menu

Kuchnia obozowa

Kuchnia obozowa zorganizowana została przez pruszkowską delegaturę Rady Głównej Opiekuńczej i  funkcjonowała od pierwszych działania obozu Dulag 121. Przez cały okres istnienia obozu codziennie przygotowywano w niej i wydawano posiłki dla więźniów. Dzięki bezinteresownej pomocy polskiego personelu obozu oraz społeczności pruszkowskiej udawało się nakarmić tysiące osób wypędzonych z Warszawy. Kierowniczką kuchni była Maria Ewa Bogucka, a pracownikami – wolontariusze z Pruszkowa i okolicznych miejscowości, a z czasem – wysiedleni Warszawiacy, rekrutowani do tej pracy na terenie obozu, a dzięki temu ocaleni od wywózki w nieznane.

 WYŻYWIĆ WYGNANYCH

Jednym z najważniejszych zadań stojących przed polskimi służbami na terenie obozu Dulag 121 było zorganizowanie wyżywienia dla rzeszy wygłodzonych i spragnionych warszawiaków. Zgodnie z relacją dr Władysława Mazurka niemieckie władze okupacyjne scedowały kwestię wyżywienia na pruszkowską delegaturę Rady Głównej Opiekuńczej. W ciągu 1 dnia należało zorganizować wyżywienie dla pierwszej grupy warszawiaków. W zbiórce pierwszej porcji żywności oraz naczyń pomogła okoliczna ludność Pruszkowa, która na wezwanie RGO 6 sierpnia dostarczyła naczynia, sztućce oraz produkty spożywcze.

„6 sierpnia 1944, a więc w sześć dni po wybuchu powstania warszawskiego, prezes naszego zarządu, ksiądz kanonik Edward Tyszka został wezwany przez komisarza miasta Bocka do pałacu, który zajmował na terenie Pruszkowa. Prezes zastał tam komisarza miasta Bocka, Kreishauptmannana powiat warszawski Rupprechta i inspektora Arbeitsamtu na powiat warszawski Augusta Pollanda, jednocześnie Sturmbannführera SS. Ci trzej polecili mu w ciągu najbliższych kilku godzin (były to godziny popołudniowe) zgromadzić pięć tysięcy naczyń wraz z łyżkami i dostarczyć je na teren warsztatów kolejowych […] Tego samego dnia, nie mając możności powiadomienia reszty społeczeństwa pruszkowskiego o nakazanej zbiórce, ksiądz prezes uciekł się do sposobu zawiadomienia wszystkich z ambony, ponieważ akurat trwała suma w kościele.” (Z zeznania Władysława Mazurka)

„Pomoc dla wysiedlonych rozpoczęto od zbierania naczyń, talerzy, misek, łyżek itp., mając na uwadze w pierwszym rzędzie dożywianie wynędzniałej i wygłodzonej ludności naszej stolicy. Niemieckie władze, aczkolwiek miały obowiązek całkowitego wyżywienia wysiedlonych, przydzieliły ze swej strony jedynie chleb i kawę, zorganizowanie natomiast, dostarczenie i przygotowanie reszty posiłków zostało złożone na barki miejscowego społeczeństwa.” (Z zeznania Władysława Mazurka, Władysława Adamczewskiego i Dziublickiego)

Dzięki szybkiej organizacji naczyń oraz żywności pierwsze grupy wypędzonych, które przybyły do obozu 7 sierpnia otrzymały posiłki.

 „W ciągu pięciu godzin odzew społeczeństwa miejscowego był tak nagły i tak ofiarny, że wcześniej, niż była wyznaczona godzina zbiórki, dysponowaliśmy już nie tylko pięcioma tysiącami misek i łyżek, ale grubą nadwyżką. Poza tym było wiele ofiar w postaci chleba, żywności, owoców, mleka dla dzieci i in.” (Z zeznania Władysława Mazurka)

Kuchnia obozowa rozpoczęła swoje działanie już pierwszego dnia istnienia obozu. Urządzono ją korzystając z istniejącego już wyposażenia kuchennego warsztatów kolejowych.

„Na terenie warsztatów kolejowych znajdowała się kuchnia, z której dotychczas korzystali robotnicy i kolejarze. Kuchnia ta była przewidziana na cztery tysiące ludzi, którzy pracowali w warsztatach kolejowych, posiadała pewne urządzenia, które nam ułatwiły przygotowanie posiłku dla spodziewanej ludności Warszawy. W związku z tym otrzymaliśmy od Niemców, tzn. od kuchni, która dysponowała jeszcze pozostałościami po warsztatach kolejowych, trochę ersatzu, kawy i chleba żołnierskiego. Te rzeczy oraz ofiary mieszkańców Pruszkowa pozwoliły nam na przygotowanie pierwszego gorącego posiłku dla spodziewanej ludności w postaci gorącej kawy i porcji chleba.” (Z zeznania Władysława Mazurka)

Plan obozu Durchgangslager 121 – kuchnia znajduje się po środku obozu. Graf. Krystian Urban

 Każdego dnia do wyżywienia, w zależności od liczby wprowadzanych transportów ludności, było od kilku do kilkudziesięciu tysięcy osób. To ogromne zapotrzebowanie wpłynęło na decyzję o rozbudowie kuchni. Podzielono ją na 5 oddziałów: ogólny, kuchnię dla niemowląt, dla dzieci do lat 5, dla chorych oraz dla polskiego personelu, a pracowników przydzielono do siedmiu sekcji: kucharskiej, obieraczek, jarzynowej, porządkowej, krajalni chleba, rąbania drewna i transportowej.

Na uwagę zasługuje historia uruchomienia specjalnej kuchni dla niemowląt, którą zorganizowała przełożona pielęgniarek w pruszkowskim ośrodku zdrowia, Nona Łyżwańska, która  po utworzeniu obozu pośpieszyła z pomocą medyczną. Wkrótce zajęła się także opieką nad sierotami i zagubionymi dziećmi.

„Była zorganizowana kuchnia obozowa, dość duża dla personelu i dla ludzi, którzy czekali na transport i na podziały. Ale ja oprócz tego zrobiłam oddzielną kuchenkę na terenie samego obozu tylko na gotowanie kleików i mleka dla dzieci, starców i chorych. To była duża pomoc dla tych ludzi i nasz personel z ośrodka porozdawał, poroznosił, gdzie mógł, docierał; bardzo dużo ludzi stamtąd przychodziło, tylko najgorzej było, w co to wlewać. Jakieś były blaszki, kubki, jakieś czerepy, straszne to było. Stopniowo potem myśmy to zorganizowali. Ludzie ofiarnie przynosili bardzo dużo rzeczy.”

 Główna kuchnia obozowa rano i wieczorem wydawała ciepłą kawę zbożową i chleb, w południe gorącą zupę w miarę możliwości i zgromadzonych zapasów. Mimo starań, były to zbyt małe posiłki dla bardzo często głodującej od wielu dni, słabej i chorej ludności wygnanej z Warszawy. Według relacji świadków – mimo wielkich starań kuchennego personelu nie udawało się wykarmić wszystkich osadzonych w obozie.

„W okresie istnienia obozu, a zwłaszcza od 6 sierpnia do połowy października br. przebywało w obozie od 5.000 do 45.000 osób dziennie, natomiast kuchnie mogły przygotować jedynie do 35.000 porcyj obiadowych. […] Wyżywienie dzienne składało się z trzykrotnych posiłków: rano i wieczorem kawa czarna nie słodzona w ilości 1/2 litra oraz chleb razowy w ilości 200–250 gramów, w południe 1/2 litra zupy jarzynowej, krupniku, kartoflanej, czasem z dodatkiem makaronu, lub pomidorowej.[…] Jakość wymienionych wyżej posiłków pod względem kalorycznym była niewystarczająca z powodu braku tłuszczu, mięsa i cukru. Przez cały bowiem okres trwania obozu dostarczono do kuchni cztery krowy (kilkakrotnie fotografowane przez sprawozdawców wojennych) oraz dwa konie, których śmierć spowodowana została nieszczęśliwymi wypadkami. Z powodu braku odpowiednich sum Delegatura nie była w stanie zaopatrzyć kuchni w tłuszcze, sporadycznie zaś ofiarowane, nie zaspokajały koniecznych potrzeb.” (Z zeznania Władysława Mazurka, Władysława Adamczewskiego i Dziublickiego)

Ludność cywilna w obozie Dulag 121, w tle hala nr 5. Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego

PERSONEL KUCHNI OBOZOWEJ

Kierowniczką kuchni została Maria Ewa Bogucka (1902-1953), mieszkająca w Pruszkowie od 1939 roku, która przed Powstaniem  prowadziła kuchnię dla pracowników warsztatów kolejowych w Pruszkowie. Odznaczała się ogromnym zaangażowaniem w pracę na rzecz osadzonych w obozie.

Ona pierwsza była w kuchni (już o godzinie 4 min. 30) i ostatnia odchodziła, gdy już wszyscy ukończyli pracę (często bardzo późno w nocy). Jej to wiele osób ma do zawdzięczenia to, że nie pojechały do Niemiec.” (Z relacji Jerzego Kaweckiego)

Początkowo personel kuchenny stanowili członkowie RGO i wolontariusze z Pruszkowa i innych okolicznych miejscowości (jak np. Barbara Majewska-Luft [link do hasła]) w liczbie około 50, później do pracy przydzielano więźniów obozu. Zgodnie z danymi zawartymi w sprawozdaniu członków delegatury RGO w Pruszkowie, w kuchni mogło pracować jednocześnie nawet 480 osób. Należy zaznaczyć, że rozbudowa kuchni oraz powiększanie liczby jej personelu miały również inną, obok zwiększenia ilości wydawanych posiłków, przyczynę. Kuchnia stała się miejscem, które mogło uchronić najbardziej zagrożonych więźniów przed wywózką na tereny do III Rzeszy bądź do obozów koncentracyjnych. Bycie pracownikiem kuchni pozwalało bowiem na pozostanie przez dłuższy czas w obozie. Chcąc uchronić jak najwięcej osób przed tragicznym losem, sztucznie zwiększano zapotrzebowanie na pracowników.

„Kuchnia była przez cały czas azylem dla wielu setek osób, które postanowiły nie poddać się i czekać na sposobność do ucieczki, a które przez czas swego pobytu w kuchni stanowiły jej personel. Kierownictwo kuchni pomagało nam w tym, wyzyskując rozdźwięk między Wehrmachtem a SS (wstęp żandarmerii na teren kuchni był wzbroniony).” (Z relacji Jerzego Kaweckiego)

Maria Stokowska ze Szczęsnego koło Grodziska Mazowieckiego, pracowała na terenie obozu jako sanitariuszka i pomagała więźniom w dostaniu się na teren kuchni:

„Podczas rozwożenia posiłków do poszczególnych baraków doprowadzałam uprzednio wybraną młodzież, która zajmowała stanowiska rozwożących i dzięki temu dostawała się na teren kuchni; przekupieni strażnicy obsłudze wracającej z rozwożenia posiłków nie sprawdzali przepustek. Właściwy personel po jakimś czasie wracał do kuchni, mając stale przepustki. To była bardzo ważna droga, dzięki niej dużo osób udało się uratować przed wywiezieniem.”

Do personelu kuchennego zostały zaangażowane dwie osiemnastoletnie więźniarki obozu –  łączniki AK z Grochowa: Anna Potulicka i Hanna Lebecka „Hanka”. Ostatnia, w swojej relacji złożonej w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego podkreśla specjalną rolę kuchni jako azylu dla ludzi młodych i artystów:

„Kuchnia była ogromna. Były tam chyba setki pracowników, w każdym razie powyżej stu. Byli to pracownicy dochodzący z miasta, z którymi właściwie kontaktu nie mieliśmy, i tacy ludzie jak my, powyciągani z hal. Nie miałam wątpliwości, nie mogło być wątpliwości, że cały czas tam toczyła się wielka gra o wyciągnięcie możliwie największej ilości ludzi z hal, głównie młodych ludzi i ludzi z elity kulturalnej kraju. Miałyśmy po osiemnaście lat, nie znałyśmy środowisk kulturalnych. Może bardziej Ania, ale też to nie był nasz teren zainteresowań wcześniejszych ani krąg znajomości, ale ciągle słyszałyśmy o tym, że pojawił się na terenie kuchni jakiś pisarz, dziennikarz, architekt. Tam się ciągle coś działo.”

Jednym z pracowników kuchni był przedwojenny aktor, artysta kabaretowy, śpiewak i felietonista Władysław Walter, który po przybyciu z Warszawy do Dulagu 121 został zaangażowany do pracy.

„Pracujący w kuchni Władysław Walter to jest osobny rozdział w życiu obozu. Pomaga przy sporządzaniu posiłków, sprząta i rozdziela zupę, haruje od świtu do nocy. Walter z chochlą w ręku! Nawet kiedy bardzo mi się spieszyło, nie mogłam się oprzeć pokusie i przystawałam, żeby popatrzeć, jak rozlewa zupę! Już na widok jego potężnej sylwetki i charakterystycznych rysów robiło się wesoło. Jedno słowo, przymrużenie oka, jeden gest Waltera wystarczał, żeby wywołać jeżeli nie wybuch śmiechu, to uśmiech. Urodzony komik, uroczy Colas Breugnon – nawet teraz, kiedy ciężko pracował za obozowymi drutami i kiedy się niepokoił”

Jak donosi Jerzego Kawecki w zeznaniu sporządzonym przez Edwarda Serwańskiego, członkowie obozowego personelu kuchennego mieszkali w trudnych warunkach w  przykuchennym magazynie: „Jedynym barakiem, który nie zmienił swego początkowego przeznaczenia, była kuchnia. Włączono do niej: 1) barak obok stojący (warsztat uczniów ślusarskich), zamieniając go na chlewnię, oraz 2) otwarty z boków, a więc przewiewny magazyn, który służył jako skład jarzyn, przede wszystkim zaś jako sypialnia dla personelu (ilość zmienna, stale rosnąca od liczby początkowej kilkunastu i przekraczającej w chwili mojej ucieczki z obozu liczby 200-tu). Część personelu spała na parterze tego magazynu na betonie, pokrytym „tylko matami” trzcinowymi, w budkach zrobionych „z takich mat, a część na pięterku w najgorszych „warunkach z powodu obecności wielkiej ilości waty szklanej — całe tumany szklanego kurzu unosiły się w powietrzu.” (Z relacji Jerzego Kaweckiego)

Opaska, którą na ramieniu nosił jeden z pracowników obozowej kuchni. Zbiory Muzeum Dulag 121

TRUDNOŚCI

Posiłek z obozowej kuchni był nierzadko pierwszym pożywieniem zjedzonym przez warszawiaków od kilku dni. Mimo wielkich wysiłków personelu, nie wszyscy więźniowie obozu mogli otrzymać posiłek. Powodem była nie tylko zbyt mała ilość pożywienia, ale również trudności w dotarciu z rozdaniu posiłków osadzonym w obozie więźniom.

Części z potrzebujących przebywających w środku hal, nawet nie wiedziała o możliwości otrzymania pożywienia, które było rozdawane na zewnątrz, bądź nie była w stanie stawić się po rozdawaną żywność.

„Rzecz oczywista, że nie wszyscy mogli otrzymać posiłek ze względów czysto technicznych. Nadmienić wypada, że i z innych przyczyn tysiące osób nie mogły korzystać z tych posiłków, a mianowicie ze względu na dokonywane w porze obiadowej transporty, klasyfikacje i przeprowadzanie z jednych baraków do drugich. Poza tym pewna ilość osób nie otrzymywała posiłków na skutek obecności brutalnego elementu, który korzystając z siły fizycznej zdobywał wielokrotnie posiłki ze szkodą dla innych, a zwłaszcza dla starych i chorych. Wielokrotne interwencje odnośnych władz, jak również przedsiębrane środki zaradcze (bariery, zagrody, nadzór i perswazje) celem usunięcia tych niedociągnięć nie odniosły pożądanego skutku.” (Z zeznania Władysława Mazurka, Władysława. Adamczewskiego i Dziublickiego)

Wielkim problemem był ciągły brak naczyń, uniemożliwiający otrzymanie i spożycie przygotowanego posiłku. Kuchnia nie dysponowała zapasami talerzy, misek i kubków, a więc wysiedleni musieli korzystać w najlepszym wypadku z puszek po konserwach. Dzięki relacjom samych wysiedlonych  wiadomo, że więźniowie, aby otrzymać upragniony posiłek,  wykorzystywali również wiadra, klosze od lamp, wazony, puderniczki czy własne buty. Często ofiarowywane naczynia wysiedleńcy zabierali ze sobą w dalszą podróż, a w obozie znów ich brakowało.

„[…] poważna część wysiedlonych zup nie otrzymywała z powodu trudności dostania się do kuchni, względnie z powodu braku własnych naczyń. Z powodu olbrzymiego natłoku w pewnych okresach wiele dzieci jedzenia nie otrzymywało, a nawet zdarzały się wypadki śmierci dzieci z głodu.” (Z zeznania Janusza Regulskiego i Anny Chomiczowej)

Pomagająca w obozie Zula Kwiatkowska tak nakreśliła problemy służby w obozowej kuchni:

 „Prawdziwą katorgą było roznoszenie posiłków. Nosiłyśmy w wielkich koszach od mleka lub woziłyśmy te „kanki” na ręcznych kolejarskich wózkach, co też niewiele ułatwiało pracę. Po kilku dniach pozwolono nam na dzień zabierać z hal mężczyzn” do pomocy przy rozwożeniu. Rano i wieczorem rozdawałyśmy czarną gorzką kawę i kromki czarnego chleba, w południe – zupę. Żywność otrzymywała tylko niestety część pogorzelców. Mimo najofiarniejszej pracy przez dzień i noc nie mógł personel w tych warunkach uczynić nic  więcej.”

POMOC MIESZKAŃCÓW PRUSZKOWA I OKOLIC

               Jakość i ilość przygotowywanych posiłków były uzależnione od aktualnych zasobów magazynów kuchennych, a te – od zbiórek i darów społeczeństwa. Zaopatrzeniem kuchni w niezbędne produkty zajmowała się służba gospodarcza, na czele której stał dr weterynarii Władysław Mazurek. Nieocenionym wsparciem dla obozu były dary – przede wszystkim w postaci warzyw – okolicznych rolników i właścicieli majątków m.in. Stefana Górskiego z Moszny, gospodarzy z Domaniewic, Parzniewa, Pęcic, a także setek osób, przynoszących do obozu skromne ilości pożywienia.

„Należy podkreślić, że ofiarność tegoż społeczeństwa, uwzględniwszy pięcioletnie wyniszczenie wojną, okazała się nadzwyczaj intensywną i dlatego zasługuje na pełne uznanie. W drugiej połowie istnienia obozu, kiedy ofiarność społeczeństwa zmalała z powodu wyczerpania zasobów żywnościowych, ciężar zaopatrzenia kuchni przejęły władze administracyjne. Kuchnie warsztatowe z powodu olbrzymiego napływu ludności z Warszawy okazały się niewystarczające, wobec tego miejscowa ludność ofiarnie pospieszyła z pomocą, dostarczając wiele posiłków w gotowym stanie, a sąsiednie wsie zaopatrywały kuchnię w najpotrzebniejsze produkty rolne i nabiał. Podobną pomoc zorganizowała również ludność dalszych okolic za pośrednictwem miejscowych Delegatur RGO i prywatnej inicjatywy (np. ks. Stanowski z Łowicza).” (Z zeznania Władysława Mazurka, Władysława Adamczewskiego i Dziublickiego)

„Obywatelstwo miasta Pruszkowa wystąpiło spontanicznie i powszechnie, pragnąc jak najskuteczniej  przyjść z pomocą nieszczęśliwym. Zaraz w pierwszych dniach dostarczono 5.000 talerzy, ponieważ nie było na czym podawać strawy. Również przynoszono butelki i kubki, gdyż zdarzało się, że wygnańcy w czasie transportu musieli sobie kupować naczynia za wygórowaną cenę, np. 50 zł za butelkę. Pragnienie bardzo im dokuczało, a nie było w czym napić się wody. Na widok przybyłych w wagonach dzieci, mieszkańcy Pruszkowa zasypywali wprost obóz bułkami i białym pieczywem mimo jego wysokiej ceny; kupowano mleko, choć o nie trudno tu na miejscu, naznoszono koszami owoców, obdarzając nimi. Z Radomska, Łowicza i Piotrkowa ciągnęły wozy z chlebem dla Warsztatów. Miejscowi piekarze odstępowali niejednokrotnie całodzienny swój wypiek. RGO, mając zapewnione dostawy, mogło w pewnym stopniu pokryć zapotrzebowanie aprowizacyjne.” (Z zeznania Edwarda Mazurkiewicza, Zbrodnia Niemiecka w Warszawie, Serwański)

Dzięki działaniom kuchni obozowej wysiedlonym udało się pomóc na dwa bardzo ważne sposoby. Pierwszym z nich była legalna pomoc w postaci posiłków wydawanych więźniom, a drugim – nielegalne działania umożliwiające ucieczkę z obozu lub uniknięcie wywiezienia do Niemiec czy do obozu koncentracyjnego. Niestety dzisiaj dysponujemy znikomymi źródłami i relacjami osób, pozwalających bardziej szczegółowo omówić pracę polskiego personelu kuchennego i całej sekcji gospodarczej obozu Dulag 121.

Przy przygotowywaniu hasła korzystaliśmy z:
„Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944 r.”, Edward Serwański, Wydawnictwo Instytutu Zachodniego, 1946
www.zapistyterroru.pl – zeznania Władysława Mazurka
Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego

Powiązane hasła

”None