menu

Kempa Konrad – w piekle i w czepku urodzeni

Kempa Konrad – w piekle i w czepku urodzeni

Konrad Kempa, ur. w 1943 roku, podczas wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkał wraz z rodzicami – Heleną i Stanisławem oraz młodszą siostrą Danutą na warszawskiej Ochocie. Około 10 sierpnia 1944 roku rodzina została wygnana z domu i pognana na punkt zborny na Zieleniaku. Stamtąd, po dniach doświadczania głodu, chłodu i bestialstwa z rąk okupanta, rodzice z małymi dziećmi trafili do obozu przejściowego w Pruszkowie, a następnie zostali wysłani do wsi Mszyce koło Łowicza. Pan Konrad Kempa, który, jako mały chłopiec, doświadczał okrucieństw wojny nieświadomie, poznał historię losów swojej rodziny z opowiadań matki. Prezentujemy Państwu fragmenty wspomnień przekazanych Muzeum Dulag 121 w 2016 roku.

Ja i moja siostra Danuta zostaliśmy urodzeni w piekle w czasie okupacji w samej Warszawie w okupowanej Ochocie. To wyjątkowe narodziny. […] Rodzice moi przybyli do Warszawy w latach trzydziestych. Zanim powstało Getto, mieszkali w jego otoczeniu. Wysiedleni z tego piekła, w momencie tworzenia Getta, musieli znaleźć sobie inne mieszkania albo na Ochocie albo na Mokotowie. Moja matka Helena Malinowska Kempa, po zakonspirowanym ślubie ze Stanisławem o cztery lata młodszym rezerwistą Wojska Polskiego w czerwcu 1942 roku, w miesiąc po tym wydarzeniu zaszła w ciążę, by w 1943 roku mnie, autora tego opowiadania, urodzić. Ślub potajemnie i za zasłoniętymi oknami odbył się w mieszkaniu Państwa Dygatów – naszych sąsiadów. Muzyka ściszona wydostawała się z uratowanego „patefonu”, a obsługiwała go Regina – córka dozorcy domu, która potem, mając lat 14, podawała mnie do chrztu w kościele pw. św. Jakuba na Ochocie. Gdy przyszedł czas rozwiązania, szczęśliwym przypadkiem poród odbył się w Szpitalu na Czerniakowie. Dlaczego akurat tam mojej matce udało się mnie urodzić, podczas gdy inne matki w tym okresie rodziły w złych warunkach?

Zdjęcie ślubne Heleny i Stanisława Kempy, 1943 rok, Warszawa. Fot z pryw. arch.

Ojciec, trzykrotnie w łapankach przez Niemców schwytany, dwukrotnie został niestety wywieziony do obozów jenieckich, z których powodowany determinacją i sprytem salwował się ucieczką, a za trzecim razem zdołał uciec żandarmom w momencie, kiedy wprowadzano go na Rakowieckiej do budynku Gestapo. W okamgnieniu wyrwał się z obstawy, a marynarka wraz z dokumentami znalazła się w rękach Niemców. Od tego momentu nazwisko Kempa było u Niemców na indeksie. Wcześniej, z błahego powodu jego brat Franciszek został złapany na Dworcu Głównym na handlu odzieżą roboczą. Wywieziony na Pawiak, został w maju przez Niemców zamordowany w lasku podwarszawskim.

Trzeba było więc natychmiast zmienić nazwisko i dokumenty. W sukurs przyszła rodzina Dygatów, to ta, której syn Stanisław był znanym pisarzem. Senior Dygat Antoni posiadał obywatelstwo francuskie i znajomości w Ambasadzie Francuskiej. Poprzez ten urząd ojciec otrzymał dokument i musiał się nauczyć nowych danych osobowych. W Ambasadzie tej pracował niejaki pułkownik Testar, który bezinteresownie zagrożonym Polakom załatwiał lewe dokumenty. Ojciec zmienił nazwisko na Witold Jankowski z francuskim obywatelstwem. Dzięki tej zmianie i posiadaniu francuskich dokumentów matka moja dostała się do Szpitala na Czerniakowie we względnie bezpiecznym miejscu urodziła syna. Imię moje Konrad było z góry ustalone, ponieważ w dowód wdzięczności za umożliwienie ojcu memu ucieczki z obozu jenieckiego z Lammsdorf (obecnie Łambinowice na Opolszczyźnie) przez wartownika w nocy, który zapytany o nazwisko odpowiedział niezrozumiale, tak że ojciec nazwiska obcojęzycznego nie dosłyszał, jednak usłyszał jedynie imię, a był to Konrad. Jeszcze tej nocy, szczęśliwej i zbawczej, podczas której podjął ucieczkę, postanowił, że kiedy żona urodzi syna, to będzie to Konrad. Imię to nie dla wszystkich było akceptowalne. Niektórzy z warszawiaków mówili „to szwabskie imię przyniesie pecha”. „Jak mogła dać pani takie imię małemu dziecku imię, które nie można zmiękczyć i do tego germańsko brzmiące” . Ale wyrozumiałość najbliższych oraz państwa Dygatów sprawiła że przyjęto mnie życzliwie i z wielką radością w klatce domu przy ulicy Glogera. […]

Z dwójką dzieci dalsze mieszkanie u państwa Dygatów to, według mojej matki, za wiele kłopotu i nadużywanie gościnności [rodzina mieszkała w tym czasie w domu Państwa Dygatów – przyp. red]. Małe dzieci, stwierdziła matka, wymagają zbyt wielu zabiegów, opieki, sprawiają zwiększone zakłopotanie. Postanowiła po kryjomu opuścić mieszkanie Dygatów i udać się do poprzednio opuszczonego mieszkania państwa Marzęckich również na ulicy Glogera, obok Instytutu Radowego Marii Skłodowskiej-Curie. W dowód wdzięczności i na pamiątkę pobytu u przemiłego Państwa Dygatów rodzice postanowili dać swojej córeczce, a mojej siostrze, imię Danuta, takie jakie miała siostra pisarza, która wyszła za mąż za znanego muzyka Witolda Lutosławskiego, a zamieszkiwała wraz ze swoim synem Marcinem, też w domu państwa Dygatów.

Wybuch Powstania Warszawskiego

Konrad Kempa, 1944 Fot. z pryw. arch.

Tak więc ja Konrad, mający 16 miesięcy i moja siostra Danuta mająca zaledwie 3 miesiące, bez środków do życia i odzieży z wózkiem o trzech kołkach, doczekaliśmy się najgorszej warszawskiej hekatomby – wybuchu Powstania Warszawskiego. Godzina „W” wybiła i powstańcy ruszyli, w beznadziejnej sytuacji, dysproporcjach w uzbrojeniu liczebności, na okupanta. Piekło, a dla nas niespotykanie ciężkie warunki do przetrwania. Jedynie modlitwa była ratunkiem dla bezbronnych wobec tego piekła. Piekło to mało powiedziane, mawiała matka, to kataklizm i zagłada ludzkości i zrównanie z ziemią naszej Stolicy.

Nie zdając sobie sprawy ze zbliżającej się godziny „W”, matka moja udała się z dwójką dzieci na spacerek, jak zwykle do parku i w ukryciu na pamiątkę zrobiła nam zdjęcie. W przeddzień wybuchu Powstania Warszawskiego było tak cicho i spokojnie, że aż przerażająco. Żadnych ruchów, akcji, pośpiechu, a że było słonecznie, wielu warszawiaków wysypało się do tego parku, aby spacerować i upajać się słoneczną sierpniową pogodą.

Na drugi dzień zaczęło się. Około godziny 17-tej wybiła ta przygotowywana w konspiracji godzina „W”. Powstanie Warszawskie stało się faktem. Wbrew aliantom, wbrew logice i na przekór wszystkim, ludzie niezbyt uzbrojeni stawili czoła potędze wroga. Schronem były zgruzowane domy, piwnice i kanały. Do nierównej walki stanęli wszyscy – dzieci, młodzież, dorośli i starcy. Kto czuł w sobie odpowiedzialność za losy Warszawy i Polski i czuł się na siłach – pomagał. Po wojnie, kiedy odwiedziłem moją rodzinną Warszawę, to nie mogłem oderwać się od pomników i tablic pamiątkowych, a przede wszystkim od pomnika Małego Powstańca na Starym Mieście. Przykuł mnie widok tego powstańca, a łzy poturlały mi się po policzkach ze wzruszenia. Tablice pamiątkowe, warszawskie epitafia, spotykane tu i owdzie na ulicach Warszawy, wstrząsały moją wyobraźnię i napawały wspomnieniami, o których mówiła mi matka, a które za moją prośbą zostały spisane. Wyobraźnia podpowiadała, że przecież ja też tu byłem i w nieświadomości przeżywałem to piekło.

Ukryci w piwnicach wołaliśmy jeść i pić, a zamiast mleka musiała wystarczyć woda kapiąca ze szczątków ruin lub woda deszczowa z kałuży. Pokarmu matka nie miała, bo sama nie odżywiała się należycie. W piwnicach dużych kamienic tętniło życie. Górne piętra zniszczone, sterta gruzu i kikuty żelbetowych konstrukcji straszyły i wołały o pomstę. Z opowiadań mojej matki dowiedziałem się, że kobiety, w tym wspomniana wcześniej pani Dygatowa i moja matka, szyły opaski dla powstańców, a mój ojciec wciąż znikał, bo w tajemnicy przed żoną roznosił powstańczą pocztę i inne paczki, z pewnością z bronią i żywnością. W beczkach po kapuście rodzice trzymali nie wiadomo skąd przybyłe bez rodziców żydowskie dzieci. Zapewne w czasie wysiedlenia na Umschlagplazu oni gdzieś zaginęli. Ale każdy żywy walczył o przetrwanie, stąd ta determinacja ludzi o ocalenie każdego jeszcze żyjącego w Warszawie.

Jakie było kiedyś szczęście i prawdziwa uczta, ponieważ ojciec nasz wyszedłszy z piwnic, trafił na zabitego na ulicy konia i z dużą połacią tego świeżego mięsa przybył do piwnicy. Wszyscy łapczywie zajadali się tym smakołykiem, a niektórzy co niecierpliwsi zajadali to mięso na surowo i w pośpiechu. Mówili, że nawet „dobry jest ten powstańczy tatar”, bo przecież tatar, wielki przysmak wędrujących tatarów, jedzony na surowo, też był z konia. Ojciec wrócił się po resztę, ale niestety inni go rozdrapali i tylko skóra i krew została. Podobno Niemcy postrzelili uciekających i zgłodniałych rabusiów.

Innym razem ojciec przywlókł w worku na wpół zeschłe jarzyny i kapustę, z której mieszkańcy piwnic ugotowali w kotle przepyszną repetę „eintopf” [z j. niem. – potrawa jednogarnkowa – przyp. red.], jak mawiali niektórzy. Takie było życie. Raz po raz wpadali do piwnicy ranni powstańcy i harcerze, aby odpocząć, nabrać sił i się posilić resztkami. Nigdy nie pytano ich skąd są i kim są. Spotkania odbywały się bez słów i błyskawicznie. Na górze wrzało, bomby spadały, a miotacze ognia pożerały ostatki domów i budowli.

Któregoś dnia wpadli raptem do piwnicy ci z kanałów, ubrudzeni, a fetor roznosił się niemiłosierny, ale wszystko trzeba było znieś a nieszczęśników pożywić. Na umycie nie było szans, bo wody było brak, nawet dla niemowląt.

Warszawa w ogniu, pożerana miotaczami ognia, a bombowce „krowy” burzyły ją z powietrza. Płakał każdy, a Antoni Dygat senior, były Główny Architekt Warszawy, też w piwnicy na Kieleckiej, rozżalony, rysował w ukryciu wizję nowej Warszawy. Niestety, plany jego poszły w niwecz, bo kiedy wyjechał do Brazylii plany i dom spłonął, a on niedługo potem zmarł, odszedłszy od swojej żony i syna pisarza. Niemcy, jak opisuje moja matka, w odwet za Powstanie Warszawskie postanowili Warszawę ukochane nasze miasto i Stolicę zrównać z ziemią, a „Rusy” jak mawiała mama, stojąc na Pradze u wrót Warszawy za Wisłą, chyba też w odwecie za nieposłuszeństwo Polaków i powstańców wobec Rosjan, bombardowali i dopełniali zniszczeń Warszawy. Taki los spotkał naszą Stolicę. Jeszcze zanim nastąpiło to najgorsze, czyli unicestwienie Warszawy, Niemcy postanowili wysiedlić i wyludnić „Miasto Nieujarzmione”.

Na Zieleniaku

W kilka dni po wybuchu Powstania Warszawskiego, około 10 sierpnia w nocy nagle wtargnęli Ukraińcy usługujący Niemcom w czasie okupacji i wypędzili Helenkę z mężem i małymi dziećmi zaspanych i w nocnym odzieniu bez obuwia. Wygnali na bruk również wszystkich mieszkańców okolicznych domów na Ochocie. Z niezwykłą brutalnością i zacietrzewieniem obchodzili się z ludnością. Na oczach wszystkich bili kolbami, kopali, pluli oraz gwałcili bezbronne dziewczyny na podwórkach domów lub w klatkach schodowych. Helenka w pewnym momencie odważyła się użalić przed jednym z rozwścieczonych bandytów, a ten uderzając ją w twarz i kopiąc wykrzyknął „Chciało się Wam swołocz Polaczki powstania to go macie. Idi do czorta! Ubiju kak sobaku, wsje poginiecie. A ty ciesz się że żyjesz!” Zesztywniała  ze strachu, zaniemówiła natychmiast po takiej ripoście zwyrodnialca.

W tej nocy wszystkich spędzono na Zieleniak [przed Powstaniem Warszawskim hala targowa – przyp. red.] znajdujący się obok Gazowni u zbiegu Banacha i Grójeckiej. Dzisiaj, po tylu latach na tym miejscu jest nadal Zieleniak, lecz niewiele śladów pozostało z tamtych lat. W spiekocie sierpniowego słońca bez środków do życia i wody wygnańcy trwali kilkanaście dni. Na Zieleniaku też nie było co jeść i pić. Na środku stała studnia głęboka, prawie wyschnięta, nieużywana. Zbliżenie się do tego obiektu groziło surowymi sankcjami, a nawet zabiciem. Pewnego dnia grupka dzieci zbliżyła się do tego zakazanego obiektu, aby zaczerpnąć tej brudnej wody. Nagle zjawił się żandarm i próbując rozpędzić , jedną ręką wymachując, drugą natomiast nacisnął spust rewolweru i się postrzelił. W szale, amoku i wściekłości pobiegł gdzieś przed siebie, a dzięki temu dzieci uniknęły śmierci. Ludzie potem mówili że Anieli z nieba czuwali nad tymi dziećmi i je w ten sposób uratowali.

Wołałem ciągle, że jestem głodny. Wołałem „kibi solą” to znaczy chleba z cukrem, bo te jedynie słowa potrafiłem wymówić. Innych słów nie umiałem jeszcze. Płakałem, ale czy to pomagało? Moja siostra nie płakała, bo widocznie nie miała już sił. Przytulona do piersi bezmlecznych matki trwała, na szczęście jeszcze żyła.

To zbiorowisko ludzi bezbronnych i z małymi dziećmi zostało w pewnej chwili otoczone przez Ukraińców, będących na usługach Niemców, którzy oddzielali brutalnie mężczyzn od kobiet. Kolbami bito opornych, strzelano do uciekających jak do kaczek. Kazano się przygotowywać na wywózkę pociągiem z Dworca Zachodniego do Obozu Przejściowego do Pruszkowa. Kiedy przeprowadzono tą brutalną segregację, mojemu ojcu, który mnie trzymał na ręku, zarośniętemu od nie golenia i z długimi włosami, wpadł genialny pomysł. Po prostu włożył suknię i przebrał się za kobietę, a długie włosy przykryły zarośniętą twarz i brodę. W tej sytuacji z dzieckiem na ręku jako jedyny przedostał się na stronę kobiet, a te z zazdrości nie mogły patrzeć na szczęśliwca, a kiedy płakałem to z powodu szwabskiego imienia wołali „udusić bękarta, udusić”, a ja wołałem tylko „kibi solą” „kibi solą”, a chleba nie było, a i cukru też nie. Z kobietami: matką z maleńką Danusią przy piersi, ojcem ze mną w kartonie, Niemcy, a raczej Ukraińcy przeprowadzili nas bezbronnych pod lufami karabinów na Dworzec Zachodni, a stamtąd do obozu w Pruszkowie.

W Pruszkowie

Tam się dla nas zaczęło piekło i beznadzieja. Żywność i woda była tylko dla małych dzieci, więc ilekroć potrzebna była woda czy placki z trocin i obierków pieczone na blasze, to posługiwano się nami to znaczy mną i moją siostrą i stawano w długich kolejkach. Z tych akcji pozostały na rączkach u mojej siostry Danusi ślady poparzeń, bo pewnego razu na ręce mojej cioci Marii siostry mojego ojca, która przypadkowo przy nas znalazła się, wisząca, dotknęła rączkami o rozżarzone płyty paleniska i raczki sobie poparzyła. Nawet sił nie miała żeby wyrazić swój ból płaczem. Niemcy lub Ukraińcy strzelali do tych, którzy czerpali wodę z kałuży, z obawy przed epidemią tyfusu.

Mimo obstawy i dozoru udawało się niektórym co odważniejszym uciec z obozu dachami. Nocą widziało się ich cienie przemieszczające się po dachach hal fabrycznych. Były to bowiem hale fabryczne miejscowych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, z betonowymi i zaoliwionymi posadzkami, na których ułożono pokotem wysiedlonych z Warszawy. Nie było miejsca, wiec o położeniu się nie było mowy. Matka tuliła swoją córeczkę siedząc, natomiast ojciec, ciągle w przebraniu jako kobieta, tulił mnie. Spałem mu na kolanach i brzuchu, natomiast plecy służyły mu do suszenia pieluch ciuchów. Innej możliwości nie było. Płakałem w nocy, bo byłem głodny i tutaj też ludzie domagali się, „udusić tego bękarta” itd.

Do naszej obozowej rodzinki, jeszcze na Zieleniaku przy Gazowni w Warszawie, przytuliła się nieznana osoba, a mama mówiła potem, że to chyba przez Boga posłanka — nasz Anioł Stróż, pani Bogulińska, która nawet w obozie nie opuszczała nas na krok, więc był to rzeczywiście Anioł z Nieba, jak mawiała matka. Kiedy znaleźliśmy się wcześniej w rejonie dworca kolejowego i torów w momencie przybycia do Pruszkowa, z nasypu i stojącego tam pociągu z samej lokomotywy spadły w pewnej chwili dwie poduszki wprost pod nogi moich rodziców. Matka podniosła je, ale maszynisty już nie zdołała zobaczyć, aby mu podziękować. Te dwie poduszki pomogły nam przetrwać ten ciężki okres w obozie. Nie było możliwości, aby ciało rozciągnąć na betonie, aby się przespać. Matka moja, ilekroć nam dzieciom zdarzenie to opowiadała, zwykle na dobranoc, zamiast bajki nie kończyła nigdy, bo zalewała się łzami i szlochała.

Z Pruszkowa nam trafiło się dostać z całą rodzinką do wsi Małszyce koło Łowicza, do sołtysa Maciaszczyka. Niestety, ojciec mój nagle zachorował na grypę i zapalenie płuc, a matka zmuszona była udać się w poszukiwaniu lekarstwa lub lekarza. Coś tam zdobyła i tym co miała leczyła swego chorego męża. W dużej gorączce z dziećmi przy sobie, bez szans na wyleczenie trwaliśmy u tego sołtysa. Modlitwa i różaniec jako jedyny talizman Boży był dla mojej matki lekarstwem i sposobem na przetrwanie. To był zresztą jedyny przedmiot, jaki matka zdążyła zabrać ze sobą tej nocy, w której zostaliśmy z domu przez Ukraińców wypędzeni na Zieleniak. Wyszliśmy wtedy w nocnych ubiorach i w pośpiechu, zostawiając swój skromny dobytek. Nie zdążyła mi matka opowiedzieć, w jaki sposób z Łowicza dostała się na dworzec w Zduńskiej Woli, a stamtąd zimą w odkrytych wagonach bydlęcych wrócić do swojego rodzinnego Ostrzeszowa w Południowej Wielkopolsce. Powrót odbywał się w lutym 1945 roku, więc śnieg grubymi płatami zasypywał podróżników, a mróz nie pozwalał spać. Na stojąco trwał ten powrót. Na dworcu w Ostrowie Wlkp. przesiadka do Ostrzeszowa i radosne spotkanie z rodziną.

Wojny koniec, a my znów bez środków do życia, udaliśmy się do wujostwa, czyli brata matki Idziego do Torzeńca. Tam też w spokoju odbyły się wreszcie chrzciny mojej siostry Danuty.  Urodzeni w piekle czyli w końcowej fazie czasu okupacji w Warszawie, obecnie, po prawie 70 latach staramy się, aby nas zaliczono do grona kombatantów II wojny światowej. Czy to możliwe? W oczach przedstawicieli Sejmu nie, ale w naszych oczach, dzieci które urodziły się w tak wyjątkowo ciężkich warunkach, a potem wychowywały się w tym piekle, dzieląc los z powstańcami i wygnańcami, jak najbardziej uzasadnione, i satysfakcjonujące.

Urodzeni w piekle i w czepku, bo przeżyliśmy tę okupację i mimo wszystko całą naszą rodzinką szczęśliwie powróciliśmy w swe rodzinne strony. Dzięki usilnym prośbom moim, jeszcze za życia mojej matki spisana została ta warszawska epopeja. W starych albumach natknąłem się na szereg zdjęć z tego okresu i w ten sposób powstało to wyjątkowe opowiadanie, oparte na faktach. Wspomnienia jednej z wielu szczęśliwie ocalałych rodzin.

Wspominania Reginy Marzęckiej

Na moją prośbę, po wielu latach, żyjąca jeszcze moja matka chrzestna, Regina Marzęcka Drzewiecka, czytając moje wspomnienia sporządzone na podstawie opisu mojej matki, dokonała wielu korekt i sprostowań oraz uzupełniła następującym dodatkiem: „Na dzień przed owym wypędzeniem, jako 14-letnia dziewczynka, patrząc przypadkowo z okna na podwórze byłam świadkiem straszliwego mordu Ukraińców na niewinnych mieszkańcach sąsiednich posesji, albo spędzonych skądinąd. Wśród okrzyków w j. ukraińskim i przekleństw zastrzelili wszystkich, a zwłok nawet nie sprzątnięto. Przepędzano przy tym gapiów i dzieci. Czy o tym mordzie wiadomo? Z pewnością takich przypadków było w tym czasie wiele.” Jak dalej pisze, wraz z matką, bo ojciec już wcześniej zginął, zostały wywiezione do Niemiec do Braunschweigu na prace, ale wcześniej przez dwa tygodnie przebywały wraz z nami w obozie przejściowym w Pruszkowie. „Zostaliśmy, pisze, wypędzeni zupełnie nieubrani w cienkich sukienkach i domowych kapciach dnia 10 lub 11 sierpnia 1944 roku. Po przejściu przez Pruszków wywiezieni zostaliśmy do pracy do Niemiec. Po wypędzeniu ludności domy, w tym i nasz, spalono. W czasie pożaru mieszkańcy naszego domu zauważyli większą ilość wojska, zbliżającego się od strony ulicy Wawelskiej, a następnie usłyszeli mowę rosyjską. W domu wybuchła ogromna radość „Rosjanie przychodzą nas uwolnić”. Każdy w tym jak stał, wybiegł na podwórze, otworzono szeroko bramę i w chwilę później wpadł przez nią oddział, pijanych własowców tzn. Ukraińców – sprzymierzeńców Niemców, i natychmiast ustawiono nas pod ścianą z zamiarem rozstrzelania i tylko wejście oficera niemieckiego uratowało nam życie. Oficer zarządził natychmiastowe wyjście wszystkich na ulicę. O wejściu do mieszkania po cokolwiek nie było mowy i dlatego wyszliśmy w całym tego słowa znaczeniu „nadzy i bosi”. W drodze na Zieleniak, własowcy zrywali z uszu kolczyki z rąk zegarki, pierścionki, obrączki. Mama moja uratowała obrączkę, wkładając ją do ust. A ten różaniec, który wyniosła Twoja mama to tylko dlatego „że na pewno cały czas miała go w ręku modląc się.”

Różaniec Heleny Kempy. Fot. Muzeum Dulag 121

I jeszcze jedno wspomnienie Reginy, z Zieleniaka: „Pewnego dnia przyprowadzono skądś krowę. Mleko dojono do rożnych znalezionych naczyń, jakiś puszek mało czystych, często zardzewiałych i przeznaczano je dla malutkich dzieci. I takim to mlekiem została nakarmiona Twoja malutka siostrzyczka Danusia. Dziś, gdy niemowlęta są otoczone wprost sterylną czystością, do cudów należy zaliczyć, że maluszek mógł przeżyć w takich warunkach. Na Zieleniaku przez pierwszych 4, 5 dni jednak w dalszym ciągu pilnowali nas Ukraińcy, którzy poza gnębieniem ludzi w ciągu dnia, nocą gwałcili młode kobiety. Potem przyjechał jakiś niemiecki generał, kazał wszystkim uklęknąć i wygłosił mowę na temat bandytyzmu warszawiaków i to co nas spotkało jest po prostu karą. Od tego czasu zaczęto, pod silną eskortą, ale już niemiecką, wyprowadzać ludzi grupami najpierw na Dworzec Zachodni a dalej pociągami do Pruszkowa. A w tej wędrówce na dworzec najstraszniejszy był – poza trupami widok żywych staruszek i staruszków, leżących obok drogi, których nie miał już nikt nieść, a którzy wyciągali błagalnie ręce albo patrzyli otępiałym wzrokiem na przechodzące tłumy warszawiaków. Tego nie da się zapomnieć.”

Powiązane hasła

”None