menu

Janowska Marianna – ,,Przekroczyłam bramę Ravensbrück”

Janowska Marianna – ,,Przekroczyłam bramę Ravensbrück”

Marianna Danuta Janowska z d. Piętka, ur. w 1929 roku, w czasie okupacji mieszkała domu przy ulicy Hrubieszowskiej 7 w warszawskiej dzielnicy Wola. Wraz z całą rodziną – babcią Stanisławą Słojewską, matką Aleksandrą i rodzeństwem: Izabellą, Kamilą, Janiną, Barbarą, Janem, Jerzym i Wojciechem – została wypędzona z domu rodzinnego i trafiła do obozu przejściowego w Pruszkowie. 12 sierpnia 1944 roku została wywieziona transportem do obozu KL Sachsenhausen, skąd z grupą kobiet przewieziono ją do KL Ravensbrück, a następnie do fabryki zbrojeniowej w Kleinmachnow pod Berlinem. W kwietniu 1945 roku została ewakuowana do obozu KL Sachsenhausen, z którego wyszła w tzw. Marszu Śmierci. Na początku maja 1945 roku została wyzwolona w okolicach niemieckiego miasta Ludwigslust przez patrol wojska amerykańskiego. Rozmowa została przeprowadzona w 2015 roku.

Nazywam się Marianna Danuta Janowska. Urodziłam się w 1929 roku w Warszawie. Od 1934 roku do Powstania Warszawskiego moi rodzice, rodzeństwo i ja mieszkaliśmy na Woli przy ulicy Hrubieszowskiej 7. Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Było nas dziewięcioro. W czasie powstania było nas już ośmioro, najstarsza siostra nie żyła. W czasie okupacji starsze rodzeństwo działało w konspiracji i mną, młodszą i nieświadomą tego, się wysługiwało. Na przykład wysyłali mnie, żebym coś gdzieś zaniosła. Miałam taką przyjaciółkę Wandę, z nią, jako takie dziewczynki, często jeździłyśmy a to na cmentarz, a to gdzieś indziej, gdzie trzeba było położyć jakąś kartkę albo coś wziąć.

Jakieś pół roku przed powstaniem – już nie pamiętam, kiedy dokładnie – zostałam zaprzysiężona jako łączniczka. Nigdy nie widziałam nikogo ani nikogo nie znałam oprócz tego pana, który mnie zaprzysięgał. Odbyło się to w moim rodzinnym domu. Moje dwie siostry, bliźniaczki, należały do konspiracji od samego początku. One urodziły się w 1924 roku, wtedy już były po maturze, zdały ją przed wojną. Później zostałam przeszkolona w udzielaniu pierwszej pomocy, ale to wszystko się działo w moim domu, nie chodziłam na żadne kursy. Za okupacji uczęszczałam do szkoły na Bema, później Niemcy zajęli ten budynek. Dzięki temu do dziś stoi. Moi nauczyciele zostali aresztowani. Pamiętam, był taki nauczyciel, który przyjeżdżał na rowerze do szkoły i uczył prac plastycznych. My coś tam strugaliśmy, a on w międzyczasie mówił nam o historii Polski, geografii, położeniu naszych zasobów górniczych. Jego też aresztowali, on potem zginął.

Jak wybuchło powstanie, mieliśmy się stawić na ulicę Wolską 52, w domu hrabiego. Tam zastała nas godzina „W’’. Szczegółów nie pamiętam, ale wiem, że był to ładny słoneczny dzień. Przebywałam na Woli, która w czasie powstania, jak wiadomo, najwięcej ucierpiała. Jestem takim naocznym świadkiem, bo nosiłam meldunki, najpierw na Okopową do dowództwa, później na Stare Miasto, gdzie ono się przeniosło. My na tej samej czołówce żeśmy zostały. Widziałam, jak rozstrzeliwali ludzi w fabryce Franaszka [Fabryka Obić Papierowych i Papierów Kolorowych Józefa Franaszka przy ul. Wolskiej 41/45 – przyp. red.] i w kościele św. Wojciecha, bo donosiłam tam wodę. Nie było żadnego bombardowania na Woli, tylko Niemcy miotaczami ognia wypalali domy. Byłam też świadkiem, jak ludzie wyskakiwali z okien, bo cały dół stał już w płomieniach. Wola została spalona. Same szkielety stały.

Proszę opowiedzieć więcej na temat noszenia wody do kościoła św. Wojciecha. Czy przypomina sobie Pani jak to się odbywało?

Kościół św. Wojciecha jest przy Wolskiej, między Syreny a Sokołowską, ja zaś byłam przy Działdowskiej. Dowódca tej naszej grupy powiedział, że ktoś przyszedł z kościoła i przekazał, że tam ludzie umierają z pragnienia, że tam zabijają. To on nas wysłał, powiedział, że musimy wody dostarczyć, że o wodę proszą. Niosłyśmy ją w takich bańkach. Tam Niemcy zabijali, tam się chodziło po krwi. Było wielu takich lżej rannych, to im się pomagało, żeby do szpitala na Płocką dotarli, do tego szpitala, który teraz jest płucny. Później wyciągnęli z tego szpitala wszystkich lekarzy i pozabijali, rozstrzelali. Tam właśnie rozstrzelali doktora Chmielewskiego, on był chyba wtedy ordynatorem. Pamiętam też, jak Niemcy wpadli na taki pomysł żywej tarczy – na Wolskiej od Chłodnej pierwsze szły kobiety z dziećmi i starsi ludzie, a żołnierze i czołgi za nimi. Te kobiety krzyczały: „Nie strzelajcie! Niemcy są za nami, ale nie strzelajcie do nas!”. To który powstaniec by strzelał? Żaden. Przy Młynarskiej wszystkich pozabijali. Właśnie tam niedaleko tej fabryki Franaszka. A tu przypominam sobie – nie wiem, czy dobrze pamiętam – ksiądz wyszedł z kościoła i dzieci prowadził. My byłyśmy na ulicy Syreny. Wyszedł Niemiec i skosił ich wszystkich. Przy Młynarskiej i Wolskiej była taka barykada. Ludzie wynosili meble, żeby zrobić barykadę tramwajową. Pamiętam też, jak jeszcze za okupacji rozstrzelali ludzi na Młynarskiej. Vis-à-vis ogrodu Hosera była rewizja. Jeszcze Niemcy nie zabrali tych ludzi. W czasie powstania na Woli to dużo było żywych pochodni, bo ludzie wyskakiwali z płonących domów… Jak koleżanki opowiadają, jak było w Śródmieściu albo na Starym Mieście, to jednak Wola to była jedna krwawa plama. Tam nie było takich masowych rozstrzeliwań jak w naszej dzielnicy.

Na Woli byłam do 13 albo do 12 sierpnia. Później, jak Niemcy nas tak naciskali, przenieśliśmy się z Wolskiej na Żytnią róg Młynarskiej, tam gdzie jest cmentarz ewangelicki. Po jakimś czasie przyszedł rozkaz, że wszyscy mamy się wycofać na Stare Miasto. Nie pamiętam, czy to było 10 czy 12 sierpnia, przypominam sobie tylko, że się zameldowałyśmy do komendanta, że wstąpimy na Hrubieszowską, bo to blisko było, zobaczymy, co u mamy, i potem się stawimy na Starym Mieście. Jak poszliśmy do mamy, to w tym dniu, bodaj po godzinie, przyszli Niemcy i Ukraińcy i nas wyrzucili z mieszkania. Oczywiście zgarnęli wszystkich na podwórko. Później pędzili nas ulicą Kolejową do dworca, na te rampy, na których przed wojną węgiel stał. Pamiętam, że tam były wagony towarowe. Dziś mam 86 lat i tak dokładnie wszystkiego nie pamiętam, ale chyba szliśmy gdzieś bardzo długo, a później wsiedliśmy w jakiś pociąg i nim dojechaliśmy do Pruszkowa.

Jak myśmy wjechali, wypędzili nas do hali. Było do niej bardzo blisko. W środku leżały blachy, chyba szyny, jakieś kawałki. To były warsztaty kolejowe. Nas było ośmioro plus mama, Aleksandra Piętka, i babcia, Stanisława Słojewska. W tej hali panowały smród i ubóstwo. Nie było ani toalety, ani wody, żeby się napić. Chodziły takie panie, chyba z Czerwonego Krzyża, miały na ramieniu opaski. Doszła do nas jedna z nich. Nie wiem, czy mama ją znała, czy nie, ale bardzo długo z sobą rozmawiały. Mama nam powiedziała: „Zbieramy się, zaraz będzie pociąg. Gdzieś koło Częstochowy będą nas puszczać. Albo do Skierniewic nas dowiozą, albo do Częstochowy – i będą puszczać”. Zebraliśmy się wszyscy i wsiedliśmy do pociągu. Do tego wagonu bydlęcego wsiedliśmy wszyscy razem i znów bez picia. W środku leżało trochę słomy, ale nas było ze 30 czy 50 osób. Tak upychali ludzi. Nie było gdzie się położyć, można było jedynie usiąść w kucki. I rzeczywiście za Skierniewicami pociąg zwolnił. Ten Niemiec, który nas pilnował, uchylił drzwi i powiedział, żeby wyskakiwać. Kilka osób wyskoczyło, ale nas była za duża gromadka i nie mogliśmy się zdecydować, czy mamę zostawić i skakać, czy się nie rozdzielać. Tych, co skakali, to jednak Niemcy zabijali, strzelali do nich z wagonów. Wiem, że jedna osoba z drugiego wagonu przeżyła. Jej rodzice pojechali do Niemiec, a ona została w Polsce. Ona już nie żyje, ale po wojnie spotkałam się z nią.

Wieźli nas tak ze dwa dni. Dojechaliśmy do Oranienburga w Niemczech. Otworzyli wagony i wypędzili wszystkich na taki plac, właściwie łąkę. Niemcy rozdzielali mężczyzn i starszych chłopców na jedną stronę, matki z dziećmi na drugą, a młodzież i osoby samotne na trzecią. Jak nas Niemcy rozdzielili, powiedzieli, że dzieci i matki dostaną jedzenie, a my tylko pić dostaniemy. I nas z powrotem załadowali, tylko mężczyźni zostali na tym placu. Jak się później okazało, kawałek od Oranienburga – dwa czy trzy kilometry od stacji – był obóz Sachsenhausen. W nocy żeśmy się zorientowali, że za nami nie ma tych wagonów, którymi mama jechała. Bez picia, bez jedzenia dotarliśmy do stacji Fürstenberg. Tam Niemcy otworzyli wagony i wtedy zobaczyłyśmy… Powiem Pani, że było tak szaro, iż myślałam, że to jakieś siostry zakonne wyszły po nas. Te osoby były w czarnych pelerynach, kapturach. Jak się okazało, były to auzjerki [auzjerka – od niem. SS-Aufseherin – nadzorczyni – przyp. red.], Niemki. Kazały nam szybko wychodzić, cały czas był tylko krzyk: „Raus!”, i tymi pałkami po plecach nas okładały, żebyśmy szły szybko. Przeszłyśmy od Fürstenberga do Ravensbrück. Może to kilometr, może trochę więcej. Maszerowałyśmy między takimi domkami. W jednym z nich mieszkał komendant obozu, a te pierwsze budynki zajmowały auzjerki, dozorczynie, Niemki z rodzinami, z dziećmi. Jak szliśmy, to utkwił mi taki moment, gdy jakiś dzieciak doszedł do parkaniku ogradzającego ogródek, kwiatki w nim rosły, a za rękę pociągnęła go starsza pani, bo on coś do nas mówił. Ci starsi to pluli na nas, mówili: „bandyci”.

Chyba to była 14 albo 15, gdy przekroczyłam bramę Ravensbrück. Spędzili nas na taką górkę i na tej górce czekałyśmy. Nie wiedziałyśmy, na co czekamy. Później grupami nas zaprowadzili do mykwy, do kąpieli. Kazali nam się rozebrać do naga i wybiórczo golili włosy, a kobiety badali ginekologicznie, szukali, czy nie ukryły złota. Ta kąpiel wyglądała tak, że puścili trochę wody, ale w ogóle nikt się tam nawet umyć nie mógł. Później z takiej kupy wydawali nam sukienki i buty. Polegało to na tym, że co która złapała, to miała. Ja dostałam na śmiech i na żart suknię balową, z gołymi plecami. Później siostra udarła kawałek i sobie naokoło plecy związywałam. Żeby było śmieszniej, to się zagapiłam i tylko jeden drewniak miałam, a drugą nogę bosą. Oczywiście dostało się też winkiel i numer. Później oni igłę z nitką dali i kazali poprzyczepiać to na tych sukienkach. Tak trafiłam do bloku 26. W tym bloku byłyśmy wszystkie cztery siostry razem.

Dzień w Ravensbrück wyglądał tak: o czwartej rano nas budzili, to znaczy wyła syrena i wychodziłyśmy na apel. Na tym apelu czasem stało się trzy, cztery godziny, do samego południa, bo im się coś nie zgadzało. Ale mnie się wydaje, że to po to, aby upodlić człowieka, oni to specjalnie robili. Jak nalewali kawę, trzeba było szybko ten kubek nadstawić, żeby wlała tą chochlą, bo jak polała po rękach, to nie było nic w kubeczku. Do tego kromka chleba.

Była taka, jak to oni mówili, kwarantanna. Już nie pamiętam, czy to tydzień trwało, czy dwa tygodnie. Później na apelu wybierali do poszczególnych prac. Ja na przykład byłam dwa razy poza obozem. Pierwsza z tych moich prac to było karczowanie lasu. Korzenie trzeba było wyciągać, nie łopatą, tylko rękami. Innym razem żeśmy z jeziora wybierali piach, przesypywaliśmy go na brzeg, a następnego dnia znad tego jeziora na górę go nosiliśmy. To były takie prace, aby nas wycieńczyć. Tak było do 20, może do 15 października.

Wtedy przyjechali jacyś inni Niemcy. Na placu apelowym stał stół, wyciągnęli nas z bloku i kazali nam się rozebrać do naga, po czym nas oglądali. Oczywiście oceniali nasze ręce. Tak się podchodziło i oni odsyłali na lewo albo na prawo. Akurat z jedną siostrą trafiłam na jedną stronę, a te dwie moje pozostałe moje siostry na drugą stronę. Nie wiedziałyśmy, co to może znaczyć. Jak już nas posortowali, to poszłyśmy do bloku, a za jakieś dwie, trzy godziny wyczytali nasze numery i znowu żeśmy tak poszły z powrotem do tej mykwy się wymyć. Dali nam niby czyste ubrania. Te ubrania były tych ludzi, co ich przywieźli. Tylko miały takie namalowane czerwone krzyże na plecach i na przodzie. W pociąg nas wsadzili i, jak się okazało, zawieźli do fabryki Boscha. To była fabryka części samolotowych w Kleinmachnow, miasteczku pod Berlinem. Do Berlina było stamtąd dwadzieścia parę kilometrów. Fabryka umieszczona była pod ziemią. My spałyśmy w tej fabryce. Nad nami była hala, a na dachu tej hali rosły drzewa. Ona była tak zamaskowana. Tam było pełno tych hal. W tej fabryce pracowało na dwie zmiany 750 Polek z Warszawy. Pracowałyśmy po dwanaście godzin. Warunki były tam może trochę lepsze niż w Ravensbrück, bo było cieplej. Nie stało się na mrozie. W Nowy Rok jednak nas wyrzucili z tej fabryki do takiego lasu, ogrodzonego drutem kolczastym, pod napięciem. Jak tam stałyśmy, to rewizję nam zrobili i coś znaleźli. Jak to kobiety, któraś urwała kawałek papieru, buchnęła ołówek majstrowi i zapisywała różne rzeczy. Była nawet taka koleżanka, co taką kronikę prowadziła. Zrobili rewizję no i znaleźli to, pod siennikami odkryli. Za karę stałyśmy na mrozie cały dzień. Dziś się zastanawiam, jak to się stało, że żadna nie zachorowała, żadna się nie przeziębiła. Może i przeziębiona była, bo kasłała. Ale jak teraz patrzę na swoich wnuków – wiecznie te dzieci podziębione, wiecznie nie chodzą do przedszkola, bo kaszel. Ile to człowiek musiał mieć tego hartu ducha. Bo wie Pani, w Ravensbrück to nie było tak, że ktoś się nami opiekował. Owszem takie starsze więźniarki – nie starsze wiekiem, tylko stażem (siedziały np. po trzy lata) – zawsze nam mówiły: „Trzeba mieć głowę zawsze do góry, nie przejmować się i nie dawać powodu Niemcowi, żeby uderzył”. Tam były panie, które były profesorkami, bo przecież tam był i krakowski transport, i lubelski. One nas tego uczyły i to się przydawało. Powiem Pani, że mi się wiele rzeczy w dorosłym życiu przydaje. Zawsze sobie myślę: „Trudno, takie jest życie, a ja muszę się temu przeciwstawić i na tym koniec, tak musi być”. One takiego ducha dodawały. Jak przychodziły paczki (teraz to wiem, że paczki przychodziły), to one gotowały takie melzupki – to była kasza manna z mlekiem i te niepełnoletnie, dzieci dokarmiały tym. Też się załapałam na te melzupki, miałam tylko 15 lat.

Później, w 1945 roku, na początku kwietnia zaczęło się takie dywanowe bombardowanie Berlina. Syrena wyła non stop, dwadzieścia cztery godziny na dobę. My w fabryce, a Niemcy uciekali do schronów. Prosiłyśmy Boga, żeby bomba spadła na tę fabrykę, to my wtedy pouciekamy. Pamiętam, dzisiaj to ze śmiechem wspominam, jak taka starsza pani mówiła: „Trzeba odmawiać »Pod Twoją obronę«, żeby Pan Bóg tu spuścił bombę, to my wyjdziemy”. Nie wiedziałyśmy, jak daleko jest ten front, tylko te bombardowania obserwowałyśmy. W połowie kwietnia – 15, 16 kwietnia – ewakuowali nas z tej fabryki. Doszłyśmy do dworca w Kleinmachnow i pociągiem zawieźli nas do Sachsenhausen.

To był obóz męski. Jak żeśmy weszły na blok, to jeszcze trupy mężczyzn leżały na pryczach. Musiałyśmy ich powynosić, żeby mieć miejsce. I chyba byłyśmy tam tylko dwie noce. Ile tych bloków dla kobiet tam było, już nie pamiętam. Czy dwa bloki, czy trzy – nie przypomnę sobie. Kazali nam wyjść na ten główny plac, ustawiliśmy się i przyszedł komendant. Każda wzięła jakiś koc, którym się przykrywała. To były takie strzępy zawszone i nic więcej. Na tym placu zaczęli selekcję. Komendant wybierał. Mnie i siostrę wzięli na bok. Dziesięć osób wybrał i kazał nam stanąć dalej. Myślałyśmy, że to już koniec, że rozstrzelają nas. Była z nami taka pani, która pełniła funkcję naszej blokowej, jak pracowałyśmy w fabryce. Franka miała na imię. Ona i taka koleżanka, Jadzia Płatek, znały niemiecki. Powiedziała tak: „Weźmy się za ręce i zmówmy »Zdrowaś, Mario«. Nie płaczcie. Wszystkie miejcie głowy podniesione, jak oni tu przyjdą nas zabijać”. Jak się okazało, Niemcy mieli wobec naszej dziesiątki inne plany. Taki wózek wypchnęli więźniowie, a na tym wózku siedzieli kobieta w ciąży i bodaj siedmioletni chłopiec, a oprócz nich było dużo bagaży, takich porządnych walizek. Zaprzęgli nas do tego wózka i go ciągnęłyśmy. Mnie się wydaje że myśmy wyruszyli w ten Marsz Śmierci, bo tak się o tym mówiło. To było 18 kwietnia. Ten wózek po ubitych drogach ciągnęłyśmy, a koleżanki szły lasami, bagnami, czasem żeśmy się spotykały, ale rzadko. One gdzieś tam na polu nocowały. My żeśmy na podwórku spały, a ci Niemcy nocowali zawsze w jakimś gospodarstwie. Ale to dla nas było dobre, bo żeśmy psom wyjadały jedzenie. Te psy się nas bały, bo przypominałyśmy takie widma. Żaden wiejski pies na nas nie szczekał. A to wody można się było napić, a to koleżanka zobaczyła, że gospodarz do obory zaniósł kocioł z kartoflami, to też się je podkradało. My dwa tygodnie tak szłyśmy, dopiero 2 maja wyzwolili nas Amerykanie w Ludwigslust. Jakieś czterysta z czymś czy trzysta z czymś kilometrów przemaszerowałyśmy. Nigdy nie chciałam wiedzieć, ile przeszłam. Dziennie się robiło trzydzieści kilometrów. Raz to sam Niemiec nam powiedział, że czterdzieści kilometrów żeśmy zrobiły. Wie Pani, to była gehenna.

Doszłyśmy do takiego lasku, już widziałyśmy po drodze, że Niemcy się cofają, a my idziemy w przeciwnym kierunku. Komendant zarządził, żebyśmy zjechali z drogi. Taki był młody lasek i do tego lasku skręciliśmy. Obok było pole, przez pole przebiegały tory i stały na nich dwa wagony bydlęce. Była też budka dróżnika. Usiadłyśmy, pogoda była okropna, deszcz ze śniegiem padał. Cała ta nasza droga była taka mokra, bez słońca. Jak żeśmy usiadły w tym lasku, to patrzymy na tę budkę dróżnika i widzimy jakichś żołnierzy w zielonych mundurach. Polacy czy co? Jedna z koleżanek, właśnie ta Jadzia, moja siostra i Franka powiedziały do komendanta, że one pójdą tam, wodę przyniosą. No i on się zgodził, ale w międzyczasie, jak one tam poszły, to oni zaczęli się przebierać w mundury Wehrmachtu. Zdejmowali te swoje esesmańskie stroje i zakładali mundury Wehrmachtu, a te pierwsze zaczęli zakopywać. My patrzymy, gdzie one idą, i widzimy, jak podnoszą ręce do góry. Jak się okazało, tam byli Amerykanie. To był ten pierwszy front i oni nie napotkali jeszcze więźniów. Później kazali wszystkim wyjść z tego lasku. Amerykanie nie tacy głupi jak ci Niemcy. Byłam zdziwiona, dlaczego oni każą im się rozbierać, koszule zdejmować, chociaż nie było tak ciepło. Jak się okazało, każdy esesman miał wytatuowane pod ramieniem „SS”. Amerykanie szukali więc tych znaków, nie zważając na zapewnienia Niemców, że są z Wehrmachtu. Ci kazali nam zeznawać, że w obozie grali w orkiestrze, tylko nie wiadomo w jakiej. Wyszedł jeden z tych Amerykanów, pochodzenia polskiego, nawet zapamiętałam, jak on się nazywał – Czesław Dobosz (jego pradziadek i dziadek pochodzili spod Krakowa), i on nam mówił, żebyśmy nic nie jadły, żadnych puszek, które nam Amerykanie będą dawać, ani czekolad, bo dostaniemy skrętu kiszek. Przyniósł nam taki chleb biały, amerykański – on był jak gąbka – i dał nam wody w misce. Powiedział: „Maczajcie i jedzcie, ale broń Boże czego innego, a ja tutaj zadzwonię…”. Powiedział jeszcze: „Stąd są trzy kilometry do miasteczka Ludwigslust. Możecie iść szosą. Ktoś po was podjedzie i was zabierze, bo tu jest front”. I tak było. Wyszłyśmy na tę szosę, przeszłyśmy kawałek i przyjechał jeep. Murzyn był kierowcą, obok niego siedział żołnierz. Nasze koleżanki, Franka i Jadzia, które znały angielski, zaczęły z nim rozmawiać. On powiedział, że po drugiej stronie szosy jest obóz Wöbbelin, ale on nas tam nie zawiezie, bo to coś okropnego, co tam się dzieje, i zabrał nas do miasteczka. Zaprowadził do takiego domu i tam żeśmy przenocowały.

Myśmy tam chyba były do 8 maja. Amerykanie kazali nam, żeby wejść do tych domów, które są puste, i wziąć sobie ubrania, a te rzeczy, które miałyśmy na sobie, żeby spalić, powyrzucać. Właśnie tam, w tym miasteczku, w Ludwigslust, na drugi albo na trzeci dzień, już nie pamiętam, jeździł samochód i po niemiecku nawoływał Niemców, żeby wychodzili z białymi prześcieradłami na rynek. My przez ciekawość też żeśmy poszły zobaczyć, co się dzieje. W Ludwigslust jest pałac i piękny ogród. W nim był wykopany taki długi rów i Amerykanie, właściwie Tom Werner zarządził, żeby Niemcy wszystkie trupy z obozu Wöbbelin owijali prześcieradłem i tutaj do tych grobów kładli. Proszę Pani, ja jeżdżę na uroczystości wyzwolenia i po latach spotkałam tego generała, on już nie żyje, w zeszłym roku umarł. Jeszcze w 2005 roku był z nami, taki rześki. Był Amerykaninem niemieckiego pochodzenia. Nawet zdjęcia z nim mam. Jak opowiadałam, jak zostałam wyzwolona przez Amerykanów, on się tym zainteresował i zaczął się mnie wypytywać, ile nas było i jak do tego domu dotarłyśmy. Opowiedziałam o kobiecie, która wyszła i nie chciała nas wpuścić do środka i jak ten Amerykanin wyjął pistolet i zagroził, że ją zabije, jak ona nas nie wpuści, i powiedziałam, że byliśmy też na pogrzebie tych z Wöbbelin. A on wtedy na to: „To ja byłem”. Mówił, że wszystko się zgadza – i Murzyn, i ta budka, i cała reszta.

Później porozwozili nas do różnych obozów w Niemczech. Najpierw Amerykanie zabrali nas do Rottenburga, do takiego obozu przejściowego dla Polaków, a następnie do Bremen [Brema]. Takie gazetki rozdawali. Rodzinę odnalazłam w Niemczech, tylko jedna siostra, która była w Ravensbrück do samego końca i Rosjanie ją wyzwolili, już była w Polsce, a my jeszcze w Niemczech. Wróciliśmy dopiero w 1946 roku. Wcześniej nie było transportu, bo myśmy były tu niedaleko Hanoveru, mama tam była, a myśmy do niej przyjechali. Po prostu nie było stamtąd transportu. Uprawiano taką propagandę, że nie mamy po co wracać do Polski. Wychodząc, myśmy wiedzieli, że Wola leży w gruzach, chociaż nasz dom jeszcze stał, jak nas wypędzali. To właśnie Amerykanie nam mówili, że nie ma Warszawy, że jest jedno gruzowisko.

Wróciliśmy jednak do tej ukochanej Polski. Nigdzie indziej mama ani babcia nie chciały, bo mogłyśmy zostać w Niemczech. Wróciłyśmy do Polski. Z tydzień mieszkałyśmy w bramie na Hrubieszowskiej. Ci, co wrócili pierwsi, to zajęli mieszkania, które ocalały. Akurat nasza oficyna została zburzona. Ten front pierwszy to do dzisiaj jest na Hrubieszowskiej, a to, co było dalej, zostało zburzone. Najpierw na Ogrodowej mieszkaliśmy, ale to był dom bez dachu, bez podłogi, bez drzwi. Lało się do środka. Kolega taty wystarał nam się w Radości o taki domek i tam żeśmy się przenieśli. To były ciężkie, naprawdę ciężkie dni dla mnie i dla mojej rodziny. Nie mieliśmy pracy, młodsze rodzeństwo do szkoły chodziło. Moja mama nie była taką zaradną kobietą, bo przed wojną w ogóle nie pracowała. Mój ojciec był inwalidą wojennym. Był piłsudczykiem, miał rentę, a że miał nas wiele, to wielodzietny. Dostał państwową posadę w tramwajach miejskich. Nie był ani konduktorem, ani motorniczym, bo miał sztywną nogę i się nie nadawał. Pracował w biurze. Rozliczał konduktorów. Mama nie pracowała. Była jedynaczką, zawsze mama koło niej była…

Pracy nie było, to się chodziło się na Stare Miasto, czyściło się cegły i dostawało się jakieś produkty, bo przyjeżdżali ze wsi wozami i te cegły brali. Jeden pilnował nas przy tych cegłach. Pieniędzy nie dawał, tylko a to bochenek chleba, a to kiełbasę, a to worek kartofli. I tak jakoś żeśmy przeżyli. Moja mama haftowała, to też żeśmy haftowały, na drutach robiły, to swetry się sprzedawało, ale bardzo ciężko było. Okupacja nie była dla nas taka ciężka, bo mieliśmy mieszkanie. A tutaj wszystko od początku zaczynaliśmy i jeszcze chmara dzieci. Później babcia umarła i nawet nie było za co jej pochować.

Wrócę jeszcze do wydarzeń powstańczych. Pani była łączniczką. Czy Pamięta Pani jaki to był oddział?

Kedyw.

Czy pamięta Pani osoby, z którymi była Pani w konspiracji?

Pamiętam. Był Stachurek, który jest w Anglii, bo on, kiedy dostali się do niewoli, to uciekł. Stachurek był starszy ode mnie, już taki chłopak osiemnastoletni. Nie wiem jak. Później był Henio… „Żyleta”, to był taki dwudziestoletni chłopak. No i moje siostry Kamila i Iza, Wanda i taka Janeczka. Ale wie Pani, nie znało się wszystkich z konspiracji. Pamiętam, że na tego, co mnie zaprzysięgał, mówili „Konus”, bo on był taki mały. Jak na swój wiek byłam wysoka dziewczyna, równa z nim byłam. Wiem, że na imię miał Jurek, tego po powstaniu już się dowiedziałam. On nas odnalazł, to były lata pięćdziesiąte, 1949 rok. Przyjechał do Radości i powiedział nam tak: „W ogóle się nie znamy. W ogóle nigdzie nie byłyście i w życiu wam nie wolno powiedzieć, żeście były w powstaniu. Dzięki Bogu, że was zabrali z cywilną ludnością, to nie ma śladu po was”. A było takie ogłoszenie, żeby ci, co należeli do AK, się zgłaszali. Ja już nie pamiętam dokąd, ale to było coś wojskowego. Żebyśmy się zgłaszali, podawali dane, że zostaniemy odznaczeni za Powstanie Warszawskie i że to będzie się liczyło do emerytury. Wiele osób poszło, wiele osób znalazło się na Rakowieckiej, a później po latach odnaleźli ich groby u św. Katarzyny i na Powązkach. Ja nie poszłam.

Do dziś chodzę na Powązki. Część osób z batalionu ,,Zośka” jest tam pochowanych. Okazało się, że wielu z nich to byli koledzy z podwórka albo koleżanki ze szkoły. Na Hrubieszowskiej mieszkał sąsiad, Bolek Pawłowski, jedynak. Spotykaliśmy się na klatce schodowej, jego mama przyjaźniła się z moją babcią, a później patrzę – na Powązkach grób jest jego, a nawet pochowali tam jego matkę. Wcześniej nie było takich hucznych uroczystości, jak są teraz. Z początku to się jeszcze chodziło po cichu na te groby. A teraz koledzy z powstania, jak 1 sierpnia spotykamy się na Powązkach, to już są dziadkowie, babcie. Nie pamiętają, a jak się kogoś pamięta, to ten ktoś już nie pamięta.

Powiązane hasła

”None