menu

Krajewski Janusz – Dotknięci wojenną traumą

Krajewski Janusz – Dotknięci wojenną traumą

Janusz Krajewski, urodzony w 1932 roku, mieszkał  wraz z rodzicami Edmundem i Janiną oraz młodszym bratem Jerzym na warszawskim Żoliborzu przy ul. Suzina. Pod koniec września 1944 roku trafił do obozu Dulag 121, skąd został wysłany do Kielc. Prezentujemy spisane po latach przez Pana Janusza Krajewskiego wspomnienia z wygnania z walczącej stolicy, pobytu w pruszkowskim obozie oraz dalszej tułaczki – zdarzeń, które odcisnęły piętno na jego dzieciństwie.

Pod koniec Powstania Warszawskiego, 28 września 1944, bomba burząca spadła na 5. klatkę budynku przy ul. Suzina 3, tam, gdzie mieszkaliśmy (m.57) i chroniliśmy się w piwnicy. Wszyscy, którzy przebywali w piwnicy od strony dziedzińca zginęli, a wejście do klatki schodowej i do piwnicy zostało zasypane. Pozostali, w tym my, przebywający w piwnicy od strony ul. Suzina, przeżyli. Pomoc nadeszła szybko: wyciągnięto nas przez okienka piwniczne. W międzyczasie rodzice zostali ranni odłamkami granatnika. (Matka do końca życia męczyła się ropiejącymi odłamkami wielkości ziarenek pieprzu, których nie udało się usunąć). Przyjął nas pan Kazimierz Kurnatowski (oczywiście w piwnicy), zam. przy ul. Krasińskiego 20, parter, od strony dzisiejszej ulicy Jaśkiewicza.

29 września, wczesnym rankiem, po silnym nocnym ostrzale artyleryjskim i szturmie oddziałów pancernych, Niemcy wdarli się na dziedziniec (ogromny czworokąt). Słyszymy wybuchy granatów, strzały karabinowe i krzyki „alle heraus”. Wychodziliśmy po ruinach budynku na teren działek (późniejsza ulica Stołeczna). Stojące czołgi, lufy skierowane na wychodzących, trupy zabitych Niemców. I już „links, rechts”. Przeszliśmy wszyscy razem – ranni, obandażowani rodzice i my, dzieci. Dla nas epopeja żoliborska dobiegła końca.

W ogromnym pochodzie wypędzonych idziemy, pilnowani przez wojsko do kościoła św. Wojciecha przy ul. Wolskiej. Spędzamy tam noc. Z Woli jedziemy pociągiem towarowym do Pruszkowa, do obozu przejściowego Dulag 121 (Durchganglsager 121). W obozie spędziliśmy 2 dni. Opiekę nad wygłodzonymi i rannymi sprawowali członkowie RGO (Rada Głowna Opiekuńcza), mieszkańcy Pruszkowa (przez parkan ogrodzenia) i Czerwony Krzyż.

Z Pruszkowa, w czasie deszczu, węglarkami zostaliśmy przewiezieni do Kielc. Tu zostaliśmy zakwaterowani w części koszar opuszczonych przez wojsko niemieckie przy ul. Prostej. Ogromna sala, powybijane okna, prycze z siennikami napełnionymi słomą. Przykrycie? Tym, co kto miał. Dobrze zapamiętałem – nie wszystkim było markotno – niektórzy się pocieszali, słychać było śpiew. Śpiewano piosenkę „Chryzantemy złociste stoją na fortepianie…”

Zimno i głód. Ojciec wychodził ze mną na przedpola ulicy Prostej. Zbieraliśmy tam ziemniaki i brukiew i w czajniku (nasza zdobycz) gotowaliśmy świeże wiktuały. Rodzice byli ranni. Mama dostała się do szpitala, ojciec chodził na opatrunki. Dożywialiśmy się w placówce RGO. Niekiedy udawało się wyżebrać coś do jedzenia w niemieckiej kuchni polowej. Pomoc w postaci posiłków my, dzieci, otrzymywaliśmy w jednym z kieleckich kościołów. Pamiętam, że zakonnice uczyły nas piosenki „Jadło by się jadło, gdyby z pieca spadło, piło by się piło, gdyby w dzbanie było, ale przynieść ale nalać można by się i powalać…”

My, chłopcy mieliśmy szczęście. Najpierw ja, starszy (12,5 roku), później Jurek (9,5 roku) zachorowaliśmy na szkarlatynę. W szpitalu, poza leczeniem, mieliśmy czystą pościel, regularne ciepłe posiłki. Ranna matka również przebywała w szpitalu. Lżej ranny ojciec chodził na opatrunki. Pozostał w zimnych koszarach.

Przed świętami Bożego Narodzenia wyjechaliśmy (nikt nas nie pilnował) do Częstochowy, gdzie ociec miał brata, Jerzego. Mieszkał tam z żoną przy Alei Najświętszej Marii Panny. Tu, w styczniu 1945 po silnym bombardowaniu i szturmie czołgów radzieckich miasto zostało zdobyte. W lutym 1945 ojciec pojechał do Warszawy na rekonesans. (Nie istniały wtedy rozkłady jazdy. Chcąc jechać, podróżny musiał przyjść jak najwcześniej i po prostu czekać. W tamtych latach panowały silne mrozy). W pociągu trudno było zdobyć miejsce. Po powrocie przyniósł informację, że nasz dom został spalony, ale przyjmą nas dziadkowie (rodzice ojca) mieszkający na Pradze. Po kilku dniach udało się nam dostać do pociągu. Tłumy! Toaleta pełna pasażerów. Toaleta więc była tam, gdzie się stało, lub siedziało. Późnym popołudniem dojechaliśmy do ostatniej stacji – Dworca Zachodniego. Z dworca udaliśmy się do ciotki ojca która „mieszkała” w częściowo zburzonym budynku przy wąziutkiej uliczce Sadowa. Pokój bez szyb, ram. Zmordowani poszliśmy spać, by wczesnym rankiem wyruszyć na Pragę. Przeprawa przez Wisłę przez drewniany Most Wysokowodny. Szliśmy w tłumie nędzarzy takich jak my.

Rodzice ojca to Wacław Stanisław Krajewski i babcia Anna z Metelskich Krajewska. Ulica Grodzieńska 22. Dom-studnia, woda na półpiętrze. Ubikacja, a właściwie czteromiejscowy wychodek. Mały pokój, zasłona na całej szerokości wydziela miejsce na kuchenkę. Wysoko małe okienko. Trzon kuchni węglowej z piecem. W pokoju dwa łózka, wąska wersalka, stół. Jakoś się to wszystko mieści. Razem z dziadkami jest nas sześcioro. Po jakimś czasie dołącza rodzina babci: siostra Pola (Apolonia) z mężem. To Walczewscy ze zniszczonego Śródmieścia. Jest nas ośmioro. Śpimy po 2, 3 osoby na łóżku. Teraz stół jest odsunięty, na środku stoi okrągły blaszany piecyk węglowy. Rura piecyka wychodzi na zewnątrz przez małe okienko w „kuchni”. Dwa okna pokoju opatulone watą. W pobliżu piecyka gorąco, kilka metrów dalej – zimno. Czujemy się bezpiecznie – mamy spokój. Latem pranie, brudna woda spływa kanalikami na ulicę Ząbkowską. Uczęszczałem do szkoły mieszczącej się przy ul. Kawęczyńskiej. Pamiętam, że pod koniec roku dostałem książkę pt. „Stach Wichura”. Mam ją do dziś. W środku widnieje napis:
Nagroda dla Krajewskiego Janusza ucznia kl. VIb
Za wzorowe sprawowanie i dobrą naukę, z życzeniami,
aby nadal dzielnie pokonywał wszelkie trudności i
zdobywał miłość i szacunek ludzi
Podpisy: W. Czyżewska p.o. kierownika i cztery podpisy niewyraźne

Wkrótce wracamy na Żoliborz, ale nigdy nie wracamy do rozmów o tamtych czasach, które niosą tyle nieprzyjemnych, niekiedy makabrycznych wspomnień. Wszyscy, wtedy dzieci, jesteśmy dotknięci wojenną traumą.

 

Klasa V szkoły nr 64 przy ulicy Śmiałej w Warszawie. Janusz Krajewski stoi w ostatnim rzędzie, trzeci od lewej. Zdjęcie wykonane 1 czerwca 1944 roku. Fot. z pryw. arch.

 

Zdjęcie komunijne Jerzego Krajewskiego. Fot. z pryw. arch.

Powiązane hasła

”None