menu

Kowalska Wacława z d. Szadkowska – rozmowa

Powiązane hasła

Kowalska Wacława z d. Szadkowska – rozmowa

Wacława Kowalska z d. Szadkowska, ur. w 1923 r., podczas wybuchu Powstania mieszkała z rodziną przy ul. Gdańskiej na Warszawskim Żoliborzu. Pod koniec września wygnano z domu męża Pani Wacławy, Mariana, oraz brata, Ryszarda, których wywieziono na roboty przymusowe do Niemiec. Po kilku dniach została wygnana Pani Wacława z matką oraz kilkumiesięcznym synem. Kobiety z dzieckiem na ręku zostały pognane pieszo – przez Bielany i Wawrzyszew, gdzie koczowały przez dwa dni w obcych domach – do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stamtąd zostały wysłane do Skarżyska-Kamiennej, a następnie przedostały się w okolice Sochaczewa. Rozmowa z Panią Wacławą, przeprowadzona w 2019 roku, jest opowieścią o okupacyjnych i powstańczych losach rodziny oraz zapisem doświadczenia matki w obliczu wojny.

 

Nazywam się Wacława Kowalska, z domu Szadkowska. Urodziłam się  19 sierpnia 1923 roku.

Urodziła się Pani w Warszawie?

W Warszawie, jestem warszawianką z urodzenia. Moi rodzice też są z Warszawy. Choć dziadkowie nie pochodzili z Warszawy, to już rodzice urodzili się tu urodzili.

Proszę opowiedzieć trochę  o swojej rodzinie, rodzicach.

Mama, Władysława z domu Kwiatek była najstarsza z rodzeństwa. Było sześcioro dzieci. Wujek, zaraz po mamie najstarszy, był sierżantem w wojsku. Było trzech chłopców i trzy dziewczyny. Tak więc liczna rodzina. Kochali się, odwiedzali się, zawsze jak było można, to się razem zbierali. Dziadek pilnował – jak przyszły święta, czy coś, to dzieci musiały być razem.  Dziadek, ojciec mamy, przyjechał z Kielc i pracował na Woli w gazowni. Tam pracował i tam mieszkali na Woli, na Kraszewskiego, to taka uliczka była nieduża. Później Niemcy wszystkich tych ludzi z tego domu, proszę Pani [wyrzucili]… Mieszkały tam dwie ciocie jedna, druga i dziadek z macochą mojej mamy, bo babcię zabiła wcześniej bomba. Moja mama została osierocona. Jej matka umarła, kiedy ona miała 16–17 lat, a najmłodsza siostra liczyła tylko osiem miesięcy. Zostało sześcioro dzieci. Matka musiała ich chować, dopóki dziadek się nie ożenił. Chowała wszystkie te dzieci. Opowiadała, że w nocy nieraz jak kołyska stała, ta mała zaczęła płakać, to słychać było takie mlaskanie, tak jak dziecko ssie matkę. Tak przychodziła matka do dziecka jeszcze. Młoda, babcia miała 42 lata, jak umarła na wyrostek robaczkowy.

Mama całe życie pracowała, bo ciężko było z jednej pensji utrzymać rodzinę i opłacić komorne. Wszystko było bardzo drogie, szczególnie komorne. Mama do samej wojny pracowała na Miodowej u takiego Żyda w zakładzie na Miodowej 7.  Tam dratwę robili. Na pęczki zwijali dratwę i to na handel szło. Pięć kobiet tam pracowało, proszę Pani. To pamiętam, bo do mamy jeździłam. Naprzeciwko wujek miał swoją drukarnię. Nazywał się Lewandowski. Nieraz do wujka zaglądałam. Tam chyba drukowało się gazety i chyba jakieś szkolne rzeczy, dlatego że mój brat – który był chrześniakiem wuja – zawsze chodził do niego po papier albo zeszyty. Tam robili takie szkolne wszystko.  Tak więc rodzina to tam się tłukła, wszyscy przeważnie w Śródmieściu pracowali.

Miałam brata, jednego jedynego brata.  Nas było tylko dwoje, proszę Pani. Mój brat najpierw był z nami, później go do Niemiec wywieźli na roboty. Na początku pracował w Szczecinie, wtedy zwanym Stettinem.

A jaka była historia Pani ojca i jego rodziny?

Mój dziadek podobno z Wiskitek pochodził, bo jak jeszcze mieszkałam w Warszawie, to takie papiery były, ale później to wszystko się spaliło. Jak nas wyrzucali, to wszystko podpalali. Człowiek nie myślał o papierach, żeby je ratować. Wtedy myślałam tylko o dzieciaku, bo miałam małego synka – roczek miał. Myślałam o dziecku, a nie o papierach czy innych rzeczach.

Mój ojciec [Aleksander Szadkowski] miał jeszcze dwóch braci. Jeden miał na imię Henryk, drugiego nie pamiętam. Oni pracowali na kolei. Jak Ruskie uciekali z Polski, to wtedy wszystkich kolejarzy z sobą zabierali. I oni tam z żonami pojechali, bo już byli żonaci, ale już nie wrócili z Rosji. Musieli już tam mieszkać. Nie pamiętam, gdzie mieszkali. Gdzieś, proszę Pani, w Rosji. To byli dwaj bracia, oni się tak trzymali razem. Później, w 1928 czy w 1930 roku, pojechali do nich babcia z dziadkiem. Już nie pamiętam dokładnie daty. Pojechali tam do nich i wrócili. Po jakimś czasie chcieli ściągnąć ich tu do Polski. I oni podobno jechali, ale na granicy zginęli i koniec.

Nie było żadnej informacji o ich losie?

Nie było żadnej informacji. Po wojnie mój cioteczny brat – bo ojciec miał jeszcze siostrę, a ta siostra miała syna – poszukiwał ich dłuższy czas. On był redaktorem w którejś gazecie, teraz już nie pamiętam, jak się ta gazeta nazywała i jako redaktor poszukiwał krewnych. Pół Rosji zwiedził. Sam jeździł, żeby się dowiedzieć, czy oni jeszcze żyją. Uzyskał informację, że oni dostali tyfusu i wszyscy pomarli. To były dwie rodziny z dziećmi. Po dwoje dzieci mieli. Kiedyś to takie było życie właśnie. To był zabór rosyjski i trzeba było się tak męczyć.

Taka niewiadoma musiała być trudna dla rodziny. Czym się zajmował Pani ojciec?

Tata  najpierw pracował w Wytwórni Papierów Wartościowych. Jeździł jako główny konwojent za granicę – do Francji i do Austrii. Przywozili stamtąd pociągami pieniądze. On był głównym konwojentem. Znał język niemiecki, francuski, trochę też angielski, poza tym rosyjski. Rosyjski w tamtych czasach był najważniejszy. Później pracował w Paście, w Śródmieściu. PAST-a zakładała telefony, proszę Pani. Oni w dzień zakładali Niemcom linie telefoniczne, a w nocy chodzili i zdejmowali kable ze słupów i sprzedawali. I ktoś ich wydał. Groził im obóz. Więc ojciec sam uciekł do Niemiec, sam tam pojechał. Poszedł w miejsce, gdzie werbowali na wyjazd do Niemiec, i w ten sposób tam się znalazł. Mówił: „Jak mam iść do obozu, to wolę do Niemiec. Po niemiecku umiem mówić, to co mi tam zrobią? Nic”.

Kiedy to było?

Przed Powstaniem.

I ojciec pojechał do Berlina, tak? Gdzie pracował?

Tak, pojechał do Berlina, a że po niemiecku mówił jak rodowity Niemiec, to dostał pracę. Oprócz tego chodził, pety zbierał po ulicy. Jak nazbierał petów, narobił papierosów, to je sprzedawał. Za te pieniądze kupował chleb i tak pomagał innym więźniom. Taki był cwany. Mieliśmy kuzynkę, która pracowała w Bristolu, była główną księgową. Ona im różne paczki i papiery mu przysyłała tam do Niemiec. Dzięki tym papierom mógł dostać przepustkę i nas odwiedzić.

Jak Pani zapamiętała okres przed okupacją, pierwsze lata swojego dzieciństwa?  

Proszę Pani, pierwsze lata pamiętam. Jak byłam dzieciakiem, mieszkaliśmy na Miłej, w żydowskiej dzielnicy. Tam się pomiędzy Żydami mieszkało. Bardzo miło wspominam tamte czasy, bo tam jedno drugiemu pomagało, tam nie miało znaczenia, że ty jesteś Żyd, a ty jesteś Polak. Tak akurat w tym domu się gawiedź zbierała. Od małego dziecka byłam taka tanecznica. Nie miałam jeszcze pięciu lat, a jak katarynkę – które kiedyś po podwórku chodziły – usłyszałam, to natychmiast zjeżdżałam z trzeciego piętra, aby na podwórku potańczyć.

Jak pięć lat skończyłam, to się przeprowadziliśmy na Bielany do dziadków i tam żeśmy mieszkali do 1930 albo 1933 roku. Dziadek był tam głównym majstrem murarskim po szkole, bo skończył taką specjalną szkołę i budował domy. Jeszcze domy dziadka stoją w Warszawie, na Bielanach. Później dziadek umarł na wyrostek, a babcia dwa lata po dziadku. Na Wawrzyszewie są pochowani. Jak chodziłam jeszcze, jak byłam młodsza, zdrowa, to jeździłam na Bielany na ten cmentarz. Zawsze tam grób dziadków był, to ciągnęło.

Później przeprowadziliśmy się na Chełmżyńską, bo te mieszkania – także to, w którym żeśmy mieszkali po dziadkach – to wszystko, proszę Pani, poszło na sprzedaż. Ten główny [przedsiębiorca], który prowadził tę budowlę, przed wojną zdefraudował ileś milionów złotych. Zabrali mu wszystko i wszystko sprzedali. Jak już byłam dziewczyną, to żeśmy na Kleczewskiej mieszkali, na Bielanach. Tam z koleżankami się przyjaźniłam i do szkoły stamtąd chodziłam, na Zuga. Proszę Pani, tam się nabiegałam, bo na gimnastykę do AWF-u chodziliśmy przecież, bo w szkole nie było sali gimnastycznej. Do AWF-u żeśmy chodzili, bo mieliśmy bliziutko.

Czyli skończyła Pani przed wojną kilka klas szkoły podstawowej, tak?

Skończyłam szkołę podstawową i zdałam do szkoły na Śląskiej, ale mój ojciec mnie zabrał. Powiedział: „Dziewucha nie potrzebuje szkoły. Dziewucha i tak pójdzie do garów, a nie do szkoły”. Kiedyś nie było tak, dziewczyna się nie kształciła. Chłopak tak. To nie do pojęcia. Brat mój chodził na Bielany do księży kamedułów. Tam się uczył. Pół roku chodził, przyniósł siedem dwój. Ojciec go zabrał: „Do roboty jazda!”. I poszedł pracować w fabryce. Jak wracał z roboty, proszę Pani, to ja musiałam wziąć jego książki i jedzenie – bo on na Mokotów chodził do zawodówki, ojciec go tam zapisał – i mu to wszystko do tramwaju wynieść, bo jak nie, to grzanie dostawałam od niego. Ale ja się nie dawałam. Proszę Pani, byłam taki łobuziak, nie miałam koleżanek, tylko kolegów. Od małego się z chłopakami trzymałam. Tam na Bielanach, gdzie mieszkaliśmy, były takie zagajniki, takie doły, łąki, stawy, nad które żeśmy ganiali, proszę Pani. I tylko z chłopakami się umiałam bawić.

 Pamięta pani wybuch wojny w  1939 roku?

Rok ’39 pamiętam jak dziś. Miałam 16 lat. Siedziałam przed domem na krzesełku, to było rano – ósma godzina. Był nalot. Moja mama wyszła na podwórko i poszła do gołębnika, bo tam syn gospodarza miał gołębie. Mama zapytała się, czy może wejść. „A Pani wejdzie.” Mama weszła. „Jakieś próbne loty mają…”. Moja mama tak popatrzyła i krzyknęła: „Mój Boże kochany, wojna jest!”. Nigdy tego nie zapomnę, jak matka ręce złożyła i krzyczała: „Mój Boże kochany, wojna wybuchła, wojna jest!”. Zaraz Niemcy zaczęli zrzucać te ognie z góry. Ścianami ten drewniak graniczył ze stolarnią. Pilnowaliśmy, żeby – jak te bomby zapalające spadały – nie wpadły na te nasze zabudowania, boby od razu się człowiek spalił. Jak pomiędzy te domy wpadły bomby zapalające, to już żeśmy je stamtąd wyciągali, ręce się poparzyło nieraz. Wyciągało się te bomby, żeby ugasić.

Jak Pani zapamiętała czas okupacji? Była Pani już wtedy nastolatką. Jakie były warunki życia?

Proszę Pani, u nas nie było tak źle. Na Żoliborzu więcej inteligencji mieszkało. Koło kościoła, bo to był kościółek wojskowy, były koszary wojskowe. Później Niemcy je zajęli. Oni się bardzo dobrze do nas odnosili. Nikogo tam nie zaczepiali, było spokojnie i nawet nieraz po dziesiątej się wracało, bo pracowałam później w Kolorycie. Na Długiej, właściwie na rogu Miodowej i Długiej. Koloryt robił takie torebki z barwnikami. Zakład prowadzili Kłosowski i Szadkowski. Tam pracowałam. Ten Szadkowski myślał nawet, że jestem kuzynką, bo mnie kiedyś zawołał i zapytał: „Pani ma takie same nazwisko jak ja. Skąd Pani pochodzi?”. Zaczął mnie wypytywać i jak żeśmy zaczęli rozmawiać, to doszliśmy, że jednak rodziną w ogóle nie jesteśmy, bo on z całkowicie innych stron pochodził. Ale miałam dobrze. „Kuzynka” dyrektora, trzymajcie się od niej z daleka. Najpierw robiłam przy tych barwnikach, to człowiek po całym dniu pracy był umorusany, czarny. Później wzięli mnie jednak do biura. Tam byłam za takiego gońca, jak to mówią. Wszystkie sprawy, co było potrzeba, załatwiałam. Do banku nosiłam papiery, z banku pieniądze przynosiłam. Dyrektor zawsze mówił: „Ja mam do ciebie takie zaufanie, jak nie wiem. Jakbyś była moją córką, takie zaufanie mam”. Wie Pani, tu miałam torbę zarzuconą i pieniądze w niej trzymałam. Z banku nosiłam.

Jak wojna wybuchła, to mieszkałam na Gdańskiej, w domu u Kucharskich. Myśmy mieszkali w oficynie, bo tak ciężko było o mieszkania w ogóle. Ta oficyna to taki drewniak był. Tam mieszkała synowa właściciela. Pokój z kuchnią myśmy zajmowali, to się 40 złotych płaciło. To, proszę Pani, było bardzo duże komorne. Mieszkaliśmy zaraz przy kościele – drugi dom od kościoła. Woda na podwórku, ubikacja na podwórku i człowiek był szczęśliwy, że dostał chociaż takie mieszkanie.

Jak zaczęłam pracować w tym Kolorycie, to poznałam siostrę mojego męża – Wandę. Ona też tam pracowała i mnie z nim zetknęła, z moim mężem. To był jej brat. Później żeśmy się pobrali i zamieszkaliśmy razem. Mąż [Marian Kowalski] pracował na tramwajach jako konduktor. Długo jeździł jako konduktor, bo później, w 1944 roku, jak Powstanie wybuchło, to ich z domu zabrali – mojego brata, mojego męża, dwóch synów mojej gospodyni z pierwszego piętra, dwóch chłopaków, takich studentów – to takie chłopaki mądre, bardzo dobrze się uczyli – i takiego szefa, co tam mieszkał, ale on miał jakieś niemieckie nazwisko, więc on się wybronił, jego nie zabrali.

Pani wtedy nie było w domu?

Byłam. Ale, proszę Pani, nas wtedy nie zabrali, tylko mężczyzn wzięli. Zabrali mężczyzn jakieś trzy-cztery dni przed tym, nim nas stamtąd wysiudali – jak to mówią. A nam, kobietom, powiedzieli: „Chcecie, możecie wynieść wszystko z domu, bo my spalimy ten dom, takie mamy rozporządzenie”. Po polsku tak mówił ten Niemiec jeden, jak nie wiem: „A wy możecie wszystko”. Tam taki ogród był gospodyni i co się udało, to na ten ogród tam powynosiłyśmy. Pomagałam sąsiadkom. Mój mały miał akurat roczek, proszę Pani. Pinezka mu przy tym wlazła w nogę, bo boso chodził, bo to był lipiec czy sierpień. Tak, to był sierpień. Było ciepło i on łaził boso, bo bardzo lubił boso chodzić. Chodził już, bo miał roczek i miesiąc chyba, jak wybuchło Powstanie. On się w lipcu urodził, a w sierpniu Powstanie wybuchło. I po dwóch czy trzech dniach przyszli, kazali nam się zbierać i wypędzili nas stamtąd. Pędzili nas na Bielany, a z Bielan na Wawrzyszew. Za szpitalem jest szosa taka. Ona na Wawrzyszew idzie.

Zaraz wrócimy do tego momentu, ale jeszcze się cofnę. Pani wiedziała, że zbliża się Powstanie? Mówiło się o tym w rodzinie?

Nie, nic nie wiedzieliśmy, absolutnie. Moja mama była w pracy akurat, bo pracowała później. Tych Żydów wcześniej do getta pozaganiali, ten sklep zabrali, wszystko pozamykali. Do getta było nie tak daleko od nas, to się przechodziło. Zresztą mój mąż w tramwaju, jak jeździli, to musieli przez getto przejeżdżać. Mieli linię 0. Jak musieli na Wolę przejechać, to właśnie przez getto. Cały ten teren to było getto.  Nieraz wozili po kryjomu jedzenie, rzucali tam, proszę Pani, co tylko mogli, choć Niemcy obok samochodem jechali. Polacy musieli bardzo uważać, żeby ich nie połapali. Ale rzucali po kryjomu, żeby dzieciaki to wszystko pozabierały. To było ciężkie życie. Naprawdę ciężkie życie.

Myśmy, proszę Pani, razem dorabiali. W tym dużym domu zwolniło się miejsce, bo ksiądz, który dotychczas tam mieszkał, się wyprowadził. Na jego miejsce przeniosła się więc synowa gospodyni. A tutaj kuzyn jej założył sobie taką fabryczkę: Pinezki i Spinacze. Mój brat pracował u niego. Mąż jeździł na tramwajach, tak jak mówiłam, a brat pracował tu. Myśmy później pakowali to wszystko. Siedziało się całą noc, żeby to zapakować. Przychodziła narzeczona mojego brata ze swoją matką i całą noc żeśmy pakowali, żeby zarobić. To były takie pudełeczka. I do nich się pakowało spinacze i pinezki. Pakowało się i się zalepiało. I to szło do ludzi.

Pamiętam, że jeden kolega mleko mi przynosił po kryjomu przed Niemcami. Babka taka miała krowę, jedną czy dwie. I ona dawała to mleko, wcale pieniędzy nie chciała. Mówiła: „Bierzcie mleka, ile chcecie.” I on zawsze to mleko przynosił.  Wciskał się, gdzie tylko mógł, i mleko dla dzieciaka przynosił. Wszystko po kryjomu trzeba było. Nic nie można było jawnie.

Pamięta Pani dzień wybuchu Powstania?

Mama pracowała blisko Hali Mirowskiej, tam taka była nieduża uliczka i tam pracowała. Mama właśnie była w pracy, jak usłyszała ten sygnał – zaczęła wyć syrena. Zebrała się, żeby do domu iść. Nie mogła dotrzeć, tramwaje nie jeździły, wszystko stanęło. Szła pieszo. Pozwolili jej przejść przez wiadukt nad stacją Gdańska. Mama pieszo przyszła i powiedziała: „Dzieciaki kochane, Powstanie wybuchło. Nie wiem, co to będzie”.  Ja w tym czasie byłam w domu, opiekowałam się dzieckiem.

Jak Pani zapamiętała te pierwsze dni walk?

Te pierwsze dni Powstania to żeśmy siedzieli jak myszy w domu. Tyle, co się tam ugotowało, zrobiło. Nie wolno było wychodzić z domu, bo chodzili tylko i zabraniali wychodzić z domu. Ale czy ja bym usiedziała w domu? Nie usiedziałam. Takie pole było i przez to pole na drugą ulicę do koleżanki szłam, proszę Pani. Tam koń padł. Dzieciaka zostawiłam z mamą. Jakiś chłop powiedział: „Chodź tutaj, dzieciaku, chodź tu”. Miałam 20 lat, ale jak palec chuda byłam. Proszę Pani, kawał mięcha, tego końskiego zadu, czystego, już bez skóry, tylko w papier mi zapakował: „Masz, zanieś do domu, będziecie mieli co jeść”. Przyleciałam z tą koniną, przyniosłam ją, a mama zapytała: „Skąd to masz?”. Powiedziałam: „A koń padł od bomby. Bomba trzasnęła i odłamek go zabił”. Ludzie momentalnie rozebrali to mięso.

Był głód?

Tak.

Skąd zazwyczaj brało się pożywię, wodę?

Po pierwsze, naprzeciwko był sklep. Po drugie, myśmy mieszkali u gospodarza, który był rzeźnikiem. On miał sklep i przez jakiś czas miał jeszcze zasoby. Jak pieniędzy trochę człowiek miał, to i kupił co nieco w sklepie spożywczym, bo zaraz naprzeciwko był sklep spożywczy.

Podczas Powstania te sklepy wciąż funkcjonowały? Wciąż można było kupować?

Funkcjonowało to wszystko w ten sposób, że to była dzielnica takich domków prywatnych. Tam każdy trzymał, a to kurki, a to tak coś innego. Ludzie dzielili się, proszę Pani.

Były bombardowania? Państwo przebywali w mieszkaniu czy w piwnicach? Gdzie się spało?

W mieszkaniu się siedziało, nie wychodziło się. Podwórko się zamknęło, bramę się zatrzasnęło. Nie wolno było wychodzić na ulicę i koniec.

Kiedy została Pani wypędzona z Warszawy?

Nas zabrali 25 września. Pamiętam to jak dzisiaj. Przyszedł Niemiec, kazał się pakować: „Szykujcie się. Idziemy w drogę”. Zaraz wyszliśmy na ulicę, miałam wózek, do tego wózku napakowałam rzeczy. Blisko nas była olejarnia. Przyniósł mi kolega trzy takie litrówki oleju. To był olej lniany. To wszystko włożyłam do wózka, zapakowałam wózek jedzeniem. Mało jedzeniem – kołdrę miałam taką starą, co tylko się dało z ubrania, dla dzieciaka wzięłam. W kuchni wisiała taka zasłona, żeby jak się drzwi otwierało, wiatr tak od razu nie wpadał. Mama zdjęła tę zasłonę: „Wezmę, to chociaż będzie się można okryć, jak będziemy szli, bo nie wiadomo, gdzie nas będą pędzić”. Wyprowadzili nas, proszę Pani, aż do Bielan. Tam za szpitalem taka szosa jest i tą szosą na Wawrzyszew szliśmy. Doszliśmy do takiego miejsca w Wawrzyszewie – „Kiełbasa” kiedyś na nie mówiliśmy, bo mieszkał tam człowiek, który nazwisko miał podobne. Tam kazali nam się zatrzymać, umieścić się gdzieś i czekać na następny transport, jak przyjdzie. I za dwa dni przyprowadzili świeży transport i nas wieczorem popędzili.

Gdzie Pani spała, mieszkała przez te dwa dni?

Ponieważ niedaleko mieszkałam, to miałam tam koleżanki, z którymi do szkoły chodziłam. Poszłam tam do znajomej, a ona powiedziała: „Wacka, tutaj jest taki dom, którego pilnujemy. Tam jest tylko jeden pokój. Chodźcie, zaprowadzę was, żebyście tam przenocowali, żebyście tam przesiedzieli ten czas”. I myśmy tam przez te dwa dni w tym domku były.

Myślało się o tym, żeby uciec?

Tam były lasy i pola. Lasy i pola. Nic nie było. A gdzie uciekać? Stawy. Tam nie było gdzie uciekać. Zresztą tym bardziej, że dziecko było. Pilnowałam dzieciaka jak oka w głowie, to było dla mnie najważniejsze, mama i dziecko. I po dwóch dniach, proszę Pani, przyszła taka grupa spędzona z Warszawy, bo już co mogli, to ludzi spędzili. I wszystkich pędzili właśnie na ten Wawrzyszew.

Którędy myśmy szli do Pruszkowa, to nie wiem. Za cmentarzem w Wawrzyszewie gnali nas całą noc. Po drodze trzeba było się pilnować, bo Ukraińcy nas wtedy przejęli i ci Ukraińcy chodzili i gwałcili kobiety. Kobiety musiały się tak pilnować, żeby nie odchodzić, na moment nie wolno było się oddalić od gromady, nie można. Chodził taki jeden mężczyzna i mówił: „Musicie tak iść w gromadzie, pilnować się, żeby żadna nie odeszła, bo was zgwałcą. Po kolei będą gwałcić”. I żeśmy tak doszli do Pruszkowa. Nie wiem, która była godzina, jak myśmy doszli, proszę Pani, bo całą noc nas pędzili. Nie patrzyli, tylko nas w nocy pędzili.

Ktoś jeszcze z był z Panią z bliskich oprócz Pani mamy i dziecka?

Nie, nie. Tylko sąsiedzi i nikt więcej. Innej rodziny nie miałam koło siebie. Chłopaków zabrali wcześniej,  myśmy tylko były we dwie, to żeśmy się z sąsiadkami trzymały. Później, jak już nas do obozu w Pruszkowie doprowadzili, to tam były takie były szafy czy coś podobnego, jakieś takie deski. Mówili ludzie, że to takie magazyny były: „Tu macie swoje miejsce, to dla was miejsce”. Czasem zostawiałam małego z mamą, a sama szłam a to po chleb, który dawali, a to po coś innego. Chleb czarny, bo czarny, ale zawsze chociaż trochę człowiek się pożywił.

A zaraz jak Pani weszła na teren obozu, co się wtedy działo? Pamięta Pani ten moment? Była selekcja czy kierowano do razu do hali?

W taką wielką halę nas wprowadzili i dzielili – każdemu wyznaczali, gdzie ma się zatrzymać, gdzie ma miejsce. Nie było, że tak wepchnęli wszystkich i szukaj sobie miejsca. Nie. „Tu macie wy zająć, a tu wy, żebyście mieli spokój, żeby jedno drugiemu nie zaszkodziło”. Czerwony Krzyż tam chodził. Myśmy tak akurat trafili, że Międzynarodowy Czerwony Krzyż był.

Był taki moment i wtedy uprzątnięto część hal. Były nieco lepsze warunki.

Tak. Jak ten Czerwony Krzyż przyjechał, to zaczęli trochę jedzenia dawać, zaczęli nieco dbać. I wtedy nas pulmanem, czyli takim wagonem do przewozu ludzi, wzięli, a wcześniej to towarowymi pociągami ludzi wyrzucali i rozwozili po wsiach.

Proszę powiedzieć o warunkach w obozie. Mówiła Pani o chlebie. Pamięta Pani osoby, które go rozdawały?

Takie kobiety z mężczyznami. Mówili, że to właśnie z Czerwonego Krzyża dają ten chleb: „Idźcie, to dostaniecie chociaż po kawałku chleba”.

Pamięta Pani traktowanie przez Niemców w obozie?

Ponieważ był ten Czerwony Krzyż, to oni się bardzo grzecznie obchodzili z ludźmi. To był taki moment – ten Czerwony Krzyż nie był tam długo. Ale jak przyjechali – nie wiem skąd – to zrobili trochę porządku.

Mówiła Pani, że jak Pani szła do obozu w Pruszkowie, w pewnym momencie zjawili się Ukraińcy. Czy ci Ukraińcy eskortowali Państwa aż do obozu, aż do bramy? Pewnie to były oddziały RONA, własowcy, tak się wtedy potocznie mówiło.

Nie, nie, nie. Tu przed obozem już zwolnili ich.

Wtedy Niemcy Was przejęli?

Tak, Przejęli nas Niemcy.

Ile dni była Pani w obozie?

Nie pamiętam. Dwa, może trzy dni. Nie pamiętam, ile to było dokładnie. W każdym razie długo żeśmy nie byli, bo oni po kolei brali te pociągi podstawiali i wywozili ludzi. Widocznie musieli gdzieś naszykować miejsca, żeby tych ludzi umieścić. I myśmy tak trafili akurat, że pulmanami jechaliśmy. Ja to jechałam z wózkiem pomiędzy wagonami na breku – czy jak to nazywają. Tam z wózkiem stałam.

Jechała Pani w jednym transportem z mamą?

[Podczas selekcji] mama wzięła mojego synka na rękę i poszła z nim, a ja wózek miałam głęboki i tak w nim wszystko ułożone, jakbym miała dzieciaka. Miałam taką dużą lalkę, tam ją położyłam, otuliłam, wcale nie wiedzieli, czy tam jest dziecko, czy co tam jest. Nie zaglądali, bo jakby zajrzeli do wózka, tobym jeszcze grzanie dostała i do Niemiec by mnie wyrzucili.

A dzięki temu nie rozdzielili Pani i mamy. Nie wysłali do III Rzeszy?

Tak, mama dzięki temu ocalała, bo inaczej to by ją do obozu wzięli. Dlatego mama powiedziała: „Wiesz co? Ja wezmę tego Tadzika, będę go niosła, a ty weź tutaj, obłóż to wszystko”. I w ten sposób żeśmy obydwie się wydostały. I tak zajechaliśmy do Skarżyska-Kamiennej. Teraz sobie przypomniałam. W Skarżysku nas wysadzili, tam był taki lasek. Kazali nam czekać, aż nas porozsyłają na wsie. Tam żeśmy siedzieli chyba ze trzy dni. Wszy nas oblazły – i pod pachami, i w kroczu, wszędzie były. Nie można było sobie dać rady. Wszy były wszędzie. Coś okropnego. Dopiero jak już się dostaliśmy na miejsce, jak nas dowieźli na wieś i myśmy poszły do takiej gospodyni, co ona dom pobudowała, ale nie mieszkała w nim, tylko zostawiła ten dom z teściami, bo teściowie obok mieli dom, a sami poszli do jego rodziny. Nam tam dali w kuchni mieszkać. I taka była jeszcze… Miał to być dom, mieszkanie, a była taka komora, ale duża była ta komora. Większa niż ten pokój. Chodziłam z płachtą do lasu, a miałam do niego ze dwa kilometry, i nosiłam nam drzewo, żeby opalać mieszkanie. To już listopad dochodził.

Jaka to była wieś? Pamięta Pani?

Kąty chyba. Tak, Kąty. Naprzeciwko mieszkała taka starsza rodzina – mąż z żoną, starsi ludzie. Od nich miałam dostawać pół litra mleka dla tego małego. Nie powiem, ona mi dawała to mleko. Wołała mnie, żebym szła coś zjeść w południe. Jak jechałam pociągiem pomiędzy tymi wagonami, to dostałam na całej twarzy krost. Całą twarz miałam wysypaną. Nic nie pomagało. Jeździłam do lekarza, bo każdy dostał taką kartę „bezpłatne przejazdy pociągiem”. On mi dał jakieś maści, ja się nimi smarowałam, ale one nic mi nie pomagały. Ta stara gospodyni tak powiedziała: „Czekaj, dzieciaku, ja ci wyleczę te krosty. Przyjdź, jutro będę mleko oczyszczała”. I dała mi słodkiej śmietanki w słoiczku. Tą śmietanką kazała mi smarować twarz. I ja ją wyleczyłam tą śmietanką. Wyleczyłam twarz. Pojechałam do lekarza, lekarz mówi: „No co? Dobrą maść trafiłem. Wyleczyłaś twarz”. Ja nas to: „Panie doktorze, nie wyleczyłam tą maścią, tylko mnie gospodyni ze wsi dała śmietanki i ja tą śmietanką wyleczyłam twarz”. „Śmietanę trzeba było zjeść, a do mnie przyjść”.

Ile miesięcy tam Panie przebywały?

Tam, proszę Pani, przebywałam do końca listopada, bo w końcu listopada dostałam list od teściów, do których kilka razy pisałam. Ja ich wcale nie znałam. Ale tam była Rzesza, nie można się było tam dopisać. Siostra męża chodziła aż 10 kilometrów na pocztę, żeby się dowiedzieć, czy jakieś listy nie przyszły. I akurat poszła na pocztę i ode mnie był list. Napisałam im: „Trudno, nie chcecie mnie znać, nie znacie mnie wcale, ale pewnie nie chcecie mnie w ogóle poznać ani swojego wnuka, bo nic mi nie odpisujecie na żaden list”. A oni nie dostali żadnych listów. I dopiero ten list do nich doszedł. Dostałam od nich opis, jak mam przyjechać: „Wsiądziesz w pociąg, dojedziesz do Sochaczewa. W Sochaczewie chodzi kolejka taka o 4.00 rano z Tułowic i tą kolejką jedź aż do Wilcza i w Wilczu będzie na ciebie ktoś czekał”. I ja tak z mamą i z dzieciakiem wytłukłam się w nocy, przyjechaliśmy pociągiem do Sochaczewa. Nie było gdzie się zaczepić i ci ludzie, co z pociągu szli, co tam mieli już miejsca, nocleg, to mówią: „Pani idzie z nami. My poprosimy gospodarzy, może was przyjmą na tę jedną noc”. To nawet nie na całą noc, bo o 4.00 rano już miałyśmy kolejkę. Nie chcieli mnie z początku przyjąć, ale ludzie zaczęli prosić i się zgodzili. To myśmy na brzegu tego barłogu się zmieściły, bo na słomie ludzie spali pokotem, jak to mówią, jedno przy drugim.

Czyli było więcej takich osób, które przedostawały się gdzieś…?

O tak. I proszę Pani nie miałam w co dziecka ubrać. Niech mi Pani wierzy, że ja z tyłka majtki zdjęłam, żeby dziecku założyć, żeby go zabezpieczyć, bo nie miałam w co. A on dostał rozwolnienia, rozstroju żołądka jakiegoś, lało się z dzieciaka wszystko. Majtki zdjęłam i bez majtek byłam, żeby dziecko owinąć. Później wsiadłam, właściwie pomogli mi wsiąść do kolejki i tak dojechałam do Wilcza. Tam już męża siostra czekała na mnie i zabrała mnie. Zaraz wujo mieszkał blisko, to jeszcze nocowaliśmy u wuja, a później na drugi dzień sześć kilometrów pieszo szliśmy tam, gdzie teściowie mieszkali.

W  końcu tam przyszłam. Niemcy już pouciekali, ale taka Niemra akurat przyjechała i zobaczyła mojego małego i tak powiedziała: „Co, Mariana chłopak tu jest?”.  „Mylisz się, bo to kuzyn, to dalsza rodzina” . Teść bał się powiedzieć prawdę, bo mój mąż musiał uciekać stamtąd. Tam zabili wielu mężczyzn. 12 czy 15 osób zabili za jednego Niemca.  Wywieźli ich gdzieś pod Warszawę, tam gdzie teraz jest lotnisko. Mojego teścia nie zabili ale tak strasznie pobili, że był aż siny. Brata teścia też zabili, wydali go, bo lusterko położył na znak, żeby tu nie bombardować, bo tu są Niemcy.

Chciałabym jeszcze wrócić  do czasu Powstania, do aresztowania Pani męża i brata. Co się z nimi wtedy stało?

Ich, proszę Pani, wysłali najpierw na Wolę. Tam dostali grzanie na Woli, później mąż opowiadał. Mój brat miał koszulę takiego hitlerowca, czerwoną czy brązową, przywiezioną z Niemiec przez ojca, kiedy był na urlopie. Ojciec przywiózł mu tę koszulę. Jak go zabierali, to on ją miał na sobie i w tej koszuli pojechał. I grzanie dostał: „Skąd masz tę koszulę? Niemca zabiłeś?”. Nikogo nie zabiłem. Tę koszulę na bazarze mama kupiła”. I później zawołali mojego męża: „Powiedz, skąd on ma tę koszulę?”. A mąż mówi: „Ojciec pracuje w Niemczech, w Berlinie. I przywiózł mu tę koszulę. Dostał, czy kupił tam na bazarze i przywiózł”. Za to, że skłamał dostał grzanie. Stamtąd wysłali ich do Niemiec. Mój mąż był aż w Essen. To jest przy granicy. W Essen były słynne zakłady Kruppa, do teraz jeszcze jest tam ogromna fabryka. Mojego brata  50 kilometrów od męża osadzili.

Wie Pani gdzie?

Też w okolicach Essen, ale właśnie 50 kilometrów dalej od niego był. Mój mąż jeździł do niego co sobotę, bo trafił na dobrego Niemca – on był gospodarzem i majstrem. Mojemu mężowi dawał kanapki, tylko po kryjomu, żeby nikt nie widział, bo zabraliby go do obozu: „Nie można nam karmić więźniów”. Później powiedział do niego: „Wiesz co, Marian? Ja ciebie polubiłem jako chłopaka. Jesteś pracowity, jesteś taki gospodarny, czysty. U mnie w domu trzeba drzewa narąbać. Nie przyszedłbyś zrobić?”. On odpowiedział: „Pójdę i tak siedzę po godzinach, nie mam co robić tu w fabryce”. Tylko na godzinach robili. Tam nie było, że musi całe noce robić. Pracowali tylko tyle godzin, ile mieli wyznaczone. Później mógł siedzieć sobie w swojej pakamerze. Chodził więc do tego gospodarza, tam dostawał jeść, gospodyni zawsze dała mu obiad, mógł się najeść i jeszcze do mojego brata woził chleb. Te 50 kilometrów. Jak tylko uciułał, to mówił: „Chociaż raz na tydzień pojadę, to mu nawiozę tego chleba. Suchy to suchy, ciepłą wodą sobie rozmoczy i zje”. Tak się trzymali razem.

A brat w jakich warunkach pracował?

Też w takiej fabryce był. To był cały taki zespół fabryk Kruppa. Bardzo słynna ta fabryka Kruppa, i teraz, proszę Pani, o niej piszą i mówią. To jest w Essen.

Mój ojciec, który też był na robotach, miał odwiedzić brata, ale był taki straszny nalot angielski w Essen. To nasi, Polacy, Essen zbombardowali. Wtedy wszystkich Polaków, którzy tam byli, wywieźli do Francji. Mój mąż trafił w ten sposób do Francji i z Francji wrócił w 1946 roku.

A brat?

Brat wrócił później… Dłużej tam był, bo on akurat tak trafił, że musiał coś odrobić. Wrócił jakieś pół roku albo więcej jak pół roku. Chyba w 1947 czy 1948 roku. Już mieszkałam w Warszawie. Jak tylko było można, to się pchałam, żeby do Warszawy iść, mieszkać po Powstaniu.

Jak zapamiętała Pani powrót do Warszawy?

Proszę Pani, wyjechałam i zamieszkałam na placu Konfederacji, tam taka facjata była. Bez wody, bez ogrzewania. Zimno. Jak już byłam z mężem, to wtedy tu przyjechaliśmy. Cały czas byłam u teściów. Później, jak mąż wrócił, to myśmy wyjechali. Ktoś nam załatwił to mieszkanie na placu Konfederacji. To było takie wielkie pomieszczenie, były dwa pokoje i kuchnia. Malarz jakiś je zajmował. On je pomalował. Jedno okno było w suficie, drugie było małe. Zimno jak nie wiem, na ścianach szron się osadzał. Może Pani sobie wyobrazić. W takich warunkach urodziła mi się córka. Ale co miałam zrobić? Mieszkałam tam sześć czy siedem lat. Ona się tam urodziła i tam zachorowała mi na szkarlatynę, bardzo ciężką. Leżała w szpitalu zakaźnym na Wolskiej. Jak poszła we wrześniu do szpitala, to na Boże Narodzenie dopiero ją nam oddali. W międzyczasie siostra mojego męża miała dziewczynkę, taką Ewunię. Ona była młodsza od mojej. Trzy latka chyba miała, nie mniej. W każdym razie ona na wsi była, u ciotki, dziadkowie ją  chowali. I ona zachorowała na chorobę Heinego-Medina. Już ile lat, jak ona się męczy, jak nie wiem. Siostra męża przywiozła ją do Warszawy. Jak przyjechała do mnie, do mieszkania, to jak mnie zlali mieszkanie, to, proszę Pani, woda płynęła wszędzie, bo to taka strasznie zaraźliwa choroba. Tak przeszło parę lat. Siedem lat chyba mieszkałam na placu Konfederacji w Warszawie.

Pewnie życie zaczynało się wtedy jakby na nowo…  Rozumiem, że niedużo rzeczy przetrwało? Czy wychodząc w Warszawy udało się Pani wynieść ze sobą jakieś rzeczy przygotowane, dokumenty czy zdjęcia, ważne przedmioty?

Nic nie miałam. Nic.

Później to ja wyjechałam. Moi rodzice do Gorzowa się wyprowadzili, na zachód. I tam mnie mama ściągnęła i tam mieszkałam dwa lata.  Zaczął chorować mój teść, bo był już starszym człowiekiem. Napisali do nas, a mój mąż mówi: „Patrz, my tu siedzimy, a tam jest sześć mórg ziemi. Nie ma komu robić, ojciec chory, nie ma kto mu pomóc. Może damy radę pojechać i posiedzieć u rodziców, pomóc im?”. Powiedziałam: „Nie ma sprawy. Jesteśmy na dobre i na złe razem”. I przyjechaliśmy z mężem do Śladowa i zamieszkaliśmy tam na kilka lat. Mój mąż nie miał pracy, nie mógł, proszę Pani, pracy dostać. Taki sąsiad był w milicji i namówił go, żeby do nich wstąpił: „Idź do milicji, zawsze ta pensja będzie, może mieszkanie jakieś dostaniesz czy co”. Tak mąż poszedł pracować w milicji. Nie powiem, mieliśmy tam… Mąż dostał mieszkanie. Dostaliśmy tutaj, na 1 Maja [ w Sochaczewie], mieszkanie, ale też na facjacie. Pokój z kuchnią, ale byłam szczęśliwa, że mamy swoje, własne. Teść umarł, teściowa została sama, dbaliśmy o matkę, bo zawsze mamie się coś posłało. Mama ziemi dopilnowała. Chodziła do niej kuzynka, to mamie zaorała, to wszystko zrobiła, pomagała. I też bardzo dbała o moją teściową, bo teściowa to jej dzieci przypilnowała, to to, to tamto. I tak się przeżyło … W 1958 roku teściowa umarła, mąż nie chciał się dzielić z nimi majątkiem, powiedział: „Róbcie sobie, co chcecie”. To one zmarnowały, sprzedały to wszystko.

Zostali Państwo całe życie późniejsze już w Sochaczewie?

Najpierw dostaliśmy tamto mieszkanie, na 1 Maja. Tam mieszkaliśmy 13 lat. Później dostałam to mieszkanie, bo byłam bardzo chora na astmę. Leżałam w szpitalu, siedem miesięcy ciężko chorowałam. Najpierw był szpital, potem sanatorium i jakoś przeszło wszystko. Później mąż dostał zawału jednego, drugiego, trzeciego. I koniec. Młody człowiek, 56 lat, poszedł do ziemi. Później, za jakiś czas, ja dostałam zawału. Jestem po operacji serca i mam założone by-passy. I tak jakoś się żyje.

Proszę powiedzieć, wspominała Pani, że niektórzy członkowie Pani rodziny w czasie Powstania mieszkała na Woli. Jakie były ich losy?

To było naprawdę ciężkie, bo stamtąd to ich wszystkich wypędzili. Tam na Woli była straszna masakra. Siostra mojej mamy, która tam mieszkała, miała dwoje dzieci. Jak ich wypędzili… Tam była fabryka. Jak on się nazywał? Już nie pamiętam…

Franaszka może?

Nie pamiętam. Nie, nie, to nie Franaszek. Inaczej się chyba ona nazywała. W każdym razie tam w tej fabryce, dokąd ich spędzili, wszystkich pomordowali. A ciotka ocalała. Ale jak? Jak zaczęły te trupy lecieć, jak oni strzelali, to ciotka złapała te dzieci pod siebie i kazała im milczeć, w ogóle się nie odzywać. Położyła się na nich, na nią spadły trupy i, proszę Pani, tak ocaleli. Ocalało ich stamtąd może z dziesięć osób.

Dziadkowie też byli podczas egzekucji?

Nie. Babcia już wcześniej od bomby zginęła, a dziadek to umarł, przed samym Powstaniem.  Była tylko ciotka. Siostra mojej mamy. Starsza. Nazywała się Stefania Lipińska, miała dwóch synów. Jeden był Andrzej, a ten drugi mały, nie mogę sobie przypomnieć. Andrzej miał z sześć lat, nie więcej, bo on był starszy, a ten to był malutki. Nie wiem, może dwa latka miał. Ciocia nie pamięta, gdzie się później znalazła.  To takie życie jest rodzinne, to by trzeba było spisywać.

Pewnie bardzo grube tomy, wiem, ale dziś na szczęście trochę zarejestrowałyśmy. Proszę powiedzieć, po wojnie rozmawiało się o tym, co się wydarzyło? O Powstaniu warszawskim, o wygnaniu? Czy z mężem Pani rozmawiała na temat jego doświadczeń w Niemczech?

Nie, nie wspominaliśmy tego, bo to takie były przykre wspomnienia, to się nie wspominało tego absolutnie. Jeszcze póki mama żyła, to jeszcze, jeszcze, ale tak to nie.

Miała Pani takie wrażenie, że przeżycia wojenne wpłynęły na Pani zdrowie fizyczne czy psychiczne? Zostawiły jakiś ślad? Miało wpływ na późniejsze życie?

Nie, nie, bo ja zawsze odpychałam od siebie takie wspomnienia, zmartwienia, to tak ze mnie spływało. Nie wiem dlaczego.

Być może dlatego, że była Pani matką i musiała Pani być silna dla dziecka, prawda?

Tak, możliwe. Bardzo kochałam tego swojego syna. I dzisiaj, choć on ma 76 lat, to jest moje oczko w głowie. Kocham go beznadziejnie. On mnie, a ja jego. „Mamuśka, mamuśka” – inaczej się do mnie nie odzywa, tylko „mamuśka”. To jest moje oczko w głowie. Powiedział: „Mamuśka, jak Ty żyjesz, to i ja żyję, a jak Ciebie zabraknie, to ja już umrę.” Kocham go bardzo. Niestety lata lecą. Czy ja myślałam, że dożyję tych lat? A tu 96 lat człowiek skończył.

 

 

 

 

Powiązane hasła