menu

Jankowska Elżbieta – „Trafiliśmy do Gross-Rosen”

Jankowska Elżbieta – „Trafiliśmy do Gross-Rosen”

Elżbieta Jankowska z d. Malinin, ur. w 1943 r., do obozu Dulag 121 trafiła wraz z swoimi rodzicami – Ireną i Eugeniuszem Malinin oraz wujostwem – Leokadią i Janem Okrztulskimi. Powstańcze walki spędzili w podziemiach kościoła św. Ducha przy ul. Długiej. Po kapitulacji Starego Miasta, na początku września, zostali popędzeni do Pruszkowa, skąd skierowano ich do KL Gross-Rosen, gdzie rozdzielono rodzinę. Mężczyźni, odesłani do KL Mauthausen, nie dożyli końca wojny. Leokadia Okrztulska została  przewieziona do KL Ravensbrück, a Irena Malinin z malutką córką – przez obozy przejściowe do Schleusingen, a następnie do Buchenwaldu. Rozmowa z Panią Elżbietą, jej mężem, Antonim Jankowskim, oraz jej synem, Adamem Jankowskim, została przeprowadzona w Muzeum Dulag 121 w 2020 roku.

Pani Elżbieta: Moi rodzice  podczas wybuchu Powstania mieszkali przy ul. Chłodnej. Wiem, że uciekali przed Rzezią Woli. Mama chciała się na Powązki dostać, bo tam miała rodzinę, ale nie było na to szans, bo już łapali. Przedostali się więc na Długą do ciotki i tam, w podziemiach kościoła, byli do momentu wygnania.

Jaki to był kościół?

Pani Elżbieta: Kościół św. Ducha – to wiem na pewno. Tuż przy Barbakanie. Mama mówiła, że tam było tyle ludzi, że w piwnicach gasły świeczki, nie było czym oddychać. Trwało przecież gorące lato. W nocy, kiedy ucichło bombardowanie, to rodzice wychodzili. Podobno ciał było bardzo dużo. Ja już tak trochę dreptałam – miałam wtedy dziesięć miesięcy – ojciec mnie na rękach przenosił.  W pierwszych dniach września padła Starówka. Mama opowiadała, że ojciec wrócił jakoś w nocy czy nad ranem i tego samego dnia (2 września) wypędzono nas z Warszawy, pięć osób – rodziców, wujostwo i mnie. Ojciec wyszedł z domu w oficerskich butach. Na szczęście miał zwykłe spodnie, nie bryczesy.

Brał udział w powstaniu?

Pani Elżbieta: Tak, w tych pierwszych dniach tak. Moi rodzice mieszkali w domu, gdzie było jedno z konspiracyjnych mieszkań Grota-Roweckiego. On przychodził do moich rodziców na pogaduszki, ale nigdy się nie rozmawiało o tym. Moja mama wspominała tylko, że wszyscy w rodzinie wiedzieli, że mój ojciec był w konspiracji, ale nikt nie wiedział gdzie. Hania, moja ciocia, dziesięć lat ode mnie starsza, z którą dużo po wojnie rozmawiałam, mówiła mi: „Wiedzieliśmy wszyscy, że on gdzieś jest”, ale między sobą się o tym nie rozmawiało gdzie, co i jak. Nigdy.

Pan Adam: Obowiązywała zasada mniej wiesz, lepiej śpisz.

Pani Elżbieta: Tak. Mam w domu zdjęcie mojego ojca. Jest od tyłu opisane, że potwierdza się tożsamość. Jest tam napisane, w tej chwili nie pamiętam… Kazimierz jakiś. Mama później mówiła, że takie zdjęcia służyły do mieszania śladów, żeby, jak któryś zginie, nie odgadli kto jest kto.

Rodzice wychodzili jako ludność cywilna. Wiem, że szli w tłumie ludzi, ze mną na rękach.  Mieli ze sobą jakiś dobytek, jakąś teczkę. Przeprowadzili nas przez Anielewicza do Okopowej, Okopową do Wolskiej i do kościoła św. Wojciecha. Dotarliśmy na Dworzec Zachodni, a stamtąd do wszyscy trafiliśmy do Gross-Rosen.

Ale przed Gross-Rosen trafili Państwo do Pruszkowa?

Pani Elżbieta: Tak.

Czy Pani rodzice opowiadali coś o pobycie tutaj?

Pani Elżbieta: Sama nic nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że na terenie Pruszkowa byliśmy dzień czy dwa.

Pan Adam: Chciałbym odnośnie pobytu w Pruszkowie coś dopowiedzieć. Twoja mama mówiła, że nie mieściliście się tutaj, że nie pamięta żadnej hali. Czy byli wszyscy tą jedną noc czy dwie po prostu pod gołym niebem, na ziemi.

Pani Elżbieta: Potem nas stąd doprowadzili do pociągu.  Z opowiadań mamy wiem, że był jakiś obóz po drodze, a później – Gross-Rosen.

Pan Adam: Tam z dworca Gross-Rosen trzynaście kilometrów musiały być pędzone pieszo. Po drodze było przedszkole niemieckie. Wyprowadzano stamtąd dzieci do drogi.

Pani Elżbieta: Dzieci stały z nocnikami, bo miały wylewać zawartość na bandytów z Warszawy. Budynek tego przedszkola istnieje do dziś. W Gross-Rosen rozdzielili rodziców, mama została ze mną sama. Ojciec był dwa tygodnie w Gross-Rosen, a potem – o tym dowiedziałam się po czasie – został skierowany do Mauthausen i tam zginął.

Zna Pani datę śmierci ojca?

Pani Elżbieta: 19 lub 20 kwietnia 1945 roku. Wuja też zabrano razem z ojcem do Mauthausen. Oni obaj byli w Lintz III [podobóz KL Mauthausen – przyp. red.]. Obaj nie wrócili, tylko ojciec zginął później. Wuj – 27 grudnia 1944 roku, taką podano nam datę jego śmierci. Mama przeżyła. Kilka lat temu byliśmy w Gross-Rosen. Dziś tam nie ma śladu po barakach, ale wiem, w którym baraku mieszkałyśmy, bo kobiety były w jednym.

Pan Antoni: Jak się wchodzi główną bramą i idzie cały czas do przodu, po prawej stronie były dwa baraki, gdzie umieszczano tylko dzieci, bo nie mieściły się razem z rodzicami, razem z matkami, bo ojców od razu rozdzielano. Twój ojciec razem z wujem poszedł. Tam były kamieniołomy, w związku z tym mężczyzn częściowo stamtąd brano do kamieniołomów.

Pani Elżbieta: To już wiemy z informacji z obozu. Był w Gross-Rosen specjalny barak, w którym mężczyźni byli na kwarantannie. Z tym że mama mówiła, iż kobiety były tam dwa, trzy dni i transportowano je stamtąd gdzie indziej, mężczyzn zaś zatrzymywano. Rodzice nie zdążyli się nawet pożegnać. Ich po drodze raz łączyli, raz rozdzielali. A w jak obozie ich rozdzielono, już więcej się nie zobaczyli.

Z Gross-Rosen zabrano nas najpierw bodajże do Erfurtu, a ostatecznie, na koniec października, początek listopada, wylądowałyśmy w Schleusingen. To była fabryka amunicji. I tam, w Schleusingen, byłyśmy gdzieś do kwietnia. Było tam więcej kobiet z dziećmi. Nikt ich nie chciał, przez to one były tak przewożone. To było dla nich ogromne szczęście, bo wreszcie dostały prycze, już nie przeganiano ich z pociągu do pociągu, już nie spały na ziemi.

Pan Antoni: Bo w Gross-Rosen barak był pełen, nie było widać pryczy.

Pani Elżbieta: Tak, bo Gross-Rosen był dla kobiet przejściowy. One może tam były dwie lub trzy noce, ale spały na gołej ziemi. A tu miały gdzie spać. Siennik był. Ale mama mówiła, że nikt nie im dawał pić. Opowiadała, że i mnie kiedyś zobaczyła, jak z jakiejś miski, w której te kobiety się tam czasem myły i zostało trochę wody, piłam, bo dzieciom pić się chciało. Wtedy dopiero się zorientowały, że coś trzeba dla dzieci do picia zorganizować. Kobiety na zmianę były wyznaczane do opieki nad dziećmi, do takiego jakby przedszkola. Tam dostawały coś do jedzenia. To było bardzo ważne. Ja byłam dzieckiem małym, mama mnie karmiła piersią. Sama się dziwiła, skąd miała pokarm.

Kobiety się wspierały. Był tam w Schleusingen taki przypadek. Jakaś Niemka pogoniła pewną Polkę, która w odruchu ją uderzyła. Oczywiście Polkę zabrali i ona, wychodząc, powiedziała: „Otrujcie moje dziecko, otrujcie”, a przecież nie było ani czym, ani jak. To dziecko wzięła moja mama. To było niemowlę urodzone tam, w obozie, dziewczynka. Mama, która miała jeszcze pokarm, karmiła tą małą. Ku moim ogromnym sprzeciwom – więc inne matki wyprowadzały mnie, żeby mama mogła nakarmić to dziecko. Później mówiła, że nie wie, skąd miała tyle odwagi, żeby wziąć to dziecko i pójść prosić, że ono nie ma co jeść, a matka jest tu zamknięta. Po pewnym czasie puścili wreszcie tę matkę.

A więc pani matka uratowała tą kobietę?

Pani Elżbieta: Tak, w ten sposób. Te kobiety tam się bardzo wspierały. Była taka bodajże Ukrainka, która tam na stałe mieszkała. Była żoną jakiegoś volksdeutscha, który pracował w obsłudze tego obozu. Ona nieraz zabierała mamę ze mną do siebie do domu, jak gdyby do sprzątania, ale dla mamy to było niesamowicie dużo, bo mama mogła się tam u niej umyć. Poza tym ona nieraz dała trochę chleba czy trochę jakiegoś innego jedzenia. Mama mówiła, że kiedy od niej wracała, przynosiła to jedzenie i między dzieci się dzieliło. Resztę opowieści pamiętam jak przez mgłę.

W Schleusingen mama spotkała taką znajomą panią. Nie wiem, czy ona przeszła przez Pruszków, ale była w Schleusingen, a może nawet w Gross-Rosen się spotkały. One się znały z młodych lat, blisko siebie mieszkały. To je do siebie zbliżyło. Ta pani była tam z synem, Eugeniuszem, urodzonym bodajże w 1936 roku, on wiele pamięta. Ja mam z nim nawet niejaki kontakt. Wiem, że chyba jego ojciec zginął w obozie. Podobno tam w Schleusingen kiedyś jako małe dziecko wydostałam się poza teren. Już chodziłam, w obozie skończyłam rok. Zarządzono szukanie dziecka. To była wielka sprawa. Wszyscy poszli mnie szukać i właśnie on mnie zasmarkaną i umorusaną, bo ja się zgubiłam, znalazł.

Pod koniec, kiedy już front się zbliżał,  trafiłyśmy jeszcze do Buchenwaldu. Mama zawsze mówiła, że to był najgorszy czas dla nas, bo nie było ani jedzenia, ani spania. W Buchenwaldzie kto miał broń, ten strzelał do kogo chciał.  Opisywane jest powstanie w Buchenwaldzie. Więźniowie, ci, co mogli, odbierali broń Niemcom.

W Buchenwaldzie to te kobiety siedziały głównie w kącie pod pryczami. Syn tej znajomej mojej mamy, opowiadał mi, że matka mu mówiła, ale on to też widział, że szła np. jakaś matka z dzieckiem, Niemiec odebrał dziecko i wrzucił do pieca. Te kobiety tak strasznie się bały o dzieci.  To był już koniec, tam nie było co jeść, kompletnie, bo nikt nie dawał jedzenia. Sławetny jest ten opis, kiedy do Buchenwaldu wjechał pociąg – to był kwiecień – z zamarzniętymi, przykrytymi śniegiem ciałami. Był to najprawdopodobniej transport do obozu. W każdym razie później, jak nastąpiło wyzwolenie, to wiem, że szampana nawet ja piłam.

Pan Adam: Mama dała ci do picia?

Pani Elżbieta: Tak, dała do spróbowania. Była tak ogromna radość, jak weszli Amerykanie. Byliśmy wolni. Inna pani, też troszkę ode mnie starsza, z którą utrzymywałyśmy kontakt po wojnie, opowiadała, że ona się przede wszystkim bała, dlatego, że byli wśród żołnierzy amerykańskich Afroamerykanie, a dzieci w Polsce po ich nie znały. Dawali dzieciom kawałek czekoladki, a im kawałka chleba było potrzeba. Jak o tym mówimy, to się uśmiechamy.

Z Buchenwaldu przez Königssee do Krotoszyna. Moja mama dwa razy się zapisywała na listę repatriacyjną, bo chciała wracać do Polski. Szukała ojca, nosiła jego zdjęcie. Ludzie się wzajemnie pytali: „Widział pan?”, „Widziała pani?”. Ona miała nadzieję, że go gdzieś tu spotka. Tak się nie stało. Bardzo dużo tych kobiet niestety chorowało, a jeszcze straszono, że na granicy zabierają dzieci i będą chować na koszt państwa. Ludzie byli wtedy po kilku latach wojny tak przerażeni wszystkim, że mama dwa razy się zapisała, a potem się wykreśliła i znów się zapisała, ostatecznie wróciła do Polski 10 sierpnia 1945 roku. Pamiętam doskonale Dworzec Gdański bez wiaduktu, ale to są przebłyski. Mogę go pamiętać także z późniejszego czasu, bo ja jeszcze nie miałam dwóch lat, jak wróciłyśmy do Polski. Na całe szczęście nie pamiętam całego tego okresu pobytu w obozach.

Cóż to tyle. Wróciłyśmy do Polski. Mama wyznaczyła ojcu termin, że jak ojciec nie wróci do Bożego Narodzenia, to go nie chce znać, ale dostała list kolegi ojca z obozu, który przyszedł na adres mojego dziadka, mamy ojca, ale kierowany do mamy. W Mauthausen więźniowie się umówili, że który przeżyje, to zawiadamia resztę. I on zawiadomił mamę, a później zeznawał, bo mama musiała uznać ojca za zmarłego. Wtedy nie było dokumentów, więc świadkowie zeznawali. Podali wtedy wcześniejszą datę śmierci ojca, bo go podobno wcześniej zabrali do lagru. Był chory. Podobno się odgrażał, że pójdzie „na druty”, ale go wstrzymali. Niestety, ten pan ostatecznie zeznał, że ojciec mój zginął od zastrzyku z fenolu. Nie wiem, czy tak było, ale tak zeznał na rozprawie. Ojciec nie wrócił.

Jakie był losy Pani cioci? Rozumiem, że nie były Panie razem?

Pani Elżbieta: Ciotka trafiła do Ravensbrück, ale ona przeżyła.

Jeden dzień później do Pruszkowa trafili także rodzice mojej mamy [Kazimiera  i Stanisław Walczak], siostra mamy z mężem i dzieckiem [Leokadia i Mieczysław Jaroszek z maleńką Zofią] oraz brat mamy [Zbigniew Walczak] ze swoim teściem [Goździelińskim]. Tego teścia znam tylko nazwisko.

Skąd zaczęły się wypędzenia, z jakiej dzielnicy?

Pani Elżbieta: Rodzice mamy zostali wypędzeni z Powązkowskiej. Wyszli jako ludność cywilna. O ile wiem, oni nie byli związani z podziemiem. Przetrwali tam, aż wyprowadzano wszystkich jako ludność cywilną. Mamy brat trafił po Pruszkowie do Dachau. Mamy ojciec ze swoim zięciem – tej córki, która razem z nim była w Pruszkowie – do Oranienburga. Dziadek nie przeżył. Tamten przeżył, wrócił po obozie, ale już nie żyje. Jak dziadka chcieli skierować do obozu koncentracyjnego, to mu doradzali, żeby powiedział, że ma dziecko. Była ta jedenastoletnia Hania, późne dziecko, ale wtedy babcia poszłaby do obozu koncentracyjnego. I oni między sobą ustali, że dziadek się decyduje na ten Oranienburg, a babcia na roboty z dzieckiem. I babcia wraz z jedenastoletnią córką  i jej starsza córka z maleńkim dzieckiem zostały wywiezione do pracy w Kieleckiem, gdzieś koło Końskich. One tam przetrwały do końca i jak już w styczniu była wyzwolona Warszawa, to one w lutym stamtąd, z Czarnieckiej Góry, ruszyły pieszo i przyszły do Warszawy.

Po wojnie mama opowiadała Pani o tym, co się zdarzyło?

Pani Elżbieta: Mało. Pamiętam, jak po powrocie do Polski, panie, które przeżyły obozy się spotykały, to pilnowały, żeby dzieci nie słyszały, o czym one wspominają. A ja przypominam sobie, jak podsłuchiwaliśmy, o czym te kobiety mówią, co one takiego wspominają. W tej chwili mam uprawnienia kombatanckie, ponieważ mam dokument na to, że byłam w obozie. Późno to uzyskałam, moja mama też późno. Mama dostała uprawnienia kombatanckie w przedziwny sposób. Ja się o to starałam, ale ciągle było coś nie tak, a to kazali świadka jakiegoś znaleźć, a to coś innego. A tu kontakty poginęły, niektórzy już poumierali. Z naszej rodziny nie było kogo powołać na świadka. Potem mama zachorowała i ja to wzięłam w swoje ręce i przewalczyłam to. Moja mama dostała to jako wdowa po kombatancie. Machnęłam na to ręką. Mama moja przyjęła taką postawę, że ona swoją „petkę” spaliła. To był taki naszyty na ubranie trójkąt z literą P. Wszyscy go nosili, później nawet mężczyznom to wycinano kawałek materiału i wszywano, bo – jak udało się komuś uciec – oni to wypruwali. Ale mam oryginalne, z obozu przywiezione, metalowy, cynowy talerz i kubek z porcelitu. Była jeszcze taka miska. Tego mama nie wyrzuciła, ponieważ to były jej naczynia po wojnie. Ona nie miała nic, kompletnie nic. Ci ludzie, którzy wrócili do Polski, to wrócili na gruzy, więc to jej dłuższy czas służyło. Później mama chciała to wyrzucić, to ja zabrałam i trzymam u siebie.

Mama chciała zapomnieć.

Pani Elżbieta: O to chodzi. Wyrzucała z pamięci i stąd nie ma „petki”.  Mam jeszcze pewne zdjęcia i obrączki rodziców, ponieważ mama przewiozła je przez obóz. Wie Pani, w jaki sposób? Taki portfelik wielkości sześć na dziewięć centymetrów, nieduży, akurat mieszczący zdjęcia, wszyła mi w sweterek, pod spodem i tak przewiozła. Tłumaczyła to w ten sposób: „Dziecka muszę pilnować, to i tego będę pilnowała”.

I to są przedmioty, które ma Pani do dziś?

Pani Elżbieta: Tak, oczywiście.

Ja tu po wojnie nigdy nie byłam. Moja mama też nigdy tu nie była. Do kościoła św. Wojciecha, tego na Woli, przed którym, na ziemi, oni spędzili jakiś czas, moja mama też nigdy już nie wstąpiła. Ja byłam raz z mężem. Straszne. I to właśnie wtedy postanowiłam pojechać do Gross-Rosen. Był taki moment, to było jakieś dwadzieścia lat temu, że tę naszą drogę chciałam prześledzić.  Dziś mój syn się wieloma takimi rzeczami zajmuje. Ja chcę się już od tego odciąć. Dwa tygodnie temu było spotkanie wśród znajomych i ktoś mnie zagadnął o to. Pół dnia potem płakałam, a nie chcę tego. To już było.

Elżbieta Jankowska. Zdjęcie zostało zrobione przez jej ojca i – podobnie jak fotografie poniżej – przetrwało okres wygnania zaszyte w sweterku małej Elżbiety. Fot. Z pryw. arch.
Irena Malinin. Zdjęcie wykonane w okresie okupacji w zakładzie fotograficznym pana Stolarczyka przy Chłodnej 18 w Warszawie. Fot. z pryw. arch.
Eugeniusz Malinin. Zdjęcie wykonane w okresie okupacji w w zakładzie fotograficznym pana Stolarczyka przy Chłodnej 18 w Warszawie. Fot. z pryw. arch.
Elżbieta Jankowska podczas wizyty w Muzeum Dulag 121 w 2020 roku. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Powiązane hasła

”None