menu

Kosiński Jan – relacja 18-letniego mieszkańca Włoch k. Warszawy

Kosiński Jan – relacja 18-letniego mieszkańca Włoch k. Warszawy

Jan Kosiński, ps. „Orlik”, osiemnastoletni mieszkaniec Włoch trafił do obozu Dulag 121 w Pruszkowie razem z innymi mieszkańcami tej podwarszawskiej miejscowości 16 września w wyniku masowych aresztowań przeprowadzonych przez Niemców. W relacji, opracowanej w 2004 roku, opisał swoje losy i szczęśliwy zbieg okoliczności, który sprawił, że uniknął losu reszty aresztowanych, wysłanych z Pruszkowa do obozów koncentracyjnych.

Relacja

 

W roku 1944 robiłem maturę na tajnych kompletach. Pracowałem w Miejskim Ośrodku Zdrowia we Włochach jako laborant. Byłem żołnierzem w VII Rejonie „Jaworzyn” , VII Obwodu „Obroża” Okręgu Warszawskiego AK. Mój pluton w godzinie „W” miał wziąć udział w walkach o Fort Bema. W trybie alarmowym 31 sierpnia 1944 roku udaliśmy się z Włoch na Powązki. Nie zastaliśmy umówionego łącznika. Noc spędziliśmy na cmentarzu , śpiąc w kapliczce – grobowcu. Rano 1 sierpnia 1944 roku do akcji zbrojnej nie przystąpiliśmy. Powróciłem do pracy w ośrodku zdrowa, który rozpoczął wkrótce akcje niesienia pomocy napływającym warszawiakom.

Dnia 16 września 1944 roku wracałam do domu, z nocnego dyżuru w ośrodku. Na skrzyżowaniu ulic stali niemieccy żołnierze. Był to początek akcji deportacji mężczyzn z Włoch. Po przybyciu do domu, razem z ojcem i szwagrem, który na początku września wydostał się z obozu w Pruszkowie Dulag 121, gdzie trafił ze Starego Miasta i jego kolegą Mietkiem, który poprzedniego dnia wyszedł  z obozu pruszkowskiego, gdzie pracował w kuchni, zostaliśmy zatrzymani i popędzeni na miejsce zgromadzenia na terenie parku w pobliżu stacji kolejowej. Niemcy grozili śmiercią tym, którzy się ukryją lub będą uciekali. Zgromadzono tam ponad 5 000 mężczyzn w wieku od 16 do 60 lat. Staliśmy w pobliżu krzyża postawionego tam w latach trzydziestych. Dla mnie to miejsce pod krzyżem jest jak Golgota Włoch. Tak to odbieram zawsze, kiedy tamtędy przechodzę.

Partiami przeszliśmy na peron. Podstawionymi elektrycznymi pociągami podmiejskimi odjechaliśmy do Pruszkowa. Pociąg wjechał na teren obozu przez bramę 14 od strony Piastowa. Wśród przywiezionych znajdował się cały zespół z Ochotniczej Straży Pożarnej z Włoch wraz z komendantem Bogumiłem Wichrowskim i jego zastępcą Tadeuszem Osińskim. Wszyscy byli umundurowani. Bardzo bezwzględnie potraktowali Niemcy mężczyzn z Włoch. Starosta niemiecki pozwolił zostać w mieście tylko kilku lekarzom. Chciałem trzymać się tej grupy strażackiej, w której byli i moi koledzy.

Nasz Mietek spotkał współtowarzyszy z kuchni, których opuścił niedawno i oni przemycili nas na teren kuchni. Teren ten był wydzielony i pilnowany przez niemieckich landszturmistów i Ukraińców. Dostałem polecenie, żeby z jakiegoś ręcznika uszyć opaski (nie byłem bardzo biegły w tej pracy) i zrobić napis „Küche” . Na drugi dzień opaski zaniesiono do „zielonego wagonu” – siedziby Gestapo. Zostały one podstemplowane „gapą”. Opaska dawała możliwość poruszania się po całym obozie i chroniła przed dalszym wywozem. Mieliśmy tych opasek w nadmiarze i służyły nam do wyciągania innych z hal ogólnych.

Opaska pracownika kuchni obozu Dulag 121. Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego

W tym czasie Niemcy spodziewali się przybycia delegacji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z Genewy i robili wielkie porządki w obozie. Podstawiono zespół wagonów kąpielowo-dezynfekcyjnych. Wieczorem zaproponowano nam kąpiel i odwszawianie. Z kąpieli w ciepłej wodzie skorzystaliśmy, choć z domu przybyliśmy, czyści. Z odwszawiania ubrań zrezygnowaliśmy, bo nie byliśmy przecież zawszawieni.

Pierwszą noc spędziliśmy w jakiejś hali na wełnie szklanej. Nie było to miłe, a do tego było bardzo zimno. Następnie otrzymaliśmy pomieszczenie z piętrowym pryczami w jakimś murowanym budynku. Jedzenia nam nie brakowało. Zostałem przydzielony do sekcji opałowej. Dostarczałem do kuchni drewno i węgiel. Nie była to praca ani ciężka, ani zajmująca dużo czasu, bo było nas bardzo wielu.

18 września przeżyliśmy dużą atrakcję, jaką był przelot 100 samolotów amerykańskich, zrzucających na spadochronach zasobniki z bronią, amunicją i żywnością dla Warszawy. Zdawało się nam, że to desant. W obozie zapanowała radość. Niemcy wpadli w panikę. Biegali, kryli się, zanim się zorientowali, że to nie desant.

Tak spędziłem osiem dni, wysyłając przez dyżurujące siostry pomocy sanitarnej kartki do domu. Wśród personelu kuchennego był znany aktor komediowy Władysław Walter z żoną. Gdy przybywały nowe transporty z Warszawy, wychodziliśmy do ludzi struchlałych, często zobojętniałych, którym trzeba było wciskać do ręki coś do zjedzenia. Władysław Walter wypatrywał też, czy nie ma wśród nich jego syna. Jak się potem okazało zginął w Powstaniu. Zdarzało się, że wieczorami w naszym budynku Walter rozweselał nas swoimi występami, stojąc na desce ułożonej na beczce, która zastępowała mu estradę.

Po ośmiu dniach pobytu postanowiłem wydostać się z obozu. Poszedłem do hali nr 2. Zdjąłem moją opaskę i ustawiłem się do komisji lekarskiej. Za stołem siedział stabsarzt Adolf König i polska siostra-tłumaczka. Ciężko oparłem się o stół. Usłyszałem: „Hände weg”. Myślałem, że już nic nie uzyskam. Opowiedziałem o dolegliwościach i objawach chorobowych. Korzystałem z mojej wiedzy medycznej, nabytej w pracy w ośrodku zdrowia. Siostra tłumaczyła i jak się zorientowałem podawała inne argumenty, mające świadczyć o złym stanie zdrowia. Wreszcie padło krótkie „szpital, Milanówek”. Wróciłem z założoną opaską do kuchni po swoje rzeczy i przeniosłem się do hali nr 2. Położyłem się na słomianej macie, czekając na akceptacje przez „zielony wagon” listy wychodzących z obozu. Przez kilka godzin leżałem w napięciu, gdyż ciągle byliśmy obserwowani przez Niemców. Pamiętam, że w tym napięciu zjadłem cały bochenek chleba, skubiąc go. Wreszcie lista została zatwierdzona. Bywało, że skreślano poszczególne osoby albo darto całą listę.

Wieczorem uformował się pochód pieszych i furmanek wiozących ciężej chorych. Ruszyliśmy w stronę bramy nr 11 od ul. 3 Maja na Żbikowie. Zanim dotarliśmy do bramy, byłem świadkiem nieudanej ucieczki mężczyzny prowadzonego przez SS-manów. Mężczyzna ten został zastrzelony i ciało wrzucono na samochód. Strzały te zagroziły również dr. Königowi, który szedł z innym oficerem przed naszym konwojem. Mimo obaw nie zakłóciło to opuszczenia przez nas obozu.

Za bramą oddałem mój koc pielęgniarce, która miała pieczę nade mną i służyła mi radą w czasie pobytu w obozie. Nie udałem się ani do szpitala w Milanówku, ani do domu, gdzie kwaterowali Niemcy, którzy mnie stamtąd wygnali. Poszedłem wzdłuż torów kolejowych do Brwinowa, kierując się w stronę cegielni należącej do moich krewnych. Spędziłem tam około dwóch tygodni, zanim mogłem wrócić do Włoch, do domu i pracy w ośrodku.

Włochy były opustoszałym miastem bez mężczyzn. Gdy po pięćdziesięciu latach podczas uroczystości rocznicowych przekraczałem bramę ZNTK na ul. 3 Maja, odczuwałem silne emocje. Tędy w 1944 roku wyszedłem na wolność i na życie. Miałem wielkie szczęście i nie podzieliłem losu innych deportowanych z Włoch, wywiezionych później do obozów koncentracyjnych, gdzie około połowa zginęła.

Powiązane hasła

”None