakuować. W związku z czym ja dostałem możliwość poprawy swoich warunków lokalowych”. „Wszystkie pomieszczenia były absolutnie wolne od jakichkolwiek pozostałości – opowiada o kondycji „Zamku”, kiedy jesienią 1944 roku – pod koniec października, bądź w listopadzie pan Kownacki zaprowadził ich na nową kwaterę – Wojsko potrafi się szybko ewakuować, doszczętnie, wynieść łóżka polowe można łatwo. […] Była tylko jedna cecha, która była wręcz równoważnikiem godeł. Jest mi trudno o tym mówić – podkreśla pan Jerzy – ale jest to dowód pewnej kultury posiadaczy tego budynku przed nami. Otóż w niektórych pomieszczeniach, jakby to delikatnie po polsku określić, poprzedni użytkujący te pomieszczenia, zostawili pewne pamiątki” – tu pan Jakubiuk  wymownie zawiesza głos nie pozostawiając nam wątpliwości o czym tu mowa. Nie ma jednak pewności czy byli to Niemcy. Być może przed przybyciem państwa Jakubiuków w willi ukrywali się jeszcze inni zbiegowie z obozu.

„Pozostawione przez Niemców zasieki stanowiły źródło ciepła i materiał na podstawowe <meble>, które konstruował tatuś, mimo braku niezbędnych narzędzi – z nieskrywaną dumą pan Jerzy pisze o konstruktorskich talentach pana Jakubiuka seniora. – Najważniejsze było łóżko, które dawało izolacje od podłogi. Osiągnięciem inżynierskim z pewnością było postawienie świetnie funkcjonującej kozy”. W tych prowizorycznych warunkach całą rodziną spędzili święta Bożego Narodzenia, aby z nadejściem kolejnego roku szykować się do powrotu na warszawską wolę.

Ruiny „Zamku” stoją do dziś. Jak długo jeszcze? Na siatce zabezpieczającej pozostałości pałacu widnieją tabliczki surowo zabraniające wstępu. „Budynek grozi zawaleniem” – brzmi ostrzeżenie. Jeszcze kilkanaście lat temu, przeciskając się przez otwór w siatce, można było odwiedzić jego przestronne sale. Jako dziecko byłem tam z bratem, ale jedyne wspomnienie z odwiedzin Pałacu to gruba, sięgająca kostek, warstwa śmieci szczelnie zasłaniająca parkiety podłóg. To było zanim zawaliły się stropy. Obecnie pozostała pusta wewnątrz fasada. Wśród piętrzących się gruzów wznosi się jeszcze sięgający ostatnich pięter pałacu komin, ale patrząc z dołu w wysokie, zakończone ostrokołami na których zdążyła rozplenić się trawa okna widać jedynie niebo.

Żołnierze z tektury

Wspominałem już o tym, że podczas spotkania w Muzeum Pan Jerzy na przemian opowiada i czyta swoje wspomnienia, co i raz to zdejmując i nakładając okulary w grubych rogowych oprawkach. Czasem pozwala sobie także na dłuższe dygresje. Szczególnie trapi go młodzieńczy charakter wspomnień, które zachował. Ich niekompletność i fragmentaryczność.  Przypomnijmy: pan Jerzy był wówczas „kandydatem na przedszkolaka”. Raz nawet – zupełnie niepotrzebnie – zaczyna się usprawiedliwiać: „Z jednej strony – tłumaczy – to jest niedobra sytuacja, że zamiast 90 albo 100 lat, mam tylko tyle, ale równocześnie jest w tym taki jakiś pozytyw, że mogę zwrócić uwagę na sprawy, których ludzie starsi ode mnie nie znają już, bo tego nie doświadczyli. Oni się interesowali karabinami, minami, rozmaitymi środkami wybuchowymi, a mnie interesowała specjalnie taka dosyć nie popularna kategoria rzeczy jak szklanka mleczka, bułka. To są ciekawe rzeczy, prawda?” – kiedy zapewniam, że tak, dodaje jednak – „Nie wszystko ma wartość guzików w ubraniu moich rodziców, czasami są szczegóły o wiele ważniejsze”. Właśnie. Szczegóły.

„Bardzo interesujące jest to, że istnieje pewien związek między wiekiem a rodzajem pierwszego wspomnienia – twierdzi Douwe Draaisma, holenderski historyk nauki zajmujący się kwestią pamięci – We wstępie do swojej książki [De eerste herinnering] – kontynuuje – Scheepmaker przywołuje dziennikarza Dietera Zimmera, który u dobrych siedemdziesięciu osób pytanych o pierwsze wspomnienie wyróżnił trzy rodzaje takich wspomnień. I tak <obraz> to wspomnienie będące luźnym obrazem, strzępem, czasami nie więcej niż ulotną zmysłową impresją. <Scena> jest czymś więcej: miejscem, otoczeniem, w którym obecni są także inni; jest to wspomnienie jakiejś sytuacji, wciąż jednak krótkie i fragmentaryczne. I wreszcie <epizod> wyróżnia się pewnym rozwojem; jest to incydent, wydarzenie, w którym czasami bierze udział samo dziecko. Naturalnie – dodaje – granice między tymi trzema rodzajami są płynne” (Draaisma, Księga zapominania).

Dla nas istotny jest fakt, że pamięć dziecka do pewnego okresu nie tworzy jeszcze kompletnej narracji w obrębie której – niejako automatycznie – wspomnienia podlegają selekcji na te istotne i błahe. Umysł szereguje, buduje chronologie i przypisuje kompletny i spójny sens w ramach którego nie zawsze jest miejsce na fragment czy mniej istotny element. Pamięć dziecka potrafi jeszcze zachować obraz, scenę, epizod i to w sposób bardziej wyraźny i namacalny, niż potrafi to pamięć dorosłych. Podobnie jak bezpośrednia relacja świadka wydarzeń pozwala poznać szczegóły umykające akademicko uprawianej historiografii. Dlatego też guziki w ubraniu rodziców są równie ważne, co tekturowi żołnierze, o których zaraz tu będzie mowa.

– Co jest najważniejsze dla dziecka? – pyta pan Jerzy wspominając kontakty z przedstawicielami lokalnej RGO – To co jest łatwe do zobaczenia. Bo przecież gruzami nam nikt nie zaimponował. Czy [pracownicy RGO] byli wyposażeni w coś, czym mogli dziecku zaimponować? Wie pan co oni mieli ciągle ze sobą? – kiedy rozkładam ręce podpowiada – Wycinanki. Nie wiem czy pańskie pokolenie zna jeszcze żołnierzyków ołowianych?”

– Znam tylko plastikowe – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Kiedyś były ołowiane. Ołowianych żołnierzyków z wiadomych względów przedstawiciele RGO nie mieli, ale mieli właśnie takie wycinanki żołnierzyków. Dostawaliśmy kartony na których były figurki rycerzy, żołnierzy konnych rozmaitych formacji, no i można to sobie było wycinać – a po wycięciu których, dopowiada jeszcze, można je było postawić – No bo co zrobić z czasem dziecka? Dać mu takie wycinanki do wycinania, żeby nie myślało o cierpieniu, o tym na przykład, że jest głodne”.

Epilog: Gorąca zupa

Pan Jakubiuk nie przypomina sobie dokładnej daty, kiedy wraz z rodzicami zamieszkali w „zamku”, pamięta za to doskonale, choć być może tylko z opowieści rodziców, datę, kiedy wyruszyli stamtąd w kierunku Warszawy. 18 stycznia 1945 roku. „Był niezwykle mroźny, śnieżny dzień – wspomina pan Jerzy – Tę chwilę pamiętam bardzo dobrze. Dotarłem do Warszawy zmarznięty na kość”. Na Dworskiej 25 – na terenie ówczesnej gazowni – gdzie była już jego mama, czekała już – jak pisze w swoim wspomnieniu – dawno niewidziana gorąca zupa.

Kiedy niemądrze pytam czy pan Jerzy wracał do Warszawy pieszo, Pan Jerzy nie przestając się śmiać odpowiada: „A czym innym? Pan sądzi, że mnie helikopterem ktoś dowiózł? Wtedy musiałbym zapytać: kto? Czy dowództwo Trzeciej Rzeszy? Czy dowództwo niezwyciężonej Armii Czerwonej mnie miało przewieźć helikopterem do mojej Warszawy?”.

Obok wspomnień pana Jerzego Jakubiuka w pracy nad reportażem korzystałem z następujących książek i artykułów:

Douwe Draaisma „Księga zapominania”

Jan Gerhard „Charles de Gaulle” Tom I

Stanisław Ilnicki „Dezyderaty programowe Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego w przededniu II wojny światowej”

Paweł Kubiak „Kronika miasta Piastowa”

Zaborski „Trwaliśmy przy Tobie, Warszawo”

Powiązane hasła

”None