menu

Jaskulski Kazimierz – Mój dom był na Chmielnej

Jaskulski Kazimierz – Mój dom był na Chmielnej

Kazimierz Jaskulski, ur. w 1932 roku, podczas wybuchu Powstania mieszkał na warszawskim Śródmieściu. Do obozu Dulag 121 został wypędzony wraz z matką po jego kapitulacji. Z Pruszkowa zostali przewiezieni do Wrocławia (Breslau), a następnie skierowani do obozu przejściowego w dzielnicy Sołtysowice (Burgweide). Stamtąd zostali wywiezieni na roboty przymusowe do Przeworna,  gdzie dwunastoletni Kazimierz Jaskulski pracował w warsztacie stolarskim, a następnie do Chałupek. Po wyzwoleniu matka z synem wrócili do Warszawy. Całość relacji została opublikowana w wydawnictwie Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo („Moje wojenne dzieciństwo”, tom nr 18, wspomnienie pt. „Mój dom był na Chmielnej”).

Ulica Chmielna, przed 1939 r. Fot. z: „Warszawa na starej fotografii”, Andrzej Jeżewski, Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, Warszawa 1960, p. 28

[…] Z chwilą wybuchu Powstania Warszawskiego – 1 sierpnia 1944 roku – miałem 12 lat i sześć miesięcy. Za sobą miałem 5 wojennych lat, w tym około 10 miesięcy podziemnego harcerstwa, skończoną szóstą klasę szkoły powszechnej, dwa i pól roku bez ojca.

Już około godziny 16 na Chmielnej dało się zauważyć zwiększony ruch młodych ludzi, przemieszczających się w różnych kierunkach. Czuło się atmosferę niepokoju. Minął już okres ciągnących się Alejami Jerozolimskimi, ze wschodu na zachód, taborów konnych z uciekinierami niemieckimi. Jeszcze pamiętam ich zmęczone i wystraszone twarze, niektóre o rysach azjatyckich. Byli to volksdeutsche, reichsdeutsche i inni niemieccy sługusi z rodzinami, uciekający przed nadchodzącym Frontem. Wielu uzbrojonych w karabiny, których dotąd nie widziałem. Większość z nich jechała na małych rosyjskich furkach, na kołach z żelaznymi obręczami i z dwoma dyszlami połączonymi pałąkiem, ciągnionych przez jednego małego konia. Na zachód podążały też cale transporty wojska. Warszawa cieszyła się, bo zapowiadało to bliski koniec okupacji. I nagle w końcu lipca kierunek się zmienił. Teraz na wschód pędziły kolumny niemieckiego wojska. Świadczyło to, że Niemcy nie uciekają, lecz będą się bronić. Jeszcze jednym symbolem zbliżającego się frontu były niemieckie obwieszczenia pisane tylko w języku polskim, skierowane do warszawiaków. Apelowali w nich o zgłaszanie się do przygotowania okopów, by „Cud nad Wisłą” jeszcze raz się powtórzył. Nienawiść do okupanta była jednak tak duża, że ochotników nie było.

Tuż przed godziną 17-tą z bramy domu zobaczyłem na ulicy pierwszego młodego mężczyznę z biało-czerwoną opaską na ręku. O piątej słychać było pojedyncze strzały, a od czasu do czasu serie z broni maszynowej. W rejonie naszego domu nie było starć. Mieszkańcy byli całkowicie zdezorientowani. Dopiero o zmierzchu wrócił do domu jeden z sąsiadów, pan Solarski, kierowca ZOM-u, który powiedział nam, że wybuchło powstanie.

W nocy z 1 na 2 sierpnia padał deszcz. Rano powstańcy wezwali mieszkańców do budowy barykad i przekuwania przejść pomiędzy przyległymi budynkami. Ja uczestniczyłem przy stawianiu zapory na ul. Chmielnej, tuż przy wschodnim rogu ul. Sosnowej. Barykadę budowaliśmy z płyt zrywanych z chodników, z bazaltowych kostek jezdni oraz z innych niepalnych rupieci wywleczonych z domów. Nikt się nie oszczędzał. Kto tylko mógł przyczyniał się do jej wznoszenia, uważając, że w ten sposób zabezpieczy nasz rejon przed wejściem Niemców od strony ul. Marszałkowskiej i Dworca Głównego.

Po kilku godzinach intensywnej pracy wyślizgnęła mi się z rąk ciężka, nasiąknięta wodą płyta chodnikowa, raniąc palce prawej stopy. Kontuzja zmusiła mnie do ograniczenia ruchliwości prawie na miesiąc. Drugą barykadę, na wysokości domu Chmielna 63 – przeciwczołgową, z szerokim i głębokim wykopem w poprzek ulicy, wybudowano kilka dni później, ale bez mojego udziału. Pamiętam, że kiedyś w tym dole zabito konia na mięso, które sprzedawano.

Na sąsiedniej posesji pod numerem 61 mieściła się drukarnia Wierzbickiego, a od frontu w trzypiętrowej kamienicy część mieszkalna. W obiekcie tym stacjonował harcerski oddział przeciwlotniczy ze zgrupowania „Gurt”. Imponowali mi ci chłopcy. Wszyscy byli starsi ode mnie, mieli takie fajne pseudonimy jak „Orlik”, „Ryś”. Ubrani byli różnie, ale dominował przedwojenny strój harcerski. Wielu chodziło w krótkich spodenkach i z chustami na szyi. Przed budynkiem stał na warcie harcerz z wiatrówką na ramieniu. Kilku nosiło pistolety i granaty. Na teren „wojskowy” tego domu cywilom nie wolno było wchodzić. Zastanawiałem się, czym ten oddział przeciwlotniczy miał walczyć, bo chyba nie miał żadnego karabinu maszynowego, nie mówiąc już o działku.

Strach przed bombardowaniami i ostrzałem artyleryjskim spowodował, że prawie wszyscy lokatorzy przenieśli się do piwnic. Korytarz piwniczny zastawiony był siennikami, materacami, łóżkami, w tym także naszą kozetką przeniesioną z kuchni, na której spałem z mamą i małymi kotkami. Na dzień, w miarę możliwości, legowiska były uprzątane. Gotowało się w kuchni, w naszym mieszkaniu na parterze. Korzystali z niej również sąsiedzi mieszkający na wyższych piętrach. Szczególnie zadomowiła się pani Bychawska z córkami Mirką i Danką. Danka stała się moim najlepszym kumplem, chociaż była starsza o jakieś dwa lata. Ojciec jej przebywał w obozie jenieckim.

Wojna powodowała konieczność gromadzenia zapasów żywności. To one umożliwiły nam przetrwanie powstania. Podstawowym posiłkiem był pęczak z sosem pomidorowym. Pomidory mama co rok przygotowywała na zimę w butelkach. Gdy były trudności z nabyciem chleba, mama sama go pieklą. Chyba dwa lub trzy razy udało się kupić koninę za pieniądze okupacyjne, po paskarskich cenach. Konina była z koni browaru Haberbusza. Byli też „amatorzy” gołębi łapanych w siatki lub zabijanych przez powstańców śrutem. Warzyw nie było. Walutą wymienną były m.in. papierosy i alkohol. Największy kłopot miała pani Lenczewska z wykarmieniem swego niemowlęcia.

W pierwszym okresie powstania wodę można było pobierać z kranów w głębokich piwnicach. Taka była pod numerem 57. Później czerpaliśmy wodę ze specjalnie wykopanej studni na podwórku przy ul. Sosnowej 1 lub 3, stojąc w bardzo długiej kolejce.

W miarę upływu czasu głód coraz częściej zaglądał ludziom w oczy, szczególnie tym ze zburzonych lub spalonych domów, samotnym i zagubionych w mieście. Ci, z kawałkiem białego płótna na patyku, w oznaczonych na ulotkach miejscach i godzinach, przechodzili na stronę niemiecką. Najbardziej dały się nam we znaki bombardowania i ostrzeliwania artyleryjskie z działa kolejowego zwanego „grubą bertą” i wyrzutni rakietowych zwanych „krowami” lub „szafami”. Przed tymi ostatnimi można było zdążyć ukryć się w schronie, ponieważ wybuch poprzedzony był kilkoma rykami. Oprócz tego ostrzeliwano nas z dział czołgowych i artyleryjskich. Pociski bardzo często posiadały ładunek przeciwpiechotny, zapalający i napalm. Napalm powodował pożary oraz śmierć lub poranienie na skutek poparzenia gorącą lawą. Natężenie nalotów zmniejszyło się dopiero pod koniec powstania.

W rejonie Chmielnej, graniczącym ścianami szczytowymi budynków z terenem kolejowym Dworca Głównego (zajętym przez Niemców), na odcinku pomiędzy Wielką i Żelazną, bezpośrednich walk nie było. Kilka razy był ostrzał z czołgów przemieszczających się w Alejach Jerozolimskich. Szczególnie ucierpiała ludność zamieszkała w domach po stronie parzystej, od numeru 72 do ul. Wielkiej. Chwile spokoju karciarze wykorzystywali na brydża lub pokera.

Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko naszego domu, została zbombardowana i w wyniku tego całkowicie zburzona, narożna kamienica – Sosnowa 1. Przez pewien czas otoczenie jej znajdowało się w tumanie pyłu, który przykrył wokół teren i pokrył ludzi znajdujących się w pobliżu. Zginęło tam wiele osób i dużo było rannych. W czasie tego nalotu byłem na naszym podwórku. Biegnąc do schronu kątem oka zdążyłem jeszcze zauważyć lecące bomby, które wybuchły kilkadziesiąt metrów dalej. Niesamowity strach, a może detonacja spowodowały, że nie zauważając schodów, w jednej chwili, znalazłem się na dnie piwnicy.

W początkowym okresie entuzjazm z uzyskanej wolności był szalony – szczególnie wśród ludzi młodych. Wierzono, że powstanie zakończy się zwycięstwem. Wiadomości o przebiegu walk docierały do nas od ludzi poszukujących w mieście swoich bliskich, powracających z miejsc odciętych wybuchem powstania, od handlarzy i z gazetek różnych ugrupowań, a szczególnie z „Biuletynu Informacyjnego”. Odbywały się też pogadanki organizowane przez wojsko. Zrzucane były ulotki z sowieckich samolotów. Z jednej z nich dowiedziałem się, że w Lublinie powstał rząd i że Polskie Wojsko – Kościuszkowcy wraz z Armią Czerwoną idą na pomoc Warszawie.

Tereny zajęte przez powstańców kurczyły się. Po miesiącu walk padło Stare Miasto. Kanałami ze Starówki przedostał się oddział z Batalionu „Miotła”, w którym walczyli koledzy mojej siostry: Stach Perliński, Rajmund Skrobowski, Tadek Pałysewicz i ranny Zbyszek Banaszkiewicz. Już po wyjściu kanału na ul. Czackiego zginął brat Rajmunda – Andrzej Skrobowski. Wcześniej poległ Janusz Bamburski. Żyjący odwiedzili rodzinę Perlińskich w naszym domu. Zakurzeni, ubrudzeni, fajnie wyglądali w poniemieckich mundurach czołgistów, z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu i z orłami na czapkach. Poza Zbyszkiem Jasińskim, który poległ w pierwszych dniach powstania na Bielanach i Mirkiem Zdanem, byli to najbliżsi znani mi powstańcy. Wszyscy podchorążowie, z wyjątkiem Zbyszka Banaszkiewicza – podporucznika. Po krótkim odpoczynku zostali skierowani do obrony poczty dworcowej na Chmielnej przy Żelaznej.

Powstańcy wywodzący się z AK nosili opaski z wydrukowanymi literami WP i umieszczonym między nimi orłem. Poniżej był numer ewidencyjny. Widziałem też nielicznych powstańców z innymi napisami na opaskach, jak KB – Korpus Bezpieczeństwa, PPS i AL. Ci ostatni na metalowej blaszce przypiętej do bluzy mieli wybitą cyfrę 4 – „Czwartacy”.

Na początku września docierały do nas wieści, że Kościuszkowców widziano już na Nowym Świecie, że Rosjanie lada chwila nas wyzwolą. Radość była niesamowita. Gdyby wtedy weszli, to ludzie nosiliby ich na rękach. Niestety, desant Wojska Polskiego na Czerniakowie nie odniósł spodziewanego skutku.

Od czasu do czasu docierały do nas wiadomości o nocnych zrzutach angielskich i rosyjskich. Były przypadki, że o zrzucone pojemniki biły się między sobą poszczególne powstańcze formacje. Większość zrzutów wpadała jednak w ręce niemieckie. W czasie powstania po raz pierwszy zobaczyłem steny i pepesze. Wielkie wrażenie zrobił na mnie nalot, w biały dzień (18 września), amerykańskich fortec. Widziałem wypadających na spadochronach skoczków, do których Niemcy strzelali, a którym zapalały się spadochrony. Gdy spadochrony zniżyły się, okazało się, że zawieszeni są na nich nie ludzie tylko pojemniki. Z nieba Amerykanie zsyłali nam broń i amunicję, środki opatrunkowe oraz żywność. Do nas, cywilów, przez handlarzy dotarł jakiś tłuszcz. Mówiono, że jest to małpi smalec.

A co działo się z naszą najbliższą rodziną i znajomymi? Moja siostra Ola była u rodziny w Maleńcu i Smardzewicach. Siostrę mamy, ciotkę Baśkę, powstanie zatrzymało w ZUS-ie na Czerniakowskiej, gdzie pracowała (w czasie powstania był tam szpital), a później wraz z innymi pracownikami została przetransportowana do Krakowa. Spośród znajomych rodziców raz odwiedził nas Rybka i powiedział, że działa w powstaniu, a na początku września zamieszkała u nas rodzina kolegi ojca, Szwedkowiczowie, którzy uciekli z Grzybowskiej. Po kilku dniach zdecydowali się na wyjście z miasta. Mieli z sobą dużo papierosów, z których część nam pozostawili. Przydały się w dalszej tułaczce na wymianę. Przyszedł do mnie Zbyszek Kraterski, kolega ze szkoły i z harcerstwa, w czarnym niemieckim mundurze czołgisty z opaską biało-czerwoną. Przepadł gdzieś w czerwcu, Niemcy go wywieźli, lecz uciekł im i wrócił do Warszawy. Był łącznikiem w jednym z oddziałów powstańczych.

Reszta znajomych to współlokatorzy domu, z którymi przeżyliśmy ten trudny okres. Do Perlińskich z domu przy ul. Sosnowej przenieśli się Skrobowscy, rodzice Rajmunda, narzeczonego ich córki Janki Perlińskiej. Widziałem ich palącą się kamienicę i żagwie ognia buchające z okien. O zmroku cała jej ceglana fasada wyglądała jakby była rozpalona do czerwoności. Dom spłonął doszczętnie, a w nim ich mieszkanie wraz z gabinetem dentystycznym. U Perlińskich przebywał też ich siostrzeniec Janusz Banaszkiewicz, mój kolega. Gdzieś w połowie powstania wstąpił do batalionu pomocniczego. Dostał szare drelichowe ubranie i taki sam beret z biało-czerwoną naszywką. Każdego dnia przynosił bochenek chleba. Pod koniec września został ranny od drobnych odłamków pocisku i odtąd często przesiadywał ze mną w piwnicy.

Komendantem bloku był Marian Grygo. On opiekował się mieszkańcami i dbał o bezpieczeństwo naszego domu. Ja byłem jego pomocnikiem. Szczególnie pomagałem mu w ustalaniu nocnych dyżurów mężczyzn, w których i sam też brałem udział. Pamiętam jak w pierwszą noc zmarzłem, pomimo że było lato. Jednego dnia, po ostrzale z Al. Jerozolimskich od strony dworca, zapaliła się szopa przylegająca do ściany szczytowej naszego domu, a od niej dach nad naszą oficyną. Gaszenie było bardzo trudne z uwagi na brak wody w budynku. Z mieszkańców naszego i sąsiednich domów utworzono długi wąż osób, ciągnący się od kranu w piwnicy budynku Chmielna 57 aż do naszego strychu. Kubły z wodą, zebrane od wszystkich lokatorów, podawano z rąk do rąk. Akcja gaszenia trwała kilka godzin. Tej nocy dyżur pełniłem ja z Januszkiem. Sprawdzając stan częściowo spalonego strychu zauważyliśmy w jednym miejscu buchający płomień. Zaalarmowaliśmy lokatorów i szczęśliwie go ugaszono.

Jedną z blokowych akcji było dostarczenie przydzielonego dla mieszkańców chleba. Po chleb do piekarni na ul. Chmielną, w pobliżu Żelaznej, wysłano grupę osób z workami, w tym i mnie. Przebiegając krótki odcinek ulicy, odsłonięty od Al. Jerozolimskich, zostaliśmy ostrzelani przez Niemców. Na szczęście nic nam się nie stało i świeży chleb donieśliśmy do domu.

Wszyscy starali się wzajemnie pomagać i w miarę swoich możliwości uczestniczyć w działaniach na rzecz naszej wspólnej podwórkowej społeczności, jaka utworzyła się w tych ciężkich dniach. Jedynie dorosłe dzieci dozorcy stroniły od reszty. Cały czas przesiadywali w swoim mieszkaniu na I piętrze i nie brali udziału w żadnych pracach społecznych. W połowie powstania ich rodzice, mający po około 80 lat, zmarli jedno po drugim, w odstępie jednego dnia, pełniąc do końca swe zawodowe obowiązki. Pogrzeb odbył się na podwórku przy ul. Złotej 39, gdzie chowano wszystkich w tym rejonie – tak cywilów jak i powstańców, z tą różnicą, że tym ostatnim towarzyszył honorowy salut. W pogrzebie uczestniczył ksiądz i mieszkańcy naszego domu. Pochowano ich w drewnianych trumnach.

Codziennie wieczorem w piwnicy odprawiano zbiorowe modlitwy. Przewodziła literatka, Budzyńska, która mówiła modlitwy i litanie swojego autorstwa, a reszta za nią powtarzała. Śpiewano pobożne pieśni. Do swego mieszkania nie powróciła już reichsdeutschka Winnicka, właścicielka pralni. Pewnie się bała. Natomiast Niemka Scharfowa wraz z córkami, czuły się Polkami, były z nami i dzieliły nasz wspólny los.

Z Bogdanem Zdanem spotkałem się jeden czy dwa razy. Był przez cały czas z rodzicami. Na moje pytanie czy nie wybiera się do powstania, odpowiedział mi, że wystarczy udział jego starszego brata Mirka – ktoś musi zostać z rodzicami. Jak się później dowiedziałem – Mirek pseudonim „Głodny” zginął w pierwszych dniach powstania. Miał zaledwie 20 lat.

Kontakt z kolegami z harcerstwa, jak wcześniej wspominałem, urwał się miesiąc przed powstaniem. Następnie byłem unieruchomiony przez kontuzję nogi. Po apelu „Kuropatwy” wraz z Jurkiem Działkowskim, w obecności kolegi z jego domu o nazwisku Pastwa, umówiliśmy się we dwóch na wspólną ucieczkę do poczty harcerskiej, następnego dnia o uzgodnionej rannej godzinie. Gdy Jurek zgłosił się i zapytał o mnie, któreś z dzieci, może dla ubawu, powiedziało mu, że gdzieś poszedłem. Myślał, że udałem się bez niego i nie czekając nam mnie sam poszedł na Szpitalną. Ja czekałem, a następnie zacząłem go szukać, zaczynając od jego mieszkania. Jego matka nie wiedząc co się dzieje z synem wpadła w popłoch i dostała ataku serca. Widząc w jakim jest stanie, powiedziałem gdzie jest Jurek. O wszystkim z kolei dowiedziała się moja mama, która kategorycznie nie zgodziła się na mój udział w poczcie i do końca miała mnie na oku. Znając i jej stan zdrowia, musiałem się podporządkować. Mój nieudany plan przystąpienia do powstania był dla mnie osobistą klęską. Przygotowania do walki o wyzwolenie Polski w harcerskim patrolu nie zrealizowały się.

Nadszedł dzień kapitulacji. Powstańcy z sąsiedniego domu przyodziali się w naprędce uszyte nowe mundury w kolorze ciemnozielonym. Prawie wszyscy zostali awansowani. Również pozostali przy życiu koledzy Oli dostali po jednej gwiazdce podporucznika. Janka Perlińska, pomimo że nie brała udziału w powstaniu, przyłączyła się do oddziału swego narzeczonego i razem poszli do niewoli. Smutne były pożegnania z powstańcami. Dumni byliśmy, że wychodzili z honorem. Niemcy uznali ich za wojsko i potraktowali z uwzględnieniem konwencji genewskiej. Po wyjściu powstańców, od czasu do czasu pojawiały się grupy żołnierzy niemieckich podpalające miotaczami ognia opuszczone domy. My z większością lokatorów, pomimo nakazu ewakuacji, przeczekaliśmy jeszcze kilka dni, licząc że może uda się pozostać. Niestety, wypędzono nas. Każda rodzina wychodziła indywidualnie. Jeszcze z kilkoma współmieszkańcami spotkaliśmy się w obozach w Pruszkowie i we Wrocławiu, a z niektórymi już nigdy.

A jednak doszło do najgorszego. Nastąpiło zapowiadane wypędzenie ludności z Warszawy. Była to dla nas tragedia. Przebywając w ostatnim okresie powstania z rannym Januszkiem Banaszkiewiczem, marzyliśmy o pozostaniu w Warszawie i walce do końca. Nie mogliśmy pogodzić się z tym, że po 63 dniach wolności musimy z powrotem wracać w karby niemieckiej niewoli. Nasze marzenia rozpierzchły się, gdy zobaczyliśmy wkraczających esesmanów z bronią wymierzoną do ludzi i z ziejącymi ogniem miotaczami. Zapasy posiadanej żywności już się kończyły. Mama zdążyła jeszcze uszyć prowizoryczne plecaki, do których włożyliśmy resztki prowiantu, odzież i niezbędne naczynia. Bagaż uzupełniała ręczna torba i mała walizka. Co cenniejsze rzeczy zamurowano we wnęce piwnicy. Tak objuczeni, około 7 października 1944 roku, ja z mamą w grupie sąsiadów wyszliśmy z domu przy ul. Chmielnej 59, z nadzieją na rychły powrót. Kto wtedy przypuszczał, że dla mnie potrwa to 11 miesięcy…

Ludność cywilna warszawy wygnana na ulicę z domów, schronów i piwnic. Fot. z arch. MPW

Do Dworca Zachodniego szliśmy ulicami: Chmielną, Żelazną, Alejami Jerozolimskimi, Tarczyńską i Niemcewicza. Posuwaliśmy się w tłumie ludzi zmęczonych, wynędzniałych. Nie było z nami mężczyzn do obrony, bo ci poszli już do niewoli jako żołnierze. Tu szły matki z małymi dziećmi, niedorostki takie jak ja, kobiety w różnym wieku i starsi mężczyźni. Wszyscy objuczeni tobołkami, w których znajdował się skromny dobytek, najczęściej rzeczy, z którymi nie chcieli się rozstać. Dla dzieci były to najukochańsze lalki lub inne zabawki, dla starszych kosztowności, za które można było nabyć żywność i urządzić się jakoś na wysiedleniu. Były też tam pamiątki po bliskich, fotografie tych, co już odeszli lub może jeszcze żyją, tylko nie wiadomo gdzie. Ten niecodzienny, jakże żałosny kondukt pogrzebowy ludzi z utraconą wiarą na przetrwanie, sunął ulicami wykrwawionej i pokonanej Warszawy. Funkcję halabardników spełniali esesmani o ponurych twarzach, rozstawieni po obu stronach ulic, z bronią gotową do strzału. Domy wzdłuż ulic Tarczyńskiej i Niemcewicza dopalały się. Było to dzieło specjalnych oddziałów niemieckich wyposażonych w miotacze ognia.

Tuż przy Dworcu Zachodnim przechodziliśmy obok pola z resztkami cebuli. Chęć spożycia zieleniny, po dwumiesięcznym jej braku, spowodowała, że wyrwałem się z kolumny i wbiegłem na pole. Gdy pochylałem się nad cebulą i prawie miałem ją w ręku, usłyszałem ryk Niemca, ukrytego wśród badyli, repetującego broń. O wyrwaniu cebuli nie było już mowy.

Na bocznicy dworca wpędzali nas do odkrytych wagonów towarowych. Po krótkiej jeździe znaleźliśmy się na terenie zakładów naprawczych taboru kolejowego w Pruszkowie, które w okresie obozu przejściowego dla ludności wypędzonej z Warszawy. W obozie działał Polski Czerwony Krzyż i chyba RGO. Funkcjonariusze tych organizacji nosili opaski i ubrani byli w białe fartuchy. Do nich należała opieka sanitarna i rozdzielanie skromnych racji żywności. Pamiętam kolejki po gorzką kawę zbożową nalewaną chochlami do podawanych naczyń. Wydawano też zupę z kromką czarnego chleba.

Nasz transport ulokowano w hali oznaczonej chyba numerem 5. Był to wielki budynek o powierzchni około 1 ha, z torami, dolami rewizyjnymi i z rzadko rozstawionymi słupami. Z początku pusta hala zaczęła wypełniać się coraz to większym tłumem przywiezionych ludzi. Słychać było nawoływania pogubionych członków rodzin i znajomych, płacz dzieci, jęki rannych i szlochanie kobiet. Przekazywano sobie różne wiadomości na temat obozu, możliwości zdobycia żywności, pomocy lekarskiej i dalszych naszych losów. Po ułożeniu tobołków i przygotowaniu miejsca do spania, rozpoczęły się spacery rozpoznawcze. Znaleźliśmy szalety, krany z wodą do mycia i picia, miejsca gdzie można dostać coś do jedzenia. Odszukaliśmy kąty, w których rozlokowali się nasi znajomi. Z tych rekonesansowych wypraw zorientowałem się, że dla cudzoziemców było oddzielne lokum, że PCK udzielało w ambulatorium pomocy lekarskiej małym dzieciom, chorym i rannym. Szczególnie bano się o rannych w młodym wieku, ponieważ Niemcy mogli ich wziąć za ukrywających się powstańców. Dowiedziałem się, że codziennie rano wypędzają wszystkich przed halę i rozdzielają na dwie grupy z przeznaczeniem do wysłania do Niemiec lub do Guberni.

Noc w Pruszkowie była dla mnie makabryczna. Spałem na betonie w pozycji tak niewygodnej, że zapamiętałem to na całe życie. Głowę miałem opartą na jakiejś skrzyni, tułów na betonowej podłodze, a nogi na tobołkach. Było bardzo zimno. Rano po obmyciu się, zjedzeniu chleba z buraczaną marmoladą i popiciu „kawą”, zostaliśmy wypędzeni przed budynek na plac, gdzie dokonywano selekcji. Przy stolikach siedzieli podoficerowie niemieccy, przeglądali dokumenty i decydowali gdzie kogo wysłać. Mnie z mamą skierowali na wyjazd do Niemiec. Nie pomogły prośby, że jestem zbyt młody, a mama jest chora i ma opuchnięte nogi. Jeszcze nas zbesztano i zarzucono, że w szkolnej legitymacji mam fałszywą datę urodzenia. Jak na swój wiek – 12 lat i 8 miesięcy, byłem dużym chłopakiem.

Znaleźliśmy się w hali nr 4. Niedaleko było ogrodzenie, a za nim miasto Pruszków i „wolni ludzie”. Zetknięcie z osobami, które nie przeszły powstania, było dla mnie jakieś dziwne, nienaturalne. W czasie powstania wydawało mi się, że cały nasz naród w większym lub mniejszym stopniu przeżywa to samo co my. Teraz ci ludzie za ogrodzeniem byli mi jacyś obcy. Czułem się jak Żyd w getcie. Pytaliśmy ich, czy w Pruszkowie dużo warszawiaków, czy nie ma jakiejś możliwości wydostania się z obozu, czy mogli by nam coś kupić do jedzenia. O wydostaniu się z obozu mowy nie było. Niemcy co pewien czas przeczesywali okolice w poszukiwaniu uciekinierów i w przypadku ich złapania razem z ukrywającymi wysyłali do obozów koncentracyjnych. Jednemu zza ogrodzenia dałem pieniądze na kupno kiełbasy, lecz ani na niego, ani na kiełbasy nie doczekałem się.

Drugiego dnia pobytu, około czwartej po południu, wypędzono nas na peron. Stał tam pociąg towarowy, który miał zawieźć nas do Reichu. Otaczali nas żandarmi i esesmani. Mama zwróciła się do jednego z nich z błaganiem, by zostawił nas w obozie. Za pierścionek odstawił nas na bok i obiecał, że nie włączy do transportu. Po kilku minutach przyszedł inny i popędził nas do towarowego wagonu, w którym było już sporo ludzi. Miejsca tyle, że ledwie można było usiąść na podłodze ze skurczonymi nogami. Najlepsze miejsca były przy ścianie, ale te były już zajęte. Byli tu ludzie w średnim wieku, ja byłem najmłodszy. Szczególnie utkwili mi w pamięci mężczyźni w roboczych mundurach strażackich ze skórzanymi pasami i w butach saperkach. Było ich kilku. Czuło się, że na pewno brali udział w powstaniu. Zachowanie ich świadczyło o ich sprawności, bila z nich siła, obecność ich dodawała nam otuchy. Jeszcze przed ruszeniem pociągu wnieśli długi pręt, który jak się później okazało posłużył do odryglowania drzwi wagonu. Pociąg z pozamykanymi od zewnątrz drzwiami ruszył około godziny 17 wśród stękań i złorzeczeń przymusowych pasażerów.

Tuż przed zmrokiem, jeszcze na terenie Guberni, zatrzymał się w polu dla załatwienia potrzeb fizjologicznych. Po powrocie zauważyliśmy, że jedna kobieta z naszego wagonu pozostała na polu układając stertę kapusty. Chustka na głowie, niewyróżniający się wygląd oraz wykonywane czynności spowodowały, że Niemcy nie zwrócili na nią uwagi. Pozostał w wagonie jej bagaż, ale wolność była ważniejsza.

W czasie okupacji często widziałem ludzi przewożonych pod eskortą w bydlęcych wagonach. Blade i wynędzniałe twarze czasami widoczne były przez małe zakratowane okienka. Na dworcach często przez te okienka podawano lub wrzucano im żywność. Byli to Żydzi, więźniowie lub jeńcy rosyjscy. Bardzo mi było żal tych ludzi. A teraz ja byłem jednym z nich. Byłem wewnątrz wagonu zdążającego w nieznanym kierunku i w nieznaną przyszłość. Teraz dopiero zorientowałem się, że nie łatwo znaleźć się przy okienku, że jest to przywilej silniejszego, sprawniejszego i wyższego. Niskiego trzeba było podnieść do góry, by coś zobaczył lub zaczerpnął świeżego powietrza. Po kilku godzinach jazdy napięcie i zdenerwowanie zaczęło się potęgować. Każdy każdemu przeszkadzał. Za mocno się o drugiego opierał lub go deptał. Wiele osób cierpiało na biegunkę lub miało kłopoty z pęcherzem. Atmosferę poprawili „strażacy”. Przygotowanym wcześniej prętem, przez kraty w okienku, uniesiono rygiel i otworzono drzwi. Teraz przez szczelinę można było załatwiać swoje potrzeby. Mężczyznom było łatwiej, kobiety trzymano za ręce. Po zmierzchu zaczęto wyskakiwać z wagonu. Wyskoczyli wszyscy „strażacy”, a także kilka innych osób. Dramat przeżywaliśmy przy wyskakiwaniu małżeństwa. Ona bała się, on ją siłą wypychał z wagonu. Technika wyskakiwania polegała na położeniu się na stopniu – „ławeczce” pod wagonem i sturlaniu się zeń na nasyp kolejowy. Po szamotaninie kobieta znalazła się na ławeczce, a mąż zepchnął ją i następnie sam wyskoczył. Ryzyko było duże, ponieważ nie było wiadomo, czy wyląduje się już w Niemczech czy jeszcze w Polsce, czy nie spadnie się na druty sygnalizacyjne lub słupki betonowe i czy nie dosięgnie seria z karabinu maszynowego zainstalowanego na końcu pociągu. O wyskoczeniu mojej mamy nie było mowy. Gdybym był sam to na pewno bym to zrobił. Miałem wprawę we wskakiwaniu i wyskakiwaniu z tramwajów.

O piątej rano nasz pociąg dojechał do Breslau (Wrocławia). Na drogach podmiejskich widać już było pojedyncze osoby poruszające się na rowerach. Sylwetki ich różniły się od naszych. Wielu mężczyzna na głowach miało tyrolskie zielonkawe kapelusze o wąskich rondach, inny krój ubrań, inne guziki. W ustach cygara lub fajki. Na nogach długie gumowe lub skórzane buty. Kobiety też wyglądały inaczej, w większości były otyłe. Tak, to byli Niemcy – panowie Europy, a my byliśmy ich niewolnikami. Jechaliśmy pracować dla nich, dla Rzeszy, dla Hitlera, dla morderców naszych rodzin, sąsiadów, znajomych, Polaków, Żydów i Rosjan.

Pociąg wolno przejeżdżał skrzyżowanie z drogą. Przy szlabanie stali Niemcy. Patrzyli na nas wyglądających przez uchylone drzwi i okienko. Co oni o nas myśleli? Za kogo nas mieli? Czy uważali nas za ciemną roboczą masę, która przysparzać ma im bogactwa i zaopatrywać front? Czy też widzieli w nas ludzi cywilizowanych, każdego z zasobem mniejszej lub większej wiedzy i umiejętności? Na te pytania nigdy nie udało mi się uzyskać pełnej odpowiedzi.

Wjechaliśmy na jakieś boczne tory. Pociąg zatrzymał się i wyrzucono nas z wagonów. Został mi w pamięci długi ciemnoszary, wielopiętrowy budynek z kratkami białych okien, stojący po przeciwnej stronie torów, szlaban zamykający ulicę i wielki budynek fabryczny z wysokim kominem. To było Burgweide (Sołtysowice), a fabryką okazała się cukrownia. Popędzono nas w jej stronę, gdzie w sąsiedztwie znajdował się obóz. Otoczony był drutem kolczastym i miał dwie bramy. Jedna dla wprowadzanych po raz pierwszy do obozu, a druga dla wychodzących i obsługi. Ustawiono nas w długiej kolumnie na drodze przed wejściem. Tam dokonywano przeglądu naszych bagaży. Część papierosów Westhlen (Wisła), które stanowiły główną pozycję naszego majątku, trafiła do kieszeni wachmajstra. Nie odstraszyło go to, że nie przeszliśmy jeszcze przez kwarantannę, a papierosy mogły być zawszone lub zarażone tyfusem.

Obóz podzielony był na dwie części – brudną i czystą. Umieszczono nas w części pierwszej, w baraku z wieloosobowymi piętrowymi pryczami. Następnego dnia rozdzielono mężczyzn od kobiet i każdą grupę umieszczono w innej części bloku sanitarnego. Obsługę bloku, jak i całego obozu stanowili Ukraińcy. Personel w większości damski obsługiwał mężczyzn, a męski kobiety. Kazano rozebrać się do naga. Rzeczy i ubrania zabrano do dezynfekcji w specjalnych komorach. Nam ostrzyżono owłosienie w intymnych miejscach i popędzono pod natryski. Kwarantanna trwała cały dzień. Pozostał mi w pamięci epizod, który wydarzył się w trakcie rozbierania. Do mężczyzny ze znacznie powiększonym jądrem podeszła uśmiechająca się Ukrainka i chwyciła go za nie. Mężczyzna uderzył ją w twarz. Myśleliśmy, że dojdzie do interwencji ze strony niemieckiej, ale po wytłumaczeniu zajścia – sprawy nie było.

Z bloku dezynfekcyjnego wyszliśmy okolczykowaniu niczym bydło. Do naszych ubrań przymocowano specjalnymi cęgami kolorowe rozetki. Grupy z poszczególnych transportów odróżniały się kolorem i kształtem „kolczyków”. Znaleźliśmy się w części „czystej” obozu. Umieszczono nas w barakach z pryczami wyściełanymi szczątkami słomy. Mnie z mamą przypadło miejsce na dolnej półce. Pierwsza noc była straszna. Wydawało mi się, że na twarz spadają wszy, pluskwy i wszelkie inne robactwo. Sypiące się z górnej pryczy okruchy słomy robiły takie wrażenie. Mama przeglądając po dezynfekcji naszą bieliznę zauważyła w szwach wszy. Z braku innego miejsca do spania w baraku, wychodziłem w nocy na zewnątrz i owinięty w koc drzemałem pod księżycem. Niebo było gwiaździste i piękne. Te moje nocne drzemki jakoś tolerowane były przez wachmanów, w przeciwieństwie do gotowania czegokolwiek przed barakiem. Wtedy but strażnika nie miał litości, kopał naczynie, rozrzucał cegły i deptał żarzący się ogień.

Trzy razy dziennie wypędzano wszystkich z „czystej” części obozu na łączkę przylegającą do cukrowni, ogrodzoną drutem kolczastym. Przy wejściu stał wóz konny o wysokich kołach, na którym były kotły z kawą lub zupą oraz wydzielone minimalne porcje chleba, margaryny lub marmolady. Ustawiała się do niego kolejka kilkuset więźniów. Po odebraniu wydzielonych przez Ukraińców racji żywności wchodziło się z powrotem na teren obozu. Wydawanie posiłku trwało kilka godzin. Szczególnie utkwiła mi w pamięci zupa, którą nas karmiono. Był to krupnik z kaszy manny z kartoflami i marchwią. Miałem do niego tylko dwa zastrzeżenia – kasza była z białymi robakami (długości 2- 5 milimetrów z małą czarną kropką w miejscu głowy), a marchew była nieskrobana z grudkami przyklejonej gliny. Stwierdziłem, że po wyrzuceniu marchwi moja porcja stawała się znacznie mniejsza, a na dnie miski zalegał piach. Dla ostatnich zupy nie starczało i musieli dogotować. Żeby było szybciej – już bez marchwi. W następnych dniach zajmowałem miejsce na końcu kolejki i dostawałem zupę bardziej zjadliwą.

W wolnych chwilach między posiłkami wałęsano się po obozie, odnajdywano znajomych, wymieniano informacje. Spotkaliśmy rodzinę Skrobowskich oraz naszych sąsiadów – Grygów. Z tymi ostatnimi byliśmy w kontakcie do czasu oblężenia Wrocławia. Od współwięźniów dowiedzieliśmy się, że kilka dni przed naszym przybyciem, rano do jednej z latryn weszła kobieta z palącym się papierosem. Stężony gaz kloaczny wybuchł, budynek rozleciał się, a ona przeżywszy powstanie zginęła w obozowym szambie.

Któregoś dnia był przegląd lekarski. W długim baraku przedzielonym wzdłuż ścianką wysokości około półtora metra nakazano po jednej jej stronie rozbierać się do naga kobietom, a po drugiej mężczyznom. Na końcu przy stole siedzieli esesmani, którzy dokonywali oględzin, szczególnie interesując się młodymi kobietami i notowali coś w swoich papierzyskach.

Zdarzało się często, że polscy robotnicy, wychodzący po pracy z cukrowni, rzucali nam przez ogrodzenie paczuszki z wytłokami buraczanymi, które stanowiły dla nas nie lada przysmak. Czasami wykorzystując nieuwagę wachmanów – starych dziadków – rozmawiali z nami.

Po kilku dniach pobytu matki z dziećmi do lat 14 zostały wezwane do zebrania się przy bramie wyjściowej z obozu. Dokonano przeglądu dokumentów. Ja za niewyraźną datę urodzenia w mojej legitymacji dostałem od Niemca w twarz. Obstawa składająca się z kilku Niemek doprowadziła nas do normalnego tramwaju. Grupa nasza liczyła około 30 osób. Tramwajem jechaliśmy razem z niemieckimi pasażerami. Dowieziono nas do Dworca Głównego. Zgrzani, zmęczeni, objuczeni bagażem, znaleźliśmy się w holu dworca. Nagle przy mnie zatrzymał się policjant w charakterystycznym kasku z dwoma daszkami, klepnął mnie po ramieniu i powiedział po polsku: „Nic się nie martw, już niedługo Hitlera diabli wezmą”. Te kilka słów dodało mi otuchy. Nie jesteśmy sami. Jest jakaś nadzieja, że może coś się zmieni, że przeżyjemy i wrócimy do Polski.

Pociągiem osobowym powieziono nas w nieznane. Na jednej ze stacji kazano nam wysiąść. Byliśmy w Strehlen (Strzelin). Było ciemno. Obowiązywało zaciemnienie przeciwlotnicze. Całą naszą grupę przeprowadzono przez miasto. Spotkani po drodze Polacy pracujący w fabryce konserw warzywnych pytali skąd jesteśmy. My z kolei pytaliśmy, co oni tu robią. Na domiar złego urwał mi się pasek od plecaka, co spowodowało, że bardzo niewygodnie niosło mi się bagaż. Co chwila szarpałem plecak i podciągałem do góry, a on znowu się zsuwał. Matka mnie zrugała i niewiele brakowało, a oberwałbym kuksańca. Była zmęczona i zdenerwowana.

Doszliśmy do jakiegoś piętrowego budynku. Wprowadzono nas na dużą salę. Zorientowałem się, że znajdujemy się w nieczynnej restauracji. Stoły i krzesła były w nieładzie. Podłoga była drewniana. Przestrzeni było dużo i można było sobie wybrać dowolne miejsce na spanie. Dali nam herbaty, świeżego chleba z margaryną i marmoladą. Wyżerka była fantastyczna. Rano obudzono nas, nakarmiono jak na kolację i poprowadzono przez miasto do łaźni na kolejną dezynfekcję. Następnie zaprowadzono nas do fotografa, którego zakład mieścił się gdzieś w podwórku na I piętrze. Tam zawieszono nam na szyjach tabliczki z numerami i zrobiono zdjęcia z przodu i z boku. Wymyci i sfotografowani wróciliśmy na teren restauracji.

W dzień mogłem lepiej się rozejrzeć w terenie. Szczególnie zainteresował mnie długi wąski budynek, jakich u nas nie spotykałem. Była to kręgielnia. Na obiad dano nam zupę selerową z kartoflami i chlebem. Bardzo mi smakowała. Była gęsta z dużą liczbą żółtych kartofli. Te żółte ziemniaki cały czas już mi towarzyszyły na niemieckim wygnaniu, bo chyba białych nie uprawiali. Po obiedzie zaczął się „targ niewolników”. Ustawiono nas w długim szeregu na podwórku przed budynkiem. Taksowała nas grupa niemieckich bauerów. Kilku trzymało w rękach końskie baty. Obchodzili nas, oglądali i wybierali. Oczywiście interesowały ich „silne sztuki”, z których za darmo mieliby pożytek w swoich gospodarstwach. Nas jakoś omijali. Przypuszczam, że miała tu wpływ postać mojej mamy, stosunkowo potężnej, o nogach nabrzmiałych i z żylakami. „Niesprzedaną” dziewięcioosobową grupę zabrał sympatycznie wyglądający, przystojny młodzian w butach gumowych z cholewami, w płaszczu i tyrolskim kapeluszu. Jak się później okazało był to syn dzierżawcy majątku, do którego zawiózł nas pociągiem. Majątek nazywał się Dominium Prieborn (Przeworno). Jedną stację wcześniej, w miejscowości Krummendorf (Krzywina), wysadzono matkę z córką – Lilką Kluczyk.

Droga ze stacji była długa (około 1,5 kilometra), błotnista, a wokół panowała idealna ciemność. W miarę zbliżania się do zabudowań majątku coraz donośniej słychać było ryk krów. Przeprowadzono nas przez wielki dziedziniec i umieszczono w dwupiętrowym budynku, w którym mieszkali polscy i ukraińscy robotnicy, sami i z rodzinami. Na parterze mieszkał Niemiec – oberszwajcar. Nasze trzy rodziny: Olechowską z córką Jadwigą, Kucharską z siostrą Franciszką Zakrzewską i córką Henią oraz mnie z mamą, rozlokowano u rodzin polskich. Większość robotników pochodziła ze wsi i przebywała w Przewornie od kilku lat. My znaleźliśmy się w rodzinie świniarza. Niewiele wiedzieli o powstaniu, toteż do późnej nocy opowiadaliśmy o nim i o tym, co dzieje się w kraju. Nas natomiast ciekawiły warunki życia i pracy w majątku.

Rano kazano nam pójść do biura, w którym poza urzędniczką dyrygował inspektor – ekonom z dużym brzuchem. Wyposażono nas w koce (w beżowo-brązowe kwadraty), emaliowane kubki blaszane, miski do mycia i gliniane mydło. Kobietom powiedziano, że będą pracowały w polu przy zbieraniu ziemniaków i buraków cukrowych. Jadzię inspektor zatrudnił w swoim domu, a mnie na usilne prośby mamy w warsztacie stelmacha. Jedynie najmłodszą z nas Henię Kucharską zwolniono od pracy. Siódemce naszej przydzielono pokoik na poddaszu jednopiętrowego domu zamieszkałego przez rodziny robotników niemieckich. W pokoju tym stały dwie piętrowe, drewniane prycze oraz kuchenka – koza, na której gotowaliśmy sobie jedzenie. Na jednej pryczy ulokowała się rodzina Kucharskiej, na drugiej na dole ja z mamą, a nad nami Olechowskie.

Warsztat stelmacha znajdował się w oddzielnym budynku, w którym poza stołami stolarskimi były maszyny do obróbki drewna, takie jak: piła taśmowa – banzega, heblarka – wyrówniarka (Abricht- maschine) i wiertarka. Piła tarczowa – kraizega zainstalowana była na zewnątrz, pod dachem. Było też specjalne stanowisko do obrabiania na siedząco drewna ośnikiem, na przykład zębów do grabi. Pomimo mojego młodego wieku praca stolarska była mi znana, bo wychowałem się przy ojcowskim warsztacie stolarskim. Przyglądałem się pracy ojca, a czasem sam robiłem sobie i kolegom rożne rzeczy z drewna.

W warsztacie pracowało nas sześciu: majster – Niemiec, trzech jeńców rosyjskich (Kapustin, Nosol, a nazwiska trzeciego nie pamiętam), ja oraz jeniec belgijski – z zawodu nauczyciel o zdolnościach artystycznych. Przyjęli mnie z niedowierzaniem, że do czegoś się przydam. Pierwszą moją pracą było wykonywanie grabi. Z grubych desek na pile tarczowej wycinałem styliska, które ostrugiwałem na wyrówniarce. Pamiętam jak za pierwsze styliska majster mnie strasznie zrugał, bo nie uwzględniłem przy cięciu ubytku na rzaz (szparę po przecięciu piłą). Nad głową wymachiwał mi drzewcem i tylko czekałem, aż nim dostanę. Następne wykonywałem już prawidłowo. Doszedłem do takiej wprawy, że stałem się w warsztacie wyłącznym wytwórcą kompletnych grabi. Jak skończyły się grabie, to robiłem całkiem zgrabne skrzynki na węgiel, z uchwytem do przenoszenia, malowane na czarno. Nieufność, którą mi okazywali, po kilku dniach minęła.

Najbardziej zżyłem się z Kapustinem, który pracował przy sąsiednim warsztacie i był poza mną najmłodszym. Pamiętam jak w tajemnicy pokazał mi swój największy talizman, którym była czerwona gwiazda z sierpem i młotem z jego wojskowej czapki. Belg podarował mi dla mamy wykonane i pomalowane przez siebie w stylizowane kwiaty drewniane pudełko na przybory do szycia. Majster, jak na Niemca, był całkiem porządnym człowiekiem. Czasami dostarczał nam coś do jedzenia za przyniesione mu ukradkiem, przeze mnie i Kapustina, kosze drewna na opał. Porozumiewaliśmy się własnym językiem niemiecko-rosyjsko-polskim. Praca w warsztacie, chociaż była ciężka, dawała mi pewne zadowolenie, ponieważ uważałem, że w ten sposób nauczę się zawodu. Poza wspomnianymi robotami szkliłem okna, malowałem fungolem wrota do obór i sprzątałem warsztat. Raz w tygodniu wywoziłem na ogólne gnojowisko ekskrementy z przywarsztatowego ustępu. Miał on pod deską z otworem wysuwaną z boku skrzynkę drewnianą na płozach, wykładaną słomą.

Z uwagi na liczne bombardowania były trudności ze szkłem okiennym, a szczególnie z dużymi jego wymiarami. Okna na wsi i w miastach wypełniały małe szybki. Większą szybę trzeba było sprowadzać z Wrocławia. Taką też przywieziono do oszklenia obrazu dzierżawcy majątku. Przycięciem szyby i oprawieniem, z uwagi na ważność sprawy, zajmował się sam majster. Obraz postawił w pobliżu imadła, na którym zdejmowałem okucie z połamanego orczyka. Zardzewiałe śruby trudno było odkręcić dużym ciężkim kluczem. Klucz oślizgnął mi się i uderzył w obraz tłukąc szybę. Majster wpadł w szał, darł się na mnie, wymyślając od najgorszych. Po kilku dniach do warsztatu przyszedł sam dziedzic, rozmawiał z majstrem i zapytał o obraz. Ten pokazał mu pękniętą szybę i wskazał mnie jako sprawcę. Dzierżawca zainteresował się moją osobą i kazał pokazać sobie rzeczy przeze mnie zrobione. Ze zdumieniem oglądał moje grabie i pojemniki. Wypytywał skąd pochodzę i gdzie nauczyłem się stolarstwa. O zbitej szybie nawet nie wspomniał. Po miesiącu przywieziono nową szybę i obraz trafił do pałacu.

Z pałacem wiąże się inne moje wspomnienie. Któregoś dnia majster kazał mi i Rosjanom iść rozładowywać wóz z węglem i znosić go do piwnic pałacowych. Węgiel nosiliśmy w wiklinowych koszach i w workach. W piwnicach stały wielkie kamionkowe kadzie z kiszonymi ogórkami. Rosjanie wpadli na pomysł wynoszenia ogórków na dnie pustych koszy. Ogórki były bardzo dobre, toteż pełen ich worek trafił przez ogrodzenie do obozu ruskich jeńców. Kilka i ja przyniosłem do domu w kieszeniach.

Kiedyś wysłano nas do reperowania okien i uzupełniania szyb w sąsiadującym z folwarkiem stalagu. Miałem możność zapoznać się z warunkami życia jeńców. Obóz zlokalizowany był na terenie nieczynnej gorzelni przy drodze prowadzącej do stacji. Podzielony był na dwie części – jedną zajmowali Rosjanie, drugą jeńcy objęci konwencją genewską: Belgowie, Francuzi i Włosi z armii marszałka Badoglio. Różnice pomiędzy obiema częściami były niesamowite. Rosjanie przebywali w hali starego budynku bez ogrzewania. Spali na betonowej podłodze w barłogu z mocno zniszczonej słomy. Ubrani byli w stare, połatane i ufarbowane na kolor ciemnozielony mundury po Wehrmachcie. Na plecach, żółtą farbą, wymalowany mieli napis OST (wschód) lub KG (Kriegsgefangene) – jeniec wojenny. Tylko czapki mieli własne, różnego rodzaju, w tym i budionnówki. Obuwie stanowiły zniszczone drewniaki i krótkie owijacze. Pomieszczenia pozostałych narodowości znajdowały się w części jednopiętrowej przystosowanej do mieszkania ludzi. Były drewniane podłogi, prycze z siennikami, miednice do mycia, szafki, stoły i taborety, wieszaki itp. Umundurowanie mieli własne: czapki wojskowe, skórzane pasy i takież buty. Wyglądali bardzo porządnie i jakościowo lepiej niż Niemcy. Z wyżywieniem i paleniem nie mieli kłopotu, ponieważ otrzymywali paczki z Czerwonego Krzyża.

Raz majster wysłał mnie do kowala po jakieś potrzebne mu narzędzie. Powiedział mi jego długą i skomplikowaną nazwę. Przez całą drogę powtarzałem ją sobie, lecz kiedy doszedłem do kuźni, która była dość daleko – zapomniałem. Oczywiście wróciłem bez niczego i oberwałem rugę. Dopiero po napisaniu nazwy na kartce sprawę załatwiłem.

Któregoś dnia zawieźli mnie do Krummendorfu, filii naszego majątku. Przez cały dzień malowałem tam wrota do obory. Od kurczowego trzymania pędzla i cieknącego mi po ręku impregnatu zrobiły mi się na palcach pęcherze, które popękały, a żrący płyn pogarszał jeszcze ten stan. Do domu wróciłem z krwawiącymi ranami.

Za pracę otrzymywaliśmy zapłatę w markach. Jako pomocnik stelmacha zarabiałem o kilka marek więcej od mamy, która zatrudniona była przy zbieraniu buraków, łataniu worków oraz wykonywaniu innych robót pomocniczych i porządkowych na terenie majątku. Za zarobione marki niewiele można było nabyć. Prawie wszystko było na kartki, nawet holcschue (drewniaki). Bez kartek można było kupić piwo, artykuły piśmienne i czasami, zanosząc kaszę do rzeźnika, można było dostać krwawą kiszkę do przyniesionego garnka. Również markami można było zapłacić za usługi fryzjerskie. Tam, po raz pierwszy, moje włosy na głowie zetknęły się z elektryczną maszynką.

Gorzej było z ubraniem. Z Warszawy wyszedłem w wojskowych niemieckich butach, z których wyrosłem, a spodnie mi się podarły. Do pracy chodziłem w kupionych na kartki drewniakach. Jakimś cudem mama nawiązała kontakt listowny z Grygami, którzy pozostali we Wrocławiu. Dowiedziała się, że prowadzony jest tam pokątny handel i że wiele rzeczy można kupić. Dostała przepustkę, pojechała i za papierosy kupiła mi szarą drelichową kurtkę jakiejś niemieckiej formacji, zielone żandarmerskie spodnie i stare francuskie buty wojskowe. Spodnie były zbyt obszerne, tak że nosiłem je mocno ściągnięte paskiem. Kurtkę również miałem spiętą grubym skórzanym pasem, a na głowie uczniowską granatową czapkę z niebieską wypustką i z lakierowanym wpół zgiętym daszkiem.

W dni powszednie nie było wiele czasu, bo z roboty przychodziło się o zmierzchu. Wolna była niedziela i można było pospacerować po wsi i po otaczającym ją terenie. Oddalanie się od domu z przymocowanym do klapy znakiem „P” groziło pobiciem przez rozwydrzonych wyrostków z Hitlerjugend. Zdarzało się, że z nudów (brak jakichkolwiek polskich książek) podbierałem mamie papierosy i paliłem ukradkiem na przechadzkach. Ze spacerów tych w pamięci pozostał mi mały uroczy domek z łukiem nad wejściem i z wypielęgnowanym ogródkiem, obsadzony świerkami czy też tujami. Mieszkało w nim starsze małżeństwo. Położony był po zachodniej stronie drogi między gorzelnią a wjazdem do folwarku. Bardzo nam się podobał. Zachował się po wojnie, lecz wydał mi się znacznie mniejszym niż wtedy.

Raz albo dwa razy byłem z mamą u pani Kluczyk i jej córki w Krummendorfie. Lilka, która i nas odwiedzała, nauczyła mnie kilku włoskich piosenek, poznanych od przebywających tam Włochów.

Dwa lub trzy razy byliśmy w kościele katolickim, który mieścił się na zachodnim skraju wsi, przy drodze do obecnych Siemisławic. Przed naszym przyjazdem w niedziele o określonej godzinie wygłaszane były kazania w polskim języku.

W jedną ze śnieżnych niedziel wszystkich mężczyzn pracujących w folwarku zabrano do nagonki przy polowaniu na zające. Każdy z niemieckich myśliwych miał przydzielonego „niewolnika” z koszem na plecach i z numerem myśliwego do zbierania upolowanych szaraków. Jeden z łowczych uderzył w twarz swojego tragarza – jeńca francuskiego, za to że za wolno zbierał zające. Ten mu oddał i głośno oświadczył, że jest objęty konwencją genewską i nikt nie ma prawa go bić i zatrudniać do tego rodzaju pracy. Niemcy rzucili się na Francuza, którego zaraz zabrali wachmani. Nigdy więcej już go nie widziałem. Zmęczeni, przemoczeni i zdenerwowani zajściem dostaliśmy gorącej grochówki, która trochę załagodziła powstałą sytuację.

Były okresy, że nie czuło się wojny i wydawało się, że nasza niewola nigdy już się nie skończy. Na to, że Niemcy zostaną całkowicie pobici nie liczyliśmy. Czasami myślałem, że już na zawsze zostaniemy ich niewolnikami. Przyjaźniliśmy się z belgijskim jeńcem Józiem (Josef De’Rjek lub de Rieck), który pracował w folwarku jako traktorzysta. Pochodził z Konga. Opowiadał nam o swoim życiu w Afryce i jak uratował swoją siostrę zaatakowaną przez lwa, zabijając go. Przed ewakuacją jeńców przyszedł pożegnać się z nami. Pokazał nam mały pistolet, który dostał od jakiejś Niemki i powiedział, że jeśli dojdzie do tego, że Niemcy będą chcieli go zabić to najpierw zastrzeli kilku z nich, a potem siebie. Na pamiątkę dał mi swoje zdjęcie, które do dzisiaj posiadam. Nie wiem, co się z Józiem stało. Jego częste odwiedziny wynikały chyba z sympatii do naszej Jadzi.

Odwiedzała nas też stara Niemka – sąsiadka, którą nazywaliśmy szejne frau, ponieważ tylko ona jedna psioczyła na Hitlera. Współczuła nam i czasem przynosiła coś do jedzenia. Jej sąsiad – stary kierowca – nosił w klapie znaczek, który przypominał nam Polskę. Przedstawiał on oponę z napisem „Stomil”. Nie wiem, dlaczego to robił. Czy powodowała to dobra jakość polskich opon? Sympatia do firmy? Czy też był to zwykły zbieg okoliczności?

Poza odwiedzinami przyjmowanymi z zadowoleniem, zdarzył się przypadek, który dla mnie mógł się skończyć tragicznie. Któregoś wieczoru, kiedy zmęczony po pracy zasnąłem na pryczy, wpadł do pokoju za panią Olechowską pijany oficer i kazał wszystkim wynieść się na zewnątrz. Spałem jak zabity. Szarpanie Niemca i zrzucenie z posłania nie obudziły mnie. Mama pobiegła prosić o pomoc przebywających w pobliżu żołnierzy. Pijany Niemiec wyjął pistolet i groził, że jak nie wstanę to mnie zastrzeli, a ja dalej spałem. Przybiegła z jakimś oficerem, który powstrzymał pijaka i zmusił do opuszczenia mieszkania. O całym zdarzeniu dowiedziałem się dopiero w nocy, gdy się obudziłem. W taki to sposób uratowałem mimo woli panią Olechowską przed zalotami szwaba.

Nasza obecność w majątku wywoływała zainteresowanie wśród Polaków pracujących u bauerów we wsi poza folwarkiem. Zaprzyjaźniliśmy się szczególnie z małżeństwem z Sosnowca o nazwisku chyba Kamińscy, pracującym w samym środku wioski. Mieszkali w zielonym domu, w pokoju, którego okna wychodziły na drogę. Jak na warunki wojenne żyło im się całkiem dobrze. Właściciel gospodarstwa – Niemiec, był przez sosnowianina tak zdominowany, że Polak czuł się jak na swoim. Kamiński za wiedzą wystraszonego gospodarza robił na lewo masło, które wspólnie zużywali, a nawet wymieniali z jeńcami francuskimi na różne artykuły otrzymywane przez nich w paczkach. W czasie wojny Niemcom nie wolno było zostawiać sobie żadnych płodów rolnych – wszystko musieli sprzedawać państwu, które na kartki dostarczało im przydziałowe racje, oczywiście znacznie większe niż dla Polaków. Stary bauer bał się, że Polak może go wydać i tolerował wszystkie jego poczynania. Umożliwiał mu słuchanie radia w języku polskim z Londynu. Do sosnowianina po robocie, a szczególnie w niedzielę, przychodziło wielu Polaków ze wsi, by sobie pogadać i dowiedzieć się, co dzieje się na świecie. Oczywiście spotkania odbywały się z poczęstunkiem. Najczęściej był to słodki placek upieczony w folwarcznej piekarni. W soboty Niemcy i Polacy, którzy tu już dłużej przebywali, przynosili do wypieku w piekarni, na płaskich blachach, swoje cienkie ciasta.

Ze spotkań u Kamińskich zostały mi w pamięci szczególnie dwa. Jedno to Wigilia w I944r. Była tak obfita i urozmaicona zagranicznymi wiktuałami, że podobnej nie mieliśmy przez cały okres wojny. Gospodarz dzięki swojemu handlowi wymiennemu, zgromadził na tę świąteczną kolację takie specjały jak sardynki oraz inne rybne konserwy, pomarańcze, banany i daktyle. Były też francuskie wina, nie mówiąc już o w miarę dostępnych potrawach pochodzenia miejscowego, w tym różnych ciast. Kiedy wszyscy goście się zebrali, jeden z biesiadników zaproponował, by sosnowianin poprosił starych bauerów samotnie siedzących w swoim mieszkaniu. Niemcy zaproszenie przyjęli i przyszli do nas. Tak jak i my oszołomieni byli przyjęciem.

Drugie szczególne spotkanie u Kamińskich miało miejsce któregoś zimowego wieczora. Po spotkaniu wyszliśmy z mamą w nocy na zewnątrz i zobaczyliśmy w świetle księżyca i na tle jasnego śniegu pochylone, opatulone, zmęczone ludzkie postacie z tobołkami w rękach lub na plecach. Z obu stron szosy stali wachmani z karabinami wymierzonymi w kierunku konwojowanych. Widok ten cofnął nas do domu. Przez okno, przy wygaszonym świetle, obserwowaliśmy niesamowity pochód. Wydawało się nam, że są to więźniowie ewakuowanego obozu koncentracyjnego. Gdy po około godzinie konwój przeszedł, a Niemcy zwinęli straże, poszliśmy do swojej kwatery w folwarku. Tam dowiedzieliśmy się, że byli to jeńcy angielscy ewakuowani z obozu w głąb Niemiec, prawdopodobnie z Lamsdorfu (Łambinowice).

Transporty ze względu na ostrzał lotniczy odbywały się nocami. Część jeńców zatrzymała się w naszym majątku. W tym czasie sam zostałem w warsztacie. Jeńców rosyjskich i belgijskich wywieziono, a majstra wcielono do Volkssturmu. Jak się później dowiedziałem został ranny. Wokół warsztatu koczowali na ziemi jeńcy. Gdy dowiedzieli się, że jestem Polakiem z Powstania Warszawskiego, obdarowali mnie mydłem toaletowym, dali mi koszulę, angielską furażerkę wojskową i inne rzeczy. Ja w zamian zrobiłem im kilkanaście sanek, które ułatwiły im transport tobołów po śniegu.

W czasie rozmów u Kamińskich od jednego z gości dowiedziałem się, jak zdobywa się kobiety. Nie siłą tylko stopniowo, zaczynając od komplementów, delikatnych pocałunków, aż do zetknięcia kolanami. Jeśli dziewczyna wpuści kolano między swoje to znaczy, że jest już twoja. Dużo słyszałem o sprawach męsko-damskich, jakie działy się w folwarcznym budynku, w którym mieszkali Polacy i Ukraińcy. Wielkie powodzenie miał przystojny Ukrainiec, który co pewien czas zmieniał sobie partnerkę, a dziewczyny dosłownie biły się o niego. Nawet dochodziło do tego, że wyciągały go z łóżek rywalek. Wiele było panien z dziećmi. W czasie pracy matek dzieci przebywały w przyfolwarcznym żłobku.

Ostatnią kartę pocztową od mojej siostry otrzymaliśmy w grudniu. W czasie powstania przebywała u rodziny na kielecczyźnie. W styczniu była już wyzwolona.

Po kilku dniach samotnego działania w warsztacie, powiadomiono mnie, że mam zgłosić się do pracy w oborze. Pierwszym moim zajęciem było ubijanie sterty gnoju przy użyciu trzech wołów. Było to moje pierwsze zetknięcie z tego rodzaju zwierzętami. Wiedziałem, że łagodniejsze są od byków, lecz o ile – nie miałem pojęcia. Woły miały na sobie uprząż z przywiązanymi linkami, którymi miałem je za sobą prowadzać. Wszystko było dobrze kiedy szedłem pierwszy, a one za mną. Gorzej gdy mnie obstąpiły, a ja zostałem w środku. Bałem się, że mnie pobodą. Zaczęły się zbliżać, a ja nie miałem możliwości ucieczki. W pewnej chwili utworzyła się luka, w którą wskoczyłem i znalazłem się na zewnątrz. Więcej już taka sytuacja nie powtórzyła się i do południa wspólnie spacerując ubijaliśmy gnój. Na przerwę obiadową zaprowadziłem woły do obory i poprosiłem „szwajcarów” (oborowych), aby je rozprzęgli i ustawili w boksach. Nikt nie chciał mi pomóc, a sam się balem. Zostawiłem woły, zasunąłem wrota i poszedłem do domu. Po obiedzie do obory nie wróciłem i powiedziałem mamie, że boję się wołów i do takiej pracy nie pójdę. Jakoś nie zauważyli mojej nieobecności, a następnego dnia udałem, że jestem chory. Mama powiadomiła inspektora, a ten przysłał do mnie lekarza wojskowego. Lekarz zostawił mi termometr pod pachą, a sam wyszedł. Gdy wrócił na termometrze było już 39 stopni, oczywiście przy mojej dodatkowej pomocy. Dał mi zwolnienie na trzy dni i kazał leżeć w łóżku.

W tym czasie ludność niemiecka była już ewakuowana w Sudety. Zbliżał się front. We wsi zostało tylko kilku Niemców, a w majątku oberszwajcar z Polakami, Ukraińcami i Włochami. Niemcy pozostawili meble oraz część żywego inwentarza (króliki i kury), a w folwarku i u bauerów zostały krowy i byczki rzeźne. Mnie z mamą, panią Olechowską i z Jadzią przenieśli do wolnej izby na I piętrze. Przez te trzy dni „choroby” miałem fantastyczny wypoczynek. Rysowałem wojskowe konie widoczne z okna, montowałem różne zmyślne urządzenia oraz pojazdy z zestawu specjalnych drewnianych klocków z ruchomymi bolcami i kółkami, które od kogoś dostałem.

Znacznie poprawiły się warunki bytowe. Przy naszej pomocy, liczba karmionych przez nas niemieckich królików i kur zmniejszyła się.

W związku z tym, że nie było dla mnie innej pracy, musiałem wrócić do obory. Do moich obowiązków należało karmienie bydła, usuwanie gnoju i czyszczenie krów. Siano zrzucałem ze strychu znad obory, przez otwór w stropie. Przygotowywałem mieszankę z wytłokami buraczanymi. Krowy stały w podwójnych rzędach prostopadle do długości obory. Pomiędzy rzędami ich pysków, na podwyższeniu, był podest ograniczony kamionkowymi korytami. Karmę rozrzucało się wzdłuż podestu, a następnie brzozową miotłą, ruchem wahadłowym, napełniało koryta.

Wejścia na strych z sianem łączyło się z wyłapywaniem królików pozostawionych tam przez Niemców. Królika zabijało się, chowało pod siano, a po pracy pod pazuchą wynosiło do domu. Raz zamiast nieżywego zastałem królika stojącego i bezczelnie mi się przyglądającego. Nie mogłem pozostawić świadka niedoszłej mojej zbrodni, dłuższy czas ganiałem go po ogromnym strychu, aż skutecznie się z nim rozprawiłem. Zapas uduszonych przez mamę królików dawał nadzieję na przetrwanie kilku dni w trudnej sytuacji, w jakiej mogliśmy się znaleźć w każdej chwili.

Najgorszą, bo najbrudniejszą robotą było usuwanie gnoju spod krów, ich czyszczenie i rozścielanie nowej podściółki ze słomy. Gnój narzucało się na drewniane, płaskie sanie ze stalowymi płozami. Siłą pociągową był zaprzęgnięty wół. Obornik wywoziło się na gnojowisko, znajdujące się na dziedzińcu głównym folwarku, oddalone kilkadziesiąt metrów od obór. Zapierając się widłami o stertę gnoju na saniach i popędzając woła zsuwałem ładunek w upatrzone miejsce. Z wolami tak się oswoiłem, że na gnojowisko jeździłem „wierzchem” na ich twardym, kościstym grzbiecie. Dojeniem krów zajmowali się szwajcarzy, którzy mieli wyższy stopień w hierarchii oborowej. Śmieszyły mnie ich jednonożne stołki z okrągłym siedzeniem, przymocowane paskiem w górnej części ud.

Przez kilka dni „opiekowałem” się chorym, kilkumiesięcznym źrebakiem – perszeronem. Karmiłem go mlekiem, głaskałem i przytulałem. Któregoś ranka zastałem go martwego. Strasznie było mi żal. Pozostał na zawsze w mojej pamięci.

Do moich obowiązków, wspólnie z innym parobkiem, należało też karmienie byczków – bukatów pozostawionych we wsi u jednego z bauerów. Któregoś dnia zauważyliśmy, że na wrotach stodoły wisi karabin. Pierwszego dnia karabinu nie ruszyliśmy, ale w dniu następnym upewniwszy się, że na terenie gospodarstwa nikogo nie ma, schowaliśmy go w sianie nad oborą, zakładając, że może przydać się, gdy nadejdzie front. Jeszcze wcześniej znalazłem kompletny wojskowy bagnet, który ukryłem w skrzyni z piaskiem na poddaszu domu. Tak potoczyły się nasze dalsze losy, że broń się nie przydała.

Z pracy w oborze pozostało mi jedno dramatyczne wspomnienie. Miało to miejsce w końcu lutego. Po rannym udoju zostało kilka baniek przydziałowego mleka do rozdzielenia wśród robotników folwarcznych. W tym czasie przyjechali niemieccy żołnierze i chcieli je zabrać. Szwajcarzy odmówili wydania. Żołnierze odjechali, ale za kilkanaście minut była już feldżandarmeria. Otoczyli oborę i kazali nam wyjść na zewnątrz z podniesionymi rękami. Nie wiedzieliśmy, co z nami zrobią. Coś poszwargotali i kazali nam się przebrać i pożegnać z rodzinami. Rozpacz była ogromna. Przy szlochu otaczających nas kobiet i dzieci, pod karabinami, ustawili nas w kolumnę i popędzili drogą w kierunku stacji kolejowej. Przed stacją droga rozwidlała się. W lewo prowadziła na strzelnicę, a w prawo na dworzec. Gdy skierują nas w lewo to znaczy, że nas rozstrzelają. Gdy pójdziemy w prawo to gdzieś nas wywiozą i może będzie szansa na przeżycie. Na nasze szczęście popędzili nas w kierunku stacji do magazynów kolejowych. Kazali nam przeładowywać worki ze zbożem dowożone pod rampę małymi rosyjskimi wozami konnymi przez żołnierzy w mundurach Wehrmachtu o mongolskich rysach twarzy. Wyładowywaliśmy je, a następnie jeśli były podstawione wagony, przenosiliśmy do nich. Gdy wagonów nie było, układaliśmy je w magazynie w sterty. Dźwiganie stukilogramowych worów we dwóch było ponad moje siły, słaniałem się na nogach. Ale znalazł się dla mnie wózek, co znacznie ulżyło mi w tej pracy. Po około 12 godzinach, późnym wieczorem, kazali nam wracać do domu. W drodze powrotnej, wśród ciemności zauważyliśmy, że w naszej grupie jest kilku dobrze ubranych mężczyzn. Okazało się, że byli to nasi Włosi, którzy w czasie gdy my pracowaliśmy, zamelinowali się w magazynie z odzieżą, powybierali sobie przydatne rzeczy i założyli na siebie. Po pracy dołączyli do nas. Na otarcie łez każdemu dali jakąś część ubrania. Mnie przypadł krawat. Resztkami sił dowlokłem się do domu. Radość z powrotu była ogromna. Mama rozebrała mnie, umyła, nakarmiła i położyła do łóżka. Nie byłem już zdolny do jakiegokolwiek wysiłku.

Po kilku dniach Przeworno zbombardowali Rosjanie. Na nasz dom spadło około dziesięciu pięciokilogramowych bomb. W piwnicznym schronie pod budynkiem znaleźliśmy się razem z żołnierzami z niemieckiej dywizji pancernej, którzy akurat w tym czasie zatrzymali się na postój w majątku. Po przejściu powstania i wcześniejszych nalotów na Warszawę takie drobne bombardowanie nie robiło na mnie wielkiego wrażenia. Było mi już wszystko jedno. Obserwowałem żołnierzy i widziałem ich przerażenie. Jeden z nich, młody, w furażerce z trupią główką, złapał się kurczowo za moją rękę i cały trząsł się ze strachu. Ja stałem wyprostowany jak struna i pomimo wewnętrznego niepokoju nie chciałem okazać swojego lęku. Mieszkanie nasze ocalało, sąsiednie i parterowe były uszkodzone. We wsi paliło się kilka domów. Przypuszczam, że przyczyną bombardowania była obecność wojska.

Dostaliśmy wiadomość, że następnego dnia mężczyźni mają pędzić bydło, a kobiety ewakuowane będą oddzielnie. Z wieści, które do nas docierały wiedzieliśmy, że Rosjanie strzelają z samolotów do krów, a przy tym giną ludzie pędzący stada. Postanowiono wykorzystać zamieszanie spowodowane bombardowaniem i uciec ze wsi. Do zabrania dobytku miał posłużyć nam wóz konny z folwarku. Jednak ktoś nas ubiegł i konia zastąpił wół. Załadowaliśmy nasze tobołki i po ciemku, w grupie około dwudziestoosobowej, boczną drogą południowego skraju Przeworna opuściliśmy wieś. Pozostał za nami skwierczący ogień, dym i łuna pożaru oraz wspomnienia ciężkiej harówki. Ucieczką naszą kierowali Polacy od lat pracujący w majątku, znający dobrze teren i język niemiecki. Na wozie leżały tylko rzeczy uciekinierów, a my szliśmy obok. Posuwaliśmy się polnymi drogami omijając tereny zabudowane. Nad ranem wydostaliśmy się na bitą drogę. Przed majątkiem w Dobroszowie zatrzymaliśmy się, a jeden z naszych poszedł do biura folwarku zapytać, gdzie kierowani są tacy jak my. Wszedł akurat w trakcie rozmowy telefonicznej, z której zorientował się, że nas poszukują i gdybyśmy zgłosili się to mają powiadomić żandarmerię. Niepostrzeżenie wymknął się, a tym, co usłyszał podzielił się z nami. Postanowiono jechać do następnego majątku. Zmęczony po nieprzespanej nocy, szedłem obok wozu trzymając się kłonicy i jednocześnie drzemiąc. Hałas obręczy kół, przeżyte bombardowanie i szum w głowie powodowały wrażenie warkotu lecących nad nami rosyjskich samolotów. Pomimo końca lutego było ciepło. Słońce przygrzewało i czuło się nadchodzącą wiosnę. Po całym dniu wleczenia się w tempie, jakie narzucał nam wól, dobiliśmy do majątku chyba w Białym Kościele. Przez cały czas nikt nas nie zatrzymywał ani się nami nie zainteresował. W folwarku pozwolono nam przespać się na słomie w opuszczonej oborze. Rano z innymi uchodźcami wypędzono nas, kierując do obozu we Frankenstein (Ząbkowice Śląskie). Tak dołączyliśmy do uciekinierów wałęsających się po drogach III Rzeszy. Nasz brunatny wól nieprzyzwyczajony do chodzenia po drogach o ostrej nawierzchni, po jednym dniu tak sobie zdarł racice, że broczyła z nich krew. Trzeba było owinąć mu nogi workami. Wół często stawał i nie chciał dalej iść. Nie pomagało podstawianie mu przed nozdrza wiązki siana, a nawet bicie kołkiem. Siadaliśmy w przydrożnym rowie i czekaliśmy na zmianę humoru naszego oksa. Dwie rodziny, które miały swój dobytek załadowany na małe wózki (miniatura dużego wozu konnego), przyczepione do naszego wozu, zniecierpliwione odczepiały je i same ciągnęły swój bagaż.

Pod wieczór dobrnęliśmy do majątku w Bobolicach. Pracujący tutaj Polacy przyjęli nas bardzo serdecznie. Jedno małżeństwo zabrało mnie z mamą na noc do siebie. Opowiadaniom o naszych i ich przeżyciach nie było końca. Jedno utkwiło mi w pamięci. Przed nami przez ich wieś przechodził oddział polskiego wojska w pełnym umundurowaniu i z bronią, a prowadził ich oficer SS. Nie bardzo wierzyłem, by Niemcy mogli na coś takiego się zdobyć.

Następnego dnia byliśmy już w Ząbkowicach Śląskich. Tu skierowali nas do Arbeitsamtu, gdzie spisano nasze personalia. Sam obóz znajdował się na końcu miasta w jakimś starym, nieczynnym spichlerzu czy młynie. Woła zabrano na rzeź. My znaleźliśmy sobie jakieś miejsce na podłodze z rozrzuconą słomą. Tu spotkaliśmy panią Kluczyk z Lilką. Po otrzymaniu kubka kawy i kromki czarnego chleba zapoznaliśmy się z sytuacją w obozie. Znajdowało się tu skupisko ludzi różnej narodowości. Czuło się radość ze zbliżającego się końca wojny i kresu tułaczki. Wieczorem grano, tańczono i śpiewano w różnych językach i melodiach z całej Europy. Nawiązywały się znajomości i powstawały przelotne, a może i trwałe związki uczuciowe. Nie odczuwało się obecności pilnujących Niemców. Po jednodniowym pobycie i poznaniu miejscowych warunków na zapytanie – kto chce jechać do pracy w folwarku przy linii frontu – nasza warszawska dziewiątka zgłosiła się pierwsza. Mając już doświadczenie wiedzieliśmy, że łatwiej jest wyżywić się na wsi niż siedząc w obozie i czekając na miskę ohydnej zupy ze zgniłych produktów z piachem. Ostatni okres samozaopatrywnia się przyzwyczaił nas do trochę lepszych warunków niż obozowe.

Wieczorem, gdy transporty były mniej narażone na ostrzał z samolotów rosyjskich, załadowano nas i powieziono do folwarku w Doboszowicach (a może w Kamieńcu Ząbkowickim). Tam przekazano nas sołtysowi (burgemaistrowi) z poleceniem nakarmienia i przenocowania. Dostaliśmy mleko, świeży chleb prosto z piekarni (jeszcze ciepły) i po kawałku masła. Takiego żarcia dawno nie mieliśmy. Kolacja była na świeżym powietrzu, przy księżycu. Siedzieliśmy na stercie słomy. Grupa nasza liczyła około trzydziestu osób. Był wśród nas artysta operetkowy, który przy wtórze organków śpiewał popularne arie, a wspólnie śpiewaliśmy pieśni powstańcze i patriotyczne. Wieczór był uroczy. Spaliśmy w stodole na słomie ułożonej na klepisku. Rano gdzieś około piątej obudziło nas bombardowanie Kłodzka. Nastrój był dobry, bo odgłosy bomb przybliżały nam dzień wyzwolenia. Łatwiej było rozprostować kości po niewygodnym spaniu i zmarznięciu w przewiewnej stodole. Słoneczny dzień spędziliśmy razem z krowami przygnanymi tu spod frontu na pastwisko. Czekaliśmy na wieczorny transport, który miał nas dowieźć do wyznaczonego folwarku. Jedzenia już nam nie dano. Uważali, że wczorajsza kolacja była wystarczająca.

Po ciemku wojskowym ciężarowym samochodem przewieziono naszą warszawską grupę do Neuhaus (Chałupek) i pozostawiono u sołtysa. Byli z nami wszyscy z Przeworna oraz Lilka z mamą, z Krzywiny. Sołtys poczęstował nas dobrą kolacją. Pierwszy raz jadłem tam rosół z wieprzowiny. Na noc zakwaterowano nas w kilku gospodarstwach na wsi. My z mamą trafiliśmy do samotnej starej Niemki, która wyznaczyła nam miejsce do spania na podłodze.

Rano żołnierz zabierał z domów mężczyzn do pędzenia krów. Znowu powtórzył się moment rozstania z matką. Nie wiadomo na jak długo i czy nie na zawsze. Zebrał nas około piętnastu. Szliśmy z Chałupek przez Lubnów (Libenau) – wieś ciągnącą się około dwa kilometry. Gdzieś na małym luku drogi usiadłem w rowie, zdjąłem but i zacząłem go kamieniem „reperować”. Siedziałem tak z 15 minut. Nikt po mnie nie wrócił. Zostałem sam. Nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Postanowiłem wrócić do mamy. Niemce powiedziałem, że puścili mnie, bo obtarłem sobie nogę.

Koło południa zebrano naszą dziewiątkę i przyprowadzono do folwarku w Chałupkach. Właścicielem, jak później się dowiedziałem, był Graf von Harduval-Chamare, a dzierżawcą, który nas przejął, był stary Fritz Kramer. W biurze spisano nasze dane, a pozbawiony jednej ręki rządca – Ślązak, nazywany „Ratajem”, mówiący po polsku, wskazał nam sztubę, w której mieliśmy mieszkać. Była to ostatnia izba w murowanym budynku na górce, naprzeciwko stodół i przez pole sąsiadująca z laskiem. Wyposażona była w żelazną kuchnię, prycze, stół i ławki. Przydzielono nam niezbędny sprzęt osobisty i rano następnego dnia pognano do roboty. Ja z początku pracowałem przy odkrywaniu kopców z kartoflami i ich przebieraniu. Następnie byłem zatrudniany w polu przy sadzeniu ziemniaków i sianiu zboża. Do ostatniego dnia wojny prace w majątku prowadzono zgodnie z rolniczym kalendarzem. Nie przypuszczałem, że plony naszej pracy zbierać będą Polacy, którym w wyniku zwycięskiej wojny przyjdzie żyć na tej ziemi. Praca, którą wykonywałem, przewyższała jednak moje możliwości fizyczne. Przy nakładaniu gablami ziemniaków, do koszyków kobiet je sadzących, zemdlałem na wozie. Musiałem uwijać się, by za wolno jadącym wozem nie tworzyła się kolejka. Zemdlałem tuż przed przerwą obiadową, tak że po ocuceniu, wpółprzytomnego przywieziono mnie wozem pod dom. Przez trzy dni, tym razem naprawdę chorowałem. Byłem tak osłabiony, że ledwie mogłem chodzić. Po chorobie, na skutek prośby mamy, „Rataj” dał mi lżejszą pracę. Chodziłem po polu za siewnikiem i stukałem w zapychające się ziarnem rurki.

Czasami z daleka docierały do nas odgłosy dział oraz eksplodujących bomb i pocisków. Wieczorami, przy ładnej pogodzie, z naszego wzgórza widać było nawet łuny z linii frontu.

Jedzenie sami sobie gotowaliśmy. Zapasy króliczego mięsa dawno się skończyły. Musiały nam wystarczyć racje kartkowe i „zorganizowane” w niewielkiej ilości płody rolne, takie jak ziemniaki, groch i kasza. Mała kuchnia nie pozwalała na jednoczesne przygotowanie jedzenia przez cztery gospodynie, dlatego czasami dochodziło do zatargów między naszymi mamami.

Chłopięca duma powodowała, że stroniłem od ciągłego przebywania z matką i po pracy chodziłem własnymi ścieżkami. Jednego dnia z przerwy obiadowej sam wracałem na pole leśną dróżką w kierunku Paczkowa (Patschkau), gwiżdżąc czy też podśpiewując sobie piosenkę „Hej chłopcy, bagnet na broń”. Spostrzegłem mamę siedzącą pod drzewem i wsłuchującą się w melodię. Nie była wylewna w uczuciach tak jak ja, ale wtedy rozpłakała się i nic nie mówiąc przytuliła mnie do siebie. Moje oczy zrobiły się jakieś niewyraźne. Kiedy dziś wspominam to zdarzenie to coś ściska mnie za gardło i dziwnie swędzą oczy. Nie wiem, o czym myślała. Może o tym jak potoczą się nasze dalsze losy? Czy podoła utrzymać i wykształcić mnie i siostrę, bez męża, który już od przeszło trzech lat spoczywał na Cmentarzu Bródnowskim?

Któregoś dnia przy odkrywaniu kopców usłyszałem warkot samolotu. Tuż nad naszymi głowami przeleciał kukuruźnik – „dorożka warszawska”, jak je nazywaliśmy w czasie powstania z uwagi na ich charakterystyczny turkot. Oznakowany był czerwonymi gwiazdami. Niemcy do niego nie strzelali, może dlatego, że w Chałupkach nie było wojska. Dziwiłem się, że nie strzelali też volkszturmowcy. Nasi w 1939 roku strzelali z karabinów do samolotów lecących znacznie wyżej.

Jednego wieczoru Rosjanie zrzucili nad Chałupki „żyrandol”. Pamiętałem je jeszcze z okresu warszawskiego. Oświetlanie nimi terenu pomagało w rozeznaniu przyszłego miejsca działań wojskowych. Taki fajerwerk wywoływał duże wrażenie. Oglądałem go z Lilką, która wystraszona, kurczowo się do mnie przytulała.

Również do Chałupek docierały zakazane wiadomości radiowe. Przekazywał nam je Polak pracujący z żoną u bauera w sąsiedztwie folwarku – nauczyciel, wywieziony do Niemiec z łapanki. Słuchanie radia przez Polaka groziło obozem koncentracyjnym, a nawet śmiercią. Byli jednak ludzie odważni i nie bali się niczego.

Ze starym Niemcem noszącym wojskową czapkę z dwoma guziczkami nad daszkiem, z którym pracowałem przy zasiewach, pojechaliśmy wozem do Paczkowa po węgiel. W tym dniu był nalot i w pobliżu nas spadło kilka bomb mniejszego kalibru. Przerażony był tylko koń, który nienormalnie się zachowywał. Załadowaliśmy jednak węgiel i przywieźliśmy do majątku.

Kilka tygodni przed nadejściem frontu zatrzymała się we dworze jednostka pancerna. Żołnierze jak mrówki rozeszli się po całym terenie. Do nas w mundurze niemieckiego czołgisty wtrynił się jakiś Rosjanin, a może Ukrainiec. Mówił, że uciekł od ruskich i wstąpił do niemieckiej armii, ponieważ Niemcy są cywilizowanym narodem i tu można żyć. Tam to motłoch, który jest pędzony pod oficerskim pistoletem na humanitarną armię. On marzył tylko, aby dostać się na stronę amerykańską. Co do humanitarności faszystów to mieliśmy inne, własne doświadczenia. Ciekawe czy marzenie jego się spełniło? Zaśpiewał nam kilka melodyjnych rosyjskich piosenek, wśród nich „Katiuszę”, którą tam po raz pierwszy usłyszałem.

Ósmego maja Niemcy, cywile i wojskowi uciekli. Dzierżawca Kramer wydobył w nocy ukrywany samochód i też czmychnął z rodziną. Zabrali konie i co cenniejszy dobytek. Zostali tylko Polacy. Od rana słychać było coraz głośniejsze strzały i wybuchy pocisków. Schowaliśmy się w piwnicy przyległej do stodoły i wyczekiwaliśmy na to, co może się zdarzyć. Po dość długim siedzeniu, przedostałem się do uchylonych drzwi wejściowych, znajdujących się na poziomie terenu. Zobaczyłem, że z lasku, w którym spotykałem dzikie króliki, wybiegł rosyjski oficer z pistoletem, machnął ręką i pociągnął za sobą tyralierę strzelających żołnierzy. Chyba strzelali na postrach, bo Niemców nie było widać. Kilku przebiegło obok nie zauważając nas. Dopiero po jakimś czasie zjawiła się grupka żołnierzy z oficerem i pytali, co my za jedni. Wszyscy wyszli z piwnicy, otoczyli ich i zadawali różne pytania. Ale najważniejsze było, czy Niemcy już nie wrócą. Nie gwarantowali nam tego, lecz dawali nadzieję, że raczej nie.

Ludzie nie wiedzieli, co ze sobą począć. Odruchowo chcieli zemścić się na Niemcach za swoje upodlenie, za śmierć bliskich, za niewolę, za Warszawę, za utracone domostwa i dobytek. Lecz tych, na których chcieli wyładować swą złość, nie było. Postanowili zdobyć coś z opuszczonych przez nich mieszkań, odzyskać choć trochę tego, co stracili. Przecież tak wiele będzie im potrzeba do nowego, może normalnego życia. W pierwszym rzędzie włamano się do domu Kramera. Zabierano wszelkie przydatne i mniej przydatne rzeczy, które dało się z sobą zabrać. Wyważano zamki, wybijano szyby, rozbijano szafy. Przy okazji niszczono wszelkie oznaki hitleryzmu, godła, portrety i napisy. I ja z nimi byłem, lecz mnie nie interesowały gałgany i ciuchy, których zresztą za wiele nie było. Oglądałem wnętrza domu i przeglądałem pozostawione fotografie. Z dworu zabrałem stary pudełkowy aparat fotograficzny i na pamiątkę kilka zdjęć folwarku oraz zdjęcie Kramera, które już wiele lat po wojnie podarłem. Z innymi chciałem dobrać się do jednej, jeszcze zamkniętej na klucz szuflady, w masywnym dębowym kredensie. Okazało się to jednak niemożliwe. Chyba tylko granat mógłby ją ruszyć. Na dziedzińcu dwie kobiety wyrywały sobie z rąk poduszkę, ale nadjeżdżający na koniu rosyjski żołnierz jednym cięciem szabli pogodził obie strony.

Niemcy już nie wrócili. Mieliśmy natomiast innych gości, którym zrazu chcieliśmy nieba przychylić, obdarować i ugościć. Było to trzech sowieckich żołnierzy, zagubionych i poszukujących swojej jednostki. Obstąpiliśmy ich przed naszym domem i wypytywaliśmy o wszystko. Dotykaliśmy ich mundurów, a nawet guzików. Cieszyliśmy się naszym wyzwoleniem, a ich zwycięstwem. Po dokładniejszym rozeznaniu okazało się, że byli to zwykli maruderzy, ciągnący się za frontem i używający życia na konto swych liniowych kolegów. Uzbrojeni byli w pepesze, a za pasami mieli gołe szable. Zionęło od nich wódką. Spośród dorosłych dziewczyn wybrali sobie trzy, które poprosili o pokazanie im gdzie mieszkają. Te ochoczo poprowadziły ich do siebie. Żołnierze zaryglowali drzwi i dobierali się do nich. Dziewczyny zaczęły się niesamowicie drzeć. We trzech pobiegliśmy do wsi po pomoc. Po drodze spotkaliśmy jadącego na koniu kozackiego oficera w długiej pelerynie, podbitej błyszczącą czerwoną podszewką, w czarnej czapie z czerwonym denkiem, z szablą i pistoletem przy pasie. Po wyjaśnieniu, o co go prosimy, pognał w kierunku naszych zabudowań, a my biegiem za nim. W międzyczasie nasi sforsowali drzwi. Oficer grożąc zastrzeleniem, pojedynczo wyciągnął małojców od dziewczyn, równocześnie zabierając im broń. Jednemu, który najwięcej się stawiał, przyłożył na płask szablą po twarzy i nakazał im iść ze sobą. Jak się później dowiedzieliśmy, oficerem tym był komendant wsi. I taki to był nasz pierwszy dzień wolności. Dużo przeżyć i nerwów. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że wieczorem tego dnia podpisano kapitulację Niemiec i nastąpił koniec wojny.

Nie wiedzieliśmy jeszcze, że Neuhaus będzie należał do Polski, więc na drugi dzień spakowaliśmy swoje manatki, załadowaliśmy na drabiniasty wóz, tym razem zaprzęgnięty w dwa woły i ruszyliśmy w powrotną drogę do rodzinnych gniazd. Po drodze nie obyło się bez przygód. Najwięcej kłopotu sprawiały nam woły, kaleczące swoje racice o asfalt. To powodowało, że odległość 115 kilometrów pokonaliśmy w ciągu około pięciu dni. Niektórzy bardziej zniecierpliwieni towarzysze podróży zabrali swoje bagaże na plecy i samotnie podążyli do swoich domów. Jednym z takich był robotnik spod Tomaszowa pracujący przez wiele lat w Niemczech, powracający w prawie nowych, zdobycznych butach z cholewami i z pokaźnymi tobołkami. Po jednym dniu od rozstania z nami spotkaliśmy go siedzącego w rowie i czekającego na nas, ale już bez tobołków i bez butów. Okazało się, że jego rzeczy spodobały się przejeżdżającym żołnierzom rosyjskim.

Jednego dnia, po wielogodzinnym marszu usłyszeliśmy wzmagający się szum, który zamienił się w łoskot. Z początku wydawało się, że leci eskadra samolotów. Niebo jednak było czyste, nawet bez chmurki. Przed nami na wzniesieniu drogi pojawił się rój ruchomych punkcików, które stopniowo powiększały się i zbliżały do nas. Gdy byliśmy już w odległości umożliwiającej rozpoznanie ruszającego się mrowia, stwierdziliśmy, że jest to kilkudziesięcioosobowy oddział Armii Czerwonej jadący po asfalcie rowerami na samych metalowych obręczach.

W Niemodlinie przy rynku, w remizie strażackiej mieściła się komenda wojsk rosyjskich, w której dokonano kontroli naszych dokumentów i dobytku. Zabrano rzeczy, które mogły być potrzebne wojsku. Mnie zdobyczny aparat fotograficzny, a mamie Rosjanka skonfiskowała jedwabną koszulkę. Chyba był też tam punkt PCK lub repatriacyjny, który wystawiał zaświadczenia o powrocie do kraju.

Po drodze zdarzał się handel wymienny. Ciekawe były transakcje z żołnierzami sowieckimi, którzy specjalizowali się w sprzedaży rowerów za wódkę na początku miasta i rekwirowaniu tychże na końcu miasta. Mama znalazła gdzieś trochę pościeli i fajansu, a ja w przydrożnym rowie wojskową aluminiową manierkę w sukiennym futerale z bakelitową szklaneczką. Gdzieś koło Opola przechodziliśmy przez wieś, w której na domach wisiały polskie flagi, a chłopi-autochtoni z biało-czerwonymi opaskami pilnowali swoich gospodarstw. W Opolu zobaczyliśmy pierwszych polskich żołnierzy. Różnili się od tych sprzed wojny i tych z powstania. Szczególnie ich orzełki na czapkach były jakieś inne. Ucieszyliśmy się jednak na ich widok.

Dotarliśmy do stacji kolejowej Fosowskie, kilkanaście kilometrów od Lublińca, z której kursowały już pociągi w głąb Polski. Kolejarzom, w wysłużonych granatowych rogatywkach z orzełkiem, oddaliśmy woły do ich stołówki, sami natomiast zatłoczonym pociągiem udaliśmy się do Częstochowy. Po wielu godzinach oczekiwań wdrapaliśmy się na wagony z węglem i dobrnęliśmy do Koluszek. Stamtąd do Końskich, w których zatrzymaliśmy się u ciotki Ruraszowej, a potem wozem konnym do rodziny ojca w Maleńcu. Jakimś cudem o naszym powrocie powiadomiono moją siostrę Olę, która wyszła nam naprzeciw. Powitanie było pełne łez.

W Maleńcu przyjęto nas bardzo serdecznie. Dowiedzieliśmy się, że Ola była już w Warszawie i że mieszkanie na Chmielnej ocalało. Do stolicy pojechały mama z siostrą, a ja zostałem na wsi. Przez półtora miesiąca chodziłem tam do szkoły, żeby co nieco przypomnieć sobie przed pójściem do gimnazjum. Pomagałem stryjowi Stefanowi, samotnemu kawalerowi w jego dwuhektarowym gospodarstwie. Zajęcia w rolnictwie nie odpowiadały mi, może dlatego, że byłem wysoki i słabej kondycji fizycznej. Dłonie miałem drobne i nienadające się do ciężkiej pracy. Postanowiłem dostać się do gimnazjum i w tej decyzji wspierała mnie mama z siostrą. Z takim celem w końcu sierpnia 1945 roku jechałem do swego rodzinnego miasta, mając za sobą stracony rok szkolny, ale zdobyte życiowe doświadczenie. Nabyłem w tym czasie szacunku do pracy fizycznej, bo trochę ją poznałem.

W niespełna rok po wypędzeniu znowu znalazłem się w swojej kamienicy, w swoim mieszkaniu. Mama z Olą w maju 1945 roku przejęły od pilnującego naszego dobytku rzeźbiarza Gollera zakład i mieszkanie. Oto co pozostało: 4 warsztaty, które dla stolarzy są ich podstawowym stanowiskiem pracy, trochę narzędzi i materiałów, część starych mebli, stłuczone tremo i małżeńskie łóżko bez materaca. Odzież, bielizna, sprzęt gospodarczy oraz rzeczy zamurowane w piwnicy – znikły. Na piwnicznej podłodze ostały się, wysypane z pudełka po butach, resztki podeptanych fotografii. Cieszyliśmy się jednak, że dom stoi, a my mamy gdzie mieszkać. Nie wyobrażam sobie rozpaczy tych, którzy po powrocie zamiast domu zastali tylko gruzowisko.

 

Dziękujemy Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo za zgodę na publikację materiałów.

Powiązane hasła

”None