menu

Strzębała Maria – Fragment pamiętnika

Strzębała Maria – Fragment pamiętnika

Maria Strzębała, urodzona 1918 roku, mieszkanka Ochoty, 1 września 1944 roku wyprowadzona przez Niemców wraz z córkami Elżbietą i Magdaleną ze z punktu zbornego na Służewiu, została pognana do Włoch pod Warszawą, skąd transportem kolejowym została przewieziona do obozu Dulag 121 w Pruszkowie. Zakwalifikowana jako niezdolna do pracy, trafiła do transportu do Piotrkowa Trybunalskiego.

Przez Pruszków

Błagałam Stwórcę gorąco o prędki koniec wojny, strasznej w następstwach, o szczęśliwy i szybki powrót męża, o zdrowie dziecka i wszystkich drogich memu sercu osób. Po każdej takiej modlitwie czułam wielką ulgę i lekkość w mym sercu. Jednak zły los, czy po prostu przypadek uwziął się na nas, nie pozwalając dłużej zagrzać w jednym miejscu, miotając nami we wsze strony. Pierwszego września, wczesnym rankiem, żołnierze niemieccy otoczyli cały Służew i wszystkich posiadaczy warszawskich kart rozpoznawczych, zagarnęli, bez wielkiego trudu. Wystraszona ostatnimi przejściami zbladłam straszliwie, co widząc żołnierz niemiecki, względnie ludzki starał się mnie uspokoić, tłumacząc, że takie wyjście z sytuacji jest dla mnie i dziecka korzystniejsze, niż włóczenie się bezcelowe po niegościnnych szopach i stodołach. Widząc moje towarzyszki spokojne i opanowane, ja również uspokoiłam się i z całym spokojem zdałam się na łaskę i niełaskę owego żołnierza, który był dla nas bardzo grzeczny i uprzejmy. Odwieziono nas furmanką do punktu zbornego przy wyścigowym placu, gdzie podobnych nam ofiar było już bardzo dużo. Siedziałyśmy tu kilka godzin na otwartym skwarze słonecznym, karmione do syta przez dobre, okoliczne niewiasty, które nam serdecznie współczuły i zaopatrzyły nas na dalszą drogę w chleb i pomidory. Po wydanym przez oficera rozkazie ustawiono nas w czwórki i pod eskortą kilkunastu żołnierzy pognano nas w kierunku Włoch. Ciężka to była droga, chociażby ze względu na małe dzieci, które nie mogły nadążyć, i starszych słabych, w tym wypadku wcale nie różniących się od dzieci. Dzień był strasznie upalny, a jednocześnie popołudniu zerwał się ostry wiatr, kurząc niemiłosiernie a żwir i szkło znajdujące się na naszej ciernistej drodze, kaleczyły i tak obolałe ze zmęczenia nogi. Ze względu na uciążliwą drogę i oszczędność, szliśmy wszyscy boso, w dodatku, każda z matek dźwigała na rękach lub plecach swój słodki ciężar w postaci dziecka, które już swymi zmęczonymi nożynami nie było w stanie stąpać po tej cierniowej drodze. Pot spływał nam strugami z czoła, a nieczuli żołnierze bez krzty litości w sercu popychali kolbami słabszych i dzieci, które nie mogły nadążyć w tym krwawym marszu. Smutny i bolesny był to obrazek, i z niejednych zmęczonych oczu podeszłych krwią, spadały gorzkie łzy żalu i rozpaczy, wycierane nieznacznie chusteczkami, a częściej, z braku tych, po prostu rękawem zakurzonego odzienia. W pół drogi pozwolono nam odpocząć na ogromnej łące, gdzie okoliczni mieszkańcy, przywitali nas bardzo serdecznie znosząc nam, co kto mógł, do pożywienia i picia nie wykluczając nawet owoców. Po dwudziestu minutach rzesza nasza składająca się z paru tysięcy pielgrzymów była nakarmiona i napojona do syta i z miną weselszą spowodowaną krótkim odpoczynkiem, ruszyła naprzód. Gdy doszliśmy do Włoch była już godzina 9 wieczór. Przechodząc ulicami uważnie przyglądałam się mijanym przechodniom łudząc się, że spotkam kogoś ze swoich bliskich lub znajomych, lecz niestety, na próżno. Byliśmy również ciekawie obserwowani przez spotykanych przechodniów, u których w oczach czytałam: ciekawość, litość i współczucie dla nas zmęczonych, zakurzonych odbytą daleką drogą wędrowców. Na stacji przywitały nas panie z RGO zaopatrując palących w papierosy, chorych w odpowiednie lekarstwa, dzieciom zaś dawały biały chleb i cukier w kostkach. Szybko, opierając kartki o mur, nerwowymi ruchami zaczęto kreślić listy, do rodzin i znajomych, które owe panie w białych fartuchach powodowane sympatią do dotkniętych ciężką klęską warszawiaków, miały doręczyć pod wskazane adresy. Wszyscy zainteresowani Warszawą głośno się wypytywali o bieg wypadków, lecz my odpędzani przez żołnierzy nie mogliśmy im udzielić nawet skąpych informacji. Długo nie czekaliśmy. Z głośnym sykiem wtoczył się na stację pociąg, którym mieliśmy jechać do Pruszkowa. Przemocą wcisnęłam się do przedziału przepełnionego ludźmi o różnych charakterach, kłócących się zawzięcie o miejsca, rozpychających się łokciami ordynarnie we wszystkie strony. Pociąg ciężko ruszył z miejsca sapiąc głośno a w ciasnym przedziale zapach potu i brudu wydzielany przez niedomyte ciała podróżnych przyprawiały mnie o mdłości. Na domiar złego mój sąsiad z prawej strony chuchał mi prosto w twarz cebulą, zapewne niedawno spożytą.

Maria Strzębała wraz z mężem (prawdopodobnie zamordowany na Pawiaku). Fotografia ślubna z przełomu lat 30. i 40, z archiwum Marcina Brulińskiego

W Pruszkowie na stacji wysiadłam z wielką ulgą z tego okropnego przedziału, i pełną piersią odetchnęłam świeżym, chłodnym powietrzem. Wzięłam Bożenkę na ręce. Zmęczona podróżą szybko opuściła główkę, jak zwiędły kwiatek i usnęła spokojnie, ciążąc bardzo mym obolałym ramionom. Czwórkami ruszyliśmy w stronę baraków przeznaczonych nam na nocleg. Weszłam za wszystkimi do baraku i skamieniałam przerażona widokiem ujrzanym przy świetle przyćmionych lamp. Przede wszystkim rzucał się w oczy brud i nieład, dalej zaś niewyraźne kontury ciał zmęczonych ludzi, leżących pokotem obok siebie na podłodze zaśmieconej i zalanej wodą. Rozejrzałam się uważnie naokoło w celu znalezienia dla siebie i dziecka wolnego miejsca, i niestety znalazłam jedyne jeszcze niezajęte tuż przy wodociągu, gdzie było mokro i czuć było ostrym zapachem moczu oddawanym tu przez naszych poprzedników. Nie miałam innego wyboru i musiałam, mimo wszystko, urządzić jakieś prowizoryczne posłanie, żeby przeczekać tę noc. Znalazłam dobrze przybrudzony papier, którym przykryłam śmiecie, na to położyłam swoje futerko (jedyną pamiątkę z lepszych czasów), w które okręciłam śpiącą Bożenkę, sama zaś skulona obok dziecka przesiedziałam resztę nocy. Przez całą noc oka nie zmrużyłam, bo nawoływania z posłania na posłanie, z kąta w kąt, odnajdywania się przez rozproszone rodziny, zgiełk i wrzask, nie pozwalały na jedną choćby sekundę zmrużyć oczu. Drzemałam w półśnie i „podziwiałam” patrząc półprzymkniętymi oczami, ludzi na wesoło pijących z jednego kieliszka jakieś wstrętne, cuchnące napoje alkoholowe. Zdawali się być zupełnie zadowoleni z losu, który ich spotkał. „Podziwiałam” następne towarzystwo grające w karty oraz ich soczyste powiedzonka wyrzucane jednym tchem z cuchnących alkoholem ust. Obserwowałam dalej spod oka młode, fertyczne kobietki, jaskrawo umalowane pomimo nocy, z papierosem w uszminkowanych ustach, opowiadające dość głośno bez najmniejszej żenady ordynarne dwuznaczne kawały w stylu brukowym. Otrząsnęłam się z obrzydzenia, czując po całym ciele zimny dreszcz, że w tak nietaktownym towarzystwie dane mi jest, mimo mej woli, spędzić tę nigdy niezapomnianą noc. Powitałam nachodzący świt westchnieniem ulgi, tym bardziej, że skostniałam niesamowicie przez te kilka godzin siedzenia w bardzo niewygodnej pozycji, tym bardziej szkodliwej dla mojego obecnego stanu. Gdy o 5 godzinie wpadli, jak burza, żołnierze i kazali wszystkim przygotować się do natychmiastowego opuszczenia baraku, czym prędzej doprowadziłam swoją nędzną garderobę do możliwego porządku. Zbudzona za wcześnie Bożenka, zaczęła drżeć z zimna i płakać, lecz strach przed krzyczącymi żołnierzami zmitygował ją dość szybko. Wyszliśmy przed barak, gdzie żołnierze kolejno legitymowali wszystkich, segregując na trzy grupy. Młode bezdzietne kobiety i młodzi mężczyźni byli przeznaczeni prawdopodobnie na roboty do Rzeszy, a matki z dziećmi, starzy i chorzy zostaliśmy przetransportowani do innego baraku, oznaczonego numerem 5. Smutnym kiwnięciem głowy i mocnym uściskiem rąk pożegnałam moje znajome, z którymi dzieliłam dotychczasowe losy, a które niestety należały do grupy wyjeżdżającej. Mocno przygnębiona ruszyłam za wszystkimi w stronę nowego baraku, w którym nie wiedzieć, jak długo było przeznaczone nam się przebywać. Nowe obrzydzenie wstrząsnęło mną na widok warunków higienicznych, niczym nie różniących się od tych, które panowały w pierwszym baraku. Jakimś szczęśliwym trafem odnalazłam nieduży wolny stolik, na którym ułożyłam moje skromne bagaże i Bożenkę. Ciężko usiadłam na owym stole i rozejrzałam się ciekawie po moim obecnym otoczeniu, które niewiele różniło się od poprzedniego. Złośliwe niewiasty, ordynarnie się kłócące, dokuczały sobie nawzajem, chorzy postękiwali bezustannie, dzieci brudne, umorusane biły się zawzięcie pomiędzy sobą nie pilnowane przez rodziców. Byli to ludzie z najniższej klasy społeczeństwa ze Starego Miasta. Na dobitkę ogromne wszy łażące po tych ludziach otrząsały z obrzydzenia i wstrętu. Obok na brudnej podłodze leżała młoda niewiasta cierpiąca bóle macierzyństwa, wymyślana przez sąsiadki, że za dużo miejsca zajęła, lecz gdy chora oznajmiła, że lada chwila spodziewa się dziecka, uspokoiły się natychmiast i nawet okazały biedaczce dużo współczucia. Smutny to był obrazek przyjścia na świat dzieciny w tak niefortunnych warunkach, przy świadkach dwojakiej płci a nawet w towarzystwie ciekawie gapiących się dzieci, na które dziwne matki nie zwracały najmniejszej uwagi. Gdy dziecię płci męskiej już przyszło na świat, dopiero zjawił się łaskawie lekarz w asyście dwóch sióstr i po prowizorycznym opatrunku zabrano matkę i niemowlę do Ambulatorium Czerwonego Krzyża. Na bardzo długo wrył się w moją pamięć ten smutny obrazek. Wiedziałam, bowiem, że i mnie czeka niedługo rozwiązanie i drżałam na samą myśl o tym, aby nie nastąpiło w warunkach podobnych scenie w baraku pruszkowskim Nr 5. Rozsądek u mnie jednak brał zawsze górę, więc czym prędzej szare myśli cisnęłam w kąt i pomyślałam o jakimkolwiek posiłku dla dziecka. Zupy, którą wydawano przed barakiem nie miałam nigdy szczęścia dostać, bo zawsze po dwa nawet razy, byli pierwsi ci, którzy mieli krzepę w łokciach a ja do rzędu takowych nie należałam. Miałam jeszcze w swoich zapasach dwa jajka, które, po wielkiej prośbie, pozwoliła mi ugotować jedna kobieta w swoim garnku i te dałam Bożence na śniadanie. Wieczorem dzięki jednemu panu, który odstąpił mi swoją kawę, rozgrzałyśmy się z Bożenką rozkosznie, bo od dwóch dni nie miałyśmy nic gotowanego w ustach. Drugą noc spędziłam podobnie jak pierwszą, z tą tylko różnicą, że było trochę milej siedzieć na czystym stole obok śpiącej Bożenki, niż na mokrej podłodze przy wodociągu w baraku nr 1. Rano podniosłam się ze stolika z przejmującym bólem w kościach i całym ciele, czując się fatalnie z braku potrzebnego snu i jadła, które w moim stanie było niezbędne. Niezmiernie się ucieszyłam wiadomością przyniesioną do naszego baraku, że zaraz po śniadaniu mają nas gdzieś wywieźć z Pruszkowa. Obojętne było dla mnie, gdzie mnie wywiozą, byle tylko jak najprędzej wydostać się z tego strasznego baraku. Po zjedzeniu chleba z cukrem zaofiarowanego nam przez jedną dobroduszną niewiastę, wyszłam przed barak, gdzie już ustawieni we czwórki ludzie, niecierpliwie wyglądali pociągu. Przyjechało po nas siedemdziesiąt wagonów, w które pakowaliśmy się po pięćdziesiąt osób i po krótkim postoju ruszyliśmy w stronę Piotrkowa. Pogoda była śliczna, słoneczko grzało mile, swym rozkosznym ciepłem wlewając trochę otuchy i nadziei w moje serce. Lokomotywa dysząc i sapiąc, szybko mknęła przed siebie, a serce moje łkało rozpaczliwie, w krtani coś krztusiło, bo mimo szczerej chęci wydostania się z tego okropnego Pruszkowa, smutno było oddalać się od Warszawy, od miejsca mego stałego zamieszkania, gdzie spędziłam wiele, bardzo wiele najlepszych, najmilszych i najdroższych chwil i dni w mym życiu przy boku kochanego męża. Gorące łzy bólu polały się strumieniami z mych oczu, gdy patrzyłam, jak wszystko szybko umykało, i ja od tego wszystkiego, z czym byłam związana przez lat tyle, zmuszona jestem, mimo mej woli, oddalić się na czas nieokreślony i w miejsce mnie nieznane, gdzie spotkam innych ludzi i obce obyczaje. Pociąg unosił coraz dalej i dalej a mnie ogarniał coraz większy i jakiś niezrozumiały smutek, czego nie mogłam się dopatrzyć na innych obojętnie spokojnych twarzach. Na każdej większej stacji członkowie RGO wspomagali nas rzucając do wagonów chleb, papierosy i nawet owoce dla dzieci.

Strony pamiętnika Marii Strzębały poświęcone wyjściu z Warszawy i pobytowi w obozie Dulag 121 w Pruszkowie. Z archiwum Marcina Brulińskiego
Strony pamiętnika Marii Strzębały poświęcone wyjściu z Warszawy i pobytowi w obozie Dulag 121 w Pruszkowie. Z archiwum Marcina Brulińskiego

Powiązane hasła

”None