menu

Królikowski Janusz – Ze wspomnień Hallenleitera w obozie pruszkowskim

Królikowski Janusz – Ze wspomnień Hallenleitera w obozie pruszkowskim

Janusz Królikowski, ps. „Poraj”, lekarz, żołnierz AK, został wygnany z Warszawy do obozu Dulag 121  wraz z ludnością cywilną 10 sierpnia 1944 roku. Tam, 18 sierpnia, z ramienia AK został mianowany kierownikiem hali [z niem. Hallenleiterem] nr 2 przeznaczonej dla chorych więźniów. Dzięki uzyskaniu przepustki umożliwiającej poruszanie się po obozie, zyskał duży wgląd w funkcjonowanie obozowych służb oraz uczestniczył w wyprowadzaniu więźniów na wolność.  Prezentujemy fragment wspomnień Janusza Królikowskiego spisanych prawdopodobnie w latach 70., wydanych w publikacji „Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944” [Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1992, T.1, s.363-367]. Tekst zacytowano nie wprowadzając poprawek.

W dniu 7 sierpnia wypędzono mieszkańców z ulicy Rakowieckiej, ulicy Fałata, ulicy Opoczyńskiej i Kieleckiej oraz z gmachu SGGW, częściowo umieszczając ich w Stauferkaserne [Zajęły budynek wzniesiony dla instytucji wojskowych w 1938 r. przy ul. Rakowieckiej 4 – przyp. red.]*, jak również na podwórzu budynku Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Alejach Ujazdowskich, gdzie ich rozstrzelano. Prawe skrzydło SGGW było zajęte przez oddział artylerii przeciwlotniczej (austriackiej). W wypędzaniu ludności przez gestapo austriackie oddziały nie brały udziału.

9 sierpnia rano wpadło do gmachu SGGW gestapo, wypędzając zebranych tam wszystkich mężczyzn. Kobiety pozostawiono na razie w spokoju zapowiadając im, że jeśli znajdą w gmachu mężczyznę, to one zostaną zdziesiątkowane. W czasie tej akcji znajdowałem się w drugim skrzydle gmachu, gdzie byłem zajęty przeglądaniem pozostawionych przez żołnierzy książek i aktów, co mi zajęło sporo czasu. Gdy się ukazałem w holu, kobiety podniosły alarm żądając, abym natychmiast udał się na Szucha, bo w razie zjawienia się gestapo czekają je represje. Naiwny nie byłem, by iść z podniesionymi rękoma przez ulicę Rakowiecką i mimo protestów zostałem. Z zabranych mężczyzn nikt nie wrócił. Wszystkich rozstrzelano na podwórzu, zginęło także kilkadziesiąt osób wziętych z przylegających ulic i placu Unii Lubelskiej.

W dniu 9 sierpnia rozpoczęto palenie domów w okolicy ulicy Rakowieckiej. 10 sierpnia wypędzono nas z uczelni. Przeważały kobiety i dzieci. Niosły one maleńkie tobołki dobytku, które się udało wynieść z własnych mieszkań. Pochód szedł w nieznane ulicą Rostafińskiego, skręcając koło działek w ulicę Banacha, dalej Białobrzeską zatrzymując się na dłuższy postój w dużej stolarni na ulicy Kopińskiej. Ruszyliśmy dalej pozostawiając po prawej stronie Zieleniak (targowisko jarzyn Grójecka  95), skąd mimo znacznej stosunkowo odległości dochodziły do nas krzyki i strzały. Urzędowali tam własowcy i SS Ukraińcy.

Około południa dowlekliśmy się na Dworzec Zachodni, a w zatłoczonych do niemożliwości wagonach dobrnęliśmy do Pruszkowa, gdzie przed stacją niedaleko od bramy fabryki Ursus [Autor się pomylił, chodzi o warsztaty kolejowe w Pruszkowie, a nie Zakłady Mechaniczne „Ursus” w Ursusie (obecnie w granicach stolicy), produkujące armatury i silniki Diesla, obecnie ciągniki, gdzie po upadku Powstania był również obóz przejściowy dla warszawiaków – przyp. red.] nas wyładowano. Po drodze jeszcze nas obrabowali Ukraińcy i własowcy z nędznego dobytku, wyłapywano również młodych mężczyzn. Gros warszawiaków to kobiety i dzieci, niewielka stosunkowo ilość mężczyzn, i to przeważnie w starszym wieku. Było dużo chorych i poranionych. Wzdłuż parkanu fabrycznego stały mieszkanki Pruszkowa, które rozdzielały przyniesione przez siebie zupy i napoje. Był to dla wielu wysiedlonych pierwszy posiłek. Wpędzono nas przez główną bramę fabryczną do największej hali nr 5, gdzie się odbywała selekcja.

Na terenie fabryki było osiem hal rożnej wielkości, pozbawionych maszyn, które Niemcy wywieźli. Przez hale zionące pustką przebiegały betonowe głębokie kanały robocze, które w okresie przebywania jeńców były pełne brudu, resztek słomy i kału, bowiem wewnątrz nie było ustępów, a chodzenie do prowizorycznych latryn było surowo wzbronione. Kobiety i dzieci umieszczono w hali nr 4, starych i niedołężnych mężczyzn w hali nr 1, a męską młodzież w parowozowni. Najmniejsza hala nr 2 była izbą chorych, gdzie było nawet kilka prymitywnych prycz dla ciężko chorych.

Pierwszy transport warszawiaków przybył w dniu 2 sierpnia [Omyłka: 6 sierpnia – przyp. red.] Z początku obozem rządziło gestapo, były to straszne czasy, codziennie było słychać rozstrzeliwania, zwłaszcza rannych czy chorych powstańców: Później, kiedy władzę przejęło wojsko, reżim był nieco łagodniejszy. Dowódcą był pułkownik Sieber.

Kierownikiem ambulatorium byli, dwaj niemieccy lekarze, dr König i dr Klenner. Sanitariuszką była siostra zakonna szarytka, Alicja Tyszkiewicz. Przyjechała ze Szwajcarii. Była pochodzenia arystokratycznego, młoda, bardzo ładna, mówiąca świetnie po niemiecku. Ona była główną sprężyną i opiekunką.  Bardzo się z nią liczył dr König i robiła to, co uważała w danej sytuacji stosowne. Udawało się jej często, pomimo pewnych oporów ze strony lekarzy, przeforsować i wydostawać listę zwolnień.

Procedura zwolnień z obozu polegała na tym, że na liście umieszczano nazwiska chorych, przeważnie z fikcyjną diagnozą, listę tę zanosiłem do tak zwanego zielonego wagonu mieszczącego się w samym środku obozu, w którym rezydowali gestapowcy, skąd mieli doskonały widok na cały obóz. List prawie zawsze podpisywano i „chorzy” wychodzili przez bramę fabryczną. W obozie były i dnie grozy, gestapo na rozkaz z „Warschau” wstrzymało wypuszczanie na wolność, zwłaszcza młodych, w sile wieku, bowiem doniesiono, że uwolnieni wracali do Warszawy i brali udział w powstaniu. Przerażony dr König bał się podpisywania listy zwolnień, ale dzięki energii, umiejętnego podchodzenia do tej trudnej sytuacji naszej przemiłej szarytki jednak do miękł i lista zostawała akceptowana przez „zielony wagon”.

„Chorzy” byli przez nas dokładnie pouczeni, jak się mają zachować, na co mają narzekać, ściśle przestrzegać naszych poleceń. Mieliśmy czasami trochę kłopotów, a nawet stracha, przeważnie z młodymi „pacjentkami”, które nie zawsze stosowały się do naszych poleceń. Wyprowadzanie z hal do bramy „wolności” było dokładnie wyreżyserowane jak w filmie. Grupa warszawiaków była otoczona siostrami pruszkowskiego PCK. Im młodszy był mężczyzna, tym większa była asysta, często prowadzeni pod rękę musieli zatrzymywać się i udawać ciężko chorych. Prawdziwie chorych trzeba było wynosić na noszach.

W czasie przemarszu „chorych” do bramy „wolności” wielu z tych nie umiało czy nie chciało korzystać z wyuczonego instruktażu, zdarzały się wpadki. Gestapowcy stojący wzdłuż drogi wyłapywali „na oko” i odsyłali z powrotem do hal. Bardzo często młodzież, skoro tylko się znalazła za bramą, nagle zdrowiała, nie przestrzegała naszych poleceń. Ozdrowieńców dla pozoru kierowano na chwilowy pobyt do szpitala, bowiem i tam zaglądało gestapo, musieli jak najprędzej zniknąć z horyzontu pruszkowskiego i jak najdalej od Warszawy. Wielu jednak starało się przebywać w okolicy Pruszkowa, co niekiedy źle się kończyło. Gestapo na takich właśnie polowało.

Z ramienia AK, oddziału Masłowskiego, zostałem 18 sierpnia naznaczony na stanowisko hallenleitera baraku dla chorych. Taki „kierownik” hali z czerwoną opaską na lewej ręce miał względnie dużą swobodę poruszania się po obozie, co też starałem się wykorzystać, jak tylko można było, penetrując poszczególne hale.

Żywność dostarczało do obozu RGO i pruszkowski oddział tejże organizacji. Przychodziły także transporty nawet spod Piotrkowa Trybunalskiego, z dworów, takich jak Reguły, Pęcice, Parzniew i majątku Sióstr Bożej Rodziny w Falentach. Ludność samego Pruszkowa gotowała rozmaite zupy z ziemniaków i kasz. Trzeba podkreślić szczególną ofiarność sióstr zakonnych z Falent, które codziennie dowoziły produkty rolne, którymi dysponował ich folwarczek. Często udawało się pod przykryciem worków i słomy przeszmuglować jakiegoś młodego warszawiaka w wozie powracającym z obozu. Sztuczki takie często się udawały.

Kuchnia obozowa była zorganizowana przez miejscowe RGO. Rolę kucharzy spełniały ochoczo warszawianki, zaś panowie byli pomocnikami w postaci kuchcików, pomywaczy. Nawet o wybitnej inteligencji mężczyźni zajmowali się obieraniem ziemniaków, pomagali w tym między innymi Walter [Właściwie Władysław Walterejt (1887 1959) popularny w okresie I Rzeczypospolitej aktor kabaretowy i filmowy – przyp. red.], Makuszyński [Kornel Makuszyński (1884-1953) prozaik, poeta, krytyk teatralny, autor popularnych książek dla młodzieży– przyp. red.]. Kuchnia była uważana przez nas za coś w rodzaju klubu literackiego. Atmosfera była znakomita i gdyby nie bliskość baraków z pogorzelcami, pobyt W kuchni można było uważać za coś w rodzaju „raju”.

Mając stosunkowo dużą swobodę, jak na zwyczaje obozowe, kręciłem się wśród hal, na co zwróciło uwagę gestapo, aresztując mnie i włączając do transportu mężczyzn, który miał być wywieziony, tylko z tą różnicą, że nie wiedzieliśmy, czy na roboty do Niemiec, czy do Oświęcimia. Miałem łut szczęścia bowiem wśród stojących w szeregu mężczyzn zwrócił na mnie uwagę jeden z moich kolegów z CTR [Centralne Towarzystwo Rolnicze], który wraz z kreislandwirtem [Kreislandwirt (niem.) – kierownik powiatowego wydziału rolnictwa – przyp. red.] wizytował obóz. Na wniosek mego kolegi kreislandwirt wyciągnął mnie z szeregów i w ten sposób uniknąłem podroży w nieznane. Musiałem więc dla bezpieczeństwa nie pokazywać się na terenie obozu, a przebywać w kuchni, gdzie jakiś czas pełniłem funkcje pomywacza. Pobyt mój na terenie gastronomii obozu był wyjątkowo miły, ale nie można było go przedłużać ze względu na zbytnią ciekawość gestapo. Znalazłem się więc w izbie chorych jako pacjent, któremu dr König 14 wystawił zwolnienie z prawdziwą diagnozą jako chorego na zawał siatkówki, z dopiskiem, że mam być skierowany wprost do szpitala w Pruszkowie.

Po opuszczeniu obozu w dniu 29 sierpnia zostałem wysłany przez AK, moją organizację, do Grodziska i umieszczony w domu młodego małżeństwa (nazwiska nie pamiętam), trudniącego się rzeźnictwem. W dniu 2 września znalazłem się w majątku Jastrzębiec, którego właścicielem był Przedpełski, mój kolega z SGGW.

Dwór był pełen rożnego autoramentu warszawiaków, jedni przychodzili inni wyjeżdżali. Wszyscy uważali swój pobyt za chwilowy i ja 9 września, zaopatrzony w przepustkę z gminy, wyjechałem do Krakowa.

W czasie pobytu w Jastrzębcu miałem sposobność odwiedzania Warszawy. Jastrzębiec i najbliższe folwarki odczuwały niedobór węgla i karbidu. Po zaopatrzeniu się w glejty od kreislandwirta i gmin wyruszyłem jako kierownik wyprawy złożonej z trzech wozów celem zdobycia wspomnianych towarów, które można było znaleźć w opuszczonych składach na ulicy Wolskiej. Podroż w normalnych czasach nie była trudna ani też nie zabierała zbyt dużo czasu, w warunkach dogasającego Powstania i niszczenia stolicy była bardzo uciążliwa i niebezpieczna ze względu na ewentualne spotkanie z oddziałami żołdactwa niemieckiego, Ukraińcami; którzy mogli nie tylko zarekwirować wozy ale zabrać nas do obozu. Biorąc to pod uwagę postanowiłem nie wjechać do miasta przez Grójecką, lecz drogą okólną, dalszą, ale za to bezpieczniejszą a mianowicie na Okęcie przez ulicę Łopuszańską i Polczyńską, wjeżdżając w ulicę Wolską. Tam mieliśmy w jednym z licznych składów węgla firmy Borkowski zaopatrzyć się w opał i w żelazo kowalskie.

W czasach pokojowych dzielnica ta kipiała życiem, wtenczas panował przeraźliwa cisza i pustka. Wokół stały częściowo wypalone domy, inne wyrabowane i zdemolowane. Po drodze natrafiliśmy na jednego trupa, wałęsające się psy, koty i przebiegające szczury. W składzie nikogo nie zastaliśmy. Po załadowaniu potrzebnych rzeczy pospiesznie przed zachodem słońca staraliśmy się wydostać z granic miasta Warszawy.

 

*Przypisy pochodzą z publikacji „Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944”. W niektórych przypadkach zostały skrócone.

Powiązane hasła

”None