menu

Koszewska Barbara – „Ci, którzy tego nie przeżyli, nie zrozumieją”

Koszewska Barbara – „Ci, którzy tego nie przeżyli, nie zrozumieją”

Barbara Koszewska z domu Kaczmarczyk, ur. w 1930 r., w okresie okupacji mieszkała wraz z rodziną przy ulicy Drużbackiej na Żoliborzu. Pod koniec września 1944 roku wraz z rodzicami i młodszymi braćmi została wygnana do obozu Dulag 121 w Pruszkowie, a następnie przewieziona do wsi Miedziana Góra koło Kielc. Wywiad z Panią Barbarą Koszewską został przeprowadzony w 2021 r.

Nazywam się Barbara Koszewska z domu Kaczmarczyk. Urodziłam się w 1930 roku w Warszawie.

Gdzie mieszkała Pani w okresie okupacji?

Gdy wybuchła wojna, mieszkałam z rodzicami i braćmi na Żoliborzu, dokładnie przy ulicy Drużbackiej 17. To kolonia mieszkaniowa takich domków z ogródkami, istnieje do dziś, jest piękna. Pobliska ulica Potocka rozdziela w tym miejscu Marymont od Żoliborza.

Jak Pani zapamiętała 1939 rok?

Moja rodzina składała się z ojca, mamy, dwóch braci i mnie. Miałam wtedy dziewięć lat. Bracia byli młodsi – jeden miał pięć, drugi sześć lat. Rodzice byli nauczycielami. W czasie wojny pracował tylko ojciec, uczył w szkole podstawowej, mama w zawodzie już nie pracowała. Wrzesień 1939 roku zaczął się dla nas bardzo tragicznie, bo z tego spokojnego Żoliborza ojciec wywiózł nas do Śródmieścia, dosłownie do centrum Warszawy – na ulicę Grzybowską. Tam przebywaliśmy u rodziny mamy, razem z siostrą mamy i babcią. Tak miało być bezpieczniej. Ojciec poszedł do wojska, dostał powołanie jako oficer rezerwy. Krążyły informacje, że Żoliborz pierwszy zostanie zaatakowany przez Niemców. Okazało się zupełnie przeciwnie, bo na Żoliborzu było spokojnie, natomiast całe Śródmieście padło ofiarą tych początkowych działań wojennych, czyli bombardowań. Skupiły się one na centrum Warszawy. Jednym z pierwszych domów, które zostały zburzone, był właśnie ten budynek na ulicy Grzybowskiej 1, trzy- czy czteropiętrowy. Zostaliśmy w nim przysypani. Moje wejście w wojnę było więc bardzo tragiczne. Kiedyś w jakiejś rozmowie, z taką samą osobą jak ja, którą może nawet Pani prowadziła, jakiś pan powiedział, że najgorszym jego przeżyciem było to, jak spadła jedna z pierwszych bomb – właśnie na ulicę Grzybowską. Mówił, że stały obok siebie dwa domy i „padło na szczęście nie w nas, tylko w ten drugi dom”. Ten drugi dom na nieszczęście był nasz. Jak wyciągali nas spod gruzu, to się okazało, że dużo osób tam było. Zakończyło się wszystko szczęśliwie. Wróciliśmy do siebie na Żoliborz. Tam już się zaczęło normalne życie, jak to w Generalnej Guberni [pot. o Generalnym Gubernatorstwie – przyp. red.].

W czasie okupacji funkcjonował taki nieoficjalny, podziemny handel i mama przez jakiś czas roznosiła po znajomych, po sklepach biały chleb. W ten sposób zarobkowała. Co ważne, biały chleb to był luksus, w sklepach był tylko taki paskudny, obrzydliwy ciemny chleb. Jak mama przynosiła ten biały do domu, to ojciec robił suchary z tego ciemnego. Tak zdecydował, bo wiedział z poprzedniej wojny, że kiedyś suchary mogą się przydać. I rzeczywiście, kiedy tylko mógł, to w worku suszył te suchary i oczywiście w czasie powstania, w tej początkowej fazie, było to nasze jedzenie. Ojciec jakby przewidział, jak mogą się potoczyć nasze losy.

Czy wie Pani z jakiego źródła Pani mama brała ten biały chleb?

Pewnie brała go z jakiejś tajnej piekarni. Pamiętam, że nie tylko mama go roznosiła. Ponieważ rodzina była liczna – miałam dwóch braci, młodszych ode mnie – a jedynie ojciec zarabiał, były trudne warunki.  Z czegoś jeszcze musieliśmy żyć. Pamiętam, że hodowaliśmy króliki. Moi bracia zajmowali się nimi i co jakiś czas przykra historia się zdarzała, bo króliczki ginęły. Oczywiście rodzice braciom tego nie mówili, ale wiadomo, do czego one były wykorzystywane. Potem następne się pojawiały. Rodzicom było bardzo ciężko pod względem finansowym, to wiem na pewno.

Czy ojciec pracował jako nauczyciel również w czasie wojny?

Tak. W czasie okupacji rodzice prowadzili również komplety, oczywiście w większej grupie współdziałali. Ja zaczęłam chodzić do szkoły Sióstr Zmartwychwstanek na Krasińskiego, która w czasie w czasie okupacji formalnie nosiła nazwę krawieckiej. Do tak zwanej szóstej klasy, a właściwie była to już pierwsza gimnazjalna.

Te lata wojenne przewijały się z różnymi tragediami, większymi i mniejszymi, ale o tym już nie będę mówiła, bo to się wszędzie przedstawia. Do powstania toczyły się takie normalne ciężkie dni okupacyjne. Rodzice oczywiście reagowali i działali jakoś inaczej. Ja już nawet w tej pierwszej gimnazjalnej zapisałam się do Szarych Szeregów.

Czy umie Pani coś więcej powiedzieć o tych tajnych kompletach?

Spotkania odbywały się w mieszkaniach. U nas to była willa. Mieszkaliśmy na parterze, wejście było też od ogródka. Przychodziła młodzież. To było tak przygotowane, jakby towarzysko nas ta grupka młodzieży odwiedzała. Tak uczyliśmy się tych przedmiotów zakazanych, jak historii, bo przecież nie było normalnego kształcenia. Wszystko, co było powyżej szkoły podstawowej, to już były tajne komplety. Ja wtedy zaczęłam pierwszą gimnazjalną i zaczęłam nawet uczestniczyć w tych prowadzonych u nas tajnych kompletach, ale rodzice szybko, niemal natychmiast mi je przerwali, bo zamiast się uczyć, musiałam pilnować, czy nie idzie ktoś obcy. Właściwie więc nie miałam żadnej nauki, dlatego rodzice mnie przenieśli do Zmartwychwstanek i tam do powstania tę pierwszą gimnazjalną ukończyłam, oficjalnie szkołę krawiecką. Akurat tak wypadło.

Co jeszcze zapamiętała Pani z czasów okupacji?

Taką szczególną chwilą dla naszej rodziny było to, jak w trakcie łapanki, jednej z pierwszych na Żoliborzu, w grupie tych wyciągniętych z domów mężczyzn znalazł się mój ojciec z sąsiadem, młodym człowiekiem z góry. Z tym że ojcu, jak szli z Drużbackiej do góry na plac Wilsona, udało się uciec z tej dużej grupy. Szła ona wzdłuż tych domów i paru osobom udało się skręcić w bok. Ojciec uniknął w ten sposób prawdopodobnie wywiezienia do Niemiec.

Jeszcze jedną rzecz powiem, dotyczącą spraw żydowskich, do których nie ma potrzeby teraz wracać, ale to coś, za co muszę pochwalić moją mamę. Szłyśmy z mamą z naszego domu na plac Lelewela, tak pod górkę, w kierunku ulicy Słowackiego. Dzisiaj jest tam elegancki plac, wtedy to tam była górka, z której się na saneczkach zjeżdżało. Widzimy z mamą, jak idzie jakaś para z tej góry. Puściutko, nikogo prócz nas nie ma na całym tym dużym terenie. Ona ma z sobą tylko torebkę, on w garniturku. Dlaczego to było tak charakterystyczne, tego już nie pamiętam, ale to było dziwne – ta para jakby nic się nie działo tak porządnie i elegancko ubrana nad tą górką. Zaczepili mamę, nikogo innego nie było w okolicy, czy nie wie, gdzie można wynająć jakieś mieszkanie. Mama się dość szybko zorientowała, skąd oni są, kim są i proszę sobie wyobrazić, że mama podała im taki adres. Trafili tam i wojnę przeżyli.

Jaki to był adres? Czy zna Pani rodzinę, która ich przyjęła?

Nie jestem upoważniona, żeby cokolwiek więcej mówić, ale wtedy to było dla mnie wielkie przeżycie, bo się zorientowałam, o co chodzi, i wiedziałam, że to coś bardzo ważnego. Oni przeżyli powstanie i podobno się kontaktowali później z właścicielami mieszkania po wojnie, ale już dalszych ich losów nie znam.

Druga taka rzecz związana też z łapankami. Młodsza siostra mojej matki, czyli moja ciotka Zocha, na początku okupacji brała ślub.  Ona się szykowała tego dnia do ślubu, który miał się odbyć w kościółku na Marymoncie, bliziutko. Ciotka mieszkała u nas. Poszła na piechotę. Pan młody mieszkał gdzieś dalej na Żoliborzu i mieli się spotkać już w kościółku. Przyszedł na czas do tego kościółka, a ciotki nie ma i nie ma. I co się okazało? To taka trochę humorystyczna sytuacja. Ona przed ślubem poszła gdzieś do fryzjera i po drodze była łapanka. Jakoś tam się wywinęła czy tę łapankę obeszła. W każdym razie, tu wszyscy czekali razem z księdzem, nie wiadomo było, co się dzieje, ale po jakimś dłuższym czasie się zjawiła. To taka opowieść, bo bywały takie prawie komediowe sytuacje.

Wspominała Pani o Szarych Szeregach.

Tak, tyle że wstąpiłam. Miałam być zaprzysiężona na początku drugiej klasy, ale w międzyczasie wybuchło powstanie. Kontakt się urwał, nawet w klasie nie wiedziałyśmy kto i co.

A czy wiedziała Pani dzięki temu o tym, że zbliża się powstanie?

Nie, zupełnie, my się wtedy uczyłyśmy. A powstanie to dla mnie była niezwykła rzecz.

Jak Pani zapamiętała dzień wybuchu powstania?

Proszę Pani, zaczęło się tak – wszystko się toczyło normalnie, jak co dzień. Było bardzo ciepło, po południu przebywałam w ogródku – i nagle słychać strzały. Nie wiadomo, z której strony. O szczegółach nie powiem, bo to był straszny galimatias. Na początku przebywaliśmy jeszcze w mieszkaniu, ale potem – nie wiem, od pierwszego, drugiego czy trzeciego dnia – zaczęliśmy schodzić do piwnicy. W tych willach piwnice były takie jak kiedyś mieszkania w przyziemiu. Bardzo przyzwoite i duże, jakby pokoje. Potem się do nich przenieśliśmy nawet ze spaniem. Jak się na dobre zaczęły akcje, to rodzice tam łóżka postawili, jeszcze jakieś inne osoby się pojawiły i takie życie podziemne w tych piwnicach się toczyło.

Mieszkaliśmy obok straży pożarnej. To było bardzo charakterystyczne miejsce, taki teren dość ciekawy, gdzie od lat się odbywały różne ćwiczenia. O wszystkich szczegółach tego, co się działo w trakcie powstania, nie chciałabym opowiadać. Bombardowania jak bombardowania, strzały jak strzały. Najgorsze było dla mnie to wielostrzałowe działo, które na Żoliborzu nazywaliśmy szafą. Dawało taki ogromny szum. Najbardziej się tego bałam. Jeszcze jak w tych naszych piwnicach byliśmy, to trochę jakby się było w domu.

Jak wyglądał codzienny dzień powstańczy – różnie dla różnych. Na ogół trzeba było się chować, czasem można było troszkę wychodzić. Tata i bracia też byli w piwnicach. Rodzice biegali, różne rzeczy załatwiali. Przez jakiś czas mieliśmy trochę tego chleba, ale potem nic. Właściwe panował głód. Był nawet taki okres, że mieszało się i gotowało mąkę z wodą, to było paskudne – tylko z solą, bez tłuszczu, bez niczego. Nazwałam to dla samej siebie „kindybał”, to było coś okropnego. Mama jakoś zdobywała coś do jedzenia, ale nie będę wchodziła w szczegóły, bo byłam jeszcze dziewczynką, choć jak na swój wiek dawałam sobie radę z różnymi rzeczami. Do nas z odleglejszego Żoliborza przyszła siostra matki, ta, która ślub brała, z malutką córeczką Joasią. Ona miała wtedy pół roczku i dla niej brakowało mleka. Okazało się, że ktoś na Żoliborzu, bliżej Bielan, miał krowę, zdaje się, że jakiś nauczyciel, i pod kulami zawsze się leciało po to mleko. Ale jakoś się udawało. Potworne naloty były, bomby to była rzecz straszna, i ta armata, szafa (w innej części Warszawy inaczej ją nazywali). Nawet do nich nie chcę wracać.

Potem sytuacja się jeszcze pogorszyła, bo zaczęły się mordy na całym Marymoncie. Marymont – to jest ta część między Żoliborzem a Bielanami – został właściwie cały spalony i wymordowany. Tam dzisiaj jest piękna dzielnica, a stały drewniane biedne domy, tylko kilka było eleganckich. Tam dochodziło do strasznych rzeczy. W takim domu, mniej więcej po drugiej stronie naszego budynku, było go widać przez ulicę Potocką, Niemcy dokonywali okrutnych zbrodni na ludności cywilnej. Ile osób znanych zostało tam zamordowanych! Tam do dziś jest tablica upamiętniająca tę tragedię. W jednym z tych domów po takim najbardziej paskudnym mordzie ludzie wyciągali spod trupów tych, którzy przeżyli. Było sporo takich osób, które przeciągano naszą stronę, za Potocką, i tam cała akcja się odbywała, ratowano tych cudem ocalałych. Ojciec i matka brali w tym wszystkim udział. To jedno z najgorszych wspomnień z powstania.

Potem, jak już Niemcy zajęli cały Marymont, po tych wszystkich mordach marymonckich, musieliśmy opuścić tę naszą część okolic placu Wilsona, i przedostaliśmy się na drugą część Żoliborza, w górę, w kierunku ulicy Słowackiego. Zgromadziliśmy się wszyscy w piwnicach bloków nauczycielskiej współdzieleni mieszkaniowej przy ulicy Krechowieckiej 6. Ojciec miał znajomego w tym domu.

W piwnicach panował tłok, tym bardziej że tam był taki pomocniczy szpital (główny na Żoliborzu był u Zmartwychwstanek). Tam ciąg dalszy powstania przeżyliśmy. Czasem pomagałam w różnych drobnych przypadkach. Rannych było strasznie dużo. Szczególnie pamiętam młodego chłopaka z grupy powstańców, którego  pomagałam ciągnąć do szpitala, z jednej strony piwnicy na drugą. Miał urwaną nogę i potwornie głośno krzyczał. Ciągnęliśmy go po betonie z tą krwawiącą nogą. Potem w różnych powstańczych książkach był opisany taki właśnie przypadek. Nie jestem pewna, czy dotyczył tej osoby, ale właśnie też młodego człowieka. To dla mnie niesłychane przeżycie. To zdarzenie utkwiło mi w pamięci bardzo mocno.

Potem toczyło się takie normalne życie powstańcze, piwniczne, głodne i ciężkie, aż do „wyzwolenia” – w cudzysłowie oczywiście – kiedy przestały walić bomby i ustały strzelaniny. To, że nie było żadnego wyzwolenia, to się dopiero potem okazało. Fantastyczne doświadczenie to samoloty, które już zaczynały przylatywać ze strony aliantów. Pod koniec powstania był wielki nalot. Byliśmy już na tej Krechowieckiej i raptem krzyczą: „Nalot, nalot”. Było wtedy ciepło, ludzie wyskoczyli z tych piwnic i mówią: „Opadają z góry ludzie”. Ale jeden powiedział, że przecież „to nie nalot” i „to nie ludzie, tylko żywność”. To było jedno z takich charakterystycznych zdarzeń, które dobrze pamiętam. Potem jeszcze były takie akcje kukuruźników. To małe rosyjskie samoloty, hałaśliwe. Te samolociki zrzucały i broń, i żywność. Widziałam z bliska jeden taki zrzut. Przed naszą furtką, przy naszym domu, kukuruźniki spuściły paczki i chłopcy je rozpakowywali. Pakunek był dość duży, wyglądał jak kajak. Takie wydłużone pudło. Kiedy ja to widziałam, to już broni tam nie było, bo chłopcy zabrali. Był natomiast jakiś cukier, jedzenie, coś takiego. To jedno z tych bardziej charakterystycznych wspomnień.

Żoliborz pada dopiero pod koniec września, praktycznie pod sam koniec powstania. Kiedy Państwo wychodzą?

Praktycznie ostatniego dnia powstania. Wychodziliśmy właśnie z tej Krechowieckiej. Cisza panowała, już nie walczyli. W pewnym momencie skądś się krzyk rozległ: „Wychodzić, wychodzić”. Powstanie się niestety skończyło. Ludzie nie bardzo chcieli wyjść, bo przecież się bali. Wcześniej wychodzenie było bardzo niebezpieczne i nieczęsto się wychodziło, właściwie tylko po wodę na podwórko, gdzie była studnia. Krany przecież nie działały. Niemcy krzyczeli: „Wychodzić, wychodzić”, a tam, gdzie nie reagowano, przez okienka piwniczne wrzucali granaty, w ten sposób „usuwając” wszystkich. Pamiętam, była bardzo ładna pogoda. Kiedy się wszyscy zebrali na podwórku, to się okazało, że jest nas bardzo dużo, a wcześniej się wydawało, że są pustki, bo wszyscy gdzieś się pochowali. Jak się zobaczyliśmy na tym podwórku, to płakaliśmy i cieszyliśmy się zarazem. Ruszyliśmy, ale nie wiedzieliśmy dokąd. Po zbiórce na podwórku skierowali nas na Krasińskiego. Tam się zebrały grupy z innych domów. Kolumna ruszyła. Dokąd nas zaprowadzą, nie było wiadomo. Podobno do obozu, ale czy do Niemiec, czy do któregoś na terenie Polski, nikt nie miał pojęcia. Było gorąco. Dziś nie pamiętam, jak przebiegała trasa. Niestety wiele osób zostawało, bo Niemcy nie patrzyli, czy chory, czy słaby, tylko dobijali ludzi po drodze. Wielu było powstańców – i chłopaków, i dziewczyn – poprzebieranych w cywilne ubrania i wychodzących ze wszystkimi. Starsze robiły się na młodsze, zakładały cywilne mundurki. Nie wszyscy chcieli, ale trzeba było życie ratować. Była w tym czasie już spora grupa dzieci, których rodzice nie żyli i inni brali je pod opiekę. Potworne były te chwile. W pewnym momencie znaleźliśmy się na tyłach Cmentarza Powązkowskiego, stamtąd wychodzi się na Wolę. Nie pamiętam, jak się nazywa ta ulica. Teraz z Żoliborza autobus tamtędy jedzie. Wyszliśmy chyba na ulicę Okopową. Nasz tłum z jakiejś górki schodził. Potem obserwowałam to miejsce i rzeczywiście z Żoliborza na Okopową się schodzi. Był taki zakręt, szliśmy w jego kierunku i raptem rozległ się tętent, a to kilku na koniach się wyłoniło i zaczęło nas jeszcze poganiać krzykiem. Było ich około dziesięciu. Okazało, że to „ukraince” [„ukraińcami” potocznie nazywano żołnierzy wschodnich jednostek cudzoziemskich będących w służbie armii niemieckiej; w rzeczywistości nie były to osoby narodowości ukraińskiej – przyp. red.]. Niektórzy uważali, że oni byli gorsi nawet niż Niemcy. Tłum walił, szliśmy tak w dół i od tyłów Cmentarza Powązkowskiego jakoś wyszliśmy. Lęk był tak straszny! Do dzisiejszego dnia słyszę stukot tych końskich kopyt. Poganiali nas, a wszyscy i tak ledwo się wlekli. Do końca życia się pamięta takie momenty.

Doprowadzili nas na Dworzec Zachodni. Patrzymy, a tam kupa ludzi. Nie pamiętam, czy wtedy podjechaliśmy pociągiem do Pruszkowa, czy szliśmy. Mnie się wydaje, że dwa razy jeździłam pociągiem w tym czasie, że był straszny tłok i że długo jechaliśmy jakieś dwa krótkie odcinki. To chyba był ten pierwszy pociąg, którym myśmy dojechali do Pruszkowa. Pamiętam, że w tym pociągu było strasznie z potrzebami fizjologicznymi. Do tego dzieci krzyczące. Wreszcie dotarliśmy do obozu w Pruszkowie. Pruszkowa nie znałam, to były dla mnie zupełnie obce okolice. W czasie wojny jako dziewczynka znałam jedynie małą część Warszawy, głównie Żoliborz. Wiem, że tu było zielono w przeciwieństwie do spalonej Warszawy, ale jak te pruszkowskie budynki na zewnątrz wyglądały, nie wiem zupełnie tego, nie widziałam, pamiętam tylko to, co było w środku. Opiekowałam się swoją mamą, która wtedy zachorowała, miała tak zwaną grypę piwniczną. Byliśmy razem z ojcem i dwoma małoletnimi braćmi. Wpakowali nas do takiego miejsca, gdzie następowała selekcja, od razu przy doprowadzeniu. Selekcja polegała na tym, że chore, umierające osoby czy małe dzieci kierowano na jedną stronę, a zdrowych ludzi na drugą stronę. Pewne rzeczy się dziwnie pamięta. Wśród osób przeprowadzających selekcję była kobieta, był też żołnierz niemiecki i ktoś jeszcze. Teren, w którym odbywała się selekcja był duży i odgrodzony. Były trzy ścieżki – główna oraz na prawo i na lewo. Pamiętam, że my z mamą trafiłyśmy na prawo, a ojca z chłopcami zabrali na lewo. Nie wiedzieliśmy, co to oznaczało, ale już było widać, że to niedobrze. Potem się okazało, że ci, co poszli na prawo, zostaną wysłani do Niemiec do obozu, a ci, co na lewo, z małymi dziećmi, starzy i tak dalej, pojadą gdzie indziej. Ja matkę prowadziłam, rzeczywiście była chora, a ojciec jednego brata trzymał na ręku, a drugiego prowadził za rękę. Tata zaczął kombinować z Niemcem, że może żonę i córkę skieruje na tę stronę. „Ich nie mogę, ale pana mogę na tamtą stronę przesunąć, żebyście byli razem”. Ojciec proponował mu złoty zegarek, a on, że nie, może jedynie przesunąć go do mnie i mamy. I ojciec z braćmi przeszedł do nas. Staliśmy znów w tej części obozowej, chyba po jakimś czasie wpakowali nas do barku, szczegółów nie pamiętam. W każdym razie to wejście do baraku nastąpiło chyba pierwszego dnia. Było bardzo ciemno, jak tam weszliśmy, dla mnie bardzo ponuro. Wydaje mi się, że to musiał być jeszcze dzień. Tłum ludzi, ciemność potworna, krzyki: „Uważać, uważać, bo dziury, uważać, bo dziury”. Potem się dowiedziałam, że to były kanały, w których naprawiali pociągi. A już dużo ludzi było w środku. Trzeba było okrężnie iść, chociaż nas pchali, i wybierać sobie miejsce. Leżały kupki słomy czy czegoś, było brudno, paskudnie. Myślę, że jednak to musiał być wieczór. Potem już się wiedziało i uważało, żeby nie wpaść tam. Kładliśmy sobie do spania jakieś deski i słomę, którą matka znalazła. Spędziliśmy tam chyba kilka dni.

Było coś do jedzenia w takim miejscu. Powiedziano nam, że można tam iść i coś dostać.

Czy pamięta Pani, kto rozdawał to jedzenie?

Ktoś to rozdawał, ale nie pamiętam szczegółów. Jakieś naczynka musiały tam być, bo myśmy nic z sobą nie mieli, a w czymś przecież jedliśmy, ale to już mniej pamiętam. Mnie się zdaje, że były też amerykańskie pozamykane puszki. Ale jak to się otwierało, nie mam pojęcia. Tłum ludzi krążył tak naokoło. Potem nigdy tam nie byłam ani nie interesowałam się tym.

Nie pamiętam, jak długo byliśmy w obozie, ale kilka dni na pewno. Było głośno, bo ludzie chodzili i wykrzykiwali nazwiska, szukając swoich rodzin. My też się tak odnaleźliśmy między innymi z tą ciotką, która była u nas z córeczką półroczną. Ciotka wychodziła z górnej części Żoliborza. Tam był taki przypadek, że z cywilów Niemcy zrobili sobie tarczę przed powstańcami. To nawet opisywano, że kobiety z dziećmi przed czołgi stawiano. I to właśnie było w górnej części Żoliborza, my byliśmy w dolnej. Raptem słyszę, jak ojciec wywołuje swoje nazwisko i że Zocha i Danka Kaczmarczyk są poszukiwane. Tak ludzie szli i krzyczeli. Dzięki temu się spotkaliśmy. Dowiedzieliśmy się, że one żyją, bo pod koniec powstania nie mieliśmy z sobą kontaktu.

W obozie spotkała więc Pani ciocię z rodziną?

Bez wujka, on był osobno. Ciotka była ze swoją teściową i córeczką Joasią. Ona później się gdzieś przeniosła, a my te ileś dni jeszcze tam byliśmy. Było dużo wszy, tak mi się wydaje, bo mama nie mówiła, co robi, ale stale tak nas sprawdzała. To było wszystko straszne i obrzydliwe. Po kilku dniach, nie wiem ilu, do innego baraku nas przerzucili. Powiedzieli, że będziemy wyjeżdżać, że zabierają nas. Dokąd? Nie wiadomo. Tłumy ludzi na zewnątrz, to był dzień, bo jaśniutko. Znów zorganizowali jakąś grupę i tak biegali. Było dużo osób chorych i sporo z dziećmi, tak jak na przykład my – matka chora, ledwo żywa. Prawie zaczęło się wchodzenie do wagonu. To była grupa z dziećmi. I raptem jakiś Niemiec, kiedy już prawie wsiadaliśmy do pociągu, biegnie i się drze: „Hier keine Kinder”, i wyciąga nas wściekły taki, że „po co nam dzieci”. Już wiedzieliśmy, że to transport do Niemiec. Skierował nas do następnego baraku. Nie wiem, jak to długo trwało, ale chyba krótko musiało być. Znów nas gdzieś pakowali, z tym że to był ten pociąg, którym dłużej jechaliśmy. Już wiadomo było, że nie do Niemiec, ale dokąd – nie mieliśmy zielonego pojęcia. Wylądowaliśmy w Miedzianej Górze w Świętokrzyskiem i skończył się ten brud. Wyrzucili nas na jakiejś konkretnej stacji, tu mam ją zapisaną. Niektóre nazwy mi gdzieś w pamięci poginęły, dopiero po czasie się przypominają. Dali nam jeść, potem nas poprzydzielali do poszczególnych gospodarzy i wozami rozwieźli do jakichś wsi. Zaczął się kolejny etap życia.

Do jakiego gospodarza Państwo trafili?

Nie wiedzieliśmy nic o ludziach, do których nas wysłano. Ojciec pracował u niego jako drwal, a był bardzo eleganckim panem. Ciężko mu było, bo nie był do takiej pracy przyzwyczajony. My z mamą cały czas – tak mi się wydaje – siedziałyśmy na przyzbie i obierałyśmy kartofle, dlaczego tyle, nie wiem, ale stałe obierałyśmy te kartofle. Dużo młodsi bracia nic nie robili. Ci gospodarze chyba byli dość zamożni, ale po wpakowaniu im takiej gromadki nie byli radośni. Na siennikach u nich spaliśmy. Dość charakterystyczna rzecz, mama miała pierścionki, tak jak ja, i je lubiła. Dlatego to wspominam, bo to nas uratowało. Miała dwa pierścionki, pojechała z nimi do najbliższego miasta i dzięki ich sprzedaży mieliśmy co jeść. Potem było troszeczkę normalniej, ojciec kontakty listowne nawiązał z dawnymi znajomymi.

Jaki był stosunek gospodarzy do Państwa?

Chyba nijaki, ojciec pracował na pewno bardzo ciężko. Przychodzili tam tak zwani zieloni, chyba tak ich nazywali w tym regionie, czyli ludzie z lasu. Te stosunki z nimi, także ojca, były takie po cichu. Nie interesowało mnie to wtedy, dla mnie ważne były tylko te kartofle, żeby były na obiad. Tam jedna taka ciekawa rzecz się zdarzyła. Niemcy często przychodzili i zabierali żywność gospodarzom i raptem przyszli nie Niemcy, tylko… – nie chcę mówić, bo to brzydkie nazwy – i próbowali całe jedzenie zabrać. Mama mi opowiadała, ja to też pamiętam, że na oknie leżało kilka jajek i kawałek sera. Oni się na to rzucili i chcieli wziąć. Matka wytłumaczyła im jakoś, że tu są dodatkowo warszawiacy, że my nie jesteśmy gospodarzami. Jakoś chwycili istotę sprawy i nie wzięli tego. Mama to potem podkreślała, że znaleźli się tam nawet tacy, co nie wzięli. Potem nastąpił powrót do Warszawy.

Kiedy miało to miejsce?

Ojciec już pierwszego dnia tam się zjawił. Nie umiem powiedzieć, ale jakąś komunikację mieliśmy. My dotarliśmy pierwszym lub drugim pociągiem. To wszystko pamiętam jak przez mgłę. Nasza wędrówka z powrotem do Warszawy była bardzo ciężka. Przypominam sobie radość, że to wszystko się skończyło. Wysadzili nas w Puszczy Mariańskiej koło Skierniewic, podwarszawskiej miejscowości letniskowej, gdzie było normalnie. Ojciec pamiętał, że państwo Sztaudyngerowie, przyjaciele rodziny, gdzieś tam bliżej Warszawy się przechowali. Dotarliśmy do tych państwa. Powiem rzecz może śmieszną, ale to, co najbardziej zapamiętałam, to pierwsze porządne spanie i białe wyprasowane prześcieradło. Pierwszy raz od momentu wybuchu powstania spałam sama w łóżku na czystym prześcieradle, dziewczyna. Potem były różne tarapaty. Samo przejście przez kawał Warszawy…Trochę się podjechało na Żoliborz, wszędzie gruzy. Ojciec ostrożnie nas prowadził wydeptaną ścieżką i ostrzegał, żeby niczego nie dotykać. Wreszcie dotarliśmy do domu, zastaliśmy nawet jaki taki ład. Już trochę osób było w tej naszej kolonii.

Dom przetrwał?

Tak, te wille stały. Była zburzona jedna dolna ściana na parterze, ale dom jako taki stał. Meble też zastaliśmy. Tata wydobył z ogródka zakopaną w czasie powstania walizkę z różnymi schowanymi rzeczami. Poza tym zostało trochę pamiątek, które ojciec zdążył wsadzić do kopy trocin w piwnicy zanim nas wypędzono. Te trociny służyły do opału w piecu, tzw. trociniaku, były przygotowane już na zimę. Ponieważ nie było u nas pożaru, to te przedmioty ocalały – przetrwały albumy, co bardzo ważne, portrety, obrazy pamiątkowe. Trochę ubrań w walizkach też się ostało.

Początkowo było nam bardzo ciężko. Zimę ledwo tam się przetrwało. Potem to już inny świat się zaczął. Inny świat. Wiele w tych czasach powojennych było rzeczy ciekawych, ale i tragicznych.

Czy mówiło się potem w domu o czasach powstania?

Nie za wiele, bo już mieliśmy dość. Niestety, są rzeczy, które wywarły na mnie potworne wrażenia, do dziś je odczuwam. Człowiek się zmienił, ci, którzy nie przeżyli tego, nie zrozumieją. Potem już normalnie się funkcjonowało. Był taki okres, że przebywaliśmy w Pułtusku, tam ojciec miał rodzinę i przez jakiś czas tam pomieszkiwaliśmy. Zupełnie nie miałam z kim i o czym w tej szkole rozmawiać. Czułam się samotna. Rodzice przerzucali się tak z kąta w kąt, kiedy poznałam tam parę osób popowstaniowych, już się tam czułam dobrze, bo miałam o czym mówić. Pamięta się wiele takich rzeczy, które siedzą w człowieku, a niekoniecznie się mówi o tym. Ci, co tego nie przeszli, nie rozumieją.

Jan i Danuta Kaczmarczykowie z dziećmi: Barbarą, Zbigniewem i Wiesławem. Okupacja 1942/43 r., Warszawa, ul. Drużbacka. Z arch. pryw.
Rodzina na wysiedleniu po Powstaniu Warszawskim. Wieś Porzecze koło Kielc, 1944 r. Z arch. pryw.

Powiązane hasła

”None

Skip to content