menu

Klijanowicz Izabella – Bóg słucha próśb dzieci

Klijanowicz Izabella – Bóg słucha próśb dzieci

Rodzina Pani Izabelli Lucyny Klijanowicz pochodziła z Łodzi. Jej rodzice, Janina i Lucjan, którzy pobrali się w 1939 roku, nie cieszyli się długo życiem małżeńskim – ojciec w 1941 roku został aresztowany przez hitlerowców i osadzony kolejno w więzieniu w Radogoszczu, w więzieniu przy ul. Sterlinga, a następnie w obozie karnym w Sieradzu, gdzie zmarł w roku 1942. Niedługi czas po aresztowaniu Lucjana Klijanowicza, jego żona wraz z czteroletnią córką zostały wysiedlone na tereny Generalnego Gubernatorstwa. Zamieszkały w stolicy, gdzie Janina Klijanowicz pracowała jako księgowa w Hurtowym Składzie Materiałów Aptecznych. W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego Pani Izabella z matką mieszkały na Starym Mieście. Stamtąd, wraz z członkami dalszej rodziny zostały pognane do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd udało im się uciec. Zatrzymały się w Szydłowie k. Piotrkowa Trybunalskiego, a następnie przedostały się do Łodzi. W swoim wspomnieniu, przekazanym Muzeum Dulag 121 w 2011 roku, Pani Izabella opowiada o wojennych losach swojej rodziny, a także opisuje pierwsze lata wolności spędzone w powojennej Łodzi – czas stopniowego powrotu do „normalnego” życia. Jako, że przeżywała tamte zderzenia jako małe jeszcze dziecko, sama zaznacza, że, zapamiętała przede wszystkim to, co zrobiło na niej największe wrażenie, co było najbardziej istotne.

Janina Klijanowicz. Fot. z arch. pryw.

Urodziłam się latem 1938 roku i moja pamięć okresu wojny, Powstania Warszawskiego i pobytu w pruszkowskim obozie przejściowym Dulag 121 musi być z natury rzeczy bardzo wybiórcza. W tamtych latach mieszkałam z Matką na Starym Mieście w Warszawie (ojciec został złapany w tzw. ulicznej łapance i wywieziony do obozu, gdzie zginął). Niedaleko mieszkali Dziadkowie z młodszą siostrą Matki. To były ulice Kapitulna i Freta. Dziadkowie na parterze, my z Matką na drugim lub trzecim piętrze. Dzisiaj już nie jestem w stanie powiedzieć, kto na której mieszkał ulicy. W młodości Matka kiedyś oprowadziła mnie po tym zakątku Starego Miasta, ale i Ona nie bardzo była w stanie dokładnie zlokalizować dawnych mieszkań, gdyż po wojnie Stare Miasto jednak trochę inaczej odbudowano. Zresztą wtedy mnie tak bardzo nie interesowały takie „odległe” czasy (młodzież zawsze patrzy „w przód”, przed siebie, a nie w tył), a obecnie już nie mam od kogo się dowiedzieć, szkoda.

Dla mnie wojna zaczęła się w dniu zobaczenia pierwszych czołgów. Wyszłam z Dziadkiem na poranny spacer (pamiętam ciągnęłam za sobą na sznurku jakąś zabawkę), ale nie doszliśmy do tego parku, gdyż w dalekim prześwicie poprzecznej ulicy zobaczyliśmy sunące jeden za drugim czołgi i Dziadek, ku mojemu rozczarowaniu, wrócił do domu. Patrzę teraz na plan miasta i nie mogę ustalić, co to był za park. Jeśli Dziadkowie mieszkali przy ul. Freta, czołgi mogły jechać (dzisiejszym) Wybrzeżem Gdańskim. Jeśli na Kapitulnej, mogły przejeżdżać Miodową lub Świętokrzyską. Jako dziecko wyczuwałam w dorosłych niepokój, choć starali się mnie chronić. Potem zaczęły się nagle bombardowania i spanie w piwnicy w ciemności, wśród obcych ludzi. Jedni urządzili się wygodniej – zbijali prycze, zdobywali jakieś żelazne piecyki zwane popularnie „kozami”. Gdy naloty stały się już prawie nieprzerwane (co chwila odzywały się syreny), dorośli tylko nocami wyprawiali się gdzieś na poszukiwanie żywności. Któregoś dnia było ogólne poruszenie, bo ktoś przyniósł wiadomość, że niedaleko leży zabity koń, ale mimo głodu tylko nieliczni zmusili się do jedzenia koniny (ułańskie tradycje w narodzie dały znać o sobie). Mnie poczęstowano, zjadłam, choć potrawa nie za bardzo mi smakowała. Dziadkowie i Matka nie ruszyli tego mięsa.

Wryły mi się w pamięć jeszcze dwa zdarzenia. Któregoś dnia, gdy ostrzał ustał na pewien czas, Matka ze swoją Siostrą i ze mną (może bała się zostawić, a może nie miała z kim) wyszłyśmy do mieszkania po jakieś rzeczy. Gdy znalazłam się na jakieś wysokości, nie poznałam otoczenia. Wokół rozpościerała się wolna przestrzeń, bez murów i ścian, było tylko powietrze i pełno słońca. I tylko w dole zamiast normalnej ulicy leżały zwały gruzu i poskręcane żelastwo. Jakby wszystkie budynki przysiadły na ziemi. I nagle znów zaczęły gwizdać kule i zbliżać się, z charakterystycznym brzęczeniem, pociski. Zaczęłyśmy szybko schodzić i w tym momencie jakiś odłamek trafił mnie w lewą rękę poniżej łokcia. Jakoś nie przypominam sobie specjalnie wielkiego bólu. W piwnicy lekarza naturalnie nie było, ale zabandażowano mi czymś tą rękę. Dopiero po wielu latach, kiedy zrobiłam prześwietlenie w związku z bólami reumatycznymi, okazało się, że wciąż tkwi w niej obrośnięty tkanką łączną odłamek.

Potem było co jakiś czas wędrowanie z miejsca na miejsce w poszukiwaniu ocalałych, jeszcze nie zburzonych, piwnic, coraz bardziej obcy ludzie i coraz gorsze warunki. Już pod koniec, nocą, przybyli do nas ranni powstańcy i wszyscy, pamiętam, zajmowali się nimi, dając, co kto mógł.

Pewnego dnia, już od świtu, od piwnicy do piwnicy zaczęła „przetaczać się” fala niepokoju, a pod wieczór na nasze podwórko wkroczyli Niemcy i krzycząc i grożąc lufami karabinów zaczęli wszystkich wyganiać. Wtedy też, po raz pierwszy na moich oczach, zabito kilku mężczyzn. Potem nasza grupa, wśród innych grup, dokądś szła prowadzona przez Niemców. Było już ciemno, całe niebo co chwila rozświetlały spadające na horyzoncie race. I to było nawet ładne, ale nie można było bez przerwy patrzeć w górę na rozbłyskujące ognie, gdyż pod nogami leżało tyle gruzu, a na poboczach zakrwawione zwłoki (niektóre prawie bez ubrania), że dawało się przejść jedynie wąską „ścieżką” po środku ulicy. Na ulicy leżało również wiele dziwnych rzeczy – rozbity fortepian, połamane, nadpalone fotele itp.

Idąca przed nami kilka metrów kobieta nagle upadła trafiona odłamkiem. Mijając ją widziałam przecięte na pół ciało całe we krwi jeszcze, wijące się w przedśmiertelnym skurczu. Niemcy krzykami poganiali wszystkich naprzód, nie pozwalając się zatrzymać. A ten, kto to próbował zrobić, dostawał kulkę w głowę.

Puste „oczodoły” wypalonych okien w ciemnych kamienicach jak stojące trupy (tylko gdzieniegdzie dogasały ognie pożarów), sprawiały upiorne wrażenie, jak z baśni o potworach i złej Babie Jadze. Jeszcze długo po wojnie, gdy usłyszałam warkot lecącego w górze samolotu automatycznie odruchowo kuliłam się, a serce biło jak po stumetrowym biegu.

Nikt nie wiedział dokąd nas prowadzą. Potem załadowano nas do pociągu. Nie pamiętam ani stacji ani jaki to był pociąg (towarowy czy osobowy), byłam przecież bardzo mała. Wysadzono nas w środku nocy. Znalazłam się sama z Matką w wielkiej hali, gdzie na brudnym cemencie siedzieli lub leżeli pokotem ludzie. Matka przycupnęła na skrawku wolnego miejsca, mnie ułożywszy na jakimś kawałku tektury. I tak, z głową na jej kolanach, zasnęłam, lecz co chwilę się budziłam, gdy przestępowali przeze mnie kręcący się bez ustanku ludzie. Ile dni byłyśmy w tym pruszkowskim obozie, nie jestem w stanie określić, w każdym razie tylko kilka bądź kilkanaście dni.

Chyba pierwszego dnia lub drugiego, gdy Matka siedziała na jakimś kamieniu, a ja bawiłam się wśród otaczających nas ze wszystkich stron zasieków drutu kolczastego ze stojącymi z karabinami wartownikami, Matka, chcąc mnie jakoś zabawić, odwrócić uwagę, nauczyła mnie pisać słowo „kot”. To było łatwe – kreska pionowa, załamana, kółeczko, druga kreska pionowa i nad nią pozioma (jak blat stołu). I do wieczora cały placyk przed barakiem był pomazany patykiem po piasku, a właściwie ziemi, słowem „kot”. Ale już całego słowa „pies” nie mogłam zapamiętać.

Pod wieczór któregoś dnia ktoś przyniósł z pobliskich ogrodów na wpół dojrzałe pomidory, nie podzielił się z nikim zdobyczą. A więc jednak można było wychodzić z tego obozu jakimś sposobem. Potem i inni poszli kraść, widocznie byli głodni. Niestety nie wszyscy powrócili do pozostawionych rodzin. Dwóch z nich zastrzelono.

Matka, która z gimnazjum wyniosła znajomość języka francuskiego i niemieckiego, a przy tym była młoda i bardzo ładna, po rozpoznaniu terenu zakręciła się wokół wartowników. Zagadała po niemiecku, uśmiechnęła się i przyprowadziła resztę rodziny – Dziadków (tj. swoich rodziców) i Siostrę.

Potem była ucieczka. Zapamiętałam drogę przez las i całą grupę idących ludzi. Mieliśmy przewodnika. Po brzegach szerokiej leśnej drogi leżały powywracane auta ciężarowe, porzucone armaty i stosy trupów – niektórzy byli bez butów-oficerek lub nawet bez spodni. Przy rozbitej przyczepie leżały wysypane setki kostek zup w barwnych opakowaniach, lecz nikt się po nie schylił. Mnie też nie pozwolono. W pewnej chwili zaczął się ostrzał – kule coraz gęściej świstały przelatując przez drogę. Jedna mi dosłownie otarła się o moje ucho, aż zapiekło. Babunia, która mnie prowadziła za rękę, szła nie zatrzymując się. Co chwila powtarzała „dziecko módl się do Bozi, mów paciorek, bo Bozia słucha dzieci” i sama wraz z innymi na głos się modliła. Nie pamiętam, żeby z tej grupy kogoś zabito. Potem las się skończył, a z rozległej przestrzeni pól zaczęła się do nas zbliżać lawa jadących w naszym kierunku czołgów, coraz bardziej olbrzymich, zgrzytających. Pamiętam, jak leżałam w jakimś rowie, a nade mną z chrzęstem przesunął się czołg, a obok niego drugi. Potem cała Rodzina plus trzy, cztery obce osoby, znalazła się w jakiejś leśniczówce. Tam nas suto, jak na wojenne warunki, nakarmiono i przenocowano (zostaliśmy chyba z jedną lub może dwie noce). Bardzo mnie dziwiło, że w tej leśniczówce z sufitu zwisała ubrana choinka czubkiem do dołu. Po latach wyczytałam gdzieś, że takie wieszanie chojaka to prasłowiański zwyczaj.

Nie potrafię dokładnie określić chronologii późniejszych wydarzeń. Do Warszawy nie było po co wracać. Spędziliśmy więc jakiś czas – rok, czy może dwa lata – w Szydłowie koło Piotrkowa. W wynajętej izbie z piecem, wśród obcych ludzi, gnieździła się cała rodzina. Pamiętam stare, wielkie łoże z ciężką pierzyną i ławy do spania, bardzo wąskie. Pamiętam Matkę chodzącą ze mną do lasu po chrust, który pomagałam zbierać. Dziadka (czyli „Dziadziusia”, jak mówiłam do Niego), który, choć nigdy przedtem nie był ani stolarzem ani szewcem, miał bardzo dużo praktycznego zmysłu i zaradności i pomimo braku podstawowych narzędzi reperował ludziom buty – bo w tamtych czasach na kupno nowych nie każdego było stać – albo naprawiał i robił meble. Po tylu latach mam w domu dwa stołeczki (ryczki) zrobione wtedy przed Dziadka, bardzo mocne i stabilne. Babcia („Babunia”), choć nie była krawcową, szyła. W zamian wiejskie gosposie przynosiły ziemniaki, jajka, chleb, czasami jakieś mięso (np. krowie wymiona – to bardzo czysta część krowy – na których Babcia ugotowała barszcz), jako zapłatę lub podarunek. I tak sobie radzili. Co konkretnie robiła Matka czy Ciocia, nie potrafię powiedzieć. W Warszawie Matka w czasie wojny chwytała się rozmaitych zajęć. Pracowała np. u modystki, a wieczorem udzielała dzieciom korepetycji z francuskiego, a przy nich i ja się uczyłam (dotychczas mogę wyrecytować słowa bajki o myszce Miki). Nie pamiętam z tamtych czasów, żebym była głodna, choć dorośli pewnie często byli. Za to brakowało mi towarzystwa rówieśników. Wszystkie dzieci z okolicy były dużo starsze.

Z okien tej wynajętej izby widać było spory staw, po którym zimą ślizgały się wiejskie dzieci. Zazdrościłam im tej zabawy, gdyż mnie nie pozwalano na ślizganie się (byłam za mała no i szkoda było butów). Gdy się ociepliło Matka często wędrowała – chyba pieszo – do Piotrkowa, były to bardzo niebezpieczne wyprawy. Któregoś dnia z jakiegoś powodu zabrała i mnie ze sobą i wózek. Pamiętam, że jak wracałyśmy po ciemku to bałam się pustej drogi, bo wyobrażałam sobie, że za każdym większym krzakiem mógł się czaić ktoś, kto mógł mnie zabić, zgwałcić lub okraść.

Już pod koniec pobytu w tym Szydłowie, gdy starsi byli chorzy, a Matka na cały dzień wyszła, wysłano mnie gdzieś niedaleko po karbid – izby oświetlały wtedy karbidowe lampy. Gdy wracałam, otoczyły mnie wiejskie wyrostki, kilku sporych chłopaków i, mimo mojej obrony, połowę tego karbidu mi zabrali. Aż się popłakałam, ale byłam za słaba, żeby go obrobić, a ludzie wtedy w czasie wojny byli bezwzględni i groźni. Grudki takiego karbidu, gdy się je rzucało na śnieg chyba syczały i wybuchały. I tak zamiast trafić do lampy, karbid posłużył do zabawy, a my potem siedzieliśmy w ciemności.

Pewnego dnia, jeszcze było zimno, pobliską szosą zaczęły sunąć czołgi, wozy, armaty i mnóstwo wojska rosyjskiego. Przez kilkanaście dni, dzień i noc jechali, tak że nie można było godzinami przedostać się na drugą stronę szosy. Wyżsi rangą dowódcy często wtedy nocowali po wiejskich chatach na podłodze na słomie. U nas też. Odwdzięczali się za „ciepłą” izbę dając w zamian np. cukier, herbatę (a to był wtedy rarytas), puszki z mięsem, czasem czekoladę. Któregoś dnia dostałam od kogoś dużą, pięknie odzianą lalkę, lecz nie nacieszyłam się nią zbyt długo, bo gdy wyszłam następnego dnia z nią na dwór pochwalić się (inne dzieci od czasu do czasu dostawały podobne zabawki, a ja pierwszy raz), wiejskie chłopaki siłą mi ją wydarli z rąk i rozbili o kamienie, a ubranko podarli. Nie poskarżyłam się na nich dorosłym, ale żal pozostał, bo gdy czuje się przemoc, nie dobrze jest być małym i słabym i nie móc się bronić.

Gdy się trochę uspokoiło na szosie i przetoczyła się ta nawała wojska Matka z siostrą jeździły kilkakrotnie do Łodzi, żeby znaleźć jakieś mieszkanie. Któregoś dnia nastąpił pożegnalny obiad u sołtysa. Na stół podano rosół z gołąbków (nowe moje zdziwienie). Siedziałam u Matki na kolanach i próbowałam jeść rękoma, a właściwie gryźć, miękkie kostki tych gołąbków. Ludzie wtedy jedli różne rzeczy, kur było szkoda, bo te nieliczne, które zostały, musiały składać jajka. A potem wiejską furką z zaprzężonym konikiem i z bardzo skromnym dobytkiem wyruszyliśmy w nieznane na nowe życie do Łodzi. Na nowy los – jaki? – nikt nie wiedział, ale każdy miał nadzieję, ze lepszy, bo grunt, że wreszcie skończyła się wojna. Bardzo długo jechaliśmy. Późnym popołudniem furka wreszcie wjechała na przedmieścia Łodzi. Dziwne (po tym, co widzieliśmy w Warszawie) były te stojące c a ł e domy, coraz wyższe w miarę jak zbliżaliśmy się do centrum.

Wreszcie stanęliśmy przed olbrzymią, szeroką trzypiętrową kamienicą typu „pałacowego” z ozdobnymi gzymsami, wykuszami, sztukateriami i dwoma ozdobnymi balkonami z obu boków. Gdy weszłyśmy marmurowymi schodami na pierwsze piętro z widokiem na wielkie ciemne podwórze z obskurnymi oficynami okazało się, że lokal (wielkości 120 m2) jest w opłakanym stanie. Brakowało drzwi wejściowych, na podłodze leżała niesamowita ilość śmieci. Nie bardzo było już wtedy w czym wybierać. Wszystkie najlepsze mieszkania zostały już dawno pozajmowane. Brakowało szyb w oknach i w ogóle wszystkiego, pozdzierane resztki tapet zwisały ze ścian, ściany brudne, że nawet woźnica, który nas przywiózł współczuł nam do tego stopnia, że Dziadkowi pomógł skombinować jakieś drzwi i zamek, potem dopiero odjechał. I zostaliśmy w tej kupie śmieci. Dopiero po pewnym czasie Matka z siostrą przywiozły od dalszej Rodziny z dzielnicy Łodzi – Chojen, trochę starych mebli tj. wielkie łóżko, politurowany na ciemno kredens stołowy, wielki rozkładany stół, fotele, na których po zestawieniu spałam i trochę krzeseł.

W tym pierwszym okresie zadomawiania się w tym mieszkaniu wydarzył się niezapomniany incydent. Położono mnie do snu w największym pokoju w wielkim łóżku, które nawet nie stało przy ścianie, a dorośli zebrali się na naradę w kuchni. Nagle poderwał Ich na nogi mój przerażony krzyk i płacz. Gdy przybiegli i zapalili wiszącą u sufitu żarówkę (w otoczeniu gipsów, sztukaterii) ukazał się Im straszny widok. Cała pierzyna i poduszka były aż czerwone od pełzających setek pluskiew, a ja cała pogryziona. Również na ścianach pełzało to robactwo, które, widać, z przybyciem ludzi uaktywniło się. […] Długo wszyscy walczyli z tą obrzydliwą plagą. Niby już się je zwalczyło, gdy po pewnym czasie pluskwy znów się pojawiały. Czego nie zastosowano – proszki, ocet, polewanie część mebli wrzątkiem. Ja nawet rozkręcałam wnętrza nowych tapczanów i smarowałam deski denaturatem i po wstawieniu ich do wanny zapalałam, a gdy denaturat spłonął razem z jajeczkami pluskiew polewałam je gorącym prysznicem, ale to wszystko pomagało na krótko. Aż kiedyś jakiś inkasent sprawdzając liczniki wiszące wysoko w pierwszym wejściowym hallu w środku puszki odkrył całą zbitą gromadę tego robactwa. Kto by przypuszczał, że zagnieździły się w środku skrzynki z bezpiecznikami. I odtąd skończyła się ta nieznośna plaga już na dobre. Tylko mnie do końca życia zostało obrzydzenie na widok tych małych płaskich czerwonych świństw. Nie boję się np. ropuch, pająków, czy myszy, ale pluskiew z „kosmiczną” siłą się brzydzę.

I tak powoli zadomowiliśmy się w tym mieście, jakże innym od Warszawy, na tej ulicy najpierw nazywanej Południową, a potem ul. Rewolucji 1905 r. (blisko placu Wolności). Mieszkanie było spore i tak połączone drzwiami, że można było w nim naokoło biegać. Miało wysokość 4,25 m. Najgorzej było, gdy przychodziło np. mycie wszystkich okien (na drabinie). Na wszystkich sufitach były sztukaterie, piece, aż prawie pod sufit z ozdobnymi kafelkami i stiukowymi amorkami. A podłogi, oprócz kuchni, to był parkiet solidny dębowy i nie w jakąś zwykłą jodełkę, ale w różne wzory (co najmniej jak w Wilanowie) […] Mieszkanie od frontu było w miarę jasne, od podwórza ciemne i bardzo zimne do czasu aż Matka wzięła mnie do pomocy i zaczęła jeździć po składach, żeby kupić rury i piec – bardzo duży, na koks – do centralnego ogrzewania. Wreszcie było ciepło, ale ten piec, żeby ogrzać tę powierzchnię, zużywał na dobę po sześć-osiem wiaderek koksu. Po ten koks trzeba było zejść z pierwszego piętra na podwórko, przejść je całe, wejść w boczną oficynę i po starych brudnych połamanych drewnianych schodach (nigdy nie naprawionych), przejść wąskim, ciemnym (zawsze brakowało żarówki) korytarzem do kawałka piwnicy odgrodzonego przez Dziadka, a następnie z pełnymi dwoma wiadrami, wrócić tą samą drogą. Najpierw wiadra dźwigał Dziadek z Matką, potem ktoś wynajęty, z czasem ja bardzo często zastępowałam Dziadka (ciotka ze względu na chory kręgosłup rzadko pomagała). Najgorsze były te schody w oficynie. W ogóle dozorca tego domu był tylko chyba z nazwy dozorcą. Jeśli cokolwiek ktokolwiek robił, to tylko jego żona. Ta rodzina mieszkała w tej kamienicy jeszcze za rządów właściciela – bardzo bogatego Żyda (był właścicielem kamienicy i oficyn na pierwszym i drugim podwórku, sam zajmował od frontu całe pierwsze piętro, które zostało potem podzielone na trzy części, a my zajęliśmy jedną z nich). Jak opowiadali starzy mieszkańcy, gdy nastali hitlerowcy, właściciel, żeby nie dostać się do obozu, ukrywał się u dozorcy przez pewien czas za duże pieniądze. Jednak dozorca stchórzył i wydał go Niemcom, ograbiając przy okazji. I tak właściciel zginął z nadmiaru zaufania do swojego dozorcy. Gdy było to wreszcie możliwe, Matka kazała przerobić wnętrze tego wielkiego pieca koksowego na palenisko gazowe i z tą chwilą skończyło się uciążliwe dźwiganie wiader.

Niedługo po zamieszkaniu na tej ulicy z tzw. amerykańskich darowizn, chyba to się nazywało UNRA dorośli przywieźli nie tylko trochę ubrań i jedzenia, ale i trochę różnych mebli. Z kilkunastu szafek i szaf Dziadek skonstruował w kuchni na całą ścianę duży wysoki kredens, który miał mnóstwo szuflad, szafek i szafeczek na różne drobiazgi. Pomalowany na biało sprawiał bardzo jednolite wrażenie. Matka przywiozła dwa duże lustra w ramach (mam je do dzisiaj) i dla Babuni starą maszynę do szycia. Dzięki tej maszynie Babunia obszywała cały dom, a przy Niej i ja nauczyłam się szyć. Pamiętam jak, chyba w pierwszej klasie podstawówki, w tajemnicy przed dorosłymi z unrowskiej spódnicy w bardzo ładną kratę, która była za wąska dla dorosłych, spróbowałam wykroić i uszyć bluzkę. Wyszłaby nawet dobrze, gdyby rękawy były lepiej wszyte, ale dorośli zamiast mnie pochwalić, zrobili burę. Babunię pamiętam jako z pełną werwy starszą nobliwą panią z długimi włosami, zajmującą się domem i działką. Nosiła np. obierzyny kartofli i zakopywała pod truskawki, które potem rodziły tyle owoców. Na samym początku, gdy wszystkiego brakowało kupowała co tydzień jakąś gęś bądź kaczkę. Mięso było na dwa, trzy obiady, a pierze składała i z tego pierza i puchu potem wszyscy mieli swoje pierzyny i poduszki, a z większych piór robiła poduszki do siedzenia na krzesłach. Gdy ona np. szyła coś ręcznie, ja siedziałam u Jej stóp na niskim stołeczku i słuchałam niekończących się opowiadań lub śpiewu piosenek. Dziadek natomiast, gdy nie miał nic do roboty lubił, chodząc w kółko, odmawiać na głos różaniec. Często, gdy wtedy z nudów plątałam Mu się „pod nogami”, On, mówiąc np. „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”, potrafił krzyknąć „gdzie Cię diabli niosą” i dalej „Bądź wola Twoja”.

Ta kamienica, jeśli przeszło się pierwszego podwórka na drugie, miała zbudowaną tam (podobno zabytkową, jedyną(?) w Łodzi), bóżnicę, która stała po prawej stronie podwórka, blisko okien tylnej ściany oficyny. W tej świątyni przez wiele lat odprawiały się nabożeństwa. A raz czy dwa raz do roku, w jakieś żydowskie święto, całe podwórza zapełniały się Żydami. Mężczyźni modlili się w bóżnicy, a kobiety z dziećmi stały na zewnątrz. Rejwach był taki, że pomimo pozamykanych okien nie słychać było własnego głosu. Z czasem, gdy Żydzi zaczęli wyjeżdżać do Izraela, coraz mniej Ich się zbierało. Jedynie jakiś szewc introligator czy inny rzemieślnik z pobliskiej ulicy wschodniej Jaracza. I kobiety już nie były poubierane w bogate futra i biżuterię. Kiedyś ze trzy razy przyjechały tylko zagraniczne autokary ze zwiedzającymi turystami, którzy fotografowali tą bóżnicę. Ciekawa jestem, czy Matka oglądając na początku to mieszkanie wiedziała, że na drugim podwórku stoi bóżnica. Kiedyś, gdy pewnego razu pomagałam jej trzepać dywany na trzepaku stojącym naprzeciw tej bóżnicy (był bardzo późny wieczór), jakiś rabin podszedł do mnie i poprosił o zgaszenie świecznik. Podobno jest taki zwyczaj, że nie wolno Mu osobiście gasić ostatniego światła. Zajrzałam do środka i nie weszłam, bo wnętrze sprawiało niesamowity, odpychający nastrój – ciemno (okiennice w oknach) i tylko migotała w głębi jedna świeczka, jak w grobowcu. Dopiero jakiś chłopak dał się przekupić i zgasił tą świecę, a potem pędem uciekł.

Lucjan Klijanowicz, 1924 r. Fot. z pryw. arch.

Po latach tą kamienicę za grosze kupiła dawna administratorka. Zrobiono w tym czasie generalny remont – zrywano podłogi, stropy, rozkuwano ściany, wymieniano rury. To był koszmar. Całą wiosnę, lato, jesień, aż do zimy, żyliśmy w kurzu, bez podłóg, wody, z dziurami w ścianach, bo robotnicy wszędzie rozpoczynali robotę, np. zrywali podłogi w jednym miejscu, czy wyrywali rury ze ścian i nie kończąc, szli dalej. Zerwali z naszych podłóg piękny parkiet i pokradli, a zamiast nich założoną zwykłą lichą jodełkę i to bez papy pod spodem, że skrzypiały po każdym kroku. Na domiar złego administratorka kazała wszystkie podłogi w kuchniach, ubikacjach i łazienkach wylać czerwoną masa, która się nazywała ksylamit czy ksylolit. To się później srogo na wszystkich zemściło, bo doprowadziło do chorób i śmierci (również właścicielki), gdyż ta masa okazała się bardzo toksyczna, podobnie jak eternit, dzisiaj jest zabronione jej używanie. Najpierw zachorowała Babunia, bo najwięcej, najczęściej przebywała w tej kuchni i najbardziej była narażona na szkodliwe promieniowanie – zapadła na białaczkę i chorobę płuc. (Dziadek wtedy już nie żył.) Matka leczyła ją jak tylko mogła, zimą nawet kupowała tylko dla Niej mrożone truskawki. Cóż z tego, skoro Babcia i tak stale dalej przebywała w tym szkodliwym pomieszczeniu. Potem na białaczkę zachorowała ciocia. Babunia, mimo choroby, dożyła prawie 100 lat, jej młodsza córka nawet nie połowy tego. No, ale Babcia miała lepsze rodowe geny.

 

Powiązane hasła

”None