menu

Jarosińska Halina z d. Dłużniewska – rozmowa

Jarosińska Halina z d. Dłużniewska – rozmowa

Halina Jarosińska, ur. w 1929 roku, podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkała wraz z matką Jadwigą oraz ojczymem Antonim Kaczyńskim przy ul. Czerniakowskiej 131. Jako harcerka „Błękitnej Czternastki”, 14 Żeńskiej Warszawskiej Drużyny Harcerskiej, była zaangażowana w pomoc rannym i poszkodowanym podczas walk – służyła m.in. jako sanitariuszka w punkcie medycznym utworzonym w klasztorze Sióstr Nazaretanek przy ul. Czerniakowskiej oraz przy ewakuacji rannych ze Szpitala Ujazdowskiego na ul. Chełmską. Adres, pod którym mieszkała rodzina, służył jako placówka ruchu oporu – odbywało się tam m.in. konspiracyjne nauczenie młodzieży, a jedną z nauczycielek była Pani Jadwiga Kaczyńska.  Około 20 sierpnia rodzina została wypędzona z domu i popędzona na Dworzec Zachodni, a następnie przewieziona do obozu Dulag 121. Stamtąd Halina Jarosińska z matką wysłane zostały do KL Mauthausen, a następnie do miejscowości Kaplitz. Po wojnie wróciły do Warszawy. Pani Halina w wywiadzie przeprowadzonym w Muzeum Dulag 121 w 2018 roku opowiada o swojej harcerskiej działalności, wypędzeniu, wyniszczającym pobycie w obozie  i na przymusowych robotach. Podkreśla także, jak żywe są dla niej wojenne wspomnienia – „Nawet w nocy się budzę – mówi na zakończenie rozmowy – i te wszystkie momenty sobie przypominam”.

Co zapamiętała Pani z czasów okupacji?

Od 1942 roku należałam do ruchu oporu. Byłam członkiem „Błękitnej Czternastki” – Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej w ramach Szarych Szeregów. A stało się tak, ponieważ moim wychowawcą był prof. Gustaw Wuttke, ten, którego synowie [Jan i Tadeusz Wuttke z batalionu „Zośka” – przyp. red.] polegli i są pochowani na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. On był moi wychowawcą i z jego inspiracji powstał zastęp dziewcząt i chłopców. W ten właśnie sposób znalazłam się, jako dziewczyna, która miała wówczas – tak jak tu na zdjęciu – piętnaście lat, w ruchu oporu.

Halina Jarosińska (stoi po prawej stronie) z koleżankami w Parku Ujazdowskim. Fot. z pryw. arch.

Piękne zdjęcie. Kto jeszcze jest na tej fotografii?

Moje koleżanki. Uczyłam się w gimnazjum handlowym przy ulicy Bagatela. Aleja Szucha była zajęta przez Niemców. Należałam do harcerstwa, do ruchu oporu. Myśmy w ramach pracy nad sobą postanowiły przejść – na przekór Niemcom – właśnie tą ulicą do parku Ujazdowskiego. To jest nawet z tyłu napisane, że „w ramach pracy nad sobą”. Miałyśmy za zadanie zrobić zdjęcie. Taką byłam wtedy dziewczynką. Miałam tu piętnaście i pół…

Piętnaście lat w momencie wybuchu powstania, a trzynaście lat,  gdy Pani dołączyła do ruchu oporu…

Tak. To taki był początek.

Gdzie Pani wtedy mieszkała?

Mieszkałam przy ulicy Czerniakowskiej 131. To była taka czynszowa kamienica trzyskrzydłowa. W dwóch bocznych skrzydłach mieszkali lokatorzy, a w poprzecznym była wielka sala, którą przeznaczono niegdyś, jeszcze przed wojną, na salę tańca czy spotkań towarzyskich. Kiedy Niemcy zajęli budynek szkoły przy ulicy Czerniakowskiej 128, która była zresztą moją rodzimą szkołą, to młodzież musiała się gdzieś przenieść. W różnych miejscach Czerniakowa umieszczano poszczególne klasy. Tę środkową część, o której mówię, podzielono na takie dosyć prowizoryczne boksy i tam się odbywały lekcje. A moje mieszkanie było obok.

Dom Pani Haliny Jarosińskiej przy ul. Czerniakowskiej 131. Fot. z pryw. arch.

W sąsiedztwie był klasztor Sióstr Nazaretanek. W pewnym okresie, na początku sierpnia, nazaretanki stworzyły taki punkt sanitarny i myśmy tam z nimi współpracowały. Robiłyśmy wówczas to, co było możliwe, a więc organizowałyśmy materiały opatrunkowe – cięłyśmy do tego celu prześcieradła. Dostarczałyśmy jakieś produkty żywnościowe. Mnie było łatwiej, bo w domu obok był magazyn – mówiono, że Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – i tam było dosyć dużo mleka kondensowanego. Osoba, która tym zawiadowała, opiekowała się i miała klucze do tego magazynu, niezbyt chętnie dzieliła się tym, co tam było. Niemniej jednak w czasie powstania pewną ilość można było wydobyć.

Pomagałyśmy też przy przenoszeniu rannych ze szpitala Ujazdowskiego na Chełmską 19, gdzie następnie był szpital. Niemcy – mimo że na dachu była wywieszona flaga z czerwonym krzyżem – zniszczyli ten obiekt. Wszyscy polegli, wśród nich była także moja koleżanka.

W tym czasie zginęła również moja najbliższa przyjaciółka należąca również do „Błękitnej Czternastki” – wartościowa, śliczna dziewczyna, parę miesięcy starsza ode mnie. Biegła Czerniakowską z meldunkiem i snajper z dachu naszej szkoły przestrzelił jej nogi. Nie mogli chłopcy jej ściągnąć, bo taki silny był później ostrzał. Ci, którzy doszli do niej, też się chcieli przedostać na stadion przy ul. Łazienkowskiej. Ona została zabrana do Krakowa, bo wówczas do Krakowa zabierano ciężko rannych powstańców. Niestety z tych ran ona zmarła.

Czy przypomina sobie Pani inne osoby, które brały udział w ruchu oporu?

Moja matka – nazywała się Jadwiga Kaczyńska, zmarła w 1973 roku. Brała udział w tajnym nauczaniu. Właśnie tam, przy ulicy Czerniakowskiej, odbywały się lekcje. Ale nie tylko. Organizowano również spotkania przeważnie różnych grup chłopców z ruchu oporu. Moja wychowawczyni – nauczycielka ze szkoły pani Halina Krajewska – przechowywała chłopca żydowskiego. Kiedy ona miała lekcje, to ten chłopiec siedział obok w moim mieszkaniu. Moja babcia odgrzewała mu jakieś pożywienie, które przyniosła pani Krajewska. Picie mu robiła. Przez kilka godzin, póki jego opiekunka nie wróciła. On miał przybrane nazwisko. Nazywał się Tadzio Wiśniewski. Dowiedziałam się już po wojnie, że Tadzio Wiśniewski ocalał, podobnie jak cała jego rodzina, też ukrywająca się gdzieś indziej, i że skończył Politechnikę Warszawską. Słyszałam, że nawet był wykładowcą na Politechnice. Ale to są niesprawdzone informacje, bo nie miałam z nim kontaktu.

Cóż mogę więcej powiedzieć… To była taka placówka ruchu oporu. Tam byli bardzo zaangażowani nauczyciele, łącznie z kierownikiem panem Franciszkiem Gliwiczem. Moja klasa była natomiast na ulicy Podchorążych 20. Kawałek dalej.

Klasa Pani Haliny Jarosińskiej. Fot. z pryw. arch.

Jak się potoczył los tej „szkoły” przy ul. Czerniakowskiej 131… Otóż 19 czy 20 sierpnia – Niemcy przyszli pod ten adres. To był pierwszy budynek przy samej Czerniakowskiej, a drugi tuż naprzeciw koszar. Weszli do budynku. Jeden z nich powiedział do mojej mamy: „No, matka wyrzuć sobie pierzynę – śmiejąc się rubasznie. – Wyrzuć sobie pierzynę przez okno, bo ja będę podpalał mieszkanie”. I sukcesywnie przechodzili od mieszkania do mieszkania, aż cały dom płonął. Łącznie z tym magazynem, który mógł być źródłem żywności i wsparcia dla powstańców. Myśmy się zatrzymali na noc razem z rannymi (był tam ksiądz, były jakieś zakonnice) w klasztorze Sióstr Nazaretanek.

Czy był czas, żeby coś wziąć z sobą?

Moja mama – widząc tego Niemca, który zmierzał z miotaczem ręcznym przygotowany do podpalania – pobiegła, prosząc go, żeby pozwolił wziąć coś ciepłego z ubrania, bo przecież w powstaniu byłam w letniej sukience. I rzeczywiście mama chwyciła coś ciepłego z ubrania dla siebie i dla mnie. Dzięki temu w Pruszkowie, będąc na tym betonie, podkładałyśmy sobie to, co było zabrane.

Czy z Panią i pani mamą byli wygnani inni członkowie rodziny?

Razem z nami zostały zabrane  moja ciocia z dwiema córkami – Urszula, Sabina i Hanna Pietrzak – i mój ojczym, Antoni Kaczyński. Mieszkaliśmy z ojczymem – mój ojciec umarł, gdy miałam dwa latka. Były tam też jeszcze inne osoby.

Niemcy wyprowadzali nas z psami i z bronią. I od razu: „Raus!”, i w czwórki. Prowadzili nas ulicą Czerniakowską, przez Łazienki, Rakowiecką do Dworca Zachodniego.

Wtedy Siostry Nazaretanki też były wyprowadzane?

Nie. Tam już jakieś pojedyncze osoby były. I wtedy pociągiem z Dworca Zachodniego zostaliśmy przewiezieni do Pruszkowa.

Jak Pani zapamiętała tę drogę? To były wagony towarowe?

Nie. To były wagony kolejki podmiejskiej. Tu ta rampa była blisko. Wydaje mi się, że zostaliśmy wpędzeni do baraku, w mojej wyobraźni on jest szary i wysoki.

W tej hali – ponieważ i ja, i moja mama byłyśmy w ruchu oporu – to myśmy były przygotowane, że w razie alarmu miałyśmy się ubrać. Miałam taką walizkę podręczną i taki plecaczek, w którym zawsze trzymałam podstawowe rzeczy.

Dokumenty, jedzenie?

Tak. I to, że udało nam się przeżyć, to chyba dzięki temu, że moja matka zabrała kawałek żółtej słoniny. Ona była solona, wędzona. Sama już nie wiem, jak to było… Miałyśmy też skórki od chleba. I myśmy się tak pożywiały tym. W czasie tej podróży nieszczęsnej do Mauthausen, do Austrii, kroiło się cieniutkie takie plastereczki. Tym się właśnie pożywiałyśmy.

Ale zatrzymałam się właściwie na wjeździe… Okropnie, bardzo dużo ludzi. To był cały transport. Bo po drodze, kiedy myśmy szli, zabierali kogo tylko było możliwe. I wszyscy byliśmy tą kolejką przewiezieni do obozu.

Wiedziała Pani, że jedzie do Pruszkowa, do obozu przejściowego?

Nie, nie wiedziałyśmy. Dopiero na miejscu się okazało. Bardzo dużo osób znajomych. Jeszcze mężczyźni byli. Dopiero następnego dnia (tak mi się wydaje) był taki tunel zrobiony, przejście z drutów kolczastych. Pamiętam, że po prawej stronie siedziała jakaś grupa osób, która zajmowała się selekcją. Staruszki, matki z bardzo małymi dziećmi były. To właściwie odbywało się na zasadzie pewnej dobrowolności. Oni mówili, że małe dzieci z matkami i bardzo starzy czy chorzy ludzie mają przejść na lewo, mężczyźni – również, ale w inne miejsce. Wśród nich był mój ojczym. Od razu go oddzielono. Potem nie miałyśmy już z nim kontaktu. My pozostałyśmy po tej prawej stronie i z powrotem skierowano nas do tej hali. I – tak jak wspominałam – w tej hali to była straszna noc. Na tym cemencie mama mi coś położyła. Sama też siedziała na węzełeczku. Głowę miałam opartą o jej kolana i tak to było.

Ile czasu spędziły Panie w obozie?

Nie umiem dokładnie określić. Ze dwa czy trzy dni… To wszystko wydawało się trwać strasznie długo.

Pamięta Pani pomoc na terenie obozu?

Nie. Nie było żadnej pomocy.

A jakiś posiłek Panie dostały?

Wiem, że dostałyśmy tylko do picia jakąś kawę zbożową. Dostawał ten, kto miał jakiekolwiek naczynie. My miałyśmy pudełko blaszane i tam nam nalano kawy. I poza tym nic.

A zachowania Niemców… Pamięta Pani?

Były bardzo rygorystyczne, ale nie było bicia.

Tak przetrwaliśmy w takiej niewiadomej. W oczekiwaniu na coś, czego trudno się było nawet domyślać. I właśnie po tym pobycie w Pruszkowie, względnie krótkim, kazano nam wyjść, zabrać swoje rzeczy. Poszliśmy na rampę. Wydawało mi się, że była ona bardzo blisko. Nie wiem, czy to był czwarty, czy piąty ten budynek. I co zobaczyliśmy? Towarowy pociąg, szeroko otwarte wejście, przed którym nas postawiono. Byli Niemcy, jakaś kobieta z workiem z kawałkami chleba. I ta kobieta każdemu wręczała ten kawałek chleba. Poszturchiwanie, wrzaski: „Schnell, schnell”, i do wagonu. Wagon był zatłoczony. Mówiono że sześćdziesiąt osób, nie wiem, nie liczyłam, ale bardzo był zatłoczony. Trudność była nawet, by kucnąć, usiąść mowy nie było.

W transporcie były dzieci, były starsze osoby?

To była głównie młodzież. Były siostry zakonne. I kobiety – same kobiety. Drzwi oczywiście zamknięto od zewnątrz. Było okienko takie, jakie bywają w wagonach kolejowych, zakratowane.

Ile ta podróż trwała?

Mnie się wydaje, że wieki. Nie potrafię dziś tak odtworzyć dokładnie dnia. Ale wiem, że długo jechaliśmy. Pamiętam, że już przed Austrią otworzyli drzwi i nawet można było nogi spuścić i siedzieć tak w drzwiach, oddychając świeżym powietrzem.

Był też taki moment na terenie Czech… Kiedy nabierano wody do lokomotywy, moja mama pozwoliła mi przejść z tym pojemniczkiem pod złączeniem wagonów i zaczerpnąć jej. O dziwo Niemcy nawet nie reagowali. Z tym że wracając, i tak tej wody nie doniosłam. To trzeba było robić w strachu, w lęku. Także to była taka historia tej jazdy. Nic się więcej nie działo, tylko jechaliśmy.

Wiedzieli Państwo, gdzie jadą?

Nie.

Czy były dostarczane jakieś jedzenie czy woda?

Nie, żadnego nawet napoju, nic. Na miejsce dojechaliśmy rankiem. Pamiętam, że była mgła. Wjechaliśmy na jakąś bocznicę. Teraz już wiem, że mieliśmy z niej do przejścia dwa kilometry. Dwa kilometry od tej rampy kolejowej, gdzie pociąg się zatrzymał, gdzie nas wypchnięto oczywiście z wrzaskiem, z popychaniem, czwórkami, w górę na teren obozu. Umieszczono nas tam, na terenie. Musieliśmy schodzić i wchodzić po schodach – ponoć jest ich tam dwieście. Mijaliśmy więźniów, którzy nieśli zawsze kamienie na ramionach, już oszlifowane, do góry. Odwiedziłam tamto miejsce raz z synem. Dziś po prawej stronie jest las, a wtedy to było pole, na którym rozmieszczono duże namioty wojskowe – Zeltlager. Były tam rozłożone sienniki i po piętnaście, po dwadzieścia – tyle osób, ile zdołało kucnąć – upychano. Czy nas tam karmiono? Owszem. Rozwożono w beczkowozie taką niby-zupę, ale to właściwie były jakieś obierki i woda. Trudno było określić, co się tam znajdowało, bo tam nie było nic, głównie woda. Jeden taki posiłek dziennie.

Pewnego dnia powiedziano nam, że idziemy się wykąpać, na górę do obozu po tych schodach. Powstała panika, bo my, kobiety, nie wiedziałyśmy, czy rzeczywiście nie oszukują nas i tylko się wykąpiemy, czy popłynie gaz. I czekałyśmy przed wejściem do tej Gaskammer. która znajdowała się w części piwnicznej, że tak powiem. Czekałyśmy prawie pół dnia w takim upale ogromnym. Kazano nam wreszcie zejść w dół. Po prawej stronie był piec krematoryjny. Nawet pamiętam, że ktoś położył na nim kwiatek. Tak to wyglądało. To było takie miejsce do leżenia. I tam był kwiatek. Po lewej stronie znajdowały się bardzo grube drzwi z ogromnym wizjerem, tam nas prowadzono. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, składało się z dwóch dużych pomieszczeń i jednego małego, na którym napisane: „Cyklon”. Było ono puste i niewielkie. Pomieszczenie po prawej stronie było wyłożone białymi kafelkami, nie budziło żadnych zastrzeżeń. Kazano nam się rozebrać do naga i tak sauté przejść do drugiego pomieszczenia. Tam każda kobieta musiała stanąć na stołku, a przechadzający się Niemiec i jakaś kobieta sprawdzali stan głowy i innych owłosionych części ciała. Patrzyłyśmy do góry, a tam były rurki, ale woda z nich nie ciekła. Czekałyśmy więc w wielkim napięciu, co będzie dalej. Na szczęście okazało się, że małymi strużkami wydobyła się woda.

W międzyczasie był tam bunt więźniów i przyjechała jakaś – to już wiem z opowieści – delegacja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża czy innych osób. W każdym razie pospiesznie kazano nam się ubrać i z powrotem wyjść na plac apelowy. Na placu apelowym, czwórkami, odbyło się odliczanie. Wydawało mi się, że trwa ono w nieskończoność, w każdym razie kilka razy. Elegancko ubrani panowie zapisywali liczbę osób. Po tym odczuliśmy wielką ulgę. Znowu kazano nam iść wzdłuż tych namiotów Zeltlager. Niemcy chyba nie bardzo wiedzieli, co z nami począć. Strażnicy nam mówili, że przejdziemy przez komin, bo tylko jedno jest dla nas wyjście. Wspominali ten piec krematoryjny. Zresztą tam się dym wydobywał. Kiedy myśmy pytały jakiegoś strażnika – to był chyba Węgier – odpowiedział łamaną polszczyzną, że „to jest tylko dla was wyjście”. To nas utrzymało po wojnie w przekonaniu, że ten transport z powstania był skazany na zagładę i wybawienie zawdzięczaliśmy tej delegacji, która przyjechała i zobaczyła, że to nie są bandyci, jak mówili na tych pracujących w kamieniołomach, tylko kobiety, dziewczęta, po części zakonnice.

Trzymali nas w tych namiotach wojskowych Zeltlager. I po kilku dniach grupami, w różnym czasie, zaczęli nas wywozić. Moja ciotka z dwiema córkami znalazła się w fabryce amunicji. Właściwie z jedną, z Hanią, bo Urszula trafiła do Kaplitz razem ze mną, z moją matką i z innymi. Miasteczko Kaplitz, które teraz jest w ramach państwa czeskiego i nazywa się Kaplice, wtedy to było Kaplitz pisane przez „tz”.

Jak wyglądał pobyt w Kaplitz? Czy trafiła Pani do obozu pracy przymusowej?

Zatrzymano nas w szkole, w budynku szkolnym. Przyszli jacyś Niemcy i powiedzieli, że odbędzie się targowisko, że przyjadą okoliczni chłopi i sobie wybiorą ludzi do pracy. Moja mama kurczowo trzymała mnie za rękę i mówiła: „Słuchaj, pamiętaj, nie damy się rozdzielić; najwyżej zginiemy razem”. Taka dominowała w nas myśl i przekonanie, do końca. I nadszedł dzień tego targu. Poszliśmy tam wszyscy i chłopi wybierali sobie ludzi. Nas nie chciano wybrać, bo mnie mama trzymała za rękę i mówiła, że musimy być razem. W końcu dostaliśmy się do takiego gospodarza, który miał jedną rękę sparaliżowaną. Mówił właściwie po czesku. I on powiedział, że będę pracowała w kuchni, a moja mama na roli. Okazało się, że musiałam ciężko pracować, bo nosiłam pojemniki z płynem do karmienia zwierząt, a zwierząt było dużo. Muszę powiedzieć, że wyjątkowo okrutni to byli ludzie – zupełnie bez litości. O trzeciej rano następowała pobudka. I w zimę, i w lecie, ale lato to było łatwo przeżyć, spaliśmy na klatce schodowej, gdzie biały mróz był od wewnątrz – przy naszym łóżku, takim, przy którym ja z mamą spałam. Gospodarz stawał na podwórku – wszystkie zabudowania usytuowano koliście – i wołał moją matkę. Matka podała mu nie swoje imię. Jak pytał, matka powiedziała: „Barbara”. „Barbara!”. I tak się darł długo, aż myśmy zeszły do pracy. O trzeciej rano szłam do czyszczenia zwierząt. Potem do karmienia. Jeśli chodzi o wyżywienie, też było okrutne, bo dostawaliśmy trzy razy dziennie coś, co się nazywało melzupa. To znaczy: na śniadanie to była woda zaprawiona tylko mąką. Moim zadaniem było krojenie chleba na strychu, kroiłam ten chleb na kawałki i gospodyni rzucała hojną ręką garstkę taką do wspólnej misy. Melzupa to była woda z mąką bez mleka, tylko z rzuconymi kawałkami chleba, rano i wieczorem. A w południe był kawałek słoniny. Widocznie gdzieś w kominie musiała być suszona czy coś, bo w tej zupie pływał taki czarny osad. Więcej nic. Osiem miesięcy tam pracowałam. Bardzo ciężko. Przy młóceniu musiałam snopy podawać. Najgorsze było karmienie zwierząt, wypasanie ich. Wszystko to było dla mnie, młodej dziewczyny, bardzo męczące. Bałam się tych zwierząt, niektóre były napastliwe. Ta gospodyni była taka perfidna, że dla swojej rodziny – miała syna rok młodszego ode mnie – wypiekała ciasta, biszkopty, a mnie kazała żółtka kręcić i z daleka patrzyła, czy nie zjadam, czy łyżki nie oblizuję. Jak wypasałam krowy, to zdarzało się, że pod takim starym drzewem, jabłonią, jabłka sparciałe znajdowałam. Chwytałam więc to jabłko i czasem mogłam z niego coś jeszcze wyłuskać. Kiedy to się wreszcie po ośmiu miesiącach skończyło, pierwszym transportem, jaki był możliwy – w lipcu 1945 roku – wróciłam do kraju.

Razem z Pani mamą?

Tak. Moja mama mówiła: „Na gruzy, a do Warszawy”. To było jej hasło.

Stało się to tak: otóż pewnego dnia, to było chyba po 5 maja, przyszli dwaj polscy żołnierze i powiedzieli, że są desantem. Zapamiętałam, że to był dywizjon porucznika Króla. Dowiedzieli się o Polkach z powstania i nas szukali. Znajdowali się na takiej małej polance w lesie, daleko od nas. To była pierwsza nasza z nimi styczność. Powiedzieli nam, żebyśmy uciekały z tego miejsca, ponieważ te tereny wkrótce mieli zająć Rosjanie. Austriacy w tym okresie końca wojny panicznie bali się Rosjan. Nawet jak samolot pokazywał się gdzieś w górze, to wychodzili przed dom i mówili: „Russische, Russische”, i uciekali czym prędzej do środka. Byłyśmy więc zarażone tą atmosferą, a jeszcze ci żołnierze przyszli i powiedzieli, że tu mogą wkroczyć Rosjanie, bo to jest taka linia, jeszcze nieuzgodniona, graniczna. Czesi sobie rościli prawa do tych terenów i teraz Kaplice są w granicach ich państwa. Jak my się dowiedziałyśmy od nich, że trzeba uciekać, to nie wiedziałyśmy gdzie. Więc oni nam wytłumaczyli, że będą ewakuowani i że zostawią nam wóz z końmi. Powiedzieli też, w jakim kierunku mamy uciekać. Dołączyła do nas samotna młoda kobieta i pani z córką, która była w zaawansowanej ciąży, zresztą dziecko się urodziło w międzyczasie. Głównie chyba z uwagi na tę kobietę w ciąży, przydzielili nam dwóch mężczyzn.

Jeszcze muszę powiedzieć, że Niemcy, widząc swoją klęskę, się zmienili. Marzyli, żeby tylko dostać się na kwaterę, żeby dostać się do swoich rodzin. Oni byli już w demobilu i też właśnie albo końmi, albo wozami przedostawali się w kierunku zachodnim. I my swoim wozem, z tymi dwoma mężczyznami szliśmy jakiś czas z nimi. Chcieliśmy się dostać chyba do Regensburga, a stamtąd pierwszym transportem repatriacyjnym do Warszawy.

Czy jest Pani w stanie opowiedzieć więcej o tej powrotnej podróży do kraju?

Ta matka z córką były bardzo przedsiębiorczymi osobami. Nam zostawiły już narodzone małe dziecko, dziewczynkę. Zresztą odbył się chrzest w chałupie niemieckiej. Niemka dała nam książeczkę do nabożeństwa i ja byłam matką chrzestną tej dziewczynki – nadano jej imię Basia. Z tym, że po wojnie one chyba już tam zostały. Miały taki zamiar. Były możliwości o tyle, że w tej strefie, którą wyzwolili alianci, a myśmy się w niej znalazły, były wywieszki różne, że „przyjmiemy rodzinę”, „przyjmiemy osoby do Francji”, „do Stanów”, z adresami. Były możliwości, ale moja mama powtarzała uporczywie: „Na gruzy, a do Warszawy”. Ale wielu Polaków, znajdujących się między innymi wśród nas, decydowało się na pozostanie. Wahali się, prawda. Nie umieli od razu podjąć decyzji.

Już wiedziała Pani czy tylko przeczuwała, jak wygląda Warszawa, że jest tak bardzo zniszczona?

Widzieliśmy, jak spalili nasz dom idąc na Dworzec Zachodni. Orientowaliśmy się, co się dzieje z miastem.

Tym transportem dotarłyśmy do Warszawy przez punkt graniczny – szłyśmy bardzo długo. I szłyśmy, i jechałyśmy tym wozem. W Czechowicach-Dziedzicach dostałyśmy taką przepustkę i chyba sto złotych na przejazd. I tam było nawet napisane: „Prosimy władze administracyjne o udzielenie jak najdalej idącej pomocy”.

Przyjechałyśmy do  Warszawy. Nasz dom był spalony. Myśmy przyszły z mamą na to miejsce. Zatrzymałam się u cioci w Legionowie. Moja mama jest nauczycielką z zawodu, więc zaczęłyśmy się zastanawiać, co my w tym Legionowie będziemy robić. To był lipiec, niedługo wrzesień, miała się rozpocząć szkoła. Zamieszkałyśmy u drugiej cioci w Klarysewie, zresztą też nauczycielki – ona uczyła w Konstancinie-Jeziornie – gdzie było multum ludzi. Każdy, kto się zgłosił, znalazł jakiś kąt. Jakiś czas tam mieszkałyśmy. Mama znalazła pracę jako nauczycielka w szkole przy ulicy Grottgera 1 – uczyła młodsze klasy, głównie matematyki i biologii. Wtedy udało nam się przeprowadzić dzięki pomocy matki jednego z uczniów mojej mamy, która kącik nam dała, gdzie mogłyśmy zamieszkać. Potem mama jako nauczycielka wywieziona i zmaltretowana, dostała przydział na mieszkanie na Mokotowie, gdzie mieszka do dziś.

Jaki był los osób, z którymi Panie wyjechały do Niemiec?

Wiem, że najstarsza córka mojej cioci, Urszula, była u strasznego gospodarza, który jej na przykład taką łyżką dużą kazał czyścić ubikację stojącą na zewnątrz. Więc ona to bardzo przeżywała. Też ją głodzili. Wróciła bardzo schorowana. Zmarła, mając 50 lat.

Jeśli chodzi o sprawy mieszkaniowe, moja ciocia z córkami była w szczęśliwszej sytuacji, ponieważ jej mąż z synem i z młodszą córką jakoś uciekli z transportu i przedostali się pod Warszawę. Zaraz potem jak Niemcy opuścili stolicę mógł więc zająć wolne mieszkanie. Zamieszkali z jakąś starszą panią przy ulicy – ona korzystała z jednego pokoju, a oni zajmowali duży pokój z kuchnią.

A jaki był los Pani ojczyma? Rozumiem, że też przyjechał do obozu Dulag 121. Gdzie dalej został wysłany?

Został wysłany do pracy gdzieś na terenie Polski. Potem już wiadomości o nim moja mama nie miała.

Jeszcze może wspomnę, ponieważ jestem w toku załatwiania pewnej sprawy. Ta nasza rodzima szkoła przy ul. Czerniakowskiej 128, może Pani widziała, ocalała z uwagi na to, że ją Niemcy zajęli. Ale dzieci, nauczyciele zostali wyrzuceni.  Nawiązałam kontakt z dyrekcją i nauczycielami tej szkoły – teraz w tym budynku znajduje się liceum – proponując im, żeby zajęli się miejscem pochówku Basi Smakoszówny. Dlatego, że my już odchodzimy, jesteśmy coraz starsi. W tej chwili koledzy powstańcy zajmują się jeszcze mogiłami swoich towarzyszy, ale i funduszy coraz mniej. Szkoła bardzo chętnie podjęła moją propozycję.

Czy myśli Pani, że przeżycia związane z Powstaniem i pobytem w obozach miały długotrwały wpływ na Pani zdrowie i stan psychiczny?

Po tym wyżywieniu nędznym wróciłam do Polski z procesem gruźliczym lewego płuca. Ślady są do dziś. A skąd się o tym dowiedziałam? Stąd, że w Warszawie przy ulicy Wiejskiej 19 prześwietlano młodzież. I właśnie lekarka, która mnie prześwietlała, zawołała koleżanki i mówi: „Chodźcie, zobaczcie, jak samoistnie zachodzi proces uwapnienia”.

Jestem zdenerwowana, kiedy o tym wszystkim opowiadam. Kiedyś te wspomnienia do mnie nie wracały – byłam zajęta pracą, życiem osobistym, a teraz zaczęły wracać. Nawet w nocy się budzę i te wszystkie momenty sobie przypominam.

 

Powiązane hasła

”None