menu

Karczewska Hanna – wspomnienia z „Zieleniaka” i Pruszkowa

Karczewska Hanna – wspomnienia z „Zieleniaka” i Pruszkowa

Hanna Karczewska (1899 – 1984) podczas Powstania Warszawskiego mieszkała wraz z synem Janem przy ulicy Grójeckiej 41. Jej córka, Hanna Karczewska-Brudzyńska, pseud. „Zula”, brała czynny udział w Powstaniu, służąc jako sanitariuszka batalionu „Parasol”. Podczas wypędzania ludności Ochoty Hanna Karczewska wraz z synem została pognana na punkt zborny „Zieleniak”. Spędzili tam 10 dni, pełnych cierpienia i strachu, gdyż  stacjonujący na „Zieleniaku” Własowcy charakteryzowali się wyjątkowym okrucieństwem. Odnalazła tam swoją siostrę Irenę Moraczewską z dziećmi – Joanną i Wojciechem. Stamtąd, już razem, zostali pognani do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd – po jednodniowym pobycie – zostali wywiezieni do KL Buchenwald. Po dotarciu na miejsce, okazało się, że kobiet i dzieci z tego transportu nie przyjmują do obozu – zostali skierowani do KL Bergen-Belsen. Fragment wspomnień Hanny Karczewskiej przekazała Muzeum Dulag 121 jej wnuczka, Hanna Niewiadomska w 2015 roku.

Czołg powoli potoczył się w stronę placu Narutowicza, jednocześnie pole walki oddaliło się, słychać było strzały od strony miasta. Niemcy wyraźnie zajęli naszą dzielnicę, wobec tego następną już noc spędziliśmy w schronie. Rano, ponieważ wszyscy byliśmy głodni, grupa bliżej znajomych sąsiadek zdecydowała, że w moim mieszkaniu, jako będącym najwyżej, będzie najbezpieczniej, bo strzały z ulicy powinny trafiać w sufit. Wobec czego odpowiednie produkty, co kto miał, kolejno zaniosą do mnie, a ja zrobię z tego sałatkę dla wszystkich. Pamiętam, że miałam wielki słój ogórków. Po zgromadzeniu zapasów, przemknęłam się z Nusiem [Jan Karczewski, syn Hanny Karczewskiej – przyp. red.] na górę, mijając szybko okna na klatce schodowej. Przygotowywałam dużą salaterkę sałatki dla wszystkich. Kiedy schodziliśmy do schronu, aby zawiadomić sąsiadki, że śniadanie czeka, uwagę naszą zwrócił niezwykły ruch i hałas w ostatnim budynku naszych bloków, od strony Wawelskiej. Słychać było krzyki, płacz, a po chwili z okna jakiegoś mieszkania zaczął wydobywać się dym! Stanęliśmy więc przy siatce oddzielającej podwórka i patrzyliśmy z niepokojem co się tam dzieje, kiedy z hukiem rozwarła się nasza brama i na podwórko wpadła banda Własowców, krzycząc po rosyjsku „uchadi, uchadi” i strzelając z rewolwerów. Skąd Rosjanie? Jako ostatni obrazek z „mego podwórka” został mi widok Własowca zrywającego zegarek z ręki sąsiadki, która wychodziła ze schronu. Wobec tego zdjęłam sygnet i obrączkę i wrzuciłam do kieszeni letniego płaszcza. Nie miałam ze sobą nawet torebki, bo do schronu już nie weszłam, a z domu wychodziłam nie spodziewając się niczego. I tak nas pierwszych, a za nami resztę mieszkańców, wypędzili na ulice. Pamiętam takiego chłystka w mundurze, mocno pijanego, który rewidował Nusia. Trzymałam synka mocno za rękę i prosiłam o spokój, kiedy odbierał mu wieczne pióro i aparat fotograficzny. Własowiec miał rewolwer w ręku, a za bramą leżeli pozabijani ludzie. Chłopak był mocno pijany, do pasa miał przymocowany sznurek, może drut, na którym wisiały zdobyte skarby: zegarki i pierścionki. Sprawdził, że nie mam zegarka, wsadził rękę do jednej kieszeni płaszcza. Znalazł klucze do mieszkania i z rozmachem rzucił je za ogrodzenie. W drugiej kieszeni trafił na obrączkę (nie znalazł sygnetu), wyjął ją i pokazując mi zapytał „eto złoto?”, na wariata odpowiedziałam „niet”, „a to bieri” i oddał mi obrączkę. Tak ocalała! Całą okoliczną ludność cywilną Własowcy pędzili Grójecka gdzieś za miasto. Po drodze, pod jakimś, chyba ostatnim dużym budynkiem po przeciwnej stronie ulicy, mijaliśmy świeżo zakończona masakrę, na chodniku konali pomordowani mężczyźni. Może bronili się? Bo chyba nie byli to powstańcy. Daleko, już prawie za miastem (dziś stoją tam wspaniałe domy) zapędzili nas na kartoflisko, obstawione karabinami maszynowymi. Kiedy zorientowaliśmy się w sytuacji, momentalnie padliśmy wszyscy na ziemię. Dalej był jakiś długi mur z szeregiem żelaznych bram. Nigdy tam nie byłam. Jedną z tych bram otwarto i tych co szli za nami wpuszczono tam, wobec tego i nasza grupa wstała i weszła w te bramę.

Był to, sławny już, Zieleniak. Dawniej było to wielkie targowisko zaopatrujące Warszawę w jarzyny. Ogromny plac zabrukowany był „kocimi łbami”, przy pierwszej bramie, w dawnej administracji targowiska, obecnie rewidowano spędzaną ludność. Grupa mieszkańców naszego domu zebrała się razem w głębi placu. Najbiedniejsi byli mieszkańcy mieszkań, skąd mogliby coś ze sobą zabrać. Tu odnalazłam babcię Kraczkiewiczową, którą mi Lilka [koleżanka Hanny Karczewskiej – przyp. red.] oddała pod opiekę wychodząc na swój punkt sanitarny. Sąsiadka pożyczyła nam jedną z dwóch ocalałych kołder, sklepikarka dała torebkę sucharków. Pierwszy i drugi dzień minął spokojnie, z tym że głód był większy. Ludzie ukrywali jedzenie o ile ktoś je miał. Za dużo było głodnych żeby wszystkich obdzielić. Pamiętam dziurę – podkop pod murem, starannie zakryty, do którego zaprowadziły mnie moje podopieczne [Hanna Karczewska pracowała w Ośrodku Opieki Społecznej – przyp. red.] i nocną wyprawę na sąsiednie kartoflisko, skąd przyniosłam trochę kartofli wykopanych gołymi rękami. Połowę musiałam oddać za ugotowanie ich – bez soli. Jakiegoś dnia za pieniądze pani Kraczkiewiczowej kupiłam dwa żeberka z kozy, której nie było czym karmić. Znowu ugotowali mi podopieczni coś na smak kartoflanki!! Wstrętne to było, ale było! Dnie były bardzo gorące.

Jedyna studnia – pompa – była przy wartowni, trzeba było iść do niej daleko przez cały plac. Własowcy, bojąc się widocznie tłumu, strzelali do każdego kto się zbliżał. Tak na naszych oczach zginęła jakaś bardzo tęga kobieta, która zaryzykowała wyprawę po wodę. Jedynie małym dzieciom udawało się to. Jaś był już za wysoki, nie pozwoliłam mu narażać się. Nie miałam nawet w co wziąć dla Nusia wody, gdyby nawet udało mi się gdzieś ją zdobyć od moich licznych podopiecznych spotykanych na Zieleniaku. Wobec tego jakiegoś ranka, o szarym świcie, kiedy wszyscy jeszcze spali, wyruszyłam wzdłuż muru na poszukiwanie. Tak doszłam do najbliższej zamkniętej bramy i widząc za nią wartownika poprosiłam go po rosyjsku, że może gdzieś znajdzie „stakan”. Miałam nadzieję że nie strzeli, bo przecież brama była zamknięta. Poszedł, dobrą chwilę nie było go, wrócił mówiąc, że kubka nie znalazł, ale może to się przyda i przerzucił mi przez bramę skórzana stara teczkę. Podziękowałam. Była to jedyna rzecz w której mogłam coś schować, przenieść. Przeszła ze mnę dalsze losy, mam ją do dziś. Szkoda, że przedmioty nie mówią, jaki był ich los poprzedni i dalszy?

Wracając do Nusia, pod murem znalazłam w kurzu pół bochenka żołnierskiego, czarnego chleba, pewno wyrzucił go Własowiec, który zrabował coś lepszego wśród publiczności. Schowałam chleb do teczki i wróciłam do swoich. Niemcy ustawili za murem Zieleniaka kartaczownice i strzelali do miasta tzw. „krowami”. Były to wielkie, ciężkie ładunki, widoczne gołym okiem w czasie niskiego lotu. Pęd powietrza i huk był tak wielki, że mimo woli musieliśmy pochylać się. Na jasnym, ciągle pogodnym niebie, widzieliśmy ciężkie samoloty bombardujące miasto, nasze dzieci, a powstanie ciągle trwało! Od palonego systematycznie miasta snuł się w naszą stronę dym i sadze. Wkrótce wszyscy byliśmy czarni, o myciu nie było mowy, dobrze, jeżeli komu udało się napić trochę wody. Upał panował cały czas. Myślę, że jeszcze gorzej byłoby w czasie deszczu.

Przez bramę przy wartowni ciągle przybywało biednych wygnańców, tłum koczowników gęstniał. Zdawało się ludziom, że ciaśniej skupieni jesteśmy bezpieczniejsi! Któregoś dnia, idąc za intuicją, zostawiłam Nusia pod opieka sąsiadek, prosząc, żeby możliwie mało się ruszał, bo był wygłodzony, sama powoli przesuwałam się w kierunku świeżo zrewidowanej grupy. Dlaczego właśnie wtedy – nie wiem. Dowiedziałam się, że są z Filtrowej. Kiedy zapytałam o numer domu Inki, pokazano mi, gdzie stoją lokatorzy. Tak odnalazłam moją siostrę z dziećmi. Maćka z nimi nie było. Pomimo wszystko było to chyba powitanie radosne, mogłyśmy nie spotkać się wcale. Ince byłoby chyba jeszcze gorzej; z kim zostawiłaby dzieci w czasie choroby? No i mój niemiecki też przydał się nam, ale to było później. Już po odnalezieniu Inki, mój Ośrodek Opieki Społecznej zorganizował grupę w białych fartuchach ze sztandarem Czerwonego Krzyża. Widziałam, jak je wypuszczono. Wiedziałam, że mogłabym być z nimi, Nusia przyjęłyby też, ale nas wszystkich z panią Kraczkiewiczową – nie. Potem jakąś grupę organizował znajomy adwokat, ale nawet nie chciał słyszeć o przyłączeniu nas z małą gotówką, jaką miałyśmy przy sobie.

Trudno opisać nastrój tych tysięcy ludzi z różnych środowisk, obozujących na kamiennym bruku, głodnych, czarnych od sadzy, zrozpaczonych losem bliskich, albo walczących, albo gdzieś zagubionych, w straszliwym huku lecących bomb!

Parę pierwszych dni myślałam, ze pewno powstańcy, a więc i Hania, wycofają się „do lasu”, tak jak ci z naszej dzielnicy ustąpili przed przewagą nieprzyjaciela. Ale powstanie wciąż trwało w Śródmieściu. Pod koniec myślałyśmy z Inką, że Niemcom szkoda bomb, żeby nas wymordować i chcą nas po prostu zagłodzić, jak jeńców rosyjskich. Takie rozmowy naprawdę są trudne! Postanowiłyśmy, że naprzód zapewnimy możliwie spokojną śmierć naszym dzieciom, a potem umrzemy same przytulone do nich. A wokoło działy się straszne rzeczy – wywoływano jakichś ludzi, którzy nie wracali. Po drugiej stronie muru często słyszeliśmy strzały rewolwerowe. Chwytano młode kobiety, które też nie wracały. Jakąś ładną panienkę ukrywaliśmy całe dnie pod kocem w tym upale. Czasem ktoś siadał na niej, kiedy szukający Własowiec był blisko! Widziałam ojca, który pod lufą rewolweru osłaniał córkę. Szybko ukryliśmy ją, a Własowiec nie strzelił – wyczuł, że chyba rozszarpany byłby przez tłum. Ksiądz z naszej parafii zaczął spowiadać, ale widząc masę chętnych, powiedział do zebranych, żeby spokojnie czekali, bo w „razie czego” ma prawo dać rozgrzeszenie ogólne „in articulo mortis”. Więc czekaliśmy. Księdza wywołano, ocalał, widziałam go po wojnie. W tym samym czasie zginął ks. Salamucha, nie chciał opuścić mordowanych rannych powstańców na Uniwersyteckiej. Na Zieleniaku zjawił się gen. Kamiński, dowódca Własowców. Ktoś powiedział, że jest Polakiem, poszła do niego delegacja – odpowiedział, że jest wojna i takie ma rozkazy. Nic się nie zmieniło. Wiem, że po powstaniu rozstrzelali go Niemcy, broniąc się przed zarzutami złego traktowania ludności cywilnej, kiedy świat dowiedział się o nas. Typowy niemiecki bluff!

Ludność Warszawy pędzona do obozu w Pruszkowie. Fot. z arch. Muzeum Dulag 121

Jakiegoś dnia, dla nas chyba dziesiątego, otworzyła się środkowa brama Zieleniaka i długi szeregiem popędzono nas w stronę dworca Zachodniego. Nerwy dużo znaczą w takich ciężkich chwilach. Wlekliśmy się ostatkiem sił, eskortowani przez tych rosyjskich bandziorów. Koło nas, któryś jechał na nędznym koniu, na którego narzucił poduszkę w czerwonej poszwie! W rowie obok szosy leżeli ludzie, którym siły odmówiły posłuszeństwa. Może byli chorzy czy ranni. Może strzelali do nich, nie mieliśmy możliwości im pomóc. Dla nas problemem było, żeby iść, nie pogubić się i dojść tam, gdzie nas pędzono. Cała dzielnica i dworzec Zachodni, gdzie dobrnęliśmy w upale i kurzu, były wyludnione. Na bocznicy stały wagony do których nas załadowano, było to jednak lepsze niż oczekiwanie na zagładę na Zieleniaku. Tak dotarliśmy wieczorem do Pruszkowa. Było już szaro. Widocznie przyjechało parę takich pociągów, bo tłum był duży, kiedy otworzono przed nami słabo oświetloną halę remontową lokomotyw. Pierwszy odruch tłumu był – „nie dać się zapędzić do zamkniętego budynku”. Baliśmy się gazów. Mimo wrzasku, nie udało Własowcom zmusić tłumu do wejścia do hali. Dopiero przemówienie kogoś z RGO, że dadzą nam tam zupę i opiekę lekarską, przełamało opór. Weszliśmy do wielkiego pomieszczenia o różnych poziomach, w dole szyny i przejścia ok. 75 cm. wyżej, jak perony. Wszystko zabrudzone smarami, prawie ciemno. Udało mi się zdobyć miskę zupy. Inka pilnowała dzieci i babci. Każde z nas łyknęło trochę ciepłego jadła. Na brzegu przejścia, z nogami spuszczonymi, przesiedziałyśmy całą noc, dzieci leżały między nami. Była obawa, że ktoś zepchnie je na szyny.

Idąc ulicami Pruszkowa można było próbować wymknąć się. Jakaś pani przede mną, na którą zawołał ktoś z ulicy, rzuciła mi pod nogi ładne karakuły i skoczyła w bok mieszając się z tłumem. Nawet mi przez myśl nie przyszło, żeby podnieść futro, że może mi się przydać kiedy będzie zimno. My w sześć osób nie mogłyśmy wymknąć się nieznacznie! Trudno dziwić się, że kiedy ogłoszono odjazd pociągu, chyba do Skierniewic, pierwsze razem z panią Kraczkiewiczową poszłyśmy w stronę tego pociągu. Na peronie, tym razem już Niemcy, kazali nam ustawić się czwórkami, wzięłyśmy dzieci do środka i stanęliśmy w szeregu. Jakiś żandarm segregował publiczność, oddzielał kobiety z dziećmi. Ku naszemu oburzeniu wycofał panią Kraczkiewiczową. Kiedy mu tłumaczyłam, że jest to moja matka, stwierdził kategorycznie, że jest za stara – „zu alt”. Nie pomogły prośby, biedna babcia dostała się do Oświęcimia, gdzie zmarła. Podobno na tym samym łóżku co jej córka Zofia. Wybrane matki z dziećmi pakowano do wagonów bydlęcych, w takim zagęszczeniu, że od biedy można było położyć się na podłodze. Ci inni jechali do obozów stojąc ciasno! W naszym wagonie poza nami, znalazły się kobiety bez dzieci, przeważnie hołota ze Szczęśliwic. Inteligentkami byłyśmy tylko my, w dodatku rej wodził jakiś potężnych rozmiarów mężczyzna, mimo tej całej segregacji.

A prawda – rano przed wyjazdem panienki z Czerwonego Krzyża przyniosły nam w kubeczkach papierowych mleko, więc coś przed wyjazdem łyknęliśmy.

Mówiłyśmy sobie z Inką, że niezależnie od tego gdzie nas na terenie Generalnego Gubernatorstwa wypuszczą, wszędzie znajdziemy jeśli nie rodzinę, to znajomych, którzy zaopiekują się nami i będziemy uratowane. A koło nas bohatersko walczyła Warszawa, płonęła, słyszeliśmy i widzieliśmy to, chociaż nie dochodziły do nas żadne bezpośrednio wieści.

Zajęliśmy w wagonie kąt, w którym dosłownie naszymi ciałami oddzielałyśmy dzieci od reszty ludzi. Bardzo szybko ten podział pogłębił się, zaczęto mówić do nas wrogo: „to jenteligencja zrobiła powstanie”, „to przez te jenteligencje cierpimy”! Na jakiejś stacji ludność wrzucała przez zakratowane okienka żywność. Nuś dzielnie rzucił się, żeby coś dla nas zdobyć. Odebrali mu wszystko, a jego samego wyciągnęłam za nogi ze splatanych ciał bojąc się, że go zagniotą! Ludzie byli głodni, to prawda, a wtedy instynkty nie wiele różnią się od zwierzęcych, a te też nie dbają o to czy ktoś inny jadł! Zaczęłyśmy niepokoić się, że nasza podróż trwa za długo, nie miałyśmy zegarków, ale po smudze zachodzącego słońca orientowałyśmy się, że zbliża się wieczór, i że jedziemy na zachód. Pozwolono mi podejść do okienka, żebym mogła zorientować się, gdzie jesteśmy. Wspinając się na palcach zobaczyłam w ostatnich promieniach słońca dużo napis SAGAN (Żagań). Byliśmy za granicą Polski!! Ułożyłyśmy możliwie wygodnie dzieci (pożyczonej kołdry już nie było, ale Inka wychodząc z mieszkania wzięła zapasowe palto, szlafrok i najcenniejsze – grzebień). Sobą oddzieliłyśmy dzieci, wszyscy spaliśmy w kołyszącym się wagonie. W nocy obudziło mnie mocne szarpanie za włosy – to była brudna noga jakiejś śpiącej baby!

Rano jak zwykle obudziłam się koło 4-tej, ostrożnie dobrnęłam do okienka, jechaliśmy wśród dużego gęstego lasu. W pewnej chwili mignęły mi długie, ciemne budynki, było ich dużo, coraz więcej. Jeszcze wtedy nie znałam baraków. Koło siódmej pociąg stanął, pozornie w lesie, ale natychmiast rozległ się wrzask niemieckiej komendy i jak spod ziemi wysypali się żandarmi. Drzwi naszego i innych wagonów otwarły się ze zgrzytem, wpadli do środka i zaczęli wyciągać z wagonów mężczyzn. Pamiętam, że ciągnęłam w dół kurteczkę Nusia, żeby skurczył się i nie wydawał się mężczyzną. Sięgał mi już do ramienia, ale miał dziecinną buzię (13,5 l.). Udało się. Zabrali naszego uciążliwego mężczyznę. Przez otwarte zasuwy wagonu wpadło wspaniałe leśne powietrze, chciało się jeszcze bardziej jeść i uciekać w las! Dokąd? – Byliśmy w Buchenwaldzie. W chwili kiedy żandarmi, rycząc, ustawili kolumnę zabranych mężczyzn, jakiś pięcioletni chłopiec wyskoczył z wagonu i zaczął biec za ojcem. Widziałam jak żandarm kopnął go tak mocno, że mały przekoziołkował.

Jan Karczewski. Fot. z arch. prywatnego

Kobiet i dzieci nie przyjęto do KL Buchenwald.  Hanna i Jan Karczewscy oraz Irena, Joanna i Wojciech Morawscy trafili do obozu Bergen-Belsen. Wszyscy przeżyli wojnę, a po wyzwoleniu – wrócili do ojczyzny. 

Powiązane hasła

”None