menu

Jerzmanowska Zofia – Powstanie Warszawskie, wywóz do obozu pracy w Niemczech

Jerzmanowska Zofia – Powstanie Warszawskie, wywóz do obozu pracy w Niemczech

Zofia Jerzmanowska (1906-1999), profesor chemii, zatrudniona niedługo przed wybuchem wojny w Zakładzie Chemii Organicznej Politechniki Warszawskiej, w czasie okupacji zajęła się produkcją nitrogliceryny jako materiału wybuchowego do granatów, a później bardzo cennych podczas wojny tworzyw, jakimi były mydło czy dulcyna – sztuczny środek słodzący. Od 1942 roku brała udział w tajnym nauczaniu na kompletach studentów Wydziału Farmaceutycznego. W trakcie Powstania Warszawskiego wraz z matką Zofią z d. Łagowską trafiła do obozu w Pruszkowie, a stamtąd do obozu pracy w Neckartenzlingen. Wojny nie przeżył jej ojciec Kazimierz, ewakuowany podczas powstania jako chory do Grodziska Mazowieckiego, gdzie zmarł, a także narzeczony prof. Roman Małachowski, który zginął w trakcie powstania w nieznanych okolicznościach. Od 1945 Zofia Jerzmanowska mieszkała w Łodzi, pracując m.in.  jako kierownik Katedry Chemii Organicznej. Publikujemy fragment wspomnień biograficznych pani Zofii wydanych w „Kwartalniku Historii Nauki i Techniki” w 1988 roku (nr 1, s. 3-80) dotyczący przeżyć związanych z Powstaniem Warszawskiem oraz pracą przymusową (z okresu: lipiec 1944 – listopad 1945). Zachowujemy zgodność tekstu z oryginałem.

W lipcu 1944 r. w różnych środowiskach Warszawy mówiono już o tym, że wybuchnie powstanie w mieście, kiedy tylko wojska radzieckie wejdą do Polski i zbliżą się do Warszawy. Konspiracja jednak była tak dobra, że nikt nie znał dokładnej daty, toteż gdy 1 sierpnia powstanie wybuchło, wiele osób znalazło się z dala od własnego domu. 1 sierpnia w południe przyszła do mnie, do mieszkania przy ul. w. Barbary 12, moja przyjaciółka Teresa Bisanz. Wkrótce rozpoczęła się jednak taka strzelanina, że już nie mogła powrócić do swojego domu – denerwowała się bardzo rozdzieleniem z mężem. Niebawem nadszedł prof. Małachowski, który mieszkał z siostrą na Mokotowie, ale mając też informację o rozpoczęciu powstania, chciał być ze mną – nasze planowane małżeństwo miało być wkrótce zawarte. I tak przez kilka następnych dni egzystowaliśmy wszyscy razem – z moimi rodzicami – w stanie ogromnego napięcia i smutku. W pewnej chwili kula karabinowa przebiła szybę w pokoju mojego ojca, przeszła nad Jego głową i utkwiła w przeciwległej ścianie. Profesor był w głębokiej depresji, patrzył godzinami przez okna na ulicę i mówił do nas, że ma jak najgorsze przeczucia. Sytuacja z każdym dniem stawała się coraz bardziej dramatyczna, w pobliżu naszej ulicy znajdowała się placówka powstańcza. Po paru dniach – 5 sierpnia –przyszedł rozkaz niemiecki opuszczenia naszego domu; w podobnej sytuacji znaleźli się również mieszkańcy okolicznych domów. Nakazano nam przenieść się do „Romy” – był to obszerny budynek Akcji Katolickiej przy ul. Nowogrodzkiej, w odległości około 200 m. Chwyciłam naprędce coś z odzieży, jakieś mydło, kosmetyki (!) i wyszłam w letnim płaszczu. Podobnie moja Matka – chwyciła parasolkę (!), coś do małej walizki… i tak wyszła z mieszkania, które urządzała przez wiele lat, gromadząc meble, antyki i cenne obrazy. Wkrótce nasze piękne mieszkanie zostało oblane benzyną i spłonął cały dom. Spłonęły wszystkie nasze pamiątki (fotografie, dokumenty, listy). Pozostawione w piwnicy futra, zapasy żywności i leków zostały zapewne później rozszabrowane. Mój biedny Ojciec szedł o kulach do „Romy”, mając obandażowane stopy z powodu głębokiej nekrozy palców nóg wskutek ciężkiej cukrzycy, trwającej ponad 10 lat. W tamtych dniach uświadomiłam sobie, że w czasie wojny nie można niczego przewidzieć, przed niczym się zabezpieczyć. W 1939 r., kiedy wróciłam ze Lwowa do Warszawy już po wybuchu wojny, Matka moja pracowała po całych dniach w aptece, w domu nie było żadnych zapasów żywności. W ostatnich dniach przed zajęciem Warszawy (27.IX.1939) sklepy były zamknięte lub puste. Przez 2-3 dni prawie głodowaliśmy, żywiąc się jedynie sucharami, które nam ktoś ofiarował – i tak przetrwaliśmy. Teraz w roku 1944, pamiętając tamte doświadczenia, przygotowałam w piwnicy wygodny schron, fotel dla Ojca, koce, insulinę i zapasy żywności. I na cóż się zdała cała ta zapobiegliwość!

Już po kilku godzinach naszego pobytu w „Romie” nastąpiło moje dramatyczne rozstanie z prof. Małachowskim – szczególnie mi bliskim. Zdołaliśmy zaledwie wymienić kilka ciepłych zdań i serdeczny uścisk. Pożegnanie to okazało się rozstaniem na zawsze, już nigdy Go nie zobaczyłam! Wszyscy zdrowi mężczyźni znajdujący się wówczas w „Romie” (było ich kilkudziesięciu) zostali wezwani przez Niemców – którzy w tej dzielnicy panowali niepodzielnie – rzekomo do noszenia rannych. Jakie były ich dalsze losy, nie udało się nigdy z całą pewnością ustalić. Czy zostali od razu rozstrzelani na ulicy Nowogrodzkiej przy Gmachu Poczty, czy podczas rozbierania barykad powstańczych w mieście, czy też wywieziono ich do obozu zagłady? Przez szereg lat po wojnie robiłam wszelkie możliwe starania, aby dowiedzieć się, gdzie zginął Roman Małachowski; były różne sprzeczne informacje, ale tak naprawdę nigdy niczego nie udało mi się ustalić. Intensywne poszukiwania prowadziły także obie siostry Profesora, również bez rezultatu.

Warunki życia w „Romie” były bardzo ciężkie, tłok, nie było prawie miejsca do siedzenia, żadnej żywności. Po jednej dobie pobytu w „Romie” popędzono wszystkie znajdujące się tam osoby, prawie wyłącznie kobiety, w kierunku Pruszkowa. Straszny to był widok: tłumy cywilnej ludności, mieszkańców różnych dzielnic Warszawy, popędzono w nieznanym nam wtedy celu i kierunku, wśród wrzasków żołdaków niemieckich lub – gorzej – Ukraińców w mundurach niemieckich. Ukraińcy kazali sobie wtedy oddać wszelkie kosztowności pod groźbą rozstrzelania. Nasza nieoceniona gosposia Marysia Lachowska, która cały czas była z nami, nie przestraszyła się tej groźby i zachowała złoty zegarek oraz cenny pierścionek z brylantami mojej matki. Po kilku godzinach marszu znaleźliśmy się w Pruszkowie. Na cementowej podłodze wielkiej hali fabrycznej, gdzie nas umieszczono, można się było wreszcie położyć. Ojciec mój, nie mogący chodzić, pozostał jeszcze w „Romie” pod opieką Sióstr Czerwonego Krzyża, był potem ewakuowany wraz z innymi chorymi do Grodziska, gdzie przebywał głównie w szpitalu; opiekowała się nim w tedy mieszkająca w Grodzisku siostra Wandy Polaczkowej, St. Krzyżańska; w końcu października zmarł i został pochowany w Grodzisku. Moja Matka, Maria Lachowska, i ja opuściłyśmy wkrótce, wraz z innymi mieszkańcami Warszawy, Pruszków; przedtem dano nam jakiś kubek strawy. Umieszczono nas w wagonach towarowych (siedzieć można było tylko na ziemi) i powieziono w niewiadomym kierunku. Podróż ta była koszmarna, co parę godzin pociąg stawał, pozwalano wyjść na chwilę i znów jechaliśmy dalej, czasem ktoś uciekał z tego transportu, ryzykując zastrzelenie. Dawano nam trochę wody do picia, ale nic do jedzenia. Byłam w stanie zupełnej prostracji i tylko moja Matka podtrzymywała mnie na duchu. Wreszcie dojechaliśmy do jakiejś miejscowości – kazano nam wysiąść i iść szybko przed siebie. Szliśmy, popędzani okrzykami gestapowców czy żołnierzy niemieckich: „raus, schnell…”. Był już późny wieczór sierpniowy, ciemności dookoła, prawie nie widzieliśmy siebie nawzajem. Byłam wtedy pewna, że prowadzą nas na rozstrzelanie, i – dziwna rzecz nie odczuwałam przerażenia, rozpaczy, strachu; był to zapewne wynik krańcowego wyczerpania. Nie czekała nas jednak śmierć: okazało się, że przywieziono nas do obozu pracy w miejscowości Neckartenzlingen. Była to mała osada, położona w odległości kilku kilometrów od Stuttgartu, stolicy Badenii-Wirtembergii, dokąd przeniesiono fabrykę części do samolotów, chroniąc ją w tym miejscu od nalotów bombowców alianckich. Wybudowano tu kilkanaście prymitywnych baraków, w każdym z nich znajdowały się pomieszczenia kilkunastoosobowe z piętrowymi pryczami. Podobnie jak w setkach innych miejscowości, hitlerowcy umieścili ludność cywilną wysiedlaną z różnych okupowanych przez siebie terenów. W obozie znaleźli się młodzi Belgowie, Francuzi, Ukraińcy – tylko mężczyźni. Jedynie wśród ludności wysiedlonej z Warszawy podczas Powstania Warszawskiego przeważały kobiety i starsi mężczyźni. W obozie Nekartenzlingen spędziłyśmy blisko 9 miesięcy. Wyżywienie było głodowe, rano i wieczorem kubek niesłodzonej kawy zbożowej i cieniutka kromka czarnego chleba, na obiad talerz rozgotowanej kapusty lub brukwi (często zgniłej), bez tłuszczu, czasem z odrobiną kartofli. W niedziele i święta dawano kawałek mięsa. Po kilku dniach takiego wyżywienia zaostrzyła się moja choroba wrzodowa, wystąpiły ostre bóle, nie mogłam utrzymać się na nogach. Komendant obozu, tzw. Führer, okazał wtedy jakiś ludzki odruch, zabrał mnie do swojego baraku (rodzaj izby chorych) i polecił dawać coś dietetycznego do jedzenia. Na początku wydawało mi się, że już umieram, ale po kilku dniach jakimś cudem nie tylko nie umarłam, ale wyleczyłam się z choroby wrzodowej (!). Powróciłam do naszego baraku, jadłam kapustę, żyłam i pracowałam. Chodziliśmy do blisko położonej wspomnianej już fabryki części samolotów. Moja praca polegała na kontrolowaniu metalowych powierzchni łożysk kulkowych, stosowanych w jakiś elementach struktury samolotu. Praca nie była ciężka, trzeba było siedzieć 8 godzin i nieustannie bardzo uważnie oglądać błyszczące powierzchnie metaliczne – czy nie zawierają rys lub plam. Łożyska uszkodzone należało odrzucać, tj. odkładać oddzielnie. Pracowałam także na nocnych zmianach – spowodowało to, przy niedożywieniu, takie osłabienie wzroku, który dotychczas miałam świetny, że kiedy wieczorami próbowałam czytać gazetki (przynosili je Belgowie i Francuzi, dowiedziawszy się, że znam parę języków), oczy zachodziły mi łzami, nic prawie nie widziałam. Zdawałam sobie sprawę, że źle widząc, nie będę mogła prawidłowo kwalifikować badanych łożysk, co może być uznane za sabotaż i spowodować wysłanie do obozu koncentracyjnego. Zgłosiłam się zatem do „Führera”, który przydzielił mi strażnika (Wachmana) i wysłał do Stuttgartu, do optyka po okulary. Szłam w roboczym kombinezonie, w drewniakach, a za mną o 1/2 kroku – strażnik w mundurze, z karabinem w pogotowiu, na wypadek, gdybym chciała uciekać.

Najcięższe do przeżycia obozie były miesiące zimowe, od grudnia do marca; nie mieliśmy prawie ciepłej odzieży, przydzielone koce były bardzo cienkie. Myć można się było tylko w lodowatej wodzie. Pomimo moich wielkich starań o zachowanie higieny nie udało mi się ustrzec przed rozwojem insektów na odzieży (wszy). Nasza nieoceniona Marysia potrafiła co parę dni zdobyć gdzieś trochę węgla, a ktoś z towarzyszy niedoli z naszego baraku zdobył mały żelazny piecyk; dzięki czemu nie zmarzłyśmy, nie miałyśmy odmrożonych rąk i nóg. Tak płynęły trudne dnie, tygodnie. Ale już w lutym 1945 r. przemycane gazetki podnosiły nas na duchu, zaczęły budzić nadzieję. Wojska sojusznicze przeszły do kontrofensywy, osiągnęły Ren na całej jego długości i doszły do Łaby. W marcu zaczęły się coraz częstsze naloty bombowe na Zachodnie Niemcy, również i na okolice naszego obozu. Kiedy na rozkaz komendanta obozu musieliśmy schodzić do schronu, Matka moja powiedziała: „rób jak chcesz, ja nie mam zamiaru ginąć jak szczur w piwnicy”. Ja jednakże na początku nie wytrzymywałam nerwowo huku nadlatujących bombowców i schodziłam do schronu, zwłaszcza gdy samoloty aliantów zniżały się i obrzucały teren małymi zapalającymi bombami fosforowymi; można było łatwo być trafionym przez taką bombę. Po pewnym czasie przywykłyśmy do stałych nalotów i nie robiły one na nas tak dużego wrażenia.

W końcu marca zaczęła się prześliczna wiosna nad Neckarem. Zakwitły drzewa migdałowe, pokrywające się jasnoróżowymi niedużymi, bardzo pięknymi kwiatami, a na okolicznych wzgórzach zakwitły fiołki; tworzyły jakby fioletowe dywany. Kiedy nadlatywała eskadra bombowców i ogłaszano nalot, a w fabryce następowało zupełne rozluźnienie dyscypliny, wybiegałyśmy z Matką na okoliczne wzgórza, patrząc w zachwycie na urzekające piękno otaczającej nas przyrody. Po błękitnym niebie nad nami przesuwały się z hukiem bombowce. Oczywiście w każdej chwili mogła nam spaść bomba na głowę, mogłyśmy być ranione odłamkami, wiedziałyśmy jednak, że zasadniczym celem nalotu był Stuttgart lub pobliskie miasto Ulm. W pierwszych dniach kwietnia załamał się, jak wiadomo, front niemiecki na Zachodzie. Francuska artyleria rozpoczęła ostrzeliwanie Stuttgartu z ciężkich dział, przez dwa dni dzień i noc grzmiały armaty, mieliśmy wrażenie, że lada chwila jakiś pocisk rozerwie się i nad naszymi głowami, ale tak się nie stało. Nasz Führer obozowy, zorientowany na pewno świetnie komunikatami radiowymi w rozmiarach klęski niemieckiej, ogłosił nam niespodziewanie, że internowani dotąd w obozie, jesteśmy od tej chwili wolni i możemy udać się w dowolnym kierunku. Szereg osób, zwłaszcza mężczyźni i niektóre małżeństwa, skorzystali z tego uwolnienia i ruszyli w drogę; my z Matką i Marysią L. postanowiłyśmy pozostać na miejscu. Zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że ten etap wojny, kiedy nie wiadomo, do kogo w danej miejscowości należy władza, kiedy trwają jeszcze natarcia wojenne i wędrują dezerterzy, jest okresem szczególnie niebezpiecznym dla wszelkich wędrówek, zwłaszcza dla kobiet. Łatwo też wtedy o głodowanie; tu na miejscu Führer miał w zasadzie obowiązek karmienia nas do końca.

Tymczasem wypadki zaczęły się rozgrywać błyskawicznie. Już wieczorem tego samego dnia zjawiła się w Neckartenzlingen czołówka piechoty francuskiej, wojska kolorowe. W kilka godzin później, nad ranem, zjawili się oficerowie francuscy oraz zespół UNRRA, na czele którego stał lekarz francuski i jego zastępczyni, przełożona pielęgniarek, bardzo kulturalna pani, Belgijka. Trudno opisać uczucie szczęścia, jakie nas ogarnęło.

Wkrótce rozpoczęła się rejestracja wszystkich osób pozostałych jeszcze na terenie obozu. Oprócz Polaków, deportowanych z Warszawy, znajdowali się w innych barakach – jak już pisałam – Belgowie, Francuzi, Ukraińcy (większość uciekła poprzedniego dnia). Zostaliśmy zarejestrowani jako D.P. (Displaced Persons). Po kilku dniach cały były obóz został przeniesiony z Neckartenzlingen do pobliskiej, ale znacznie większej miejscowości Geisslingen, gdzie znaleźliśmy się w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Baraki tu były znacznie obszerniejsze i lepsze były warunki higieny (mycie, pranie); zaraz też wyrzuciłam moją obozową odzież. Kiedy w wyniku przeprowadzonej rejestracji okazało się, że jesteśmy obie z Matką farmaceutkami i że znamy języki zachodnie, zostałyśmy z inicjatywy wspomnianej Belgijki zaangażowane do pracy w zespole UNRRA. Mojej Matce powierzono zorganizowanie apteki i wydawanie leków D.P. (wywiezionym do Niemiec). Mnie przypadło zajęcie o charakterze sekretarki, organizatora zaopatrzenia farmaceutycznego i tłumacza pomiędzy chorymi D.P. i lekarzem UNRRA. W kantynie amerykańskiej, jaką zaraz utworzono, otrzymałam rodzaj wojskowego munduru, kostium z sukna khaki, kilka wojskowych zielonych koszul, bieliznę, buty. Miałam przydzielony samochód z kierowcą i potrzebne dokumenty w celu jeżdżenia po całej Badenii-Wirtembergii i zdobywania leków dla podopiecznych. Nie najlepiej szło mi jedynie z pisaniem potrzebnych pism na maszynie – tę umiejętność dopiero co nabywałam; czasem jedną stronę przepisywałam kilka godzin. Wkrótce po przeniesieniu do Geisslingen przydzielono nam z Matką kwaterę prywatną w willi niemieckiej, w której mieszkałyśmy ponad pół roku. Właściciel Niemiec (być może „Nazi”) zmobilizowany, nie powrócił z wojny; z pozostałą w domu żoną utrzymywałyśmy minimalne, poprawne kontakty, trudno było w tamtym czasie oczekiwać wzajemnej życzliwości. Mieszkałyśmy w dużym ładnym pokoju i miałyśmy możliwość korzystania z wszystkich urządzeń w domu. Dla mnie wielką atrakcją była biblioteka, w której znalazłam nawet kilka książek z dziedziny chemii. Rzuciłam się na nie ze szczególnym zainteresowaniem, przecież od blisko roku byłam pozbawiona jakiegokolwiek kontaktu z chemią. Otrzymałyśmy od Amerykanów kartki, umożliwiające zakup większej ilości mięsa, tłuszczu i cukru. Po 9 miesiącach głodu i warunków życia obozowego straciłam około 20 kg wagi – nowa sytuacja wydawała mi się jak z bajki.

Sztab amerykański stacjonujący w Geisslingen (wyżsi oficerowie) zamieszkał w obszernej willi poniemieckiej, otoczonej dużym ogrodem. W tej swojej siedzibie urządzali dość często spotkania towarzyskie, na które byłyśmy z Matką zapraszane. Pierwsze takie spotkanie odbyło się w maju dla uczczenia Zwycięstwa i zakończenia wojny (9.V.1945). Party rozpoczynało się zwykle kieliszkiem koniaku w ogrodzie, a kończyło wspólną kolacją. Podczas tych sympatycznych imprez zorientowałam się, że oficerowie niższych szarż posiadali najczęściej wyższe wykształcenie i szersze zainteresowania intelektualne. Najciekawsi byli Amerykanie w pierwszym pokoleniu, tj. dzieci emigrantów, Europejczyków (Belgów, Niemców, Duńczyków, Włochów), urodzeni, względnie wykształceni już w USA, ale wychowani jeszcze w kulturze europejskiej. W maju lub czerwcu przyjechała do Geisslingen grupa polskich oficerów zwolnionych z oflagu, znajdującego się w niedalekim sąsiedztwie – radość była wielka z tego spotkania. Polscy oficerowie brali również udział w amerykańskich „party”. Każdy dzień był radością: oto skończył się koszmar wojny, dni przeżywanych w codziennym zagrożeniu śmiercią – w głodzie, w poniżeniu. Chwilami aż trudno było uwierzyć w cud życia, wolności.

Moja praca w zespole UNRRA miała i tę atrakcyjną stronę, że jeżdżąc po leki i sprzęt medyczny mogłam zwiedzić piękne okolice Badenii-Witembergii: urodzajne dorzecze Neckaru (pszenica, tytoń), ciągnące się kilometrami pagórki pokryte winnicami i wreszcie lasy Szwarzwaldu. Udało mi się nawet zorganizować „wypad” do Tübingen, starego miasta uniwersyteckiego, pięknie połażonego pośrodku lasów Szwarzwaldu. Tübingen charakteryzuje się tym, że nie ma w nim prawie niczego innego prócz gmachów Uniwersytetu, licznych klinik, domów akademickich, kilku zaledwie piwiarni, kawiarni i paru sklepów spożywczych. Całe miasto stanowi jedno centrum uniwersyteckie. W Tübingen chciałam odwiedzić wybitnego organika prof. George’a Wittiga, znanego mi z jego publikacji chemicznych i monografii. Znalazłam go w stanie zupełnego załamania psychicznego – wrócił akurat ze wsi z plecakiem zdobytych kartofli dla rodziny. Starsi Niemcy, nie przyzwyczajeni do wojny na swoim terenie, nie mieli żadnej odporności, którą my Polacy musieliśmy nabyć w toku tylu klęsk, jakich nie oszczędziła nam historia. We wrześniu, kiedy zaczęły się chłody, odwiedziłam prof. Wittiga powtórnie, zawiozłam koce i trochę czekolady. Byłam w pozycji osoby uprzywilejowanej – po stronie zwycięzców.

Tak płynęły miesiące w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Obie z Matką byłyśmy często myślami w kraju, niepokojąc się o los bliskich nam osób – postanowiłyśmy wracać do Polski, kiedy to tylko będzie możliwe. W międzyczasie miałam propozycję – od pewnego wyjątkowo kulturalnego i sympatycznego oficera (kapitana) amerykańskiego – wyjazdu do Ameryki; zapewniał mnie, że będzie mi mógł ułatwić znalezienie dobrej posady w zakresie mojej specjalności, tj. chemii organicznej. Oficerowie polscy namawiali nas do pozostania w Niemczech do czasu zorganizowania przez Rząd Polski w Londynie możliwości przyjazdu do Anglii i znalezienia tam pracy. Wszyscy odradzali nam usilnie powrót do kraju. Byłyśmy jednak innego zdania – pragnęłam wracać do Polski i wziąć udział w odbudowie kraju, w odbudowie polskiej nauki. Łudziłam się ponadto, że może prof. Małachowski ocalał i wrócił do Warszawy. Wiedziałyśmy, że mój Ojciec zmarł w Grodzisku w szpitalu w październiku 1944 r. i na tamtym cmentarzu został pochowany.

Pierwszym transportem, jaki odszedł z Wirtembergii w pierwszych dniach listopada 1945 r., wróciłyśmy do kraju. Nie pamiętam, jakie były warunki naszego przejazdu – na pewno niezbyt luksusowe, transportu do Polski nie organizowała już UNRRA, lecz Czerwony Krzyż. Miałyśmy po kilka „tobołków”, co nie ułatwiało podróży – wiedząc, że nasze rzeczy osobiste zostały spalone bądź rozgrabione, wiozłyśmy trochę odzieży, jakieś koce otrzymane z UNRRA. Czy i kiedy można będzie zarobić i coś kupić w Polsce, było wielką niewiadomą. Dzień 31.X.1945 r. był wyjątkowo ciepły i słoneczny. Dotarliśmy do Bielska, gdzie rozwiązał się oficjalny transport, dalej podróżowałyśmy już z moją Matką i nieocenioną M.L. samodzielnie. Jechałyśmy do Łodzi, miasta prawie mi nie znanego – w Łodzi byłam jedyny raz w 1928 r. jako studentka P.W. z wycieczką organizowaną. przez Uczelnię; pamiętam, że wówczas secesyjne kamienice przy ul. Piotrkowskiej uznałam za raczej brzydkie – dziś te nieliczne pozostałe wydają mi się ładne.

Powiązane hasła

”None