menu

Kwiatkowski Ryszard – Wspomnienie z dzieciństwa

Kwiatkowski Ryszard – Wspomnienie z dzieciństwa

Ryszard Kwiatkowski, urodzony w 1935 roku, w momencie wybuchu Powstania mieszkał wraz z rodzicami Apolonią Kwiatkowską z domu Maciąg (ur. 1903, zm. 1984) i Janem Kwiatkowskim (ur. 1901, zm. 1944) oraz siostrami Bronisławą (ur. 1929, zm. 2004), Haliną (ur. 1930) i Jadwigą (ur. 1932) na warszawskim Żoliborzu przy ul. Czarnieckiego. Z obawy przed bombardowaniami rodzina opuściła swoje mieszkanie i ukryła się w Forcie Sokolnickiego w Parku Żeromskiego. W nocy z 29 na 30 września Ryszard Kwiatkowski wraz z matką i siostrami zostali wygnani z walczącej stolicy i osadzeni w obozie przejściowym w Pruszkowie. W nadesłanych w 2012 roku do Muzeum Dulag 121 wspomnieniach Ryszard Kwiatkowski opowiada o dramatycznych wydarzeniach tamtych dni, które rzuciły cień na czas jego dzieciństwa.

1 sierpnia 1944 roku przed godziną trzecią po południu. Oddział żołnierzy AK Batalionu „Żywiciel” odbiera broń z kotłowni WSM [Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej – przy. red.] na ulicy Suzina, kiedy niespodziewanie pojawia się patrol niemiecki. Powstańcy nie wytrzymali napięcia i otworzyli ogień. Strzelanina przeniosła się na plac Wilsona, potem słychać było odgłosy walki na Dworcu Gdańskim. Siedzieliśmy w domu przy ulicy Czarnieckiego, z przerażeniem wsłuchując się w rozmowy dorosłych. Trwało to około dwóch godzin, potem nastąpiła cisza. Nikt nie wyszedł z domu, baliśmy się.

Następne dni na Żoliborzu były znacznie spokojniejsze. Zarówno strona niemiecka, jak i powstańcy utrzymywali swoje pozycje, wyczekując na rozwój sytuacji.

Dla nas, dzieci, pozostał jedynie ogród do zabawy, a kiedy nadlatywały niemieckie bombowce, uciekaliśmy do piwnicy. Gdy było spokojnie, wymyślaliśmy różne zabawy. Jedną z nich było straszenie dorosłych odpoczywających w ogrodzie w cieniu domu. Polegała ona na tym, że do butelki po oranżadzie wsypywaliśmy trochę karbidu, a następnie sikaliśmy, bo wody zresztą nie było. Butelkę zamykaliśmy korkiem zatrzaskowym i podrzucaliśmy dorosłym. Po chwili wytworzony gaz rozrywał butelkę z hukiem wybuchającego granatu, a my mieliśmy zabawę, gdy patrzyliśmy na paniczną ucieczkę do piwnicy.

Innym razem przygotowaliśmy nasz ładunek wybuchowy i rzuciliśmy w głąb ogrodu, a sami padliśmy na ziemię, oczekując wybuchu. Trwało to dobre kilka chwil, a efektu nie było. Wstaliśmy ze swoich stanowisk i naradzaliśmy się, który z nas ma iść i jeszcze trochę siknąć. Nagle butelka wybuchła z taką siłą, że ze strachu wskoczyliśmy do dołu wypełnionego śmieciami i pomyjami. Byliśmy bardzo brudni, a wody nie było. To chyba przerwało nasze zabawy pirotechniczne, a może „konkurencja” nas wystraszyła i zmusiła do siedzenia w piwnicy.

Na torach do Palmir [Od 1929 roku na trasie Warszawa Gdańska – Palmiry funkcjonowała linia kolejowa – przyp. red.] ustawiony został ciężki moździerz kolejowy o średnicy pocisku 350 mm. My na Żoliborzu nazywaliśmy go „szafą”, a ci ze Śródmieścia „krową”. Gdy go odpalano, słychać było donośny ryk, dawało to szansę na ewentualne ukrycie się. Jednemu z nas nie udało się uciec, zginął na naszym podwórku.

Kiedy nasiliły się bombardowania, rodzice zdecydowali o przeniesieniu się do Fortu Sokolnickiego w Parku Żeromskiego. Zabraliśmy część pościeli, niezbędną odzież, kilka sprzętów kuchennych, suchary, cukier i kota. W Forcie zamieszkaliśmy w lochach, gdyż góra zajęta była przez szpital powstańczy. W piwnicy naszego domu mój tata wykopał dół, wyłożył deskami, a w nim złożył nasze ubrania, pościel i kosztowności. W schowku tym ukryte zostały też obce waluty, arkusiki złotej folii, należące do mojego wujka Jana Marciniaka, który miał sklep jubilerski przy ulicy Złotej. Dół został zasypany, a na nim ułożono węgiel dla zamaskowania.

Tuż po upadku Powstania szabrownicy opróżnili nasz schowek, zostawiając jedną pierzynę i poduszkę. Mogło to znaczyć, że złodzieje znali naszą rodzinę.(…)

Na dziedzińcu zbudowano latrynę osłoniętą deskami. Wewnątrz była cienka belka, na której się siadało, druga belka służyła do oparcia. Znajdowała się na tyle daleko od pleców dziecka, że nie mogło się o nią oprzeć. Siedzieliśmy więc jak kury na grzędzie. Pewnego razu siedziałem obok Janka na grzędzie, a obok nas jakiś mężczyzna. Nagle ogłuszył nas wybuch bomby, która spadła gdzieś blisko. Mężczyzna siedzący obok Janka poderwał się, wymachując oburącz, popchnął Janka. Wybiegłem na zewnątrz po ojca, wołając, że Janek tonie w fekaliach. Ojciec Janka pochylił się i ręką wodził, szukając syna. Wreszcie chwycił go za głowę, która wynurzyła się na powierzchnię, ale po chwili ponownie zatonęła. Tym razem Janek chwycony został za rękę i tak wyciągnięty z dołu. Do umycia użyto szmaty i resztki wody po ugotowanych kartoflach. Janek jeszcze długo śmierdział, ale żył.

Wysokie temperatury tej jesieni spowodowały, że w lochach, w których siedzieliśmy, było bardzo duszno. Mój tata zorganizował grupę mężczyzn do wykopania tunelu doprowadzającego powietrze do piwnic. Miejsce wykopu wypadło na wprost ulicy Hauke-Bosaka, gdzie po drugiej stronie była Cytadela. Niemcy ustawili działko na wprost naszego Fortu i wystrzelili – raz, ale celnie. Pięciu mężczyzn zostało ciężko rannych. Mój tata po czterech godzinach cierpień zmarł, 17 września. Nie poszliśmy się pożegnać, chociaż dzieliło nas tylko jedno piętro. Niemcy w tych dniach byli bardzo aktywni. Tata owinięty został w prześcieradło i włożony do drewnianej skrzyni, a następnie zakopany w parku obok Fortu.

Ekshumacja i przeniesienie zwłok na Cmentarz Wojskowy odbyły się na wiosnę 1945 roku po powrocie z tułaczki. Po odkopaniu i przeniesieniu skrzyni na ręczny dwukołowy wózek ostatni raz patrzyłem przez szparę skrzyni na twarz taty pokrytą już pleśnią. W kondukcie szła mama i nasza czwórka rodzeństwa.

Następne dni Powstania były spokojniejsze, chociaż zdarzały się incydenty. Było ciepłe, słoneczne popołudnie. Mama pozwoliła nam wyjść na dziedziniec Fortu. Niespodziewanie na Fort zaczęły spadać pociski wystrzelone z moździerzy. Ludzie rzucili się do ucieczki. Ktoś się potknął tuż przed schodami. Po chwili schody zostały zatarasowane uciekającymi. Leżałem na górze tej „barykady”, a na mnie jeszcze jakaś kobieta ranna w szyję. Z jej tętnicy rytmicznie tryskała krew. Z dołu przybiegli mężczyźni i zaczęli wyciągać ludzi. Wyciągnięto i mnie. Biegłem po schodach w dół, gdzie już była moja mama, i wykrzykiwałem, że nie jestem ranny i nic mi się nie stało.

W nocy z 29 na 30 września nastąpił huraganowy ostrzał Fortu z czołgów. Mężczyźni wywiesili białe prześcieradło. Niemcy tego nie zobaczyli, a może nie chcieli zobaczyć. Gdy trochę się rozwidniło, ponownie wywieszono nowe prześcieradło. Niemcy przerwali ostrzał. Kiedy słońce wzeszło, w drzwiach stanął Niemiec i łamaną polszczyzną powiedział, że mamy 15 minut na opuszczenie Fortu. Po upływie tego czasu zostaną wrzucone granaty. Rozpoczął się szturm schodów. Niemcy formowali kolumnę marszową, ustawiając nas w czwórki. To, co ujrzeliśmy w oślepiającym słońcu, było przerażające. Wokół Fortu ustawione były czołgi lufami skierowanymi w okienka części szpitalnej.

Kolumna ruszyła aleją parku w kierunku ul. Mierosławskiego. Na mojej drodze w poprzek leżały zwłoki tęgiego mężczyzny. Nie mogłem przeskoczyć nad nimi, więc stanąłem mu na brzuchu, który zapadł się pod moim ciężarem. Uczucie było wstrząsające, nigdy go nie zapomnę. Gdy nasza kolumna wyszła z parku, były do niej dołączani inni mieszkańcy Żoliborza. Po wyjściu z parku do kolumny dołączani byli inni mieszkańcy Żoliborza. Kolumna minęła ul. Kozietulskiego i ogródkami przez dziury w płotach wyprowadzono nas na ul. Krasińskiego. Gdy minęliśmy ul. Rydygiera, nadleciały rosyjskie samoloty zwiadowcze. Eskortujący żołnierze nakazali nam położyć się w rowie, a sami leżąc na plecach, strzelali z karabinów do samolotów. Piloci rosyjscy strzelali w naszą stronę. W naszym otoczeniu nikt nie został trafiony.

Kolumna ruszyła dalej ulicą Powązkowską. Przy bramie św. Honoraty była krótka przerwa w marszu. Mama podała nam całodzienny posiłek. To było po jednej łyżce cukru. Dalej prowadzono nas ulicami Okopową i Wolską. Przed kościołem św. Wojciecha część kolumny skierowano na dziedziniec kościoła. Nam nie udało się być wśród „wybranych”. Po latach przeczytałem w jakiejś książce, że ta grupa została rozstrzelana, potem spalona na stosie.

Nas pognano ul. Bema na tereny obozu mieszczącego się w okolicach Dworca Zachodniego. Na peronie stały już odkryte wagony towarowe, do których nas wprowadzono. Po południu byliśmy już na terenie obozu przejściowego w Pruszkowie. Tam nastąpiła selekcja. Młodych i samotnych kierowano na roboty do Niemiec i obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Pozostali przeznaczeni zostali na wywóz w okolice Kielc i Krakowa. Noc spędziliśmy w hali remontowej taboru kolejowego. Rano dostaliśmy ciepłą czarną kawę. Czy była jakaś zupa – nie pamiętam. Wieczorem byliśmy ponownie w wagonach towarowych. Pogoda się pogorszyła. Było zimno i zaczął padać deszcz. Pociąg ruszył. Z zewnątrz ktoś wrzucił ćwierć bochenka świeżego chleba, który spadł na kolana mamy. Świeży chleb, zjedzony łapczywie po dwumiesięcznej przerwie, spowodował gwałtowną reakcję. Znalazłem dziurę w podłodze, choć nie było to łatwe, bo wokół mnie siedzieli na podłodze ludzie. Moje siostry wykorzystały miskę na zupę, którą z zawartością wyrzuciły na zewnątrz.

W południe pociąg zatrzymał się w polu. Ludzie wyszli z wagonów po wodę do wsi. Inni wykopywali ziemniaki przy torach i piekli w ogniskach. Ktoś krzyknął: „Uciekamy”. Dołączyliśmy i my do grupy uciekinierów.

Wieczorem znaleźliśmy się w cegielni. Spaliśmy na podłodze. Było gorąco i duszno. Rano sołtys zorganizował podwody, tj. wozy chłopskie, które przywiozły nas do wsi w okolicach Oblęgorka. Umieszczono nas w opuszczonym domu i zaopatrzono w mąkę i ziemniaki. Jak długo mieszkaliśmy w tym domu, nie pamiętam. Kolejny etap naszej tułaczki to przeniesienie nas do różnych domów gospodarskich. Każda z sióstr mieszkała osobno, a ja z mamą razem.

Spadł śnieg i był duży mróz. Mama przeziębiła się i leżała w łóżku. Sąsiadki ze wsi przychodziły i ubolewały, że na pewno zemrze i zostawi „cztery dzieciska”. Seniorka gospodyni z samego rana przychodziła do łóżka mamy z ogarkiem i zawodziła godzinki. Zapamiętałem do dnia dzisiejszego: „Zacznijcie wargi śpiewać Matko Święta, zacznijcie opowiadać”, itd.

Gospodarz uratował naszą mamę. Każdego dnia rano i wieczorem kazał jej moczyć nogi w gorącej wodzie z dużą ilością obierek z ziemniaków, którymi później karmione były świnie. To był ludowy antybiotyk.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia jeszcze raz zmieniono nam miejsce zakwaterowania. Tym razem była to wieś Przyjmo. Z mamą przydzielono nas do domu państwa Ciołaków. Była to bezdzietna, biedna rodzina. Rano i wieczorem jedliśmy drewnianymi łyżkami „kopystkami” ze wspólnej miski żur z kartoflami. Było to niezmienne codzienne danie. Nasz kot, wygnaniec, został oddany, bo czarny kocur gospodyni nie chciał wracać do domu.

Po świętach sołtys zdecydował, że będę się stołował u państwa Lisów (w sąsiednim domu), a spał z mamą u państwa Ciołaków. W ten sposób obniżymy koszty utrzymania.

W połowie stycznia wojna dała znać o sobie. Od samego świtu słychać było odgłosy armat i katiusz. Wieczorem przez naszą wieś przejechały niemieckie tabory ze sprzętem i wojskiem. Rano były już wojska rosyjskie.

Na początku marca moja mama pojechała do Warszawy sprawdzić, czy dom nie został zburzony, a my pozostaliśmy na wsi. Po tygodniu mama wróciła po nas. Dom był zniszczony, ale stał. Jechaliśmy znowu pociągiem towarowym. Późnym wieczorem pociąg zatrzymał się w Skarżysku-Kamiennej. Rozległy się syreny alarmowe. Oznaczało to, że nadlatują niemieckie samoloty. I znowu uciekaliśmy z pociągu do pobliskich domów. Siedzieliśmy na podłodze w ciemnym korytarzu, oczekując bombardowania. Samoloty przeleciały na wschód. My wróciliśmy do pociągu. Rano byliśmy już w Warszawie. Pociąg zatrzymał się gdzieś na Grochowie przed dworcem. Dzień był słoneczny i ciepły. Szliśmy ul. Targową, potem ul. Kłopotowskiego. Wreszcie doszliśmy do brzegu Wisły. Widok był przerażający. Po prawej stronie zatopione przęsła mostu Kierbedzia, a na wprost nas kolumna ludzi przechodząca po tafli lodowej na lewy brzeg. Dla mnie była to frajda, chodzić po Wiśle. Tuż przy lewym brzegu, lód był popękany. Mama trzymała nas kurczowo za ręce i przeskakiwaliśmy z kry na krę.

Jeszcze przeszliśmy kilka ulic wśród zwałów gruzu i dotarliśmy do naszej ulicy Czarnieckiego. Szliśmy wąską ścieżką środkiem ulicy. Po obu stronach leżały zwały gruzu, a na nich tabliczki dwujęzyczne: „Min nie ma – Min niet”. Dom stał. W oknach zamiast szyb były przybite kawałki dykty. Drzwi miały powyrywane zamki, które nie były nam jednak potrzebne, bo nie było co kraść. Zaczęły się wakacje i trwały aż do września.

Rodzina Kwiatkowskich podczas majówki na Bielanach. Ryszard Kwiatkowski siedzi po środku. Późne lata 30. Fot. z archiwum prywatnego.
Ryszard Kwiatkowski z siostrami – (od lewej) Bronisławą, Jadwigą i Haliną. Późne lata 30. Fot. z archiwum prywatnego.
Dom przy ul. Czarnieckiego 66 w Warszawie, w którym mieszkała rodzina Kwiatkowskich podczas wybuchu Powstania. Fot. współczesna, z archiwum prywatnego.
Ryszard Kwiatkowski z wnukiem Oskarem w miejscu, w którym zginął jego ojciec. Warszawa, Fort Sokolnickiego. Fot. współczesna, z archiwum prywatnego.
Dziedziniec fortu Sokolnickiego w Warszawie. Fot. współczesna, z archiwum prywatnego.
Ryszard Kwiatkowski z wnukiem Oskarem przy pomniku upamiętniającym wygnanych mieszkańców Warszawy osadzonych w obozie Dulag 121. Pruszków. Fot. współczesna, z archiwum prywatnego.

 

Powiązane hasła

”None