menu

Korbińska Stanisława – Wyprowadzeni z obozu Dulag 121

Korbińska Stanisława – Wyprowadzeni z obozu Dulag 121

Stanisława Korbińska trafiła do obozu Dulag 121 wraz z rodzicami jako sześcioletnia dziewczynka. Rodzina została wygnana w sierpniu 1944 roku z Marek pod Warszawą, pieszo pognana do Lasek, a następnie przewieziona furmankami do Pruszkowa. Po kilku dniach zostali wyprowadzeni jako niezdolni do pracy. Do końca wojny przebywali w Budach Trzcińskich koło Skierniewic. Swoją spisaną po latach relację Pani Stanisława przekazała Muzeum Dulag 121 w 2020 roku.

Dwa lata temu, zmobilizowana przez moją córkę, odwiedziłam Muzeum Dulag 121 w Pruszkowie, w którym wraz z rodziną jako 6,5 letnie dziecko przebywałam przez kilka dni 1944 roku. W czasie odwiedzin obiecałam, że swoje wspomnienia z tego okresu spiszę i prześlę do Muzeum, ale powrót do „tamtych czasów” nie był łatwy i stąd ta zwłoka. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że wraz z ludźmi odchodzą także ich wspomnienia, postanowiłam do Państwa napisać. Moje świadectwo oparte jest na rodzinnych przekazach i fragmentach mojego pamiętnika.

Po wybuchu Powstania Warszawskiego rozpoczęło się wysiedlanie ludności cywilnej z Warszawy i jej okolic między innymi z Marek, gdzie mieszkałam wraz z rodziną. Ewakuacja ludności Marek nastąpiła w upalny sierpniowy dzień 1944 r. Ubrani lekko, z niewielkim bagażem i nadzieją szybkiego powrotu do domu, byliśmy pędzeni wraz z innymi mieszkańcami przez wieś Grodzisk w kierunku Białołęki. Tam, zatrzymując ludzi na piaszczystych wydmach, postanowili Niemcy oddzielić mężczyzn, kobiety i dzieci. Płacz i krzyk rozpaczy rozłączanych rodzin był nie do opisania… Ostatecznie jednak odłączono tylko mężczyzn, a pozostałych popędzono w kierunku Lasek. Po drodze nocowało się w opuszczonych mieszkaniach, stodołach, komórkach pełnych szczurów lub „pod gołym niebem”, żywiąc się cebulą, pomidorami i innymi warzywami wyrwanymi ukradkiem z mijanych pól. Mojemu ojcu udało się uciec z grupy mężczyzn i do nas dołączyć, choć w czasie ucieczki został dwukrotnie raniony odłamkami. Zatrzymaliśmy się w Laskach, skąd załadowano nas i innych wysiedleńców na furmanki i wywieziono do obozu przejściowego w Pruszkowie.

Kiedy zamknęły się za nami bramy obozu, zakwaterowano nas w dużej hali pełnej ludzi. Naszą bezradność zauważyła młoda dziewczyna, wskazując wolny kawałek pryczy (drewnianej skrzyni), udzieliła „praktycznych rad” i pouczyła nas o „regulaminie obozowym”. Udał się więc ojciec do komendanta obozu, by dokonać obowiązkowej rejestracji. Komendant ten, mimo że wykonywał rozkazy Niemców, okazywał wiele życzliwości wobec zgromadzonych w obozie ludzi. Wysłuchał relacji ojca, a zważywszy na jego stan fizyczny (poruszał się podpierając skonstruowanymi przez siebie kulami), wykluczający wywóz na roboty do Niemiec – zarejestrował tylko jego z dopiskiem „z rodziną”.

Nasza „opiekunka” sprzedawała w obozie papierosy (po 1 szt.!), które dla znerwicowanych ludzi były „pierwszą potrzebą” w czasie nocnych rozmyślań, rozmów i planów ucieczki. Rano i wieczorem odbywały się apele i liczenie osób w grupach mężczyzn, kobiet i dzieci, a Niemcy w tym czasie dokonywali rewizji na pryczach. Siedząc w czasie apelu z grupą dzieci, widziałam z mojej wysokości tylko buty oficerskie i szpicrutę, którą oficer o te buty uderzał. Bardzo się wtedy bałam. Spośród osób przybywających do obozu wybierano osoby przydatne do pracy w Niemczech. Do wywozu kwalifikowały się osoby młode, zdrowe i samotne.  Zaczął więc kwitnąć w obozie proceder „wypożyczania” dzieci za pieniądze (w twardej walucie, którą bardziej zamożni mieli zaszytą w ubraniach), aby uniknąć wywozu. Rozpacz naszej „opiekunki”, której groził wywóz do Niemiec wzbudzała litość i chęć pomocy. Moja mama, zawsze chętna do bezinteresownej pomocy innym ludziom, wymyśliła, że skoro ja nie byłam imiennie zarejestrowana w obozie i objęta jestem w zapisie przy rejestracji ojca „z rodziną”, to będę mogła jako dziecko pomóc w uratowaniu dziewczyny przed wywózką. Udałam się wraz z opiekunką do komendanta obozu. Moja pani przedstawiła zmyśloną sytuację, że została zatrzymana na ulicy w czasie łapanki, kiedy z córką siostry była na spacerze. Po wysłuchaniu jej komendant postanowił pomóc. Ponieważ była za młoda na moją matkę, dokonał zmian w rejestracji dodając jej lat. Mnie zaś przykazał, aby zwracać się do niej „mama” i na zapytanie odpowiadać, że mam 5 lat (co było wiarygodne, bo byłam drobnej budowy).

Następnego dnia rano kilku Niemców ze szpicrutami i psami na smyczy ustawili szpaler. Zgromadzeni ludzie z tobołkami na plecach, pełni napięcia czekali na dalsze losy. Pośrodku stał komendant obozu, wyczytywał nazwiska i referował Niemcom charakterystykę więźnia kwalifikującą do odpowiedniej grupy. W pewnym momencie wywołano jakieś nazwisko. Moja pani ujęła mnie za rękę i podeszła do komendanta, który poinformował Niemców o (ustalonej z nim wcześniej) zaistniałej sytuacji. Po dłuższej chwili padło pewnie upragnione przez dziewczynę słowo „raus!”, więc chwyciła mnie za rękę i szybko wyszłyśmy z obozu. Z późniejszych opowiadań wiem, że było to dla moich rodziców straszne przeżycie, kiedy pochłonięci atmosferą, jaka towarzyszyła możliwości opuszczenia obozu i niepewności dalszego losu, uświadomili sobie, że dziewczyna której powierzono dziecko, już opuściła ze mną obóz. Nie wiedzieli, jak się nazywa, gdzie mieszkała i gdzie jej szukać. Ponadto nie mieli pewności, czy w tym samym dniu opuszczą obóz i w jakim kierunku będą wywiezieni. A ja wraz z „opiekunką” stałyśmy za drzwiami obozowymi, w oczekiwaniu na moją rodzinę.

Wywoływanie nazwisk trwało dość długo, zwiększając napięcie… Wreszcie wywołano nasze nazwisko. Kiedy je usłyszałam bardzo się ucieszyłam, że zaraz zobaczę rodziców. Było to dla mnie oczywiste, że najpierw wyszłam ja z panią, a potem wyjdą rodzice. Wywołany ojciec, kuśtykając o kulach wysunął się naprzód, a za nim mama, moja siostra, dwie babcie, które po drodze do nas dołączyły i sąsiadka. Widząc tę grupę komendant krzyknął ze złością „co to za familia?”. Wówczas ojciec podszedł do niego i przypomniał zapis przy rejestracji. Komendant zaczął więc tłumaczyć Niemcom skład tej „familii”. Nie pasowała mu jednak liczba dzieci, nad którą się zastanawiał… czy zaskoczyła go sytuacja, czy drgnęło sumienie… machnął ręką i krzyknął „raus”! Wszyscy znaleźliśmy się za drzwiami obozu! Radości i łez… trudno opisać!

Szczęśliwa, uratowana od wywózki na roboty do Niemiec dziewczyna, bardzo dziękowała rodzicom za pomoc, a mnie kupiła na dworcu kolejowym prezent – ciastko z kremem (w tamtych warunkach szczyt luksusu), pożegnała się i… poszła w swoją stronę. Tak rozeszły się nasze drogi na zawsze!

My, jako ta „nieprzydatna grupa”, wraz z innymi podobnymi rodzinami, zostaliśmy odwiezieni na wieś do chłopów, jako narzucony im „przydział” do wyżywienia i zamieszkania. Wywieziono nas na wieś Budy Trzcińskie koło Skierniewic. Żeby zbytnio nie obciążać chłopów zdecydowano, że każda chłopska rodzina przyjmie jedną osobę. I tak, każdy z członków mojej rodziny zamieszkał u innego gospodarza, ja małe dziecko również. Płakałam całą noc, minio że gospodyni starała się mnie pocieszyć i utulić. Rano uradzono, że muszę jednak mieszkać razem z mamą. Powstał więc problem, bo nikt z gospodarzy nie chciał przyjąć matki z dzieckiem. Ostatecznie przyjął mnie gospodarz najbiedniejszy z całej wsi (sołtys Stopiński), do którego została skierowana mama.

Do domu, na szczęście ocalałego, wróciliśmy dopiero po 7 miesiącach tułaczki.

Wspomnienia, które opisałam, są potwierdzeniem tego, że nawet wśród otaczającego zła – może mnożyć się dobro!

Powiązane hasła

”None