menu

Kapuścińska Maria – Warszawianka

Kapuścińska Maria – Warszawianka

Maria Kapuścińska, ur. ok. 1930 r., w okresie okupacji hitlerowskiej mieszkała wraz z rodzicami i babcią przy ul. Marszałkowskiej. Jej ojciec, Władysław Kapuściński, profesor fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, brał udział w tajnym nauczaniu. Po upadku Powstania jej rodzina została wygnana do punktu zbornego na Okęciu, a następnie do obozu przejściowego w Pruszkowie. Z obozu rodzina zdołała się wydostać dzięki pomocy lekarza, a resztę wojny pozostała u krewnych w Brwinowie. Prezentujemy fragment relacji Pani Marii opisujący życie podczas Powstania oraz dalsze losy rodziny. Całość relacji została opublikowana w wydawnictwie Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo („Moje wojenne dzieciństwo”, tom nr 10, wspomnienie pt. „Warszawianka”).

[…] w upalny dzień i sierpnia 1944 roku o godzinie piątej po południu wybuchło Powstanie. Całe szczęście, że nie byliśmy na działce. W domu znajdowali się rodzice, Babcia, ja no i Żaba. Zaczęła się ostra strzelanina. Nasz dom i przyległe kontrolowali Niemcy. Zakazali zbliżać się do okien i wychodzenia na ulicę. Domy po przeciwnej stronie Marszałkowskiej (czyli nieparzystej), jak nam się wydawało, opanowali powstańcy. W bramie naszej kamienicy znaleźli się przypadkowi ludzie, spędzeni tam z przystanku tramwajowego. Pamiętam kobietę szalejącą wprost z rozpaczy, gdyż zostawiła gdzieś w mieście zamknięte w mieszkaniu malutkie dziecko.

Trudno wspominać tamte dni. Będą to raczej poszczególne obrazy, sceny.

Scena I. Siedzimy w przedpokoju. Trwa kanonada. Nic właściwie nie wiadomo, z wyjątkiem tego, że

jesteśmy pod „panowaniem” niemieckim. Czekamy.

Scena II. Tupot buciorów na schodach i „raus!” w ciągu 10 minut do piwnicy. W popłochu nie wiemy co chwytać. Mamie udało się zabrać i ukryć kilka sztuk biżuterii. Ja zdążyłam chwycić tylko jakieś swoje skarby, kilka fotografii i ryngraf. Podczas okupacji takie ryngrafy wisiały prawie we wszystkich domach: na tle polskiego orła wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Zdążyłam jeszcze wypuścić swoje myszy. Tak, hodowałam kilka szarych myszy ocalonych z pułapki. I do piwnicy!

Scena III. Po jakimś czasie pozwalają na 15 minut wejść na górę, żeby zabrać trochę żywności, bo

musimy zaraz przenieść się do piwnicy sąsiedniego domu, gdyż nasz cały ma być oddany wojsku. Widoku na górze w naszym mieszkaniu nie zapomnę do końca życia. Wszystko porozrzucane, sterty książek, ubrań, papierów, na nich porozbijane słoje konfitur. Na szczycie jednej z takich stert cuchnąca ludzka (czy można powiedzieć ludzka?!) kupa. Całkowita, zupełna i chciałoby się powiedzieć, bezmyślna dewastacja, będąca obrazem albo raczej wyrazem żądzy zniszczenia. Chaotycznie łapiemy jakieś pokruszone suchary, ocalały słoik z konfiturami i zupełnie ogłupiali schodzimy do cudzej piwnicy, bardzo zatłoczonej. Znajdujemy sobie jakieś miejsce. Problem: trzeba wyprowadzić Żabę – nie załatwi się w domu – a nie wolno wychodzić. Wypuszczamy ją na podwórko – Babcia stoi w drzwiach.

Scena IV. (rozciągła w czasie). Wegetujemy w piwnicy. Brak żywności, wody do picia i mycia, o warunkach sanitarnych lepiej nie mówić. Brud, smród, zaduch stłoczonych ludzi. Nic nie wiemy.

Scena V. Pozwalają części ludzi z piwnicy przenieść się na parter w podwórku. Też tłoczno, ale to już luksus. Luksus? Wpada pijany własowiec z automatem gotowym do strzału. Krzyczy: „Módlcie się, wasza ostatnia godzina nadeszła!” Wtedy wyskakuje nasza Żaba i rzuca się na niego. Zmartwieliśmy, ale nic się nie stało, kopnął ją tylko. Łapię psinę i przytulam. Wtedy występuje starsza kobieta, która handlowała bimbrem, staje przed chwiejącym się własowcem i mówi uspokajająco, łagodnie: „Kuźma (że też zapamiętałam to imię!), ty nasz, pamiętasz jak ci bimber przynosiłam? Kuźma, ty nasz, bimber ci przynosiłam, pamiętasz?” I pijany własowiec mruczy coś pod nosem, opuszcza automat i chwiejnie wychodzi. No tak, ta kobieta uratowała nam życie – a dotąd gotowi byliśmy potępiać ją za ten handel bimbrem.

Scena VI. Wreszcie po kilkunastu dniach „raus, raus! Schneller!” Wychodzimy, nikt nie wie dokąd

nas prowadzą. Wleczemy się w kolumnie pilnowanej przez Niemców, gdzieś w kierunku Okęcia. Jest gorąco, ciężko iść.

 

Tułaczka

Idziemy. Wreszcie zadrutowany teren, jakiś budynek, drewniany barak. To obóz przejściowy na Okęciu.

Stąd zostaniemy później (kiedy?) przeniesieni do obozu w Pruszkowie i… dalej.

Ludzie z zewnątrz podchodzą pod druty. Jakaś kobieta patrzy ze współczuciem na naszą Żabę, coś dla niej daje. Zrozumieliśmy, że przyszedł czas rozstania z kochaną, wierną i dzielną Żabą. Mama rozmawia z kobietą – zgadza się wziąć psa. Nie wiemy czy to tzw. „dobre ręce”, ale nie mamy wyjścia. Mama miała ukrytą w koczku z tyłu głowy złotą broszkę z brylancikami. Wyjmuje ją i daje tej kobiecie. Żaba znika z mojego życia. Było to dla mnie najtragiczniejsze przeżycie tamtego okresu.

Kwalifikują do dalszej wywózki. Są też lekarze stwierdzający stan zdrowia i zdolność do pracy. Zdarza się I cud: wśród polskich lekarzy jest jakiś student ojca. Poznaję go. Wydaje zaświadczenie, że wszyscy tj. ojciec, mama, babcia i ja jesteśmy chorzy na czerwonkę, a takich z obozu się wydala.

Jesteśmy wolni – tylko dokąd iść? Czasu starczy jedynie do godziny policyjnej. A potem? Ktoś mówi, że jest w pobliżu rozwalony dom – może tam można by się ukryć?

Na ulicach rozlepiono plakaty – obwieszczenia, że kto przechowa warszawiaka będzie rozstrzelany, a dom jego spalony. A my przecież w dokumentach mamy zameldowanie warszawskie! I wtedy zdarza się II cud. Gdy bezradnie błąkamy się wokół, kiwa na nas mężczyzna stojący w drzwiach sklepu „Szewc, naprawa obuwia”. Podchodzimy.
– To wy z Warszawy? – ni to pyta, ni to stwierdza.
– Tak, wypuszczeni z obozu jako chorzy, ale jesteśmy zdrowi, tylko…
– Chodźcie, ja was schowam.
– Czytał pan obwieszczenia, że kto przechowa…
– Czytałem, ale ja się tam nie boję.
– Ale my nic nie mamy…
– Chodźcie, schowam was za przepierzeniem, tylko bądźcie cicho i nie wyłaźcie.

Te proste słowa w tamtych okolicznościach miały wagę bohaterstwa. Tak, nie przesadzam – bohaterstwa! Wchodzimy za nim do sklepiku i klitki za przepierzeniem, w której ledwo się mieścimy. „Siedźcie cicho, coś się wymyśli” – mówi. Siedzimy cicho. Ludzie z warszawskim zameldowaniem byli ścigani. Prawdopodobnie przy pomocy naszego gospodarza udało się – zupełnie nie pamiętam w jaki sposób – uzyskać lipne zameldowanie na Okęciu, ze wsteczną datą, w jakimś zbombardowanym domu. Umożliwiło nam to opuszczenie kryjówki naszego dobroczyńcy. Mogliśmy mu tylko podziękować i… zachować we wdzięcznej pamięci.

Następnie, po różnych perypetiach, które nie utrwaliły się w mojej pamięci, dotarliśmy do Brwinowa do mojego stryjecznego brata Władzia Kapuścińskiego. Nie można powiedzieć, by był zachwycony naszym widokiem. Gościł już dwoje kuzynów, lecz przyjął i nas tj. ojca, mamę i mnie, zaś Babcię umieścił u swojej siostry Hanki.

W Warszawie wciąż jeszcze trwało Powstanie. Ofensywa wojsk radzieckich i polskich I Armii WP zatrzymała się na Wiśle.

Gdy zamieszkaliśmy u Władzia, jego matka ciężko zachorowała. Leżała w domu. Wobec tego wszystkie sprawy przejęła moja mama. Opiekowała się chorą, która ją bardzo polubiła, była wdzięczna za troskę i prowadzenie domu. Władzio pracował wtedy w miejscowej aptece i miał do utrzymania całą naszą gromadkę. Było dość ciężko. Pamiętam, że jedną z potraw była „smelka”, czyli rozgotowana mąka o konsystencji wodnistego kisielu, „okraszona” odrobiną mleka, którego musiało starczyć dla wszystkich. Wkrótce mama Władzia zmarła.

Miejscowi byli na ogół wrogo nastawieni do uciekinierów z Warszawy. Do dziś pamiętam zdenerwowanie mamy, gdy wróciła razu pewnego z zakupów i to, co się rzadko zdarzało, ze sklepu mięsnego. Gdy rzucili jej jakiś ochłap, poprosiła o lepszy kawałek. W odpowiedzi usłyszała: „Won, do Warszawy, koninę żreć!”.

Początkowo zaczęłam chodzić na komplety, a po wyzwoleniu do szkoły. Nie byłam traktowana zbyt życzliwie. Źle ubrana, w rzeczy otrzymane z jakichś darów zapomogowych z RGO (Rada Główna Opiekuńcza), w buciorach o kilka numerów za dużych (przecież wyszliśmy jak staliśmy w letni upał) – robiłam złe wrażenie.

Do tych wszystkich bied: braku żywności, bielizny, ubrania, dochodziła sprawa wstydliwa – wszy. Był to rezultat poprzedniej tułaczki, gdy nie było możliwości utrzymania podstawowej higieny. Wszy ubraniowe udało się zlikwidować łatwiej, przez pranie, gotowanie bielizny, normalne mycie. Tu mi się przypomniało, że używaliśmy wtedy małych mydełek, które prawie nie pieniły się, a raczej przypominały glinę. Wszy głowowe były trudniejsze do zwalczenia, ale jednak nasze starania odniosły pożądany skutek. Co to była za ulga!

Jak by mało było kłopotów, już po wyzwoleniu, gdy otwarto szkolę, ze stosu krzeseł ułożonych prowizorycznie na sali, jedno spadło mi na głowę i dość mocno zraniło. Krew początkowo lała się obficie, ku przerażeniu nauczycielek. Odprowadzono mnie do domu i oddano pod opiekę mamy. Z czasem krzepnąca krew utworzyła z włosami duży strup, którego nie można było ruszać z obawy przed nowym krwotokiem. Był to jednak znakomity opatrunek, choć dość uciążliwy i nieestetyczny. Głowy nie mogłam myć ani się dobrze uczesać. Po pewnym czasie strup urósł wraz z włosami i można go było odciąć. Rana zagoiła się dobrze.

Zbliżała się zima i mrozy. Brak ciepłej odzieży dawał się we znaki. Pamiętam, że mama z jakiejś starej, wełnianej zasłony szyła ojcu okrycie. Trochę pomogły rzeczy z paczek przysłanych z Krakowa (zdaje się zbiórka profesorów dla profesorów). Trzeba przyznać, że Krakowianie pozbywali się najstarszych chyba ciuchów, bardzo znoszonych. Ale i to było dla nas wówczas cenne.

Nasz Władzio miał zmontowany w szufladzie odbiornik radiowy, wtedy jeszcze nielegalny. Czasami, po kryjomu, nastawiał go – mogliśmy usłyszeć wiadomości. Niemcy cofali się na wszystkich frontach – to było najważniejsze!

Kiedyś przeżyliśmy chwilę grozy: ojca złapał niemiecki patrol. Miał zostać wraz z innymi skierowany do kopania okopów. Nie wiem czym by się to skończyło – ojciec nigdy nie pracował fizycznie, chorował na serce Zdarzył się jednak III cud – wypuścili go.

Zima 1944/45 okazała się bardzo mroźna, co zdecydowanie pogarszało sytuację uciekinierów. Brakowało opału, było naprawdę ciężko, a świadomość, że byliśmy ciężarem dla Władzia i Hanki, u której Babcia czuła się źle na łaskawym chlebie, doprowadzała nas do chwil zupełnego załamania. Czasem wydawało się mnie i mamie, ze może lepiej byłoby nie dożyć takich czasów. Wiedzieliśmy już, iż po upadku Powstania i wysiedleniu całej ludności, Warszawa jest systematycznie palona i rujnowana z niemiecką dokładnością. Zdawaliśmy sobie sprawę, ze nie będziemy mieli dokąd wracać.

Wyzwolenie i powrót do Warszawy

Było to 17 stycznia 1945 roku. Od szosy warszawskiej słychać było niezwykły szum. Ktoś krzyknął, że

Niemcy uciekli że „idą ruskie czołgi”. Wybiegliśmy na szosę. Marzły mi ręce, gdyż w pospiechu zapomniałam rękawiczek, a dzień był mroźny. Na olbrzymich czołgach, w grubych, niezgrabnych waciakach i czapkach uszankach jechali żołnierze Armii Czerwonej. Na czapkach i czołgach widniały pięcioramienne czerwone gwiazdy, a także napisy: „Na zapad” („Нɑ Зɑnɑд”) „Na Berlin” („Нɑ Берлин”).

Witaliśmy ich – udręczeni nad miarę okupacją, przeżyciami Powstania i popowstaniową tułaczką –

jak wyzwolicieli! Słyszałam czasem opowiadania o kradzieżach czy rozbojach przez tych żołnierzy. U nas jednak nic podobnego nie zdarzyło się. Wprost przeciwnie, kwaterujący w kuchni żołnierze byli przyjaźni, współczujący i obiecywali „bić su…syna Germańca” za naszą krzywdę i dobić go w Berlinie. Słuchałam tego z prawdziwym zachwytem. A mój dodatkowy podziw wzbudzili tym, że w trzaskający mróz myli się na podwórzu pod pompą, rozebrani do pasa.

Zaraz po wyzwoleniu zaczęliśmy myśleć o powrocie do Warszawy. Najpierw miał dostać się tam ojciec, a potem dopiero my. Zima była tak mroźna, że Wisła stanęła. Ojciec po lodzie (mostów nie było) przeszedł na stronę praską. Na Grochówie, przy ul. Boremlowskiej, prof. Butkiewicz organizował zajęcia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu. Wykorzystano m.in. pomieszczenia dawnego Wydziału Weterynarii – gmach ocalał.

Tak jak przewidywaliśmy, nasz dom przy ul. Marszałkowskiej został całkowicie spalony. Dzięki pomocy władz uczelni dostaliśmy niewielki pokój u jakiejś rodziny na ul. Grochowskiej 246 na 4 piętrze. Mogliśmy wreszcie wyjechać z Brwinowa. To czwarte piętro dokuczało zwłaszcza ojcu (serce!), a tu jeszcze trzeba było nosić wodę z dołu. Dzięki zapomogom i poborom ojca, urządziliśmy się jako tako. Część dochodów zabierało wynagrodzenie głuchego mężczyzny, który nosił nam wodę. Oprócz zajęć na Uniwersytecie Warszawskim, ojciec przez kilka powojennych lat dojeżdżał na wykłady do Łodzi na Politechnikę Łódzką.

Tymczasem owdowiała Babcia i nie pamiętam jakim sposobem wyjechała do Wielenia nad Notecią, do domu prowadzonego przez siostry zakonne. Początkowo była zadowolona, później jednak narzekała w listach. Kiedyś pojechałyśmy z mamą ją odwiedzić. Komunikacja kolejowa nie była wówczas jeszcze najlepsza: niezliczone przesiadki, opóźnienia, albo nawet odwoływanie pociągów zdarzały się nierzadko. Pobyłyśmy tam dzień lub dwa. Spotkanie było wydarzeniem radosnym, a jednocześnie – smutnym. Babcia znając nasze ówczesne warunki, zdecydowała się jednak pozostać w Wieleniu. Trzeba było się rozstać. Tam też zmarła.

Warszawa w 1945 roku

Nikt kto nie widział na własne oczy, nie może wyobrazić sobie tego „morza ruin”. Wypalone, zrujnowane domy, a między nimi wąwozy ulic zasypanych gruzem. Zawsze robiły na mnie niesamowite wrażenie „wiszące piece” – jak je nazywałam. Mimo, iż stropów nie było, one wisiały przyklejone do ścian, znacząc miejsca kolejnych pięter. Kiedyś poszliśmy z mamą na ruiny naszego dawnego domu. Przechodziło się wtedy ze strony praskiej do „Warszawy” przez most pontonowy, potem wybudowano drewniany most „wysokowodny”.

Wracam do opowieści o tym co zostało z naszego domu. Był całkowicie wypalony, stropy zawaliły się, piece „wisiały”. Przeglądaliśmy rumowisko. Znalazłyśmy dwa przepalone przedmioty: łyżeczkę do parzenia herbaty z dziurkami i miskę Żaby – oczywiście zabrałyśmy je ze sobą.

A jednak miasto żyło! Wśród ruin kręcili się ludzie jak mrówki, wracali – jak my – na swoje stare miejsca. Ktoś coś taszczył, ktoś rozglądał się. Na ruinach bram i domów przyczepiano takie kartki: „Mamo, żyję, mieszkam na Pradze (adres), odezwij się – Zosia”, „Szukam was, zostawcie tu wiadomość, gdzie jesteście – Stefan”, „Jeżeli ktoś wie coś o losie M…skich, niech zawiadomi matkę pod adresem… lub zostawi tu kartkę”. Listy te, pełne nadziei, że ich adresaci żyją i odezwą się, głęboko poruszały. Myślę, że wielu pomogły odnaleźć się. Także odrodzone Polskie Radio prowadziło przez dłuższy czas po wojnie „Skrzynkę poszukiwania rodzin” – cenna to była inicjatywa.

Oprócz kartek na murach widniały inne, duże napisy wykonane najczęściej białą farbą: „МИН НЕT”

(min nie ma). To żołnierze Armii Radzieckiej wykonywali gigantyczną pracę przy rozminowywaniu zrujnowanego miasta, aby powracający zewsząd mieszkańcy mogli się bez obawy poruszać. Za tę pracę należy się im wdzięczność i szacunek. Szkoda, że się teraz o tym nie pamięta lub raczej nie chce pamiętać. Ale my, prawdziwi Warszawiacy – pamiętamy. Życie spontanicznie wracało do zrujnowanego miasta. Władze, mimo kolosalnych zniszczeń, podjęły – jakże słuszną – decyzję, że Warszawa nadal jest i będzie Stolicą Polski. Podobno istniała koncepcja, aby stolicę przenieść do Łodzi.

Bardzo szybko powstały pierwsze zaczątki handlu i „gastronomii”: kobiety z koszykami wołały „Hierbata, hierbata”, „Pyzy, gorące pyzy”. Handlowano „z ręki” ciuchami, najczęściej pochodzącymi z szabru resztek mienia wyciąganego z ruin przez „zawodowych” szabrowników. Nieco później na parterach domów urządzano sklepiki i kioski. Gdyby tylko nie podnosić wzroku, można by mieć wrażenie normalności. Mówiło się wtedy „parterowa Marszałkowska”, bo nad sklepikami nadal straszyły ruiny i zgliszcza. Przez lata po wojnie mieliśmy kartki żywnościowe, upoważniające do zakupów w sklepach państwowych. Były więc kartki na mięso, na cukier, masło itp. Trzeba je było rejestrować w odpowiednich sklepach, a biedne ekspedientki miały dodatkową pracę z wycinaniem poszczególnych numerków i ich magazynowaniem. W którym roku zniesiono kartki – nie pamiętam.

A jak wyglądała komunikacja? Dawna oczywiście nie istniała. Najpewniejsze były własne nogi. Jednak pomysłowość rodaków była niewyczerpana i w tym względzie. Najpierw były to furki zaprzężone w konika. Po obu stronach furmanki zainstalowano drewniane ławy. Przewóz był oczywiście płatny. Woźnica zachęcał potencjalnych pasażerów wołaniem: „Na Pragie, na Pragie!”. Gdy zebrał się komplet, konik człapał „na Pragie”. W przeciwną stronę jechało się „Na Warszawę”. Jednak woźnice mieli konkurencję w wojskowych ciężarówkach. Ludzie ładowali się na górę i… jazda! Przypominam sobie jazdę taką ciężarówką w dół ulicą Karową. Kierowca, chyba mocno „zalany” pędził zygzakiem na złamanie karku. Wydawało się przez chwilę, że choć przeżyłyśmy wojnę, zaraz zginiemy marnie.

Okazało się jednak, że zjechaliśmy szczęśliwie i wszyscy byli zadowoleni.

Zaraz po wyzwoleniu, gdy jeszcze na zachodzie trwały działania wojenne, ruszyła odbudowa Warszawy. Do odbudowy przyczyniali się wszyscy w spontanicznym zrywie. To było coś nadzwyczajnego! Ze strony władz koordynował prace specjalnie powołany zespół: Biuro Odbudowy Stolicy – BOS.

Pierwszy etap polegał na odgruzowywaniu. Ocalałe, nieuszkodzone cegły układano w porządne stosy, gruz wywożono m.in. na miejsce budowy przyszłego stadionu. Wyburzano i rozbierano domy nie nadające się do remontu, natychmiast podjęto odbudowę sieci elektrycznej, wodociągowej i kanalizacyjnej, która służyła jako drogi komunikacyjne podczas Powstania.

Ja również, własnymi rękami – w dosłownym znaczeniu – odbudowywałam swoją Warszawę. Wszyscy wtedy pracowali spontanicznie, bez pytania o wynagrodzenie, dla własnej satysfakcji. Do dziś przechowuję jako cenną pamiątkę imienną Kartę Uczestnictwa zaświadczającą, że brałam udział w akcji odgruzowywania Stolicy. Prace nabierały niezwykłego tempa – wtedy mówiło się „warszawskie tempo” na określenie jakichś szybkich działań.

Już w 1946 roku odbudowano most Poniatowskiego, w trzy lata później oddano trasę WZ (z tunelem pod skarpą, z ruchomymi schodami, stanowiącymi wówczas zupełną nowość), most Śląsko-Dąbrowski (dawniej Kierbedzia). Powstawały nowe osiedla: Mariensztat, Muranów, Mirów. Lata następne to budowa MDM z placem Konstytucji, odbudowa Filharmonii Narodowej, Teatru Wielkiego, Pałacu na Wodzie w Łazienkach, Starego Miasta.

Szybko wracały na swoje miejsca pomniki zniszczone przez Niemców: Kopernika, Mickiewicza, Chopina. Na szczęście odnaleziono oryginalną głowę z dawnego pomnika, resztę zrekonstruowano. A król Zygmunt, który zrzucony ze swojej kolumny leżał „na wznak” u jej podnóża, wrócił na swoje dawne miejsce. A byli i tacy, którzy twierdzili (sama słyszałam), że i za 50 lat nie odbudujemy miasta!

Z czasem ruszyła też komunikacja, która zastąpiła furki i ciężarówki wojskowe. Tabor stanowiły tramwaje, autobusy i trolejbusy, zwykle bardzo zatłoczone. Stolica leczyła rany i wracała do życia.

Moje wojenne dzieciństwo rozpoczęło się w 1939 roku – jesienią, a zakończyło w 1945 roku – wiosną, w maju, kwitnącym, pięknym i niosącym uczucia nadziei na przyszłość. Miałam wtedy czternaście lat. Rozpoczynała się moja młodość…

 

Dziękujemy Fundacji Moje Wojenne Dzieciństwo za zgodę na publikację materiałów.

 

 

 

 

 

Powiązane hasła

”None