menu

Jasińska-Mrozińska Jadwiga – Exodus

Jasińska-Mrozińska Jadwiga – Exodus

Jadwiga Jasińska-Mrozińska, ur. w 1924 roku, podczas okupacji hitlerowskiej mieszkała wraz z rodziną w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej. Tam też spędziła pierwsze dwa tygodnie Powstania, podczas których mieszkanie Państwa Jasińskich służyło jako punkt opatrunkowy dla rannej ludności. 14 sierpnia Jadwiga Jasińska z matką, rodzeństwem oraz kuzynami zostali wygnani z domu do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd wywieziono ich do obozów pracy przymusowej w Hamburgu (Hamburg Wandsbek – Gustav-Adolf-Strasse, a następnie Hamburg Altona – Isebekstrasse). Do Polski wrócili dopiero w maju 1946 roku. W swojej relacji Pani Jadwiga przytacza słowa Kazimierz Brandysa: „wiedza o Warszawie wojennych lat starczy za wiedzę o wojnie”. Opowieść o wojennych losy jej rodziny, której członkowie przeżyli gehennę życia w walczącym mieście i wypędzenia oraz w zostali rozesłani ze stolicy do obozów koncentracyjnych oraz na tereny III Rzeszy, wydaje się być tego żywym przykładem. Prezentowane wspomnienia Pani Jadwiga spisała w latach 60. Zachowujemy ich oryginalny styl i słownictwo.

Od dawna miałam zamiar opisać przeżycia z pierwszych dni Powstania Warszawskiego oraz tułaczkę po wywiezieniu z Warszawy.  Apel do warszawiaków w kraju i na świecie ogłoszony w poczytnym tygodniku „Stolica” z zakreślonym terminem nadesłania relacji z tego okresu zdopingował mnie do zrealizowania tego zamiaru.

Przeżycia z okresu okupacji i Powstania, mimo że opisane już zostały w wielu publikacjach, na pewno nie są jeszcze kompletne, bo w każdym zakątku naszego kraju, a szczególnie w Warszawie, każda bez wyjątku rodzina w okresie od 1939 roku przeszła własną indywidualną gehennę.  We wstępie do „Miasta niepokonanego” Kazimierz Brandys napisał, że „wiedza o Warszawie wojennych lat starczy za wiedzę o wojnie”. Na pewno te słowa są w całej rozciągłości prawdziwe; Warszawa była i frontem i terenem, na którym w szczególny sposób wróg stosował swoje bestialskie metody gnębienia ludzi. Aresztowania, rozstrzelania, łapanki, rewizje, niepokój i lęk towarzyszyły nam przez wszystkie dni okupacji. Każde zatrzymanie się samochodu przed domem budziło w nas strach. Podczas łapanki w dniu 17 stycznia 1943 roku zatrzymano w 2-ch różnych punktach Warszawy moją siostrę i brata, a następnie wywieziono ich do Majdanka. Szczęśliwie udało im się uniknąć losu wielu Polaków zamordowanych w tym obozie. Drugi mój brat, złapany przez Niemców we wrześniu 1943 roku, zginął w obozie przejściowym na ul. Skaryszewskiej ratując się przed ucieczką.

Zmaltretowani okresem okupacji, która trwała całe długie 5 lat, w Powstaniu Warszawskim widzieliśmy perspektywy jakiejś zmiany, oczywiście na lepsze.

Pomoc z zewnątrz nie nadchodziła. Skazani byliśmy całkowicie na własne siły. Nieludzkie poczynania Niemców, jak masowe rozstrzelania ludzi na ulicach, palenie w piecach krematoryjnych, uchodziły bezkarnie, świat jakby o tym nie wiedział. Uważaliśmy, że nic gorszego spotkać nas nie może, bo w zasadzie doświadczyliśmy już wszystkiego.

Wybuch Powstania w dniu 1 sierpnia 1944r. zastał mnie w domu. Mieszkałam na Śródmieściu, w okolicy Alej Jerozolimskich. Tego dnia wróciłam wcześniej z pracy, około godz. 14-tej. Wyczuwało się pewien niepokój i oczekiwanie czegoś wielkiego. Brat mój tego dnia po raz trzeci wyszedł rano na zbiórkę i tym razem już nie powrócił do domu. Wiedzieliśmy, co oznaczało to tajemnicze wyjście.

Od godziny 5-tej po południu rozpoczęły się walki na ulicach Warszawy i wyjście z domu na ulicę było prawie niemożliwe. W ten sposób pozostali u nas trzej kuzyni, którzy odwiedzili nas tego dnia. Następnego dnia przyszła do nas koleżanka mieszkająca w okolicy Pl. Trzech Krzyży, która jako sanitariuszka transportowała do Szpitala Dz. Jezus ranna kobietę. Dowiedzieliśmy się, że w okolicy Pl. Trzech Krzyży ludność stawia barykady. W naszej dzielnicy słychać było tylko odgłosy walk ulicznych, ale z sąsiedniego domu z Al. Jerozolimskich docierała do nas pomoc w postaci żywności oraz wiadomości. Niemcy natomiast nękali nas strzałami z ukrytych pozycji.

Powstańcy nie dotarli jeszcze do tej dzielnicy. 5 sierpnia około godziny 4-tej rano przyczołgała się do nas ranna kobieta z ulicy Emilii Plater. Została postrzelona w udo serią z karabinu maszynowego. Głębokie rany nie pozwalały jej stanąć na nogi, całą twarz miała również pokaleczoną – widok był straszny.

Siostra moja opatrzyła starannie rany i odtąd pielęgnowałyśmy chorą w miarę naszych umiejętności i możliwości opatrunkowych.

Po południu przy przekopywaniu przejścia do sąsiedniego domu został postrzelony młody mężczyzna, który ostatkiem sił wpadł do naszego mieszkania po jakąś pomoc. Ułożyłyśmy rannego, opatrzyłyśmy rany. Miał ranę postrzałową ponad żołądkiem oraz zranioną silnie rękę. Najgorsza była pierwsza noc z naszymi rannymi. Na szczęście przetrwali oni tę noc. O przetransportowaniu ich do szpitala nie było mowy. Zatem domowymi środkami ratowałyśmy ich we własnym zakresie.

6 sierpnia znów mamy ranną, tym razem sąsiadkę postrzeloną w rękę przez okno.

8 sierpnia postrzelono chłopca, syna sąsiadów.

W naszym mieszkaniu był punkt opatrunkowy, ponieważ moja siostra marzyła wówczas o medycynie, miała w tym kierunku pewne zdolności i trochę praktyki.

11 sierpnia 1944r. odnotowałam w swoich zapiskach jako b. smutny dzień. Od rana można było zaobserwować na ul. Nowogrodzkiej tłumy ludzi opuszczających Warszawę. Jak się okazało, byli oni przymusowo wyrzucani z domów. Jedna z tych osób, znajoma nauczycielka, odłączyła się od grupy i zatrzymała nas. Wybuch Powstania zastał ją na ulicy i przez 10 dni przebywała w schronie. Była wycieńczona, głodna, u kresu sił. Gdy zorientowała się, że u nas jest szpital, radziła go natychmiast zlikwidować, bo to grozi wszystkim śmiercią. Niemcy bowiem rannych uważali za partyzantów i wszystkich rozstrzeliwali. Strasznie to nas przygnębiło. Nasi ranni czuli się możliwie. Młody mężczyzna po raz pierwszy od pięciu dni usiadł sam, co było dla nas wielką radością. Kobieta nie mogła stanąć ze względu na głębokie rany na nogach.

12 sierpnia około godziny 5-tej rano siostry moje z wielkim trudem odtransportowały naszą ranną do Szpitala Dz. Jezus, aby zapewnić jej jakąś opiekę, gdy Niemcy będą nas wyrzucać z domów.

13 sierpnia została zabita strzałem przez okno sąsiadka z I piętra. Pochowaliśmy ją w ogródku przed domem. Małymi jej dziećmi zaopiekowali się sąsiedzi.

Nadszedł straszny dzień – 14 sierpnia 1944r. Był on spokojniejszy od strzałów, ale gorszy od innych. Rano wtargnęli do naszego domu Niemcy. Wystarczyły dwa okropne słowa: „alles raus” i musieliśmy opuścić nasze mieszkanie. Matka moja w tym czasie smażyła placki na śniadanie. Część usmażonych placków z rondelkiem wzięłyśmy na drogę. Piszę o tym dlatego, że rondelek ten stał się później wielkim dobrodziejstwem dla wielu dzieci z naszego transportu.

Zabraliśmy tylko trochę niezbędnych rzeczy i ubranie oraz resztki sucharów i cukru przygotowane wcześniej na wszelki wypadek. Szliśmy na poniewierkę, nie wiedząc dokąd i na jak długo. Nie zamykaliśmy nawet naszych mieszkań, nie zabieraliśmy kluczy. Strzały nie ustawały. Prowadzono nas ul. Nowogrodzką, Koszykową, Raszyńską, Niemcewicza do Grójeckiej i na Zieleniak. Pierwszy postój mieliśmy na Nowogrodzkiej przy Instytucie Geograficznym. Zatrzymali nas Ukraińcy, rewidowali nasze skromne tobołki, zabierali co lepsze rzeczy, przede wszystkim obrączki, zegarki i złoto. Podobny obrazek powtórzył się na rogu Starynkiewicza, Niemcewicza oraz przy Zieleniaku. Ludzi na ulicach nie było widać. Na ulicy Niemcewicza na chodnikach wystawione były tapczany z pościelą, domy na Ochocie były popalone, co sprawiało straszne wrażenie.

Do Zieleniaka dotarliśmy w południe około godz. 12.30. Tutaj spotkaliśmy znajomych z okolicy, którzy opowiadali o strasznych przeżyciach w nocy. Wyciągano młode kobiety, gwałcono i w różny sposób maltretowano. Nasza grupa miała trochę szczęścia w tym wszystkim. Po jednogodzinnym postoju na Zieleniaku zarządzono dalszą wędrówkę do Dworca Zachodniego, a stamtąd do Pruszkowa. Łudziliśmy się, że może uda się nam zatrzymać na Włochach, gdzie mieliśmy rodzinę, ale okazało się to w naszych warunkach niemożliwe. Trzymaliśmy się w grupie 5-osobowej (matka, moje dwie siostry i brat), a ponadto dołączali do nas kuzyni oraz ranny z Warszawy.

Po kilkugodzinnym postoju w Pruszkowie, gdzie zatrzymano mojego starszego wujka oraz rodzinę z małymi dziećmi, załadowano nas w wagony towarowe (po około 70 osób w jednym wagonie) i wywieziono na zachód, w kierunku Łodzi. Na pierwszych stacjach w pobliżu Warszawy mieszkańcy wrzucali nam do wagonów przez uchylone drzwi żywność, a głównie chleb. Czuło się, że jesteśmy wśród swoich, którzy nam współczują i przeżywają naszą tragedię. Pociąg zatrzymano po kilku godzinach dopiero na ziemiach niemieckich . Po przekroczeniu granicy polskiej jechaliśmy w kierunku południowo-zachodnim najpierw na Drezno, potem przez Hof (?) do Linzu. Tutaj nastąpił jednodniowy postój. Zaprowadzono nas (transport liczył około 2000 ludzi – 30 wagonów towarowych) do parku, w którym dano nam jakiś gorący posiłek, a po kilku godzinach zarządzono kąpiel. Potrzebna nam była ta kąpiel, bo po tygodniowej poniewierce w wagonach byliśmy dostatecznie brudni i zmęczeni. Niestety kąpiel tę pamiętam jako koszmar i straszne poniżenie człowieka. Po oddzieleniu mężczyzn, pierwszeństwo do kąpieli dano kobietom, których było około 700. Zabrano nam wszystkie rzeczy, z ubraniem włącznie i oczekiwaliśmy nago na kąpiel około 7 godzin, stłoczone i zmaltretowane, nie wiedząc co nas czeka za drzwiami łaźni. Co pewien czas Niemcy przeciskali się wśród nagiego tłumu. Kolejno grupami po 40 osób wpuszczano kobiety do kąpieli i nikt nie wiedział jaki jest dalszy los wykąpanych. Kąpiel kobiet trwała do godz. 11 wieczorem, a potem rozpoczęła się kąpiel mężczyzn, która trwała do godz. 1-ej w nocy. Kobiety po kąpieli wpuszczono do sali, w której porozrzucany był cały nasz dobytek. (Niektórym kobietom wystrzyżono pasy na głowie). Każda grupa szukała swoich rzeczy. Widok był niesamowity. Na ogół nic nie zginęło na tym pobojowisku. Około godz. 3.30 rano wyprowadzono nas na dworzec w Linzu i załadowano do wymytych wagonów towarowych.                                                                                                             Mieszkańcy spokojnego miasteczka Linz na pewno nie wiedzieli o koszmarnej kąpieli w parku. Rozpoczęła się dalsza podróż w nieznane. Tym razem wieziono nas w kierunku Berlina, lecz nie przez Drezno, a przez Lipsk. W lesie (miejscowości nie znam) wyładowywano nas kilkakrotnie, lecz obóz miejscowy za drutami był już przepełniony warszawiakami i po prostu nie przyjęto naszego transportu. Po drodze z Linzu odłączono od naszego transportu, nie wiadomo kiedy, 15 wagonów, które odjechały w nieznanym nam kierunku.

Następnym etapem podróży i 3-dniowym postojem był obóz w Gross Schulzendorf pod Berlinem. Tutaj chociaż było spanie możliwe, na siennikach wypchanych paskami z papieru i kąpiel nieco lepsza niż w Linzu połączona z parówką odzieży. Mieszkaliśmy w barakach po 18 osób w jednym pokoju. Otrzymaliśmy tutaj gorące słabe posiłki. Obóz był za drutami, na rozległym terenie, ale miał tylko charakter przejściowy. Wolno nam było nawet wychodzić w pewnych godzinach poza teren szosą na odległość, o ile pamiętam, 200 metrów.

W drodze nasz ranny z Warszawy miał nową przygodę. Na jednym z postojów przy wchodzeniu do wagonu spadły na niego ciężkie drzwi wagonu i przygniotły mu stopę oraz zraniły głowę. Nowe obowiązki spadły znów na moją siostrę. Opatrunki jednak bardzo pomagały i po kilku kompresach zmienianych na postojach opuchlizna stopy zaczęła się zmniejszać. Po trzech dniach raniutko, około godz. 3-ej wyprowadzono nas z obozu w Gross Schulzendorf i załadowano znów na bocznicy kolejowej do wagonów towarowych, które dowiozły nas do Neumünster, do obozu przejściowego.

Obóz otoczony był drutami i pilnowali go strażnicy z psami. Wrażenie odnieśliśmy przykre. Warunki mieszkaniowe zastaliśmy tutaj fatalne. W barakach, w wielkich halach były tylko piętrowe pokłady z desek do spania, bez żadnych sienników. Życie było b. marne. Skromne posiłki 2 razy dziennie. W tych strasznych warunkach zachorowałam na anginę. Nie można było tu ujawniać choroby, bo mogłoby to spowodować odłączenie od najbliższych. Zdobyty z trudem chinozol i płukanie gardła w kawie, bo nawet wody nie można było dostać, jakoś pomogło i choroba minęła.

Oczywiście i tu zgotowano nam kąpiel podobną do tej w Linzu, a następnie przeprowadzono prześwietlenie płuc. Kilka osób podejrzanych o chorobę płuc zatrzymano w Neumünster, a wśród nich naszego rannego, prawdopodobnie z uwagi na przestrzelone być może płuca. 31 sierpnia 1944r., tj. po 3 czy 4 dniach pobytu w Neumünster, o świcie zebrano nas na dużym placu na terenie obozu, podzielono na grupy i kolejarze niemieccy wybierali nas sobie jak niewolników.

Na bocznicy kolejowej załadowano nas znów do wagonów i wieziono dalej, tym razem w kierunku Hamburga. Po drodze na stacjach kolejowych odłączano po 1-3 wagony.

Zostałam z grupą około 80 osób przywieziona do obozu w Hamburgu – Wandsbek Barak był nowy, prycze piętrowe z siennikami napchanymi słomą. Warunki były więc niezłe. Mieszkaliśmy w pokoju 14-osobowym.

Po 17 dniach podróżowania w okropnych warunkach i niepewności – znaleźliśmy jakieś schronienie.  3 września 1944r. w niedzielę przystąpiliśmy po raz pierwszy do pracy. Ciężka była ta praca. Łopaty, widły, których nie umiałyśmy trzymać właściwie, straszliwie nam dokuczały. Pęcherze na dłoniach zmęczonych dopełniały jeszcze kielicha goryczy.

Większą grupę młodszych kobiet, do których wówczas należałam oraz część mężczyzn wożono do pracy do Ahrensburga oddalonego około 30 km od Hamburga. Dzień nasz zaczynał się pobudką o godz. 5 rano. O godz. 6-tej rano pod strażą kolejarza szliśmy na dworzec w Wandsbeku (około 20 minut od obozu), a stamtąd jechaliśmy pociągiem do Ahrensburga. Pozostałe kobiety przeważnie starsze pracowały w Wandsbeku lub w kuchni, a moja matka opiekowała się dziećmi w wieku lat 6-8. Starsze dzieci 12-15 lat pomagały w zaopatrzeniu kuchni, przywoziły prowiant z Hamburga i pomagały w pracach porządkowych.

W Ahrensburgu pracowaliśmy głównie przy wymianie podłoża pod pokładami kolejowymi. Ziemię czy żużel zastępowało się kostką kamienną. Wyznaczono nam dziennie po 3 przedziały między podkładkami do wymiany na osobę. Dobrze trzeba było się napracować, aby sprostać tym ciężkim zadaniom. Niejednokrotnie trafił się grunt gliniasty, który wymagał zmiękczenia kilofem i wydobycia widłami, co było b. ciężkie. Wymagano od nas pracy dokładnej, a zupełnie nam nieznanej. Wydobyte stare podłoże na głębokości łopaty pod podkładkami ładowaliśmy na wagony kolejowe. Również i kostkę kamienną wyładowywaliśmy sami z wagonów widłami, których straszny zgrzyt pamiętam do dziś. Czasem, aby uniknąć tego zgrzytu robiłam to rękami, ale wtedy za wolno opróżniał się wagon. Nawet niemieccy robotnicy kolejowi współczuli nam niekiedy widząc nasz wysiłek przy tej ciężkiej pracy. Zdarzało się nawet czasem, że taki robotnik pod chwilową nieobecność majstra pomógł nam i fachowo trochę roboty zrobił za nas.

W okresie zimy, gdy niemożliwe było prowadzenie opisanej pracy, bo ziemia była zmarznięta, zamiataliśmy perony ze śniegu oraz czyściliśmy weksle, wyładowywaliśmy cegłę i robiliśmy różne prace na terenie dworca w Ahrensburgu.

Wracaliśmy z pracy około godziny 17.30 i dopiero wówczas w naszym baraku mieliśmy obiad, tzn. jakąś zupę, najważniejsze, że gorącą i gotowaną w naszym baraku przez kobiety z naszego obozu przydzielone do pracy w kuchni. Do pracy braliśmy otrzymywany kawałek chleba, trochę margaryny, czasem kwaśny twaróg i marmoladę. Oczywiście chleba zawsze było za mało. Odczuwało się to tym bardziej, ze cały czas pracowaliśmy na powietrzu. Jako wyposażenie otrzymaliśmy spodnie i bluzy drelichowe, które chroniły nieco nasze ubrania oraz buty drewniane.

W obozie nie było nawet kubeczków do kawy, lecz jedynie miski. Dopiero po pewnym czasie udało nam się zaopatrzyć w garnuszki i szczoteczki do zębów. Jakkolwiek w naszych pokojach (stubach)/ były piecyki z rurą, to jednak nie zatroszczono się o opał. Musieliśmy zorganizować więc ogrzewanie na własną rękę. Pracowaliśmy na kolei gdzie o brykiety nie było trudno. Każdy w drodze do domu postarał się o jedną brykietę i jakoś zimę przetrwaliśmy. Brykiety trzymaliśmy w łózkach (pryczach) w ukryciu.

Muszę wspomnieć jeszcze o nalotach. Prawie każdego dnia o godz. 22.30 były alarmy i wówczas po prostu zmuszano nas do pójścia do schronu znajdującego się w pobliżu naszego baraku. Naloty trwały czasem i kilka godzin. Mimo, że każdy nalot był dla nas przeżyciem, czekaliśmy na nie, ponieważ wydawało nam się wówczas, że coś się dzieje, że jednak jeszcze może coś się odmienić w naszym beznadziejnym życiu.

Stosunki międzyludzkie panowały w naszym obozie poprawne. Wszyscy mieliśmy jednakowe prawa, to samo skromne jedzenie, jednakowe prycze, koce, żadnych przywilejów – nie mieliśmy więc powodów do nieporozumień. Łączyła nas jedna bieda. Opiekę nad nami sprawował lagerführer – Niemiec przy pomocy jednego z Polaków z naszego transportu, inwalidy znającego trochę język niemiecki. W obozie nie mieliśmy nic do powiedzenia, przeto unikaliśmy lagerführera i scysji z nim, bo siły były zupełnie nierówne.

Polacy, którzy wcześniej byli wywiezieni na roboty do Niemiec byli w znacznie lepszych warunkach, zwłaszcza zaś ci pracujący u rolników (bauerów). Nawet jeńcy pracujący mieli warunki dużo lepsze od nas. Otrzymywali oni paczki z Czerwonego Krzyża i mogli czasem coś wymienić na chleb. Chociaż nam nie wolno było kontaktować się z jeńcami, groziło to bowiem wywiezieniem do obozu koncentracyjnego – przemycano nam niekiedy kartki na chleb. Spotykaliśmy się najczęściej w drodze do pracy.

Opiekę lekarską mieliśmy zabezpieczoną o tyle, że raz w tygodniu przyjeżdżał lekarz, zapisywał czasem lekarstwa chorym, b. rzadko dając zwolnienie. Z uwagi na złe warunki i niedożywienie występowały często czyraki i świerzb.

Moja siostra (z uwagi na to, że uczęszczała w Warszawie do szkoły sanitarnej) pomagała przy opatrunkach i smarowaniu dotkniętych świerzbem. Miała więc dodatkowe zajęcie po pracy.

Pierwsze listy z Polski otrzymaliśmy dopiero w listopadzie 1944r. Były to odpowiedzi na nasze listy z m-ca września. Jakaż to była radość, gdy dowiedzieliśmy się o naszych bliskich, ich troskach i kłopotach, ocaleniu, wysiedleniu i życiu w odmiennych zupełnie warunkach. Dowiedzieliśmy się, że brat mój prawdopodobnie jest w Austrii. Kontakty nawiązywaliśmy dzięki rodzinie zamieszkującej we Włochach oraz znajomych z Grodziska Mazowieckiego. Moi znajomi z Warszawy znajdowali się bądź w Milanówku, Błoniu czy też w Grodzisku.

Otrzymaliśmy nawet 2 paczki do 1 kg, bo tylko takie można było wysyłać, ale produkty żywnościowe były ze względu na długą 6-tygodniową drogę już zepsute.

11.I.1945r. otrzymaliśmy b. ciekawy list od kuzynów z Włoch pod Warszawą. Dowiedzieliśmy się, że nasz dom w Warszawie jest całkowicie spalony, ale jednocześnie w tym samym liście była i miła wiadomość z podanym adresem naszego brata. Bezpośrednie listy od brata z obozu w Salzburgu otrzymaliśmy dopiero 16.III.1945r.

Życie religijne w pierwszych miesiącach naszego pobytu w obozie ograniczało się jedynie do modlitwy prywatnej. Dopiero pod koniec października zaczęliśmy chodzić do kościoła katolickiego na Wandsbeku w co drugą wolną od pracy niedzielę. Była to niewielka kaplica i kiedyś ze względu na panujący tłok wyproszono Włochów wyróżniających się charakterystycznym wyglądem. Odczuliśmy to jako policzek i dla nas Polaków. W następnym okresie chodziliśmy do dużego kościoła w Hamburgu. Pewnej niedzieli podczas silnego nalotu ksiądz był zmuszony przerwać mszę św. i przeprowadził wszystkich uczestników nabożeństwa do schronu – bunkra, nie wyłączając obcokrajowców. Normalnie do schronów niemieckich nie wolno nam było chodzić. Bunkry, tj. schrony w kształcie 10-piętrowych domów bez okien, jak również schrony tunele pod Hamburgiem były dla nas niedostępne. Spowiedź odbywaliśmy w języku polskim, bo nie wszyscy znali niemiecki. Święta Bożego Narodzenia 1944 roku, smutne święta na obczyźnie, dzięki Polakom przebywającym tu dłużej mieliśmy nieco przyjemniejsze. Zorganizowano nam choinkę i opłatek. Śpiewaliśmy nasze polskie kolędy. Przyszli do nas znajomi z innych lagrów, a nawet Włosi i jeńcy w przebraniu cywilnym. Nasz lagerführer jednak czuwał. Niby podobał mu się śpiew naszych przepięknych kolęd, ale myślał o czymś innym, jakby nam dokuczyć.

W pewnym momencie zaczął sprawdzać dokumenty osób spoza naszego lagru. Miły nastrój prysł. Nasi goście musieli uciekać nawet przez okna.

Sylwester 1944/45 nie wyróżniał się niczym od innych obozowych dni.

Po 15.I.1945r. zaczęły do nas dochodzić ciekawe wiadomości o sytuacji politycznej i wielkiej ofensywie w kierunku Berlina. Dodawało to nam wielkiej otuchy i siły do przetrwania.

5.II.1945r. zarządzono nam przeprowadzkę do innego obozu w Hamburgu na przedmieście Altona przy ul. Isebekstrasse. Warunki w tym baraku były gorsze, panowała wilgoć, spaliśmy na wiórach luzem wypełniających prycze. Było tutaj nas około 150 osób. Spotkaliśmy się znów ze znajomymi z naszego transportu, odłączonymi do pracy na innych stacjach. Pod względem wyżywienia było tutaj również znacznie gorzej, często odczuwaliśmy po prostu głód. Przywożono nam kocioł z jedzeniem, czasem zupełnie niejadalnym (zmrożone kartofle, stęchła zupa).

W pokojach (stubach) nie było ani stołów, ani ławek.

Praca nasza polegała teraz głównie na rozbiórce gruzów i czyszczeniu cegieł. Była to więc praca jeszcze gorsza, bo nie tylko ciężka ale i brudna. Kurz zasypywał nam oczy. Niemcy chcieli nam wyznaczyć jakieś normy do tej pracy, ale brak odpowiednich narzędzi i sprzętu uniemożliwił te zamiary na szczęście.

Znów docierały do nas jakieś ciekawe, chociaż niepewne wiadomości, a to o mającym nastąpić desancie na Hamburg, a to wywożeniu obcokrajowców do krajów neutralnych, a to o przewidywanym zakończeniu wojny za 2-3 miesiące.

W Niedzielę Palmową z trudem udało nam się pójść do kościoła po południu (całe rano trwał alarm). Gałązki borówek zastępowały nam palmy. Wielki Piątek był dniem wolnym od pracy. Rano byliśmy w kościele. Nie odprawiało się tutaj tak uroczyście jak u nas w Polsce.

Po godzinie 12.00 rozpoczął się straszny nalot na Altonę. Przeżyliśmy ciężkie chwile. Dookoła wzniecano pożary. Nawet nasz barak ucierpiał od odłamków, w naszym pokoju była również dziura. Po południu poszliśmy do pracy przy usuwaniu skutków bombardowania. Zasypywaliśmy olbrzymi lej po bombie przy świetle pochodni zawieszonych na drzewach. Około godz. 21.00 nowy nalot przerwał tę naszą pracę. W popłochu uciekliśmy do schronu.

W ciągu całego kwietnia naloty były bardzo częste i groźne.

Około 14.4 dotarła do nas wiadomość o śmierci prezydenta Roosevelta. Dzień 2.V.1945r. był ostatnim dniem naszej pracy. W nocy z 2 na 3 maja radio niemieckie zaczęło nadawać komunikaty, aby nikt nie wychodził na miasto aż do odwołania. A więc koniec naszej pracy w obozie.

Dotarła do nas także wiadomość o śmierci Hitlera.

Na nasze szczęście podjęto decyzję o oddaniu Hamburga bez walki.

Od 2 do 4.V. trwała blokada, nie wolno było wychodzić w ogóle na ulicę. I w tym czasie Anglicy weszli do miasta. Przygotowaliśmy oznaki biało-czerwone i czekaliśmy na przyjęcie Anglików w naszym obozie. Zorganizowaliśmy w obozie majowe nabożeństwo, a po ich zakończeniu swobodnie śpiewaliśmy „Boże coś Polskę”. Anglicy przyszli do nas 7 maja. Przyjęliśmy ich z entuzjazmem i ze łzami nieopisanej radości. Anglicy postarali się od razu o dostarczenie nam żywności, bo byliśmy po prostu wygłodzeni. Od 3.V. Niemcy nie przywozili nam w ogóle nic do jedzenia, a zapasów nie mieliśmy żadnych.

Do sprzątania baraków sprowadzano Niemców. Zmieniły się więc role. Oficjalnie witaliśmy Anglików w naszym obozie jako wybawców w dniu 9.V. 1945r. Major angielski i grupa żołnierzy pilnujących naszego obozu zostali obrzuceni kwiatami. Radość nasza była bezgraniczna. Odczuwaliśmy jedynie brak znajomości języka angielskiego. Codziennie nowa grupa młodych Anglików przyjeżdżała do pilnowania naszego obozu. Byli to przeważnie młodzi, przemili i serdeczni chłopcy.

Do 20.V. czas nam schodził na wypoczynku i leniuchowaniu. Zresztą wypoczynek naprawdę był nam potrzebny.

Tego dnia Anglicy zarządzili przeprowadzkę do innego oddalonego zaledwie o 5 minut obozu na Kieler Strasse. Tym razem mieliśmy do przeprowadzki samochody do dyspozycji, nie była więc ona bardzo uciążliwa.

2.VI.45r. zarządzono znów przeprowadzkę. Tym razem do dużego obozu na terenie koszar niemieckich w Wenforfie pod Hamburgiem. Obóz liczył około 20 tys. ludzi. Był to obóz wojskowy dla różnych narodowości pod zarządem angielskim z udziałem polskich oficerów. Otrzymaliśmy tu dla naszej 5-osobowej rodziny bardzo ładny duży pokój na parterze, z prawdziwymi łóżkami i siennikami. Zaczęło organizować się normalne życie. Powstały szkoły, szpital, świetlice, a w garażu mieliśmy kaplicę, w której odprawiał polski ksiądz. W okresie do maja 1946r. udzielono około 600 ślubów. Wyposażenie do kaplicy z drzewa, obraz Matki Boskiej Częstochowskiej ułożony ze znaczków pocztowych, obrus, wszystko było wykonane przez obozowiczów. Powstało również studio obozowe, orkiestra i chór. Coraz były apele do zgłaszania się do różnych prac w obozie, zarówno fachowych jak i porządkowych.

Powitanie biskupa Gawliny w obozie Wenforf, 1945 r. Fot. z pryw. arch.

Pracę w kuchniach i stołówkach podejmowali przeważnie młodzi mężczyźni, wygłodzeni w obozach niemieckich. Organizowano także różnego rodzaju kursy zawodowe, mechaniczne, samochodowe, kroju i szycia, języków obcych itp.

W takich warunkach oczekiwaliśmy na transporty do Polski. Siostry moje pracowały – jedna w szpitalu, druga prowadziła kursy kroju i szycia, brat rozpoczął naukę w szkole (w gimnazjum), ja zaś pracowałam w obozowym biurze pracy.

Transporty do Polski miały rozpocząć się około 20 września 1945r.

W pierwszej kolejności wyjeżdżali z obozu Włosi, Francuzi i Belgowie, którzy mieli zapewniony transport.

Niektórzy Polacy na własną rękę opuszczali obóz, przed czym jednak przestrzegano, gdyż w drodze zdarzały się jeszcze różne incydenty.

We wrześniu przeprowadzono szczepienia przeciwtyfusowe. Wydawało nam się wówczas, że to są przygotowania do powrotu do Polski, oczekiwanego z wielkim utęsknieniem. Pragnęliśmy być wśród swoich.

W połowie września Anglicy zaczęli sporządzać specjalne listy Polaków. Traktowaliśmy to również jako przygotowania przedwyjazdowe.

Pierwszy transport do Polski odszedł z naszego obozu 23 października 1945r. Liczył on około 2000 osób, w tym 1500 z naszego obozu. Następny transport liczący około 2000 osób odszedł 4 listopada – odjechało wówczas wiele znajomych osób.

W pierwszej kolejności wyjeżdżali rozłączeni od rodzin. Moja rodzina nie została zakwalifikowana na wyjazd pierwszymi transportami, ponieważ byliśmy tutaj razem.

W listopadzie jedna z moich sióstr wyjechała do Monachium, aby zorientować się o możliwościach studiowania medycyny na Uniwersytecie „Unrra” i została przyjęta na tę uczelnię.

W związku ze zbliżającymi się świętami w obozie zaczęto przygotowywać jasełka na Boże Narodzenie napisane przez jednego z obozowiczów. Piękne to były jasełka. Wykonali je mieszkańcy obozu. Stroje do niektórych ról były wypożyczone z teatru w Hamburgu. Święta Bożego Narodzenia 1945r. chociaż znacznie milsze od tych z poprzedniego roku jednak były smutne.

Karta z życzeniami na Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok – 1946. Flagami zaznaczone są prawd. miasta, w których podczas wojny znajdowały się niemieckie obozy w okolicach Hamburga. Źródło: pryw. arch.

Tęskniliśmy za krajem, za bliskimi. 23 stycznia 1946r. przeżyliśmy wielką radość. Odwiedził nas brat przebywający wówczas we Francji. Nie widzieliśmy się prawie półtora roku, mieliśmy wiele do opowiadania, zwłaszcza że był to okres obfitujący w ciekawe zdarzenia. Na wyjazd do Polski najbliższym transportem zdecydowałyśmy się ja, moja matka i brat, bowiem jedna z sióstr studiowała w Monachium, druga wyszła za mąż i postanowiła jeszcze trochę pozostać w obozie do czasu dokąd my nie zorientujemy ich o sytuacji mieszkaniowej w Polsce. Wiedzieliśmy, że mieszkanie w Warszawie mamy spalone, że czeka nas na pewno niełatwe życie. Chwilowo mieliśmy zapewniony azyl u rodziny w Warszawie, której mieszkanie szczęśliwie ocalało.

Nadszedł upragniony dzień powrotu do Polski 8 maja 1946r. Samochodami odtransportowano nas do Lubeki, gdzie oczekiwaliśmy na transport morski 5 dni. Mieszkaliśmy w obozie „Niespodzianka”. Życie było tam trudne, b. słabe wyżywienie i nie najlepsze warunki lokalowe.

W dniu 13 maja 1946r. zostaliśmy załadowani na statek transportowy; w dniu 15 maja dobiliśmy do Szczecina. Tam dowieziono nas do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w celu dopełnienia różnych formalności rejestracyjnych. Po południu udaliśmy się w dalszą podróż w kierunku Warszawy. W tym czasie niełatwo się podróżowało. Dotarliśmy do Warszawy dopiero 18 maja, po dłuższym postoju w Łodzi.

Zatrzymaliśmy się u rodziny w Warszawie na Woli. W ocalałym 2-pokojowym mieszkaniu wujostwa było nas 10 osób, a po powrocie drugiego mojego brata 11 osób (w tym kilka rodzin). 5-osób – rodzina gospodarza, 4 osoby moja rodzina, kuzyn z Wrocławia i kolega wujka ze szpitala w Milanówku. Warunki były więc trudne.

Od 1 czerwca 1946r. podjęłam pracę w Warszawie.

Po trzech miesiącach znaleźliśmy u znajomych we Włochach nowe pomieszczenie. Tym razem w 2 – pokojowym mieszkaniu było nas 5 osób, a więc trochę luźniej. Gdy zamieszkaliśmy sami  jednym oddzielonym od reszty mieszkaniu pokoju, wydawało nam się, że to rozwiązanie jest dużo lepsze. Mogliśmy podejmować jakieś decyzje co do urządzenia naszego skromnego domu i nie mieliśmy konfliktowych spraw związanych ze wspólną kuchnią. Bracia moi pracowali i uczyli się jednocześnie, wracali o różnych porach do domu i nie krępowało to nikogo.

W grudniu 1948 roku wróciła do Polski moja siostra z Monachium przed zakończeniem studiów. Tęsknota nie pozwoliła jej dłużej pozostawać poza krajem. W naszym niewielkim pokoju służącym za kuchnię i łazienkę było nas 5 osób. Czuliśmy się jednak u siebie. Mieliśmy nadzieję na lepsze jutro. Wierzyliśmy, że ten trudny okres minie, Warszawa odbuduje się. Doczekaliśmy szczęśliwie pięknie odbudowanej Warszawy.

Praca naszego pokolenia przyniosła wspaniałe efekty. „Niezapomniane przeżycia tamtych dni” na szczęście pozostały już tylko we wspomnieniach.

 

Powiązane hasła

”None